19 cze 2017

Niektórych wojen nikt za nas nie wygra - Wonder Women.


   Zwykle w filmach, książkach i serialach porusza się temat II wojny światowej; ta pierwsza jest jakby zapomniana, zepchnięta na dalszy plan, pozostająca w cieniu. Kiedy więc okazało się, że najnowszy film DC, opowiadający o super bohaterce porusza tematykę I wojny światowej – Wielkiej Wojny – jak wtedy o niej mówiono, stwierdziłam, że muszę to zobaczyć. Nawet jeżeli szczerze nie lubię DC.

   Diana to kobieta niezwykła; córka królowej Amazonek i samego Zeusa. Całą młodość spędziła na pięknej, rajskiej wyspie, gdzie czas stanął w miejscu. Nie znano tam elektroniki, technologii; kobiety – bo wyspę zamieszkiwały tylko one – dniami i nocami trenowały sztuki walki, aby być gotowe na odepchnięcie ataku ich największego wroga, gdy znowu się pojawi. Owy bóg – Ares – zatruwał ludzkie umysły nienawiścią i złem, sprawiając, że zaczęli mordować siebie nawzajem i niszczyć swoją planetę. Po wielkiej bitwie, jaką stoczył ze swoim ojcem, zniknął gdzieś, zaszył się w czeluściach niewiadomych miejsc.  A przynajmniej tak Amazonkom się wydawało…

   Poza wyspą, w prawdziwym świecie toczyła się Wielka Wojna, w której udział wzięło kilkanaście państw. Ginęły miliony a młoda, utalentowana chemiczka, pracująca dla Cesarstwa Niemieckiego, stworzyła zabójczy gaz, który niszczył również maski przeciwgazowe. Angielski szpieg, Steve, wykradł jej notatnik i postanowił zapobiec śmierciom kolejnych niewinnych. W toku kilkunastu wydarzeń, o których nie będę wam pisała, bo lepiej to zobaczyć, niż przeczytać, Steve i Diana płyną do Londynu, aby zapobiec dalszemu rozlewowi krwi.

   Jeszcze w drodze do kina, narzeczony zarzucił mi, że film z góry mi się spodoba, bo nie dość, że jest o kobiecie, to jeszcze został przez kobietę wyreżyserowany. W efekcie miał rację, chociaż nie byłam od początku pozytywnie do niego nastawiona – Batman i Supermen obrzydzili mi świat DC i do Wonder Women podchodziłam jak pies do śmierdzącego jeża – niby wydawało mi się to niezbyt sympatyczne, ale obejrzeć nie zaszkodzi. Diana jako superbohaterka nie była złożona z samych superlatywów. Gubiła się we współczesnym świecie, była dość naiwna i uważała się za osobę niepokonaną a przez to była dość wyniosła; jednak jej nieporadność, wiara we własne przekonania i chęć czynienia tego, w co ślepo wierzy sprawiły, że polubiłam ją całym sercem. Nie będę wspomniała już, że Gal Gadot- odtwórczyni głównej bohaterki - bardzo mi się spodobała pod względem fizycznym, bo prawie mężatce nie wypada chyba wspominać, że inna kobieta jej się diablo podoba (ale kurczę, spójrzcie tylko na jej buzię! I ciało!).

   A skoro o aktorach już mowa, nie można nie wspomnieć o czymś, co zachwyci fanów Harry'ego Pottera; wspaniała, zaskakująca rola Davida Thewlis'a, czyli Remusa Lupina, dla tych mniej znających się na nazwiskach odtwórców ról. Tym razem aktor pokazał swoje bardziej mroczne oblicze i trzeba przyznać, że świetnie sobie poradził. 


   To obraz, który pokazuje drugie oblicze wojny – ludzi różnych ras i narodowości, którzy starali się jakoś przeżyć te bestialskie lata. Indianina, który postanowił nie walczyć w obcej wojnie, ale który był ciągle obok; Anglika, który co noc walczył ze swoimi duchami i mrokami oraz Turka, który chciał zostać aktorem, ale przeszkodził mu w tym kolor skóry, więc poszedł na front. Ta zgraja obszarpańców znalazła swoje miejsce przy Dianie i Stevie, którzy – choć diametralnie różni, mieli jedną wspólną cechę – dobro innych było u nich wartością nadrzędną.

   Nie brak w tym filmie epickich scen; jedną z nich jest ta, gdy Diana wychodzi z okopów a za nią biegną żołnierze, w których nagle, zupełnie niespodziewanie, wstąpiła nadzieja, że tę wojnę można wygrać. Patty Jenkins, reżyserka, z gracją i wdziękiem połączyła ze sobą greckie mity i współczesne, bardziej mroczne czasy. W filmie tym dochodzi do zderzenia dwóch światów a wynik tej eksplozji jest piękny i dostarcza widzowi wielu mądrych odczuć; ja osobiście po seansie zrozumiałam, że w co bym nie wierzyła, muszę robić to z całej mocy i do końca, chociażby cały świat pukał się w czoło i wątpił w moje możliwości. Bo niektórych wojen nikt za nas nie wygra. 

Reżyseria: Patty Jenkins

Scenariusz: Allan Heinberg

Obsada: Gal Gadot, Chris Pine, Connie Nielsen, David Thewlis

Gatunek: Akcja, Sci-Fi

Kraj: USA, Chiny, Hongkong

Data polskiej premiery: 2 czerwca 2017  

13 cze 2017

Niedoskonałość. Perfekcja.


Inspiracja. Proponuję włączyć podczas czytania. 


   Ludzie są niedoskonali. Mamy wspaniałe ciała, które potrafią wiele znieść, mamy pojemny mózg, który pozwala nam tworzyć ciągle coraz lepszy świat, mamy wielką wyobraźnię, która ciągle popycha nas naprzód. Ale jesteśmy w swojej wielkości bardzo niedoskonali; zapominamy często o tym, co jest najważniejsze, gonimy za swoimi marzeniami, a kiedy w końcu je dogonimy, przechodzimy nad nimi do porządku dziennego, spoglądając na nie z równym zapałem co na paczkę płatków kukurydzianych.

   Od małego marzysz o rodzinie, o swoim miejscu na świecie, o ramionach, w które będziesz mogła się wtulić, gdy przyjdzie gorsza chwila. Marzysz o magii, o odrobinie uczucia, które przez lata widzisz tylko w filmach i o których czytasz w książkach. Śnisz po nocach o pięknej miłości, wielkim uczuciu, z pięknym muzycznym kawałkiem w tle. Łkasz w chusteczki oglądając Bridget Jones, Pretty Women czy inne romansidło. Uważasz, że taka miłość jak między Derekiem a Meredith z „Chirurgów” nie ma szans się odbyć w rzeczywistym świecie.

   Gonisz za utopią, obijasz się o przeszkody, byleby tylko zdobyć coś, w istnienie czego nawet nie wierzysz. A później zdobywasz to. Piękny to moment, gdy mężczyzna klęczy przed tobą i zakłada ci na palec zaręczynowy pierścionek, prosząc cię, żebyś została jego żoną. Przepełnia cię wtedy euforia, nie możesz usiedzieć w miejscu, masz ochotę skakać, podzielić się z każdym swoim szczęściem a jednocześnie zamknąć się z przyszłym mężem – jak egzotycznie to brzmi! – w mydlanej bańce i trwać w tej beztrosce jak najdłużej.

   Bańka niestety pęka, dopada was codzienność i przychodzi czas, jednak zaczynacie planować wasz ślub i unosicie się nadal kilka centymetrów nad ziemią wybierając salę, orkiestrę, fotografa i uśmiechając się do siebie uroczo, rozmyślając jaki to będzie piękny dzień. Słyszycie od wielu znajomych, którzy mają to już za sobą, że przygotowania wcale nie są tak pięknym czasem, ale nie wierzycie, bo to przecież plany waszego dnia, tego jedynego, wymarzonego.

   Mija miesiąc, trzy, pół roku, rok. Zakładając, że czekaliście na salę tyle, ile statystyczne narzeczeństwo, a więc półtora roku, gdzieś w okolicach dwóch ostatnich miesięcy zaczniecie mieć serdecznie dość planowania. W waszych rozmowach pojawi się – początkowo żartobliwe, później śmiertelnie poważne – „szkoda, że nie wzięliśmy cichego ślubu i nie wyjechaliśmy na Malediwy”. Później przyjdzie zniechęcenie, sprzeczki, frustracja na wszystko co idzie nie tak, jak powinno. Wasz wielki dzień, zbliżający się ogromnymi krokami zacznie was drażnić, a nie przyprawiać o szybsze bicie serca.

   I kiedy zdaje się, że już w tej frustracji pozostaniecie do dnia ślubu, po którym w końcu odpoczniecie, idziecie na głupi kurs tańca. Oboje macie dwie lewe nogi, instruktorka zaś uważa, że jesteście bożyszczami parkietu i doskonale rozumiecie czym się takty. Ona liczy, wy udajecie, że rozumiecie co liczy i staracie się powtórzyć kroki, które wam zaprezentowała. A później każe wam tańczyć, patrzeć sobie banalnie w oczy i włącza muzykę. Oczywiście robicie to zbyt sztywno, zbyt szybko, ona w tle liczy dalej te nieszczęsne takty, ale wtedy przychodzi ta chwila, która – gdyby obecny był tam dobry kamerzysta i odpowiednie efekty specjalne – mogłaby wydarzyć się w filmie. Tło zanika, pokrzykiwania instruktorki głuchną, jest tylko muzyka i wy. Tańczycie, usta nie mogą powstrzymać się od uśmiechu i jest po prostu – przez tą jedną chwilę – idealnie.

   I później łatwiej jest wrócić do rzeczywistości, bo co by się nie działo, wiecie, że jest ta chwila, że dogoniliście marzenia.


   Zostało osiemnaście dni. Ratunku! 


29 maj 2017

Umarli głosu nie mają. Piraci z Karaibów – Zemsta Salazara.


   Któż nie oglądał chociaż jednej z części tej kultowej serii, niech pociągnie spory łyk rumu. A kto nie był zachwycony przygodami Jacka Sparrowa (sic!, kapitana Jacka Sparrowa), Willa Turnera i Elizabeth Swan, niech wypije całą butelkę rumu, bo za to kara w postaci kaca być musi.

   Minęło siedemnaście lat od momentu, gdy Will Turner stał się kapitanem Holendra i gdy drogi trójki głównych bohaterów rozeszły się – wydawać by się mogło – na zawsze. Elizabeth urodziła syna, co dla nikogo, kto wyczekał końcowe napisy w trójce, zdziwieniem nie jest, Will obrósł w kalmary i inne urocze muszle a Jack… cóż, Jack pił rum i patrzył jak jego urok osobisty i chwała powoli gaśnie.

   Omijając szerokim łukiem część czwartą, która dla mnie była jedną, wielką pomyłką, od razu wskakuję od „Na krańcu świata” do „Zemsty Salazara”. Barbossa jest samozwańczym królem piratów, ma pod sobą kilka okrętów, opływa w bogactwo i zatrudnił nawet kilku grajków, którzy umilają mu wieczorne kolacje. Jack z koli hołubi nadal swoją Czarną Perłę, chociaż ta zamknięta jest w małej buteleczce i może tylko pomarzyć o rejsach na pełnym morzu.

  Nową postacią, która zawiruje losami bohaterów jest Henry, syn Elizabeth i Willa, chłopiec równie przystojny co ojciec i równie nierozgarnięty jak matka. Chce znaleźć Trójząb Posejdona, aby cofnąć klątwę, która zamknęła jego ojca na Holendrze i stworzyć w końcu prawdziwy dom z obojgiem rodziców. Ah, cóż za piękny cel, szkoda tylko, że chłopak ubzdurał sobie, że bez pomocy Jacka tego nie dokona.

   Szukając legendarnego kapitana, spotkał Carinę, która irytowała mnie jeszcze bardziej niż Swan w pierwszych trzech częściach. O ile Elizabeth męczyła mnie ciągle swoim nastawieniem „jestem damą, ale chcę walczyć, oh! jednak mnie ratujcie!”, tak Carina (uparcie kojarząca mi się z Karina z dowcipów) uważa się za wykształconą kobietę i nie wierzy w żadne nadprzyrodzone zjawiska. Uważa, że wszystko może ogarnąć wyćwiczonym rozumem, a gdy okazuje się, że jest w błędzie, jej przerażenie trwa około minuty, po czym znowu wraca do swoich obliczeń. Brawo! Każdy z nas, gdyby zobaczył na wpół martwych ludzi chodzących po wodzie, ciężko by się zszokował a nie poleciał liczyć w słupku odejmowanie.

   Najbardziej wyczekiwanym przeze mnie było spotkanie Jacka i Barbossy; chyba jako jedna z niewielu rzeczy w tym filmie, to akurat mnie nie zawiodło. Znienawidzeni przez siebie kompani jak zawsze stanęli ramię w ramię – chociaż niezamierzenie – aby pokonać Salazara, zombicznego hiszpańskiego kapitana, który zginął przez Jacka, kiedy ten był jeszcze zwykłym majtkiem a nie kapitanem statku. Swoją drogą, scenarzyści tym razem poszli po najmniejszej linii oporu i stworzyli anty-bohaterów łudząco podobnych do tych z „Klątwy Czarnej Perły”. Dziwni pod względem anatomicznym nieśmiertelni, którzy niestrudzenie polują na Sparrowa lekko się już przejedli i byłabym wdzięczna, gdy wpadli oni na coś lepszego, niż odgrzewany sprzed tygodnia schabowy.

   Poza tym, „główny zły” – kapitan Salazar świszczał niczym wieloletni palacz po przebiegnięciu kilometra i zamiast wywoływać tym trwogę i strach u mnie powodował lekką irytację. Chodząc świszczał, opowiadając świszczał, krzycząc świszczał i pluł krwią. W porównaniu z Jonsem z „Na krańcu świata” była to tak groteskowa postać, że nic dziwnego, że nikt nie brał go zbyt serio. Był bo był, ale ze strachu przed nim jakoś nie drżeli.

   
Trochę ze swojej charyzmy stracił Jack a w momencie, gdy panicznie wołał Henry’ego, starając się uratować mu życie, straciłam resztki wiary w tego dawnego Jacka, który wprost nie troszczył się o nikogo, tylko jakby od niechcenia pomagał Willowi czy Elizabeth. Te siedemnaście lat postarzało kapitana, jego poczucie humoru zblakło, żarty skupiały się tylko na sprawach łóżkowych a w dodatku jego – niegdyś rewelacyjne – skoki na linie stały się śmieszną parodią samych siebie.


   Podsumowując „Zemstą Salazara” nie jestem zachwycona. Jack stracił blask, syn Turnera był śliczny jak obrazek, ale lekko mułowaty a Carina przypinała mi Rey z „Gwiezdnych Wojen” – była zdecydowanie zbyt feministyczna jak na swoje czasy. Film w rewelacyjny sposób ratował Barbossa i jego wierna i oddana małpa. Ze świetnej serii tylko ta dwójka pozostała niezmieniona. Reszcie przydałoby się ściąć głowę. Gilotyną, którą wymyślili Francuzi a że wymyślili oni również majonez to - cytując kapitana Sparrowa - nie może być to nic złego. 


25 maj 2017

Jak docenić to, co minęło?


   Są takie książki, które mają w sercu czytelnika specjalne miejsce. Zazwyczaj są to książki znane, podniosłe, które zdobyły w jakiś sposób sławę; często wśród takich wyliczeń pojawia się „Mały książę”, „Alchemik” czy „Mistrz i Małgorzata”. W moim przypadku taką książką, specjalną, która sprawia, że nachodzi mnie refleksja o własnym życiu i która pokazuje, jak wiele się w nim zmienia – bezustannie, bez jakiejkolwiek pomocy z mojej strony, jest „Kilka dni z życia Alice.”

   Tak, to zwykła obyczajówka. I co więcej, jej akcja toczy się w Australii, a więc na kontynencie, gdzie wszystko chce cię zabić, nawet słodko wyglądający drzewny miś. Alice, główna bohaterka w wyniku wypadku na siłowni ubiła się w głowę i straciła pamięć – skasowała ze swoich wspomnień ostatnie 10 lat życia. Gdy obudziła się po wypadku, była przekonana, że ma 29 lat, wraz z mężem odnawiają ich nowy dom i spodziewają się pierwszego dziecka, którego po cichu nazywają Rodzynkiem. Ta dwudziestodziewięcioletnia wersja Alice jest radosna, nieco zbyt pulchna, lubi swoje długie włosy, jest zabawna i pełna nadziei na przyszłe życie. Problem w tym, że tak naprawdę kobieta ma trzydzieści dziewięć lat, trójkę dzieci, brzuch płaski jak deska, krótkie włosy i właśnie rozwodzi się ze swoim ukochanym Nickiem, który ledwo dziesięć lat temu był najważniejszą osobą w jej życiu.

   Nie tylko ona zmieniła się przez te lata; jej zachowawcza matka zaczęła chodzić na kurs salsy, jej babcia przeniosła się do domu szczęśliwej starości i zaczęła prowadzić bloga dla emerytek, a jej siostra po wielu bolesnych stratach zamknęła się w sobie i oddaliła od wszystkich.

   Oczywiście, ta dawna Alice nie chce się rozwodzić i będzie robiła wszystko, żeby posklejać swoje małżeństwo. Przecież to logiczne - kochają się, więc po co się rozwodzić? Pewnie powiedzieli sobie kilka zbyt gorzkich słów, zrobili sobie kilka razy na złość, ale wciąż musi łączyć ich równie gorące i żarliwe uczucie co kiedyś! Problem tylko w tym, że Nick nie zapomniał ostatnich lat i nie jest w stanie wybaczyć swojej żonie niektórych incydentów. 

   Jak poukładać sobie w głowie to, że zapomniało się sporej części swojego życia? Jak odnaleźć się wśród koleżanek, które kilka lat wcześniej budziłyby w Alice tylko irytację a teraz chodziła razem z nimi na siłownię, razem z nimi opiekowała się dziećmi i nawet spotykały się na babskie ploty? Jak pomóc siostrze, z którą nie miało się chyba zbyt dobrego kontaktu, bo było się zimną i podłą, cóż… suką? I jak kochać dzieci, których tak naprawdę się nie pamięta?

   Ta książka zawsze sprawia, że zaczynam się zastanawiać, jak zmieniło się moje życie przez ostatnie 10 lat i jak zmieni się przez kolejny taki okres. Dziesięć lat temu miałam 15 lat, nosiłam okulary, nie lubiłam swoich cienkich włosów a w szkole zawsze zamiast drugiego śniadania jadłam batona Mars i pojęcia nie wiem, dlaczego. Miałam wtedy trzy przyjaciółki i uważałam, że będziemy przyjaźnić się na wieki i że w wieku, w którym jesteśmy obecnie, będziemy już miały mężów, swoje domy, będziemy sławne i będziemy opiekować się swoimi dziećmi. Bo wtedy uważało się, że 25 lat to tak dużo! To już prawdziwa dorosłość!

   A co będzie za kolejne dziesięć lat? Pojęcia nie mam, ale za nic nie chciałabym być na miejscu Alice. Bo zapomnieć o swoim życiu, cofnąć się w czasie, podczas gdy cała reszta nadal wędruje w przyszłość to cholernie niesprawiedliwe. I ta książka uczy mnie tego, że jak zła byłaby przeszłość, jak złe wspomnienia by się w niej kryły, to dobrze, że ona jest. Bo nas kształtuje, uczy nas dorastania, zmienia nas a to jest dobre, bo nie można ciągle być takim samym i stać w miejscu.

   I polecam wam przeczytać historię Alice – kobiety, która zapomniała o dziesięciu latach swojego życia. Dzięki niej zaczęłam doceniać to, co minęło. Bo dzięki temu jestem w tym konkretnym miejscu, w tym konkretnym czasie z tymi konkretnymi osobami. 


23 maj 2017

Aktualizacja ślubna



   Trzeba zaktualizować co dzieje się w związku z moim ślubem, bo ten już za pięć tygodni a ja mam takie urwanie głowy, że – jak sami widzicie – trochę was zaniedbuję. Ale wraz ze zmianą nazwiska będę miała dla was więcej czasu, także spokojnie!

#Suknia
   Miałam z nią pewne problemy, bo pierwsza przymiarka zamiast mnie zachwycić, wywołała u mnie istne morze łez. Ze stresu schudłam dwa kilo, bo na zdjęciach z przymiarek suknia była dwukolorowa – biało, żółta. Teraz już jest jednokolorowa, ale odcień nie do końca jeszcze do mnie przemawia i muszę podumać co z tym fantem zrobić. Czyli albo się nastawić pozytywnie do niej i wierzyć, że będzie dobrze, albo rzucić to w cholerę i iść do ślubu w garsonce, niczym czterdziestoletnia rozwódka z czwórką dzieci na karku.

#Placki
   Byliśmy ostatnio zamówić placki na wesele. Jako że pani od ciast zna mojego narzeczonego, z czasów, kiedy jeszcze narzeczonym nie był, to powiedziała, żeby sobie wybrał jakie chciałby ciasta. Zaproponował wuzetkę i coś z galaretką i biedny został od razu zgaszony, że takie ciasta na lipcowe upały w ogóle się nie nadają. Zaproponował więc coś z jabłkami, ale i tym razem jego nadzieje i marzenia spełzły na niczym, chociaż obiecała, że postara się gdzieś mus z jabłek przemycić, co by go uszczęśliwić. Ma za to swój „chciejkowy” sernik. Z rodzynkami, które u mnie wywołują ból głowy. Naprawdę, jak zjem rodzynkę, to łapie mnie migrena.

#Menu
   Ustaliliśmy w końcu menu ślubne i o ile przy mięsach i zupach zgadzaliśmy się co do joty, o tyle w surówkach odbyliśmy małą, aczkolwiek zażartą kłótnię. Ja chciałam z białej kapusty i z marchwi, narzeczony – ćwikłę i wiosenną. Poszliśmy na kompromis. A żeby narobić wam apetytu to napiszę wam co będziemy jedli na obiad: rosół (obowiązkowy do picia), duet mięs pieczystych, czyli roladki z drobiu i schab pieczony z sosem, ziemniaki z masełkiem i koperkiem i do tego ćwikła i surówka z białej kapusty. A na deser szarlotka z lodami na ciepło. Pychota, prawda? Obym tylko się nie wybrudziła, jak to mam w zwyczaju.

#Pierwszy taniec
   Po wielu zmianach decyzji (moich) i po wielokrotnym przytakiwaniu (narzeczonego) wybraliśmy w końcu piosenkę i nawet zapisaliśmy się na kurs. Brawo my! Zatańczymy do klasyki – I love you, baby – Franka Sinatry.

#Księga gości
   Nigdy nie lubiłam wpisywać się do księgi gości, bo po prostu nie wiedziałam co mam tam napisać, ale z drugiej strony chciałam mieć pamiątkę ze swojego wesela. Stworzyłam więc ankietę weselną, co by pomóc zamroczonym alkoholem umysłom wpisać się do księgi i złożyć nam najlepsiejsze życzenia.

#Paznokcie
   Moja zmora, bo długo nie mogłam się zdecydować na jedne. Na pewno nie chciałam białych ani beżowych, bo beż to nijaki kolor i mi się nie podoba. Ostatnio razem z moją Basią – mistrzynią paznokciową, wymyśliłyśmy taki oto motyw, który prezentuje wam poniżej. Będą idealnie pasowały do reszty a przynajmniej tak stwierdziło paznokciowe jury.


#Alkohol
   A tutaj muszę się pochwalić. Wino bierzemy z lokalnej winnicy i specjalnie pod nas tworzone było wino różowe, moje ulubione. I nawet sam właściciel dotąd nieprzekonany do smaku tego trunku stwierdził, że jest pyszne i idealne na upały -  półsłodkie z lekko kwaskową nutą. Będzie pysznie, będzie winnie.

#Obrączki
   Już dawno kupione, czekają grzecznie w pudełeczku, z tym, że swoją muszę jeszcze lekko poszerzyć, bo teraz mój zaobrączkowany paluszek wygląda jak mało apetyczna parówka. W tym tygodniu muszę w końcu odwiedzić jubilera i załatwić tę sprawę, bo jak jeszcze na upał palce mi spuchną to i narzeczony, i ksiądz będą mi wtykać ten krążek na serdeczny palec. Swoją drogą postawiliśmy na białe złoto, półokrągły kształt.

   Musimy roznieść jeszcze trzy zaproszenia, 17 czerwca czeka mnie próbny makijaż, fryzura i panieński (trochę się obawiam, co mi te moje dziewczyny wymyślą) a potem mogę już spokojnie usiąść i stresować się tym pięknym nadchodzącym dniem.

   A, i ciągle czekam na Niebieski Notatnik od was – jeszcze dwie dziewczyny muszą się do niego wpisać a potem wróci do mnie! ^^


15 maj 2017

Dzieci, dzieci, wszędzie dzieci.


   Jestem w tym wieku, kiedy wszędzie dookoła pojawiają się dzieci. Rozmawiając z rodzicami maluchów mogę poznać wiele sposobów przewijania, karmienia, wychowania i wszystkich innych czynności, które są w dziećmi związane. Zaczęłam się zastanawiać jakie metody stosowano kiedyś. I w tym celu – jak zwykle – sięgnęłam do źródeł historycznych.

   Zacznijmy od początku, a więc od ciąży. Niegdyś wierzono, że przy ciężarnych nie należy mówić o potrawach, na które ma ona ochotę a których nie może zjeść, ponieważ z niemocy mogłaby … poronić. Średniowieczni znawcy potrafili także rozpoznać płeć dziecka po piersiach matki. Jeżeli w czasie ciąży prawa pierś stawała się większa od lewej – miał urodzić się syn. Jeżeli odwrotnie – córka. Ciekawe co, jeżeli kobieta ma asymetryczne piersi już przed ciążą?

   A co kiedy dzieciątko już się urodziło? Cóż, przede wszystkim polecano, aby trzymiesięcznego noworodka sadzać już na nocniku, przynajmniej 12 razy w ciągu doby. Czyli średnio co dwie godziny- wtedy istnieje szansa, że dziecko nauczy się korzystać z nocnika i nie trzeba będzie używać pieluch. Patrząc na dzisiejsze ceny pampersów, ta rada to istna żyła oszczędności.

   Poradnik w 1943 roku zaznacza, że dziecko powinno przebywać na zewnątrz przynajmniej 8-9 godzin dziennie. Pół biedy, jeżeli masz przy domu piękny ogródek. Jeżeli mieszkasz w bloku będziesz musiała wystawiać dziecko na balkon, żeby oddychało zdrowym, świeżym powietrzem. Nie zapomnij założyć mu maseczki przeciw smogowi, jeżeli mieszkasz w Krakowie. Albo na Śląsku.
   Jeden z poradników podawał, że dziecko należy poić wódką, żeby zniechęcić dziecko do tego smaku. Wiecie, taka profilaktyka.

   Istnieje również szereg starych przesądów związanych z ciążą i dziećmi. Przedstawię wam te najbardziej absurdalne:

    Nie przypatruj się nikomu brzydkiemu, bo dziecko też takie będzie - a jeżeli akurat o szefowa nie jest zbyt urodziwa? Co wtedy? Urlop na żądanie by przeszedł, czy nie bardzo?

    Jeżeli jesz ostre rzeczy, urodzisz chłopca, słodkie - dziewczynkę. Jeżeli jesz ostre i słodkie, to po prostu zaczynasz się obżerać. 

   Dziecku trzeba nacierać kręgosłup szarym mydłem, żeby był mocniejszy – mydło Szary Jeleń będzie przeżywało swój renesans, kiedy matki zaczną je na gwałt kupować i nacierać nim swoje pociechy..

   Jeżeli dziecko po raz pierwszy zacznie jeść z lewej piersi – będzie leworęczne – kurka i teraz zagadka życia, czy chodzi o lewą z perspektywy matki, czy dziecka? Bo to jednak jest problem.

   Nie wolno całować śpiącego dziecka, żeby nie miał koszmarów – jak dla mnie, to nie powinno się całować śpiącego dziecka, żeby się nie obudziło i nie zaczęło płakać.

   Nie powinno się kłaść dzieci na stole, bo będą głupie – po co w ogóle kłaść dziecko na stole?

   Im bardziej dziecko jest niespokojne i płaczliwe podczas chrztu tym grzeczniejsze będzie w przyszłości – mój chrześniak był grzeczniutki jak aniołek, więc w przyszłości może pokazać spore rogi.

   Jeśli pierwsze dziecko najpierw powie „mama” to kolejny maluszek będzie dziewczynką, jeżeli „tata” to będzie chłopcem – a jak powie „kaczka” to będziecie rodzicem jedynaka.

   Na koniec dwa najlepsze, które nawet nie wymagają komentowania:

   Jeżeli pogłaszczesz barana, urodzisz syna.

   Nie kochaj się z mężem w dwóch ostatnich miesiącach ciąży, bo dziecku będą ropieć oczka. 


9 maj 2017

Polski Da Vinci


   Rozdawanie zaproszeń w pełni, więc z recenzją przychodzę do was z pewnym opóźnieniem, ale już jestem i mam dla was książkę nie byle jaką, bo samą polską wersję Kodu Da Vinci.

   Na Giewoncie znaleziono zwłoki nagiego mężczyzny. Widok to niecodzienny i przerażający, przynajmniej dla każdego normalnego człowieka. Komisarz Wiktor Forst jednak nie należy do najbardziej zrównoważonych pod słońcem osób i taki sposób morderstwa przyjął bez większych emocji. Zaintrygował się dopiero nieco później, gdy w jamie ustnej denata odnalazł starożytną monetę. A kiedy po dziesięciu minutach dowiedział się, że jest odsunięty od sprawy, uznał, że morderstwo to musi mieć nie tylko drugie, ale i trzecie dno. I zamiast potulnie podkulić pod siebie ogon i stawić się na komendzie, ten wziął pod ramię dziennikarkę jednej z największych stacji telewizyjnych i uciekł z miasta.

   Później akcja potoczyła się niezwykle szybko; Frost i Olga zostali uznani za zbiegów, musieli kryć się nie tylko przez policją, ale i przed funkcjonariuszami bardziej poważanych w naszym kraju służb. W końcu trafili za wschodnią granicę, gdzie nie spotkali się ze zbyt miłym przyjęciem a tajemnica, która rozpoczęła się dla nich na szczycie Giewontu stawała się coraz bardziej lepka i brudna.
Co mnie zaskoczyło to to, że Mróz pokusił się w „Ekspozycji” o wątek religijny. Czytając o związku monet umieszczanych w zwłokach ofiar z bratem Jezusa, Jakubem i sekretnym bractwem, nie mogłam nie myśleć o „Kodzie Da Vinci”. Ten zagraniczny tytuł stał się tak popularny i tak mocno wgryzł się w popkulturę, że obecnie każda książka jemu podobna narażona jest na dozę krytycyzmu, jeżeli nie podoła pierwowzorowi…

   To, co różni dzieło Browna od Mroza to przede wszystkim główny bohater. Tamten był zbyt… idealny, książkowy. Frost natomiast jest męską wersją Chyłki – inteligentny, ale niekiedy gburowaty tak bardzo jak panowie spoglądający łakomo na panie w krótkich spódniczkach. Introwertyczny, ale jednocześnie potrafił wykazać się wielką asertywnością i zjednać sobie ludzi. A co najważniejsze, przypodobał mi się jednym, często wypowiadanym przez siebie zdaniem –

PROSTA ZASADA MÓWI, BY GASIĆ TRWAJĄCE POŻARY I NIE PRZEJMOWAĆ SIĘ TYMI, KTÓRE DOPIERO WYBUCHNĄ.

   Idąc tym tropem rozumowania, Frost faktycznie mógł spać spokojniej, jednak nie raz narobił sobie o wiele większych problemów, skupiając się bardziej na tym, żeby przeżyć dane spotkanie z rosyjskimi agentami, niż przejmować się tym, co z nim zrobią za to, do czego się przyznał.

   Postać Olgi, dziennikarki, która podążała za Frostem była niestety zbyt blada; kontrast pomiędzy nimi był tak duży, że nagle zatęskniłam za Zordonem, który wprawdzie zachowywał się jak ciepłe kluchy z masłem, ale przynajmniej umiał powiedzieć coś sarkastycznego i pogrozić Chyłce palcem. Olga zachowywała się trochę jak zakochana nastolatka, co nie pasowało mi do tego, kim miała być – silną dziennikarką, która żadnej prawdy się nie boi. Poza tym zapach jej perfum był zaznaczany stanowczo za często.

   Podsumowując, „Ekspozycja” nie jest książką tak dobrą jak „Kasacja”, ale za to o wiele lepszą niż „Zaginięcie”. Dużo punktów dałam jej już na samym finiszu czytania, bo końcówka… cóż, mówiąc bardzo oględnie – wymiata.

Prywata
   Co do zaproszeń, to nie będę robić o tym osobnego postu, bo chyba szkoda. Napiszę tylko tyle, że osoby, które najmniej się spodziewały go dostać zareagowały najpiękniej, najserdeczniej i najszczerzej. Miód na serce, po maratonie irytacji. Zostało 52 dni, czekamy na słońce, bo w takie zimno to ja ślubu brać nie zamierzam!


2 maj 2017

Będę rolnikiem!


   W sumie powinnam powiedzieć, że jestem półkrwi rolnikiem, bo moja mama wychowała się na wsi a i ja miałam okazję przez sześć wspaniałych lat mieszkać w sielskim otoczeniu przyrody. Od małego budziło mnie pianie koguta o zbyt wysokim poziomie testosteronu, piłam mleko od naszej domowej, zdecydowanie za grubej krowy i miałam hopla na punkcie kóz. Naprawdę, ostatnio narzeczony oglądał moje zdjęcia z dzieciństwa i 25% z nich to byłam ja i kozy. Zdziwił się, lekko zaniepokoił, ale nadal mnie kocha, więc spokojnie, fotorelacji ze ślubu doczekacie.

   Teraz jestem mieszczuchem, chociaż nie ukrywam, że uwielbiam te chwile, kiedy wracam na wieś i na chwilę mam szansę powrócić do czasów dzieciństwa; sadzić w polu na wiosnę, zbierać na jesień, szukać jaj, które kury zniosły gdzieś w przytulnych i ciemnych zakątkach i sprawdzać czy małe kaczki – równie głupiutkie, co słodkie – nie postanowiły zanurkować w poidle dla kur. Przez pierwsze pięć lat życia byłam przekonana, że każdy ma swoje ziemniaki i cebulę i jak zobaczyłam, że ludzie kupują je w sklepie to przeżyłam niemały szok. Zresztą do dzisiaj zdarzyło mi się kupić ziemniaki jedynie raz w życiu. I czułam się z tym dziwnie.

   O pracach w polu wiem dość dużo. Wiem na przykład, że po zasianiu ogórków, trzeba je natychmiast przykryć włókniną, że kalarepa z pola smakuje o wiele lepiej niż ta sklepowa i że smak pomidora prosto z krzaka jest nieporównywalny z niczym innym.  Wiem, że maliny na zimę trzeba przyciąć, żeby na wiosnę pięknie wypuściły i że dorodne, soczyste owoce mają co dwa lata. Lato zaczyna się dla mnie wraz ze smakiem słodkich czereśni kończy się zaś smakiem śliwki.

   Kiedy otrzymałam możliwość przeczytania i zrecenzowania książki „Żyj jak rolnik. 100 sposobów jak żyć w zgodzie z naturą” ucieszyłam się, że pogłębię trochę swoją osobistą wiedzę. I co z tego wyszło? Ano nic, bo większość informacji była mi dobrze znana a te nieznane – jak suszyć mięso z własnej krowy czy samodzielny ubój – są mi kompletnie do życia niepotrzebne, bo wyznaję zasadę, że znajomych zwierząt nie zjadam. Moja rodzina jest pokrzywdzona z tego powodu, bo jeszcze za bajgla zrobiłam straszną awanturę jak ciotka zabiła domową kurę na rosół. Od tamtej pory „swojskich” zwierząt u nas w rodzinie się nie je. Jestem ich bohaterką, pewnie w kurniku mają powieszony plakat z moim zdjęciem a kurzy Marvel nagrał o mnie film.

   Wracając do książki; można znaleźć w niej informacje o tym jak suszyć trawę na siano, jak przycinać drzewa, szczepić drzewa owocowe, jak pozbyć się ślimaków z upraw, jak zrobić sok z własnych jabłek, jak zaplanować przydomowy ogródek i wiele, wiele innych. Dla kogoś, kto ze wsią ma mały kontakt, albo chce sobie przypomnieć to, co zakurzyło się w pamięci, zdecydowanie jest to właściwa książka. Mnie z nóg nie zbiła, aczkolwiek narzeczony stwierdził, że jak wygra w totka to przeprowadzimy się w Bieszczady i będziemy żyli w zgodzie z tymi zasadami. Wyłączając oczywiście ubój własny.

   Podobała mi się rada 81 na temat tego, dlaczego tak ważny jest płodozmian. Uwierzycie, że jak miałam 1 lat to byłam przekonana, że co roku sadzimy warzywa w innym miejscu dlatego, że moja mama jest niezdecydowana i zawsze musi coś zmienić? Dopiero gdzieś w okolicach gimnazjum dowiedziałam się, że to nie jej widzimisię, tylko tak powinno być.

   Czy dałoby się być rolnikiem znając tylko i wyłącznie tą książkę? Nie. Autor opowiada z perspektywy kogoś, to zna podstawy (chociaż niekiedy i te podstawy w swoich radach załącza). Jeśli więc z okazji majówki chcecie zmienić swoje życie, porzucić miasto i udać się na wieś, wybudować dom, kupić krowę i zaadoptować kota-przybłędę to musicie pokusić się jeszcze o inne pozycje. Ale tą też możecie w wolnej chwili poczytać. 

28 kwi 2017

Na weekend - odmowy ślubne.


   Na forach ślubnych można znaleźć masę narzekań przyszłych Panien Młodych. Niektóre są mniej absurdalne, inne bardziej, jednak ostatnio – jako że sezon ślubny ruszył pełną parą – króluje temat, dlaczego zaproszeni goście odmawiają przyjścia na wesele. Przedstawię wam dzisiaj te co bardziej smakowite. Wszystkie chyba autentyczne, bo nie wiem po co Młode miałyby wymyślać takie historie. Inna sprawa, że wymyślają je niedoszli goście…

   Nasze dziecko będzie wtedy chore – prorocy są nadal wśród nas! Dwa miesiące wcześniej rodzice wiedzą, że ich pociecha będzie chora. Ja rozumiem, że matki to mają szósty zmysł, ale nie przesadzajmy, żeby aż tak? Żeby aż z takim wyprzedzeniem?

   Nie mam zębów a na wesele musiałabym zrobić sobie całą szczękę – nie wiem nawet jak to skomentować. Naprawdę. Wcięło mi zęby.

   Nie zostawię kota samego w domu – no tak, mały futrzak nie może zostać sam a na zaproszeniu Mruczka wypisanego nie było… a może by tak warto było zorganizować i animatorkę dla kotów i psów, żeby też się mogły pobawić. Przecież to członkowie rodziny, jakby nie patrzeć.

   Gdyby wesele było u nas w mieście, to byśmy przyszli – idąc tym tropem, to wesel trzeba by było zrobić kilka, żeby każdy gość miał tam wystarczająco blisko. A najlepiej to zaraz koło ich domu, bo wtedy i kot nie czułby się samotny!

   Całą rodziną będziemy w sanatorium – nigdy nie słyszałam o grupowych, rodzinnych turnusach do sanatorium. Ale cóż, młoda jestem, niedoświadczona jeszcze.

   Nie chcę złapać welonu – bo nie wzięcie udziału w oczepinach to zbyt banalne rozwiązanie, lepiej w ogóle na wesele nie iść.

   Nie lubię wódki a na weselu trzeba pić – oczywiście! Znane są zwyczaje, kiedy to Pan Młody otwiera siłą szczęki gościa a Panna Młoda wlewa tam wódkę. A później orkiestra stoi nad delikwentem i każe mu pić litry, ba! Hektolitry wódki. I biedny gość odmówić przecież nie może…

   Nie zostawimy pustego domu, bo ktoś się włamie – czyli nigdy z domu nie wychodzą, co by się złodziej tam nie dostał. Pewnie mają rozpisany grafik, kto kiedy domu pilnuje i za żadne skarby nie opuszczają domostwa, bo złodzieje czyhają!

   Żona mi nie pozwala żona instancja wyższa, jej zawsze trzeba słuchać.

   Ukruszył mi się ząb – nie prościej iść do dentysty, lepiej zaszyć się w domu i cierpieć w samotności przez wiele tygodni. W ogóle problemy dentystyczne są często przez niedoszłych gości podejmowane. Jak ja będę chciała kiedyś odmówić to rzucę po prostu hasłem „ząb” i to będzie tłumaczyło wszystko.

   Nie znam tam wszystkich osób – o i tutaj moi drodzy warto wspomnieć o pomyśle pewnej przyszłej Panny Młodej. Otóż stwierdziła ona, że zrobi sobie przedślubek, żeby na ślubie właściwym miała już wszystko dopięte na ostatni guzik. Z fotografem oczywiście. Na takiej imprezie goście mogliby się poznać i wtedy chętniej przyszliby na samo wesele, bo jak zna się wszystkich to zawsze raźniej, prawda?

    Nie, bo będziecie mieć winietki a ja chcę sama decydować, gdzie będę siedzieć – i to akurat jest przykład, który ja usłyszałam, chociaż ciągle mam wrażenie, że to był żart a nie szczera prawda. Cóż, dowiem się tego już za miesiąc, to dam wam znać.
   
   Zapraszacie wujka Gienka, ja go nie lubię, jak go nie zaprosicie to ja przyjdę - ciągnijmy losy kogo zaprosić a kogo nie. Gienka czy może Stasię z Hameryki? A może powiedzieć obojgu, że tej drugiej strony nie będzie i niech się martwią, jak się na weselu spotkają? Jest jeszcze sytuacja w drugą stronę, kiedy przymusza się Młodych do zapraszania niektórych gości. 

   I hit Internetów, który krąży w nich od lat - Nie, bo się nam krowa cieli. Dziękuję, dobranoc, gasimy światła. 

    A jakie Wy słyszeliście lub sami wymyślaliście wymówki? Piszcie!


25 kwi 2017

Czy jedzenie może być sensem życia?


   Na tym świecie istnieje podział na dwie grupy ludzi; na tych, którzy jedzą po to, aby żyć i tych, którzy żyją po to, aby jeść. Ja zdecydowanie należę do pierwszej z tych grup. Wprawdzie lubię zjeść coś smakowitego, ostatnio nawet stwierdziłam, że moje podniebienie dorosło i zaczęłam doceniać smak suszonych pomidorów, kaparów i rukoli, ale nadal spokojnie mogę żywić się frytkami i duszoną cebulą z kiełbaską (moje ukochane danie z dzieciństwa!).

   Z przyjemnością oglądam Kuchenne Rewolucje i inne programy kulinarne, ale nie mam potrzeby gotować wymyślnych potraw i nie eksperymentuję z nieznanymi mi produktami. Cielęciny nie umiałabym przyrządzić pod groźbą śmierci, wolę trzymać się bezpiecznego schabu czy filetu z kurczaka; to przynajmniej zawsze wyjdzie i da się zjeść. A jak widzę ser pleśniowy to odwracam się na pięcie, bo nie umiem przekonać się do jego ostrego smaku i niecodziennego widoku.

   Wiem jednak, że są ludzie, którzy na jedzeniu opierają całe swoje życie. Wstają po to, aby łechtać swoje podniebienie, punktem kulminacyjnym ich dnia jest obiad, który rozpływa się w ustach i który urzeka feerią smaków i zapachów. Szczególnie można zaobserwować to na Południu Europy. Tam ludzie się nie spieszą; delektują się życiem, powoli rozpływają się w katatonii jestestwa. Kalorie to ich przyjaciele, bo jedzą i jedzą a wcale nie tyją; popijają to wszystko winem, smakują jego smak na języku i sprawiają, że połączenie potrawy i trunku poprawia im każdy dzień.

   Taką osobą jest Nana, bohaterka książki Niebezpieczne związki kulinarne. Bohaterka nie-główna, ponieważ jej rola polega tam tylko na jedzeniu i uprawianiu innych życiowych przyjemności. Nana ma męża, o którym nie wiadomo zbyt wiele; po prostu jest i jest zazdrosny o swoją piękną i apetyczną żonę. I ma ku temu powody, bo Nana zdradza go z Damoklesem i Dimitrisiem; mało tego, panowie są swoimi sąsiadami i gdyby nie przypadek, wcale nie wiedzieliby, że wspólnie przyprawiają rogi pewnemu anonimowemu dla nich mężowi mieszkającemu gdzieś tam w Atenach.  

„Nieszczęśliwym czas prędko mija.”

   Ich związek z Naną jest specyficzny i wbrew pozorom nie opiera się na miłości fizycznej – Nana przychodzi do domu swojego kochanka, zalega na łóżku i … je. Raczy się specjałami, niejednokrotnie każe się karmić i leży, pojękując cichutko nad każdym kęsem dania. I każdy z panów stara się stworzyć coraz lepszą potrawę, wywołać w ukochanej coraz głośniejsze jęki.
   Sytuacja komplikuje się w momencie, gdy Damokles i Dimitris dowiadują się o sobie; męska zazdrość jest niebezpieczna i wybuchowa, nic więc dziwnego, że zamiast dać sobie spokój z Naną, obaj postanowili walczyć o nią ze zdwojoną siłą. Zaczęli przygotowywać jej takie potrawy jak kurczak z piżmianem, karczochy po konstantynopolitańsku czy jagnię pieczone z ziemniakami. Ja nawet nie wiem co to piżmiano, nie mam pojęcia jak smakuje karczoch a jagnięcia nawet nie chciałabym spróbować, bo to takie miłe i kochane zwierzątko jak dla mnie a nie potrawa na talerzu.

„Mąż ma zobowiązania, kochanek przywileje.”

   Perypetie tego niecodziennego trójkąta miłosnego są przesmaczne; książeczka sama w sobie jest chudziutka, dlatego połyka się ją w przeciągu dwóch, trzech godzin. Oczywiście podczas lektury człowiek robi się diablo głodny, więc nie polecam jej osobom będącym na rygorystycznej diecie. Osobiście dzięki postanowiłam pogłębić nieco swoje codzienne menu i pokuszę się o zrobienie filetów z makreli z rusztu. Będzie światowo, a co!

   Podsumowując, Niebezpieczne związki kulinarne to pozycja, którą przeczytać należy. Choćby po to, aby zrozumieć, jak dla niektórych ważne jest jedzenie, jak można zafiksować się na punkcie ugotowania idealnych ziemniaków, czy przyrządzeniu najpyszniejszych mięs. Może ta lektura nauczy was – tak jak mnie – że trzeba czasami spróbować czegoś nowego, poznać nowe smaki. I że jedzenie faktycznie jest afrodyzjakiem. Tylko trzeba się trochę postarać przy jego przyrządzaniu.

   A wy? Jakie najdziwniejsze potrawy jedliście? I czy uważacie, że jedzenie może być sensem życia? Piszcie!


20 kwi 2017

Grzech mnie nie spętał, czyli najnowsza książka Niny Majewskiej-Brown


   Nina Majewska-Brown to autorka, z którą znam się już od dłuższego czasu. Jej debiutancką powieść Wakacje zachwalałam bez reszty, ponieważ urzekła mnie niesamowitym wręcz zwrotem akcji, erupcją emocji i dynamiczną historią. Nic więc dziwnego, że wobec tej pani mam bardzo duże wymagania, jeżeli chodzi o powieści. I pewnie dlatego Grzech wydał mi się za mało… grzeszny.

   Na wsi życie toczy się swoim rytmem, odmiennym od tego miastowego. Tam sensacja jest czymś niezwykłym, czymś, co elektryzuje wszystkich mieszkańców. Każde odstępstwo od normy sprawia, że życie takiej społeczności gwałtownie się zmienia; ba, tam nawet zmiana ceny cukru komentowana jest szeroko przez drewniane płoty. Nic więc dziwnego, że seria niepokojących incydentów sprawia, że ludzie zaczynają drżeć o swoje życie i nie wypuszczają się z domu po nocy. To, co w mieście skwitowaliby zapewne obojętnym ruchem ramion, na wsi sprawiło, że wieloletni sąsiedzi zaczęli patrzeć na siebie podejrzliwie, bojąc się, że zło będzie zataczać coraz szersze kręgi.

   Ktoś zamordował trzy koty i powiesił je na płocie sołtysa. Jakiś czas później zaklejono drzwi i okna prowadzące do kościoła i na plebanię. Z czasem to, co początkowo wydawało się wybrykami niespełnionego złoczyńcy, zaczęło stawać się coraz bardziej niebezpieczne i niepokojące.

   Trudno wskazać jedną, główną bohaterkę powieści – bo bezsprzecznie to właśnie kobiety wiodą w niej prym. Mężczyźni są jakby na obrzeżu tych zdarzeń; umierają, uprawiają rolę, kradną w sklepie, zdradzają i nie mają głównego głosu w całej tej historii. Jedną z bohaterek jest Aleksandra, nauczycielka, która mieszka w mieście i samotnie wychowuje nastoletnią córkę, Monikę. I od niej rozpoczyna się cała historia, bo to jej grzech z przeszłości sprawia, że kobieta postanawia spędzić wakacje na dalekiej wsi, zapomnianej przez Boga i nieznanej wielkiemu światu. Razem z nią w podróż wybiera się zbuntowana Monika, czego Ola za bardzo nie chce, ale nie wie, jak przeciwstawić się własnemu dziecku. Ma swoje plany, swój cel i początkowo uważa, że obecność małoletniej będzie jej tylko przeszkadzała.

   ‘Była typem kobiety, która wciąż czyha na sytuację, w której mogłaby się wściec albo zrobić awanturę. Żyła od kłopotu do problemu, od obawy do paniki, pociągając za sobą w mroczne otchłanie najbliższych, odbierając im jasne perspektywy i radość.’

   Kolejną bohaterką jest Laura, młoda kobieta, która pomaga schorowanym, starszym rodzicom prowadzić gospodarstwo. Dodatkowo pracuje w lokalnym sklepie, sprzedając wszystko od bułek, poprzez rajstopy, na drutach kończąc. Dziewczyna od rana do wieczora robi coś dla innych, dla siebie nie mając w ogóle czasu; jest sfrustrowana, niezadowolona i pragnie wyrwać się ze wsi, chociaż wie, że nie ma na to szans. Dodatkowo matka ciągle porównuje ją do Aśki, córki sołtysa, która całymi dniami przechadza się po wsi i chwali najnowszymi butami, sukienkami i torebkami. Laura wie, że jest lepsza od Aśki, ale jednocześnie, irracjonalnie czuje się od niej gorsza, bo Aśka ma pieniądze, ma możliwości i ma mężczyzn, którzy na nią, Laurę, nie zwracają nawet uwagi.
Losy wszystkich tych kobiet splatają się w jedno, tworząc silny, nierozerwalny węzeł, który po czasie będzie je podduszał, gnębił, który będzie sprawiał, że zapragnął uciec. Tyle tylko, że od niektórych węzłów nie da się uciec.

   W zamiarze ta książka miała być kryminałem, jednak dla mnie, za dużo w niej obyczajówki; autorka zdecydowanie nie wyszła poza ramy swojego stylu i moim zdaniem dość ryzykowne było rzucanie się na tak trudny gatunek literacki, jakim jest kryminał. Bo żeby kryminał był dobry, żeby zainteresował czytelnika, żeby zmroził w żyłach krew, to musi trzymać w napięciu, musi iskrzyć i musi być pełen akcji, albo – jak w przypadku Christie – intrygi. Tutaj natomiast przez większość czasu nie działo się … nic.

‘Minuty ich nieobecności wloką się jak ślimaki po liściu sałaty i jedna nie chce popychać drugiej; ustawione w karnym szeregu przekazują sobie pałeczkę mojego niepokoju.’ 

   Wprawdzie początkowa i końcowa scena są mocne i – jak to w przypadku Majewskiej- Brown bywa – zaskakują czytelnika niezmiernie, jednak są jakby wyrwane z całego kontekstu. Środek książki nie pasuje do obramowań, wygląda tak, jakby został napisany przez debiutanta, przez osobę, która dopiero uczy się pływać a zgłosiła się na maraton przepłynięcia Bałtyku. Niestety, jak dla mnie książka dość średnia. Gdybym oceniała ją jako obyczajówkę, dałabym sześć punktów na dziesięć. W momencie, gdy oceniam ją jako kryminał mogę dać jedynie dwa punkty.

   Cóż… Grzech mnie nie spętał, ale z tego co zaobserwowałam, książka cieszy się kilkoma pochlebnymi opiniami, więc moja nie musi być wiążąca. Może dla mnie kryminał bez Poirota nie jest po prostu kryminałem?