17 paź 2017

Damą być, damą być



Kilkanaście miesięcy temu napisałam na tym blogu felieton o tym, jak ciężko jest być kobietą. Teraz, z perspektywy czasu widzę, że informacje, które tam podałam są mocno zdezaktualizowane, bo świat nie oczekuje teraz od kobiety jedynie tego, że będzie kobieca. Świat oczekuje od nas tego, że będziemy damami.
   I teraz uprzedzę, chociaż nie powinnam, bo damy nie uprzedzają – nie bierzcie tego na poważnie. To tylko felieton.

Dama, czyli kto?

   Dama kupuje produkty jedynie lokalne, bo wspiera swoich sąsiadów, którzy pałają się uprawą szparagów. Dama jada też ostrygi i tu może pojawić się problem, jeśli żaden z jej sąsiadów takowych nie hoduje a ona przecież powinna wspierać lokalne, małe przedsiębiorstwa a nie biec do Lidla i kupować tam 100 gram tego przysmaku za jedyne 5,99. Problem dla mnie stanowi kobieta, która chciałaby być damą, ale nie może, bo ma uczulenie na owoce morza, albo po prostu za nimi nie przepada. Bo dama powinna zjeść wszystko, co pojawi się na talerzu.

   Dama nigdy nie krytykuje, nie odburkuje, nie denerwuje się, nie marszczy srogo brwi, nie pokazuje środkowego palca, nie irytuje się i nie jest sarkastyczna. Dama może co jedynie poddać w wątpliwość zachowanie drugiej osoby, chociaż Bóg jeden wie jak to się robi. Może po prostu powinno się komuś powiedzieć - „ej, poddaję Twoje zachowanie w wątpliwość”. Chociaż dama nie używa słowa „ej”, bo to takie plebejskie.

   Dom lub mieszkanie osoby, która pretenduje do tego chwalebnego miana, powinno być czyste, przestrzenne i gościnne dla każdego. Nie może być tak, że o ósmej rano zawita do niej listonosz z bardzo ważnym listem a ona będzie nieumalowana, pies będzie skakał dookoła i domagał się porannego spaceru a dzieci będą biegać w piżamach. Przecież biednego mężczyznę taki widok tylko zgorszy i zepsuje mu humor na cały dzień. Dama powinna otworzyć mu drzwi z uśmiechem, jej pies powinien podać mu łapę a dzieci zaproponować schrupanie dopiero co upieczonego ciasteczka.

  Następna cecha charakteryzująca damę – ona nie przeżywa. Nie podskakuje niczym nastolatka na widok przecenionej pary jeansów w markowym sklepie, nie piszczy jak szalona i nie wybucha śmiechem. Dama leciutko się uśmiecha i kiwa z aprobatą głową, jakby dają wszechświatowi znać, że zadowolił ją dając jej główną wygraną w totka czy mężczyzną, który zechciał się z nią ożenić.

   Jeżeli chodzi o życie rodzinne, to dama nie opowiada swoim przyjaciółkom co jej mąż ostatnio przeskrobał i że dzieci dostały jedynkę w szkole bo się zbuntowały i napisały „ksionszka” w ostatnim dyktandzie. To z pewnością osłabiłoby jej pozycję wśród innych dam i spadłaby w ogólnopolskim rankingu, którym przecież się nie przejmuje, bo ona nie przeżywa.
   Z drugiej strony nie powinna się także zbytnio chwalić; nie może tak jak zwykła kobieta krzyknąć do koleżanek, że dostała piękny złoty wisiorek, machając nim przed oczami dziewcząt. Dama powinna dyskretnie chrząknąć, dotykając dłonią wisiorka, żeby przyjaciółki same miały okazje go zauważyć i aprobująco skomplementować.

Jak się nią stać?

   Szczerze? A po co Wam to wiedzieć? Życie nie-damy jest o wiele lepsze, radośniejsze i spontaniczne. Popadłabym w obłęd gdybym musiała wiecznie być perfekcyjna, zadbana i taka ą i ę. Wolę być sobą, ze swoimi złymi humorami, z przejmowaniem się najmniejszą głupotą, ze spontanicznymi decyzjami i ze skakaniem po chodniku jak pięciolatka (mimo, że za kilka miesięcy obchodzić będę ćwierćwiecze.) Gdybym żyła kilkaset lat temu to z pewnością starałabym się damą być, ale korzystając z przywileju naszego XXI wieku chciałabym nią nie być. Bo damy muszą się wszystkim przejmować, wszystkim dogadzać i uszczęśliwiać wszystkich dookoła, co najczęściej jest równoznaczne z tym, że unieszczęśliwiają siebie.

   Taki mój apel na dziś – nie bądź perfekcyjną damą. Bądź egoistką. Bądź szczęśliwa na własnych warunkach. Bo jeśli nie Ty o to zadbasz, to kto?  

12 paź 2017

"Ostatnia prawdziwa love story" - czyli znowu nie zachwyciło mnie to, co zachwyciło wszystkich.


   Zdarza się czasami, że książka oczaruje nas już po samej okładce i zapowiedzi. Że sam tytuł przyniesie ze sobą obietnicę przepięknej książki, która coś w naszym życiu będzie znaczyła. Taką książką w ostatnim czasie była dla mnie „Ostatnia prawdziwa love story”. Spodziewałam się przepięknej historii o miłości, jej różnych aspektach i wymiarach, szczególnie, że reklamowana jest jako: „książka o pierwszych i ostatnich miłościach, i wszystkim, co pomiędzy…”. Co zaś otrzymałam?

   Hendrix i Corrina są nastolatkami i to w gruncie rzeczy powinno tłumaczyć ich zachowanie. Bo czy dorosły, odpowiedzialny człowiek, podstępem wyprowadziłby swojego dziadka z ośrodka dla seniorów, ukradłby samochód i wybrałby się w drogę przez całą Amerykę, aby starszy pan mógł raz jeszcze odwiedzić swój dom znajdujący się w miejscowości Ithaka? W szczególności, że Dziadzio cierpi na chorobę Alzheimera i nie jest zbyt łatwym towarzyszem podróży. Wspomnieć wystarczy jeszcze o tym, że nastolatkowie są ścigani przez lekarzy i policję, ale nikt nie jest w stanie ich zatrzymać. Serio?

   Jeżeli dobrze zrozumiałam, w zamyśle autora było przedstawienie trzech różnych historii miłosnych; tej pomiędzy Dziadziem a Babcią, którą przerwała jej śmierć. Nie była to miłość łatwa, bo na długi czas rozdzieliła ich wojna w Wietnamie, ale jednak los na nowo ich połączył i mogli razem budować swoją przyszłość. Druga historia dotyczy mamy Hendrixa i jego Zmarłego Taty, który zginął w wypadku samochodowym, niedługo po tym, jak zniknął z domu; to z kolei była miłość trudna, wyboista, dość smutna. Trzecia opowieść dotyczyć ma głównych bohaterów, czyli nieprzystępnej i trudnej w obyciu Corriny i nieśmiałego Hendrixa. Zamysł świetny, gorzej niestety z wykonaniem – każda z tych historii opisana jest nijako. Bez polotu, bez fantazji, bez jakichkolwiek uczuć. Czułam się tak, jakbym czytała anons w podmiejskiej gazecie, że taka to a taka osoba kocha tego to a tego człowieka.

„-Mam wrażenie, jakby całe życie ludzie mówili mi, kim nie jestem. Ciągle czuję, czym nie jestem, czy też czym jestem nie w pełni. Chciałabym po prostu poczuć się częścią czegoś. Chcę być czymś czym jestem. W pełni.”

   Pewnie jak zwykle wyjdę na osobę, która nie potrafi zachwycić się dobrą książką, ale dla mnie „Ostatnia prawdziwa love story” jest zwykłą, banalną młodzieżówką, która mało ma wspólnego z wielką historią miłosną. Może gdyby autor bardziej skupiał się na relacji Dziadzia z jego zmarłą żoną, historia ta miałaby szansę zawładnąć moim sercem, ale niestety jest ona potraktowana po macoszemu. Ta książka dotyczy przede wszystkim Hendrixa, Carriny i ich podróży, podczas której słuchają ciągle muzyki, a nazwy zespołów starego rocka tłoczą się na co drugiej stronie (co też lekko mnie irytowało, bo te wieczne wzmianki tylko mnie drażniły.)

   Nie rozumiem też, jak nastolatek – bo to Hendrix jest narratorem powieści – może opowiadając o swoim ojcu zawsze mówić „Zmarły Tata”. Nigdy nie powiedział po prostu „Tata”, zawsze w swoich wypowiedziach, czy chociażby myślach musi dodawać „Zmarły”. Brzmi to trochę dziwacznie, patrząc na to z realistycznej, ludzkiej strony. Poza tym sprawia, że wspominany ojciec znany jest tylko z tego, że umarł, jakby nie liczyło się w jego życiu nic więcej.

   Drażnił mnie styl pisania autora; jego zdania często były dla mnie niezrozumiałe, toporne, wymuszone. Nawet ten cytat, który wam przedstawiłam, brzmi dla mnie dziwnie. Musiałam kilkakrotnie się w niego wczytać, żeby zrozumieć jego sens, zrozumieć, co autor chciał mi przez niego przekazać. Dialogi są bardzo chaotyczne, często nie wiedziałam kto co mówi, gubiłam się i czułam się niepewnie. A to chyba najgorsze co może być podczas czytania książki - poczucie niepewności, czy to, co czytamy, ma jakikolwiek sens.

   Podsumowując, dla mnie „Ostatnia prawdziwa love story” jest książką dość przeciętną. Można ją przeczytać, ale nie należy spodziewać się po niej wielkich emocji i poważnych refleksji. Ot, książka na jeden wieczór o której szybko się zapomni. Ale z tego co widziałam w blogosferze, wiele osób ją chwali, więc może po prostu ja się nie znam, a was ten tytuł zachwyci. 


8 paź 2017

PRZEDPREMIEROWO - "Consolation" Corinne Michaels.


   Są takie momenty w życiu, które można dzielić tylko z najbliższą sobie osobą. Na przykład pierwsze ruchy dziecka, dekorowanie pokoju dla małego lokatora, wyczekiwanie aż pojawi się na świecie; takie momenty przeżywa się najczęściej ze swoim mężem, dzieląc się z nim wszystkimi nadziejami, jaka będzie ta mała istota i z wszystkimi strachami, czy da się radę wychować go na dobrego i silnego człowieka?

   Natalie, główna bohaterka książki „Consolation” nie miała takiej możliwości; jej mąż Aaron był komandosem i co chwilę wyjeżdżał na akcje, pozostawiając ją samą sobie. Jednak kobieta była szczęśliwa, kochała męża i nie mogła doczekać się momentu, gdy ich mała córeczka się urodzi. Niestety los bywa okrutny i w momencie, gdy Natalie była w najszczęśliwszym momencie swojego życia, zabrał jej to, co kochała najbardziej. Męża.

   Aaron zginął wjeżdżając na ładunek wybuchowy. Śmierć szlachetna, bo walczył o życie bezbronnych, ale i niepotrzebna. Młoda wdowa długo nie mogła pozbierać się po tej stracie i dopiero poród i pojawienie się na świecie małej Aarabelle sprawiły, że zawzięła się w sobie i postanowiła żyć nadal, chociaż czuła, że już nigdy nie będzie równie szczęśliwa jak kiedyś.
   Opieką otaczali ją wszyscy przyjaciele Aarona – kodeks komandosów nie pozwala na pozostawienie wdowy samej sobie, poza tym przez lata zżyli się z Natalie i nie mogli patrzeć, jak cierpi. Starali się więc zapewnić jej pomoc, poczuć się na nowo dawną sobą, mimo że kobieta odtrącała ich od siebie, tworząc mur, chroniący ją od myślenia o zmarłym mężu. Bo ilekroć widziała jego kolegów, zaczynała na nowo przeżywać jego śmierć.

„Czasami nasze problemy wydają się nam tak wielkie, że zapominamy o pokorze.”

   Pewnie w końcu by odpuścili, jednak wtedy do miasta wrócił najlepszy przyjaciel Aarona, Liam. Mężczyzna, który traktował go jak brata, postanowił za wszelką cenę sprawić, by ukochana zmarłego kumpla nauczyła się na nowo żyć. Dzięki jego poczuciu humoru, zawziętości i nieodpartemu urokowi, Natalie zaczęła się znowu uśmiechać. I pozwoliła sobie na nowe uczucie…

   Największym atutem tej książki bezsprzecznie jest Liam. Parafrazując znaną ostatnio reklamę, nie wiem czy tacy mężczyźni istnieją naprawdę, ale poczytać o nich jest miło. Liam, również komandos, jest facetem niezwykle ciepłym, opiekuńczym i oddanym sprawie. Wie, czego chce od życia i od lat przestrzega zasad, które sam sobie narzucił. Co jednak, kiedy jego serce nie chce już przestrzegać tych zasad? Gdy jego jedynym marzeniem jest dać się pokochać Natalie i małej Aarze i stać się ich opiekunem?

„Pieprzyć życie. Pieprzyć miłość i wszystkich, którzy powiedzieli mi, że im przykro.”

   Natalie z kolei jest bohaterką, która mogłaby irytować, ale znając jej historię, puszcza się to płazem. Rozumiem jej rozchwianie, jej wieczne huśtawki nastrojów i jej napady płaczu. Życie porządnie dało jej w kość, nie odpuszczając nawet po śmierci Aarona; bo wtedy na jaw wychodzą sprawki, które mąż umiejętnie zamiatał pod dywan, ale których nie mógł wziąć ze sobą do grobu.

   „Consolation” to świetna książka. I mówię to ja – wieczna przeciwniczka romansów, za nic mająca chwytające za serce opowieści miłosne. Urokowi takich opowieści poddałam się dwukrotnie – raz dzięki Elle Kennedy i teraz po raz drugi, dzięki Corinne Michaels. Obie autorki piszą w taki sposób, że chce się je czytać, chłonąć każde słowo, pędzić prosto do zakończenia, by potem z żalem zamknąć książkę i czekać na kolejny tom.
   Michaels świetnie gra emocjami, dając swoim czytelnikom całą ich gamę: od radości, nadziei, ekscytacji, podniecenia, poprzez wahanie, niepewność aż do złości i poczucia cholernej niesprawiedliwości. Trudne tematy są świetnie rozładowywane przez humor i ironię, a to sprawia, że książka nie jest zbyt patetyczna. Żałoba, którą przeżywa Natalie jest opisana w taki sposób, że sam czytelnik czuje w sobie pustkę, jakby stracił kogoś sobie bliskiego.

   Jedynym minusem w moim przypadku było zakończenie, bo – szczerze – od samego początku czułam jak ta historia się skończy, dlatego też nie przeżyłam szoku czytając ostatnie kartki powieści. Być może to moja wina, bo za dużo książek w życiu przeczytałam i za dużo obejrzałam seriali, dlatego też takie rozwiązanie wydawało mi się dość oczywiste. A może po prostu ja i Michaels myślimy podobnie?

   Niemniej jednak, temu tytułowi stawiam bardzo wysoką ocenę i z niecierpliwością wyczekuję piątego grudnia, kiedy pojawi się jego kontynuacja. Wydawnictwo Szósty Zmysł to nowość na rynku i muszę powiedzieć, że weszli na niego z wielkim wdziękiem. Jeżeli nadal będą wydawać takie książki, to obiecuję uroczyście – będę ich najwierniejszą czytelniczką!  


   Premiera tego tytułu już 11 października. 

6 paź 2017

Bo w gruncie rzeczy ludzie łakną krwi, zadośćuczynienia, kary. "Behawiorysta" Remigiusz Mróz.


   Co stałoby się, gdyby dano ludziom możliwość decydowania o losie przestępców? Gdybyśmy mieli możliwość ukarania pedofilów, gwałcicieli i morderców? I to za pomocą jednego prostego kliknięcia w odpowiednią ikonkę na stronie internetowej? Brzmi brutalnie, prawda? Jednak znając ludzki charakter myślę, że gdyby taka sytuacja faktycznie miała miejsce, głosujących byłyby setki, tysiące, miliony. Bo w gruncie rzeczy ludzie łakną krwi, zadośćuczynienia, kary dla bestii.

   Na razie jednak taka sytuacja ma miejsce tylko w „Behawioryście”, książce autorstwa Remigiusza Mroza. Zamachowiec, który nazywa siebie Kolekcjonerem, porywa kilkoro ludzi, po czym nadaje transmisję w Internecie i nakazuje zwykłym obywatelom decydować, kogo ma oszczędzić a kogo zabić. Przestępca czy umierająca kobieta? Starszy przedsiębiorca czy kilkuletnie dziewczynki? Kolekcjoner bawi się ludzkimi życiami, tworząc obrazoburczy świat, w którym to, co najgorsze w ludziach, wychodzi nagle na światło dzienne.

   Schwytaniem Kolekcjonera zajmuje się Gerard Edling, tytułowy behawiorysta, który potrafi dostrzec odpowiedzi w ludzkich gestach i grymasach malujących się na twarzy. Gerard jest postacią niezwykle oryginalną; razi go niechlujne słownictwo, nie rozumie podążania za modą, całe swoje życie podporządkował spokojnemu rytmowi, niekiedy tylko zbaczając z wyznaczonej przez siebie drogi. Ma żonę, która prawdopodobnie już go nie kocha i nastoletniego syna, którego nie rozumie. I złą opinie, na którą sam sobie zapracował. Jego życie rodzinne prawie nie istnieje, z pracy został zwolniony i tylko dzięki swojemu stoicyzmowi trzyma się jako tako życia, które z pozoru nie ma w ogóle sensu. Jednak nikt nie może podważyć jego niezwykłych umiejętności analizowania i gdy przychodzi potrzeba zasięgnięcia jego pomocy - nikt nie waha się ani przez chwilę. Również sam Kolekcjoner nie może ustrzec się przed wiedzą i umiejętnościami Edlinga, jednak stara się być ciągle dwa kroki przed nim, bawiąc się z nim w kotka i myszkę. I zabierając mu to, co jest dla niego najważniejsze; chociaż on sam o tym nie wie.

   Dużym plusem "Behawiorysty" są również przemycane mimochodem fakty na temat czytania odpowiedzi z ludzkich ruchów i gestów. Bardzo lubię, kiedy książka czegoś mnie uczy, dostarcza nowej wiedzy, pokazuje mi nowe możliwości; teraz już wiem co oznaczają ręce rozmówcy schowane głęboko w kieszeniach czy marszczenie nosa, podczas wymiany myśli. 

„- Potrzebuję twojej pomocy. 
Tym razem cisza przeciągnęła się jeszcze dłużej. Syn nieczęsto słyszał takie sformułowania z jego ust. I właśnie dlatego tkwiła w nich moc. Sztuka manipulowania ludźmi polegała nie tylko na tym, by poznać odpowiednie narzędzia, ale też na tym, by używać ich oszczędnie. Zbyt częste eksploatowanie prostych zagrywek sprawiało, że cała sztuka mijała się z celem.”

   Jak zawsze, Mróz zaskoczył mnie w swojej książce kilkakrotnie; przewrotność fabuły sprawiła, że czułam się zszokowana tym, jak to wszystko się potoczyło i nie byłabym w stanie sobie takiego scenariusza nawet wyobrazić. Mimo, że książkę skończyłam czytać dwa miesiące temu, jej treść nadal mnie prześladuje, zmusza do myślenia, do czego byłby w stanie posunąć się człowiek, gdyby wiedział, że jest bezkarny? Ile razy oglądając wiadomości czy słysząc o jakimś gwałcicielu mówimy: „ja bym go posłał na śmierć”? Być może najbardziej przerażające w książkach Mroza jest to, że odkrywa nasze najmroczniejsze strony? Pokazuje do czego tak naprawdę jesteśmy zdolni. Bo przecież od zawsze lgnęliśmy do tego co złe; wystarczy wspomnieć okrutne bitwy gladiatorów w starożytności czy liczne publiczne egzekucje w średniowieczu. Kiedy dzieje się coś złego, zasiadamy przed telewizorem i chłoniemy płynący potok informacji, zachłystając się niedolą innych, obserwując zło, które dzieje się tak niedaleko nas. 

   Mróz poniekąd zmusza człowieka do podejmowania trudnych decyzji; w pewnym momencie czytający uświadamia sobie, że sam uczestniczy w tej chorej grze, wybierając komu darowałby życie, a komu je odebrał. „Behawiorysta” to książka przerażająca, zła, dotykająca tego, co w ludziach jest pierwotne. Jak w starożytności - "oko za oko, ząb za ząb", tak i współcześnie w wielu krajach nadal obowiązuje zasada "śmierć za śmierć". Chęć zemsty jest - moim zdaniem - uczuciem pierwotnym, które drzemie gdzieś głęboko w ludziach i ujawnia się tylko wtedy, gdy na to pozwolimy. 

   Cała opowieść opiera się na „dylemacie wagonika”, problemie, który w filozofii istnieje już od lat. Polega on na następującym problemie – jeżeli na jednym torze kolejowym przywiązanych jest pięć osób, a na drugim jeden człowiek, którego waga odpowiada wadze pozostałej piątki, czyje życie poświęcilibyśmy, zmieniając zwrotnicę? Uratować pięć osób czy jedną? A może nie robić nic, pozwalając działać losowi? Czy mamy w sobie na tyle siły, aby decydować o ludzkiej śmierci i życiu?

   „Behawiorysta” jest książką dla miłośników mocnych słów, zatrważających faktów i niepokojących bohaterów. Dla tych, którzy lubią makabrę i zło w czystej postaci. Przynajmniej w książkach.

4 paź 2017

Co pieniądze robią z ludźmi? Anna Karpińska - "Sakrament niedoskonały"


   Ślub jest najszczęśliwszym dniem w życiu każdej kobiety; oto w obecności Boga, rodziny i przyjaciół przyrzeka kochać swojego wybranka na dobre i na złe, w zdrowiu i w chorobie, tak długo, póki śmierć ich nie rozłączy. Końcem upalnego sierpnia takie przyrzeczenie składała Blanka, zakochana po uszy kobieta, która planowała ze swoim ukochanym wspaniałą, świetlaną przyszłość. Niestety, ich sielanka nie miała prawa nawet się rozpocząć, bo już kolejnego ranka, młoda mężatka znalazła swojego męża martwego w łóżku.

   Donat, bo tak miał na imię nieboszczyk, pochodził z bardzo bogatej rodziny, która dorobiła się na hodowli kwiatów. Jego starszy brat Roman patrzył na Donka nieprzychylnie, bo ten, mimo że w ogóle nie interesował się sprawami firmy, chętnie czerpał z niej dywidendy i wyjeżdżał do gorących Włoch, aby tam zajmować się tłumaczeniem włoskiej poezji i zachwycaniem się sztuką. Wszystko miało zmienić się po jego ślubie, co Romanowi bardzo nie pasowało, bo chciał mieć całkowitą władzę nad swoją ojcowizną a kręcący się w pobliżu wspólnik mógłby pokrzyżować jego plany. Po stronie młodszego syna stała również matka, nazywana przez wszystkich Królową, zimna i władcza, której życie nauczyło uporu i nieustępliwości.

   Kto stoi za śmiercią Donka? Jego brat, który chciał przejąć firmę na własność? Jego szwagierka, Dorota, którą Donek dotkliwie zranił? Jego świeżo upieczona żona, aby zdobyć jego fortunę? A może ktoś całkiem poza podejrzeniami, stojący w cieniu i nie wyrywający się do odpowiedzialności?
Okazuje się, że nikomu nie można ufać, a najbardziej już własnym bliskim, którzy dla kawałka papieru zamienionego w banknot, są w stanie zrobić naprawdę wiele. Stare porzekadło mówi, że pieniądze szczęścia nie dają; dają za to wiele możliwości, które często są równoznaczne z wyrzeczeniem się tego, co w człowieku najbardziej ludzie i dobre.

   Anna Karpińska stworzyła powieść będącą połączeniem obyczajówki z kryminałem. Świetnie poradziła sobie z narracją, bo tą oddaje w ręce każdego z bohaterów, co pozwala czytelnikowi poznać ich ewentualne motywy i samemu spróbować odgadnąć, kto za tym wszystkim stoi. Głos zabiera również Gabriela, policjantka zajmująca się całą sprawą i Marzena, siostra Blanki, próbująca chronić młodą wdowę za wszelką cenę. Powieść napisana jest w miły, sympatyczny sposób i moim zdaniem, gdyby autorka bardziej rozbudowała tą mroczną część swojej powieści, miałaby szansę stworzyć świetny kryminał, mogący konkurować z samą Bondą czy Mrozem. Bo zaplecze w tym wypadku było dobre, fabuła świetnie przemyślana, niestety za mało wnikliwie opisana, jakby po łebkach.

   Podobały mi się liczne relacje pomiędzy poszczególnymi osobami; widać wyraźnie, że autorka przemyślała każdą z postaci, nie pozostawiając nikogo na uboczu. Każdy coś tam znaczył, każdy miał do odegrania ważną wolę w dramacie, który rozegrał się w strukturach jednej z najbogatszych rodzin. Karpińska jasno pokazuje także, co z ludźmi robią pieniądze, do czegoś potrafią ich popchnąć, jak skutecznie zagłuszają ewentualne wyrzuty sumienia.

   Warto zwrócić jeszcze uwagę na język powieści, który jest bardzo prosty, niewyszukany, taki… ludzki. Nawet nie można nazwać go „książkowym”, bo jest po prostu potoczną mową, co na początku może i lekko mnie irytowało, ale później doceniłam ten zabieg, bo dzięki temu cała powieść jest bardziej realna, prawdziwa. To trochę tak, jakby cała siódemka narratorów siedziała naprzeciwko mnie i po kolei opowiadała historię, która miała miejsce w niewielkim polskim miasteczku.

   Jeżeli jesteście ciekawi rozwiązania tej zagadki, to polecam wam „Sakrament niedoskonały” na jesienne wieczory. Warto!


2 paź 2017

Największymi przeciwnikami ludzi są te najmniejsze organizmy. "Grawitacja" Tess Gerritsen.



   Jesień rozkręca się na dobre, a ja dalej kradnę z każdego wieczora godzinkę czasu, żeby usiąść i przeczytać kolejną książkę Tess Gerritsen. Tym razem padło na „Grawitację”, książkę inną niż wszystkie, emocjonalną i spektakularną.

   Ponoć marzeniem niektórych ludzi jest za wszelką cenę dać się posadzić w metalowym pudle, pod którym znajduje się kilka ton wybuchowego paliwa i oddać swoje życie w ręce opatrzności, aby – jeżeli szczęście dopisze – znaleźć się na orbicie i spoglądać na Ziemię z całkiem innej perspektywy. Tacy ludzie nazywani są astronautami i swoim marzeniom podporządkowują całe swoje życie; godzinami ćwiczą poruszanie się w stanie nieważkości, ucząc swoje organizmy funkcjonowania w całkiem odmiennym środowisku. Zaniedbują swoje rodziny, przeznaczając wolny czas na studiowanie podręczników o astronautyce i znikając na długie tygodnie, podczas których zawisają w przestworzach, spoglądając na wszystko z góry.

   Takim człowiekiem jest Emma Watson, lekarz specjalizujący się w opiece nad astronautami. Wraz ze sztabem kolegów udaje się na Międzynarodową Stację Kosmiczną, aby przeprowadzać tam eksperymenty w stanie nieważkości. Kilka dni później młody Japończyk, Kanichi Hairi nagle zaczyna się źle czuć; jego oczy nabiegają krwią, głowa niemiłosiernie mu pulsuje a brzuch jest tkliwy i bolesny. Nim z Ziemi przybywa pomoc, młody astronauta umiera w okropnych męczarniach a z jego ciała zaczynają wypływać bąble z dziwną masą zatopioną w środku. Zabójczy wirus wziął się znikąd a zadaniem Emmy jest zachować swoich kolegów przy życiu. Co stanie się jednak, gdy wojsko, z nieznanych powodów postanawia zostawić ich samych sobie, nie śląc z Ziemi żadnej pomocy? Dlaczego Biały Dom zabrania astronautom powrotu na powierzchnię? I czym jest Chimera, zabójczy wirus, zawierający w sobie DNA żaby, myszy i … człowieka?

„Dwa miliony ludzi zginęło w Wietnamie. Pięćdziesiąt milionów w drugiej wojnie światowej. Czy człowiek nie ma groźniejszego przeciwnika niż on sam?
Otóż ma.
Między rokiem 542 i 767 naszej ery czterdzieści milionów ludzi zmarło podczas pandemii justyniańskiej.
W czternastym wieku dwadzieścia milionów pochłonęła Czarna Śmierć.
W 1918 i 1919 trzydzieści milionów zmarło na grypę.”

   Paradoksalnie, najsilniejszymi przeciwnikami ludzi, są te najmniejsze organizmy. Boimy się wielkich drapieżnych zwierząt, z lękiem patrzymy w kosmos, gdzie mogą kryć się wrogie cywilizacje, z zapartym tchem oglądamy horrory o zjawach i duchach. A jednak najstraszniejsze dla ludzi są bakterie i wirusy, które tłumnie zamieszkują Ziemię. Organizmy niewidoczne gołym okiem, które były tu długo przed nami i prawdopodobnie zostaną tu i długo po nas. Wpełzają do naszych ciał niezauważenie i niekiedy atakują tak szybko i agresywnie, że nie ma sposobu, aby z nimi wygrać.

   Oczywiście wirus z „Grawitacji” nie jest pospolitym wirusem; żeby książka była spektakularna, to i jej główny bohater musi być niecodzienny, bo kto dałby się porwać historii o pneumokokach albo o wirusie Eboli? Jednak ta powieść pokazuje nam, że przeciwnik wcale nie musi być ogromny, żeby był straszny.

   Emma Watson – tak, wiem, nazywa się jak aktorka, która grała Hermionę – jest pierwszą od dawna bohaterką, która mnie nie irytowała. Być może dlatego, że nie panikowała bez powodu, że nie mądrzyła się przesadnie i może dlatego, że Gerritschen nie zagłębiała się za bardzo w jej psychikę, skupiając się przede wszystkim na akcji. A tej w „Grawitacji” nie brakuje, bo ciągle pojawiają się nowe informacje, które chłonie się jak gąbka wodę. Czy wy też tak macie, że najbardziej intrygujące fragmenty w książce czytacie po dwa razy? Zawsze, gdy coś mnie zaciekawi, zszokuje czy zaintryguje, czytam to po raz drugi, żeby lepiej sobie tą informacje przyswoić. Cóż, śmiało mogę powiedzieć, że 20% tej książki przeczytałam dwukrotnie.

   Podobał mi się także sposób pokazania związku Emmy z jej-prawie-byłym-mężem Jackiem. Brak tam było patetycznych opisów, ckliwych dialogów czy gorliwych pocałunków, a mimo to czuło się, że tej dwójce na sobie zależy. Autorka poprzez ich historię pokazała, że czasami jest coś ważniejszego niż nasze ziemskie nieporozumienia i wzajemne pretensje. Że te stają się absurdalnie nieważne w momencie, gdy na szali znajduje się życie bliskiej osoby. 

„Uświadomił sobie, że nie kochał jej jeszcze nigdy tak bardzo, jak właśnie w tej chwili: kiedy patrzył, jak odchodzi.”

   Boimy się potworów, ufoludków, przyszłości i innych ludzi; drżymy na myśl o karabinach, bombach atomowych i zamachach. Przygotowujemy się do walki z drugim człowiekiem, omijamy szczerzące zęby psy i uciekamy daleko od jadowitych węży. A może powinniśmy się bać czegoś zupełnie innego? Maleńkiego, ignorowanego na co dzień. Wroga, który zabił już miliardy ludzi. I który nie powiedział jeszcze ostatniego słowa?

27 wrz 2017

Homeland. Serial kompletny.


   W dzisiejszych czasach istnieje tyle seriali, że można w nich bez przeszkód przebierać i szukać własnego „Złotego Gralla” serialu idealnego, który sprawi, że przez około 45 minut przeniesiemy się w inne życia i będziemy przeżywać inne tragedie, niż te nasze codzienne, zwyczajne. Przez półtora roku żaden nie zainteresował mnie na tyle, żebym miała ochotę zasiąść w fotelu na kilka godzin i zatopić się w inny świat. Aż do ubiegłej środy, kiedy to włączyłam pierwszy, pilotażowy odcinek serialu „Homeland”. I szczęka mi opadła.

   Nicholas Brody, sierżant marines, zaginął przed ośmioma laty podczas misji w Iraku; dowództwo podejrzewa, że został uprowadzony przez członków islamskiej grupy terrorystycznej. Jego rodzina, przyjaciele i zwierzchnicy byli przekonani, że nie wróci żywy. Pytaniem pozostawało tylko to, czy przed śmiercią, podczas tortur, wyjawił wrogom tajemnice Stanów Zjednoczonych i czy bardzo cierpiał. Jednak – wbrew logice i przeczuciu wszystkim – Brody zostaje odnaleziony po ośmiu latach niewoli i wraca do swojego kraju jako bohater, który nie poddał się wrogowi, który przeżył lata tortur i zamknięcia, który mimo krzywd i bólu pozostał wiernym Ameryce marines.

   Jedna tylko osoba patrzy na sierżanta podejrzliwie. Agentka CSA, Carrie Mathison jest przekonana, że Brody przeszedł na stronę wroga i planuje zamach terrorystyczny. Jej podejrzenia biorą się stąd, że przed laty pewien więzień skazany na śmierć, wyjawił jej, że żołnierz Stanów Zjednoczonych, który jest przetrzymywany przez Al.-Kaidę, zaczął z nimi współpracować. Dlatego zaczyna go obserwować dzień i noc, starając wyłapać się informację, która mogłaby sprawić, że Brody wyląduje w więzieniu. Nieoczekiwanie jednak mężczyzna staje się jej obsesją…

   „Homeland” to thriller psychologiczny na najwyższym poziomie; serial, który dla widza jest jak sidła – jeżeli raz się go obejrzy, czuje się niepohamowaną potrzebę brnięcia w niego dalej. I w sumie nie wiadomo, dlaczego, bo serial niesie ze sobą dużo smutku, poczucia beznadziejności i niebezpieczeństwa, które czyha dookoła nas. Każdy odcinek kończy się w taki sposób, że widz pozostaje z wyrazem szoku na twarzy i zastanawia się, skąd wzięli tak dobrych i sprawnych scenarzystów, którzy z odcinka na odcinek snują coraz lepszą fabułę.

   Jego największym atutem jest to, że pod żadnym względem nie jest czarno-biały. Nie ma tam tak, że Muzułmanie są źli, są terrorystami i atakują Amerykanów, którzy tylko i wyłącznie się bronią, nie krzywdząc kobiet i dzieci tych drugich. Serial jasno ukazuje, że cały ten konflikt jest napędzany przez obie strony, że nikt nie jest bez winy i że po każdej stronie jest trochę racji. Po prostu jedna ze stron ma lepszy marketing i jest bardziej poważana przez społeczeństwo. „Homeland” pokazuje też wszechobecny obecnie język nienawiści, który jest podsycany przez władzę; przy czym w wielkiej i wspaniałej Ameryce jest to ukazywane jako coś dobrego, bo zło trzeba zwalczać, nawet o wiele większym złem.

   Co do gry aktorskiej, to przyznaję ze skruchą, że wcześniej nie znałam ani Claire Danes, która odgrywa rolę Carrie, ani Damiana Lewisa, czyli serialowego Brody’ego. Lewis jest rewelacyjny w swojej roli, chociaż – przyznajmy to szczerze – początkowo, jego wygląd działał na mnie odpychająco. Później jednak tak wykreował swoją osobę, że nie mogłabym wyobrazić sobie Brody’ego inaczej; on po prostu musi być lekko tylko ładniejszy od samego diabła, bo wtedy na pierwszy plan wysuwa się jego skomplikowane wnętrze. Gdyby był przystojny, prościej byłoby go polubić, tutaj zaś scenarzyści i reżyser postawili na tym, aby widzowie pokochali Brody’ego za jego trudne wybory, za niezłomny charakter i za słuchanie swojego a nie obcego, rozsądku.

   Postać Carrie mniej mi się podoba; fakt, aktorka nie miała łatwego zadania, bo musiała realistycznie odegrać osobę chorą na zaburzenia dwubiegunowe (i to jej się udało!), ale jak dla mnie, zbyt często wytrzeszczała oczy. Wiem, to niuans i może kobieta po prostu tak ma, ale mnie osobiście to drażniło, dlatego Carrie nie należy do moich ulubionych bohaterek serialowych. Poza tym jej chaotyczność, dramatyczność, niepoukładanie działały na mnie więcej niż drażniąco.

   Jak ktoś już gdzieś napisał, „Homeland” to serial kompletny. Mistrzowski. Mimo, że może odstraszać swoją tematyką, wciąga widza niczym tornado biedną krowę i nie wypuszcza go aż do ostatniego odcinka. Polecam i rekomenduję. 


25 wrz 2017

Mężczyźni a kobiety. Czym się różnimy?



Uwaga: tekst opiera się na stereotypach.

  Od rana miałam zamysł, że napiszę dzisiaj o czymś miłym, lekkim i przyjemnym i jak na złość tematu nie mogłam znaleźć. A to wychodziło zbyt sentymentalnie a to zbyt oklepanie a to znowu niektórzy czytający poczuliby się oburzeni.
   W końcu z pomocą – nieświadomą – przyszedł mi mąż. Wczoraj byliśmy na weselu i dzisiaj rano moja mama zapytała go jak było. Odpowiedział tylko, że „normalnie”. Nie zrozumiałam kompletnie jak po kilku godzinach zabawy, tańców i picia można nie mieć żadnych odczuć, wrażeń, nic. O czym więc dziś będzie? O różnicach damsko-męskich.

   Różnica pierwsza – wrażenia. Jeśli to ja, bądź inna posiadaczka piersi i dwóch chromosomów X spotkała po latach dawną przyjaciółkę to później, opowiadając o tym chłopakowi, mamie czy komukolwiek powiedziałaby wszystko, poczynając od koloru włosów delikwentki, poprzez jej ubiór, charyzmę, wymowę a na życiorysie kończąc. A mężczyznom wystarczy jeden równoważnik zdania, bez orzeczenia i chociażby podmiotu, by wyrazić wszystko. Jak tak można?!

   Różnica druga - pakowanie się. Gdy wybieraliśmy się w podróż poślubną, ja miałam dwie walizki i torebkę kosmetyków, mąż jeden plecak. Był taki z siebie dumny, że spakował się nie dość, że ekonomicznie, to jeszcze tak szybko i sprawnie! Jednak jego ekonomiczna radość nie trwała długo; kiedy byliśmy już w górach i od rana padał deszcz, wydało się, że mój ukochany nie wziął niczego na długi rękaw. Niczego. Null. Żadnej dresówki, kurtki, swetra, czegokolwiek co by ochroniło go przez zimnem i deszczem. Możecie sobie wyobrazić wzrok ludzi na Krupówkach, kiedy każdy był otulony kurtami, czapkami i rękawiczkami a naprzeciw nich szedł gość z bluzce na krótki rękaw. Kupiliśmy mu bluzę. Nieekonomiczną. 

 Różnica trzecia – wyłączanie się. Na tą męską umiejętność patrzę ze szczerym podziwem i zdumieniem. Zasiądą przed telewizorem czy laptopem i – zgiń, przepadnij, jego nie ma! Nie widzi, nie słyszy, nie reaguje. Można krzyczeć zaraz obok jego ucha, machać językiem i rękami na wszystkie strony, być atakowanym przez grizzly, nieważne. Faceci są wtedy w jakimś dziwnym miejscu a ich mózg ogłasza strajk, zatyka uszy, oczy i węch i relaksuje się w czaszce, obojętny na bodźce zewnętrzne. A baby? Nie znam takiej, która umiałaby się wyłączyć – przecież tyle jest do obejrzenia, posłuchania i podsłuchania, do skomentowania i obgadania!
   Wiadomo przynajmniej dlaczego to mężczyźni zazwyczaj są mnichami i mistrzami jogi.

 Różnica czwarta – jest tu jakaś pani, która nigdy się nie pokłóciła z koleżanką? Nie widzę wielu rąk podniesionych do góry. Kobiety po kłótni zazwyczaj mają do siebie taki żal i takie pretensje, że nawet dzielenie ze sobą jednej strony jezdni jest dla nich zbyt trudne i z wysoko podniesioną głową przechodzą na drugą, by tylko nie musieć mijać znienawidzonej koleżanki. Taki kobiecy spór może trwać tygodnie, miesiące, lata, aż w końcu nie będzie pamiętało się co było zaczątkiem konfliktu.
   A faceci? Oni się tym nie przejmują. Dadzą sobie po mordzie a tydzień później jak zwykle spotkają się na piwie i obejrzą razem mecz.

   Różnica piąta – stres. Jeszcze za czasów narzeczeńskich jechaliśmy na premierę "Gwiezdnych wojen". Miałam kupiony bilet studencki, ale nie miałam podbitej legitymacji (kochane panie z dziekanatu!). Martwiłam się więc o to, czy mnie w ogóle wpuszczą a poza tym czy jesteśmy w dobrym kinie (rezerwowałam bilety miesiąc wcześniej i zapomniało mi się, które kino zaznaczyłam a w Rzeszowie Heliosy są aż dwa.) Ah, i jeszcze się denerwowałam czy w ogóle zdążymy na seans, bo wyjechaliśmy z domu lekko spóźnieni. A czym denerwował się mój luby? Czy „Gwiezdne wojny” będą wystarczająco dobre...

   Różnica szósta. Załatwianie spraw. Mężczyźni mają na wszystko zawsze czas; ja jestem istotą bardzo niecierpliwą, więc nadal nie mogę zrozumieć tego stoickiego spokoju męża, który dwie dni przed wyjazdem jest w stanie powiedzieć: "spokojnie, nie trzeba jeszcze rezerwować pokoju, znajdziemy coś na miejscu". Koleżanka opowiadała mi ostatnio, że - jako, że jest w stanie błogosławionym - chce kupić łóżeczko dla malucha. Żeby mieć go gdzie położyć, jak już przyjdzie na świat. Co na to jej mąż? Że spokojnie łóżeczko kupi się po porodzie, a przez pierwsze dni dziecko może przecież spać w ich łóżku. 

   Różnic jest multum i można by je wymieniać jeszcze bez końca i bez końca. Ale najważniejsze w tym wszystkim jest to, że pomimo nich wszystkich między kobietami a mężczyznami jest miłość – nietuzinkowa, magiczna i trująca. Uczucie nieznane, tajemnicze, którego nie da się rozgryźć w żadnej mierze. Bo dlaczego akurat ta dwójka ludzi jest dla siebie idealna? Dlaczego w panu X irytowałoby mnie to jego „wyłączanie się” a panu Y dodaje to uroku? Dlaczego pani A jest lepszą partią niż pani M, skoro obie są choleryczkami i w przypływie gniewu rzucają talerzami?

   Miłość to dziwna, tajemnicza substancja, której nie sposób pojąć i zrozumieć. Ale dobrze, że jest, bo dzięki temu można wypłakać się na czyimś ramieniu kiedy jest źle i przytulić się, kiedy cały świat spada nam na barki. Dobrze, że jest ktoś, kto może obiecać nam stokrotki na wiosnę i parasol w deszczu. I śniadanie do łóżka i buziaka na dobranoc. I szarą codzienność. 

21 wrz 2017

Czy rodzinę mogą tworzyć obcy sobie ludzie? "Rodzinne więzy" J.L. Timmer


   Najgorsze wydarzenia w życiu przychodzą całkowicie niespodziewanie; może to i dobrze, bo gdybyśmy wiedzieli jaki topór nad nami wisi, nie potrafilibyśmy normalnie funkcjonować. Char także nie spodziewała się, że życie postanowi okrutnie ją doświadczyć; przez lata żyła szczęśliwie u boku swojego męża i razem wychowywali jego córkę z pierwszego małżeństwa, Allie. Kontakty Char z pasierbicą od samego początku były wzorcowe i dziewczynka traktowała ją jak drugą mamę, przeciwieństwo tej biologicznej, która postanowiła postawić na swoją karierę, a nie na życie rodzinne. Piękną sielankę przerwał karambol na autostradzie, w którym zginął mąż Char; tak całkiem niespodziewanie i niesprawiedliwie, bo miał przed sobą wiele lat życia i do spełnienia jeszcze kilka ważnych obowiązków: musiał wychować Allie, odprowadzić ją za kilka lat do ołtarza, wziąć na ręce swoje wnuki i opiekować się Char, kiedy będzie stara i pomarszczona.

„- Trzeba było wybrać ciemniejsze drewno – mruknęła Char. – Bradley byłby oburzony na widok tego obrzydlistwa.
Dopiero dwie godziny przed mszą zauważyli, że wybrana przez nich trumna ma z boku ogromny sęk.
- Wydaje mi się, że bardziej przeszkadzałoby mu co innego – odparł Will. – Na przykład fakt, że sam znajduje się wewnątrz tej skrzyni.” 

   Na pogrzebie Bradley’a pojawiła się jego była żona, matka Allie, Lindy. Energiczna, głośna, specyficzna i nijak nie pasująca do obrazu żałobników; nawet niespecjalnie rozpaczała po stracie męża, ot pojawiła się, bo wypadało, a po skończonej uroczystości wyszła ze znajomymi do baru. Nie przejęła się też Allie, która nagle została pół-sierotą; w światopoglądzie Lindy było to wydarzenie smutne, aczkolwiek zbyt mało by zaprzątać tym sobie głowę. Nie była to pod żadnym względem osoba zła, nie odnieście błędnego wrażenia. Lindy po prostu żyła w innym świecie, przejmowała się innymi sprawami, w jej życiu nie było po prostu miejsca na smutek i żałobę.

   Kilka dni po pogrzebie Char uświadomiła sobie, że nie ma do Allie żadnych praw i Lindy może jej ją odebrać w każdym momencie. Jednak ta z dnia na dzień zmieniała zdanie, co do przyszłości dziewczynki; wprawiając ją w ogromną dezorientację, którą przejawiała za pomocą złości i buntu. Grzeczna do tej pory Allie zmieniła się do niepoznania; nie dość, że musiała radzić sobie z tęsknotą za tatą, to w dodatku nie wiedziała, jak dalej potoczy się jej życie. Czy zostanie z Char, którą znała od lat czy wróci do swojej biologicznej matki i przeniesie się do całkiem innego świata.

   Na uboczu tej historii toczy się inna; jakby mimochodem, słabiej zaakcentowana, ale o wiele bardziej dramatyczna. Dotyczy Morgan, przyjaciółki Allie, która przez lata błąkała się po rodzinach zastępczych, by w końcu znaleźć swoje miejsce u pary przemiłych ludzi. Przynajmniej tak by mogło się wydawać, bo pewnego dnia Morgan znika i nikt nie wie, dlaczego…

   „Rodzinne więzy” to książka, która opowiada na proste pytanie: jak ważne są więzy krwi? Odpowiedź z pewnością jest różna dla poszczególnych osób; jedni nie wyobrażą sobie, by ktoś spoza rodziny był dla nich bliski, inni z kolei odnaleźli „swoich ludzi” wśród obcych, niespokrewnionych genetycznie. Ja osobiście jestem gdzieś pośrodku – znam rodziny, w których brak jest wsparcia, miłości, ale znam również takie, gdzie zawsze można czuć się bezpiecznie. Dla mnie moja rodzina jest ważna – i ta mała, którą od niedawna tworzę z mężem, jak i ta większa, znana mi dobrze od maleńkości. Ale równocześnie nie wyobrażam sobie życia bez swojej przyjaciółki, która jest dla mnie jak siostra, tyle tylko, że urodzili nas różni rodzice.

   Jednak czy zdecydowałabym się adoptować dziecko? Pokochać i zrozumieć i zaakceptować tak po prostu, bez żadnych konsekwencji? Nie wiem. Pewnie jestem na to za młoda, żeby podjąć taką decyzję, poza tym nawet się nad tym nie zastanawiałam, bo nie miałam potrzeby. Ale właśnie wokół tego tematu krążą „Rodzinne więzy”; czy miłość macosza może być silniejsza niż ta matczyna? Czy rodzinę mogą tworzyć obcy sobie ludzie - i pamiętajmy, że rodzina to nie tylko kobieta i mężczyzna, którzy biorą ślub. Ale i siostry, bracia, kuzyni, matki, ojcowie, dziadkowie - czy takie relacje mogą być możliwe bez powiązań genetycznych? Czy przyszywana babcia może być bliższa niż ta rodzona? I czy niekiedy ci obcy ludzie, mogą znać nas bardziej niż ci, którzy powstali z tych samych genów co my?

   W książce spodobała mi się różnorodność bohaterów; Char i Lindy są tak od siebie różne, jak tylko kobiety różnić się mogą. Ale przy tym żadna z nich nie jest tą „złą” bohaterką. Fakt, Lindy się nie popisała swoim rodzicielstwem, ale jej postawa jest jak najbardziej zrozumiała, czytając to, jaki ma charakter. Po prostu niektóre kobiety nie nadają się do bycia matkami; a Lindy zrobiła wszystko co mogła, aby jej córka miała wspaniałe życie; usunęła się w cień, by Bradley mógł stworzyć nową rodzinę, by Allie nie miała poczucia, że coś ją omija. Rozmawiała z córką, odwiedzała ją, ale jednocześnie nie czuła potrzeby bycia przy niej non stop. Więc zrobiła to, co mogła zrobić, prawda?

   Styl Julie Lawson Timmer jest bardzo … delikatny, wyważony. Gdzieniegdzie niestety przydałoby się napisać coś ostrzej, bardziej dynamicznie, przynajmniej w moim odczuciu. Subtelność autorki wzrusza, ale w każdej książce potrzeba również mocnego akcentu, który jasno zakomunikuje, że dany fragment jest ważny, że to, co czytamy ma jakieś znaczenie. Oprócz tego małego mankamentu, do niczego więcej nie mogę się przyczepić. I nawet nie chcę, bo „Rodzinne więzy” to piękna książka. O miłości ponad podziałami. Ponad prawem. I ponad krwią. 


17 wrz 2017

Tess Gerritsen "Dawca"


   Wiele mówi się obecnie o potrzebie oddawania swoich organów po śmierci; wszak w grobie do niczego nie będą nam potrzebne, a mogą zrobić jeszcze wiele dobrego tutaj, na ziemi. Nasze nerki, wątroba, żołądek czy serce, mają szanse przeżyć nas samych i działać jeszcze długie lata po tym, jak wydamy ostatnie tchnienie. O tym jak potrzebna jest to zgoda wie doskonale Abby DiMatteo, stażystka w jednym z Bostońskich szpitali. Kiedy na oddział trafia trzydziestoletnia kobieta po wypadku samochodowym i wszelkie badania wykazują, że jej mózg nie działa, po jej organy ustawia się kolejka chętnych lekarzy, którzy widzą w niej szansę dla swoich podopiecznych. Jednym z nich jest siedemnastoletni chłopiec, którego serce jest zbyt słabe, aby mógł dożyć osiemnastych urodzin. Krzyżówki krwi kobiety i chłopca zgadzają się, wymaga zgoda została podpisana, lekarze zaczynają przygotowywać się do operacji. Wtedy jednak przyszedł sygnał, że serce dostanie nijaka Nina Voss, żona milionera, który za wszelką cenę nie chce pozwolić odejść swojej ukochanej. Abby wbrew zasadom ratuje życie chłopca, narażając się na ogromne konsekwencje. I mimo, że kilkanaście godzin później znaleziono odpowiedniego dawcę dla Niny i do przeszczepu doszło, nie zmienia to faktu Abby zadarła z niewłaściwymi ludźmi. Dodatkowo, zaczęła zadawać niewygodne pytania. Skąd wzięło się serce dla Niny i dlaczego dokumentacja na jego temat została sfałszowana? Kim był człowiek, który serce pobrał i przywiózł? I co ma z tym wspólnego Mark, jej ukochany?

   Równolegle z tymi wydarzeniami, w zimnej i srogiej Moskwie, para tajemniczych ludzi zabiera czwórkę rosyjskich sierot na statek i obiecuje im lepsze życie w bogatej i baśniowej Ameryce. Jeden z chłopców, Jakow, niezwykle bystry jak na swój wiek, zaczyna podejrzewać, że ich podróż nie skończy się u nowych, adopcyjnych rodziców i że nie będą żyli długo i szczęśliwie.  

„Jeszcze długo po pogrzebie Karen Terrio fragmenty jej ciała nadal będą żyły. Serce, którego uderzenia czuła kiedyś w swojej piersi, gdy bawiła się jako mała dziewczynka, gdy wychodziła za mąż w wieku dwudziestu lat i gdy rok później rodziła dziecko, będzie nadal biły w klatce piersiowej innego człowieka. Trudno bardziej zbliżyć się do nieśmiertelności.”

   „Dawca” jest oczywiście świetnie skrojonym thrillerem, jednak porusza też inną ważną kwestię współczesnego świata – jak wiele można kupić za pieniądze? Czy da się wycenić czyjąś śmierć? I w którym miejscu na świecie śmierć dziecka jest świetnym biznesem? Dawno już wiedziałam, że jeżeli ma się pieniądze, można dokonywać rzeczy praktycznie niemożliwych; handel ludźmi i ich organami kwitnie na całego i ma się bardzo dobrze, mimo wielu akcji, które mają – w teorii – im zapobiegać. Za odpowiednią sumę można bez problemów kupić wszystko, a jeżeli dołoży się trochę więcej grosza, nikt nie będzie zadawał zbędnych pytań; jeżeli jakiś śmiałek się trafi to cóż… niewielka ołowiana kula z pewnością sprawi, że zamilknie na wieki.

   Gerritschen z zawodu jest lekarzem internistą; przez lata zajmowała się chorymi ludźmi, aż pewnego dnia, w latach osiemdziesiątych zamieniła swój stetoskop na pióro. I chyba nie mogła podjąć lepszej decyzji, bo teraz jest jedną z najpoczytniejszych autorek na świecie. W fenomenalny sposób łączy ze sobą świat medycyny i świat zbrodni; pokazuje, że wszystkie aspekty społeczeństwa wzajemnie się przenikają, a zwykli ludzie są często po prostu pionkami w wyszukanej grze tych, którzy mają ochotę rządzić. W wielu jej książkach można spotkać psychopatów, morderców i gwałcicieli, którzy żerują na ludzkim bólu i bezradności; w „Dawcy” miejsce mordercy zastępuje mamona, która potrafi wyrządzić równie wiele złego co przerośnięte ego zwyrodniałych ludzi.

   Pozostaje zadać sobie pytanie, czy gdyby więcej osób decydowało się oddać swoje organy, nielegalny handel nimi zaniknąłby? Z pewnością byłoby go mniej, bo nie byłoby potrzeby zdobywania siłą tego, co można dostać jako dar od drugiego człowieka.

   Jeżeli macie ochotę na mocną, dobrą książkę, to sięgnijcie po Gerritschen. Niekoniecznie po „Dawcę”, bo każda jej książka zamraża krew w żyłach i sprawia, że nocne sny zamieniają się w najgorsze koszmary. Jednak pamiętajcie, że ten tytuł jest pierwszym w jej dorobku literackim; to od Abby DiMatteo zaczęła swoją przygodę z pisaniem i to Abby jako pierwsza stała się łącznikiem Gerritschen z czytelnikami. 


14 wrz 2017

Z kim umówiłabym się na randkę?

   Może tytuł postu was zadziwił, bo jestem już mężatką i nie wypada mi już na randki się umawiać, ale pomarzyć zawsze można, prawda? Poza tym jestem przekonana, że z niektórymi z tych postaci mój mąż sam chętnie by się wybrał na piwo.
   Edit: Dziewczyny, post jest humorystyczny i nie mam ochoty chodzić z innymi na randki! Potraktujcie to lekko, jak żart - wtedy człowiek jest o wiele zdrowszy, jak nie bierze wszystkiego na poważnie.

10. Alexander Campbell "Bez mojej zgody"

   W filmie jego historia została zdecydowanie za bardzo zredukowana i pozbawiona wspaniałej otoczki, która przedstawiona jest w książce. Na pierwszy rzut oka niezwykle wytrzymały psychicznie, w gruncie rzeczy zaś słaby człowiek, który przez lata tęsknił za swoją wielką miłością. Taki słodko-kwaśny typ faceta, który za sarkazmem ukrywa to, co go boli.
   A dodatkowo miał psa, takiego kochanego, dużego, przytulastego i jeśli umówiłabym się z nim na randkę - z nim to tylko w eleganckiej restauracji, oczywiście - to musiałby go przyprowadzić ze sobą. Inaczej bym wyszła zaraz po przystawkach (i tak byłabym już najedzona.)

9. Arthur Hastings - cykl książek o Herkulesie Poirot

Czyli człowiek, który swoją nieporadnością rozśmieszał mnie do łez. Jeśli nie czytaliście żadnej książki Christie to powiem wam tylko, że jeżeli Hastings typował kogoś na mordercę, to zdecydowanie osoba ta zabójcą nie była. Dodatkowo, jeśli miał zachowywać się jak zwykle i nie wzbudzać podejrzeń to bez przerwy wlepiał oczy w osobę, która według niego była podejrzana. Mógłby pracować w FBI jako poszósty szpieg - wtedy to już nikt by nie wiedział o co chodzi.
   Mam nieodparte wrażenie, że wziąłby mnie na romantyczny spacer w typową angielską pogodę i non stop wypatrywałby jakiegoś nieszczęścia.

8. Byron Sully "Dr Quinn"

Oglądaliście ten serial w dzieciństwie? Jeśli nie, to straciliście dwie rzeczy - naukę przyjmowania porodu w domowych warunkach (kluczem do sukcesu są gorące ręczniki!) i Sully'ego, który był ideałem mężczyzny w latach dziewięćdziesiątych. W argentyńskich telenowelach panowali wąsaci bądź długowłosi, ale ulizani kochasie, a tam mieliśmy Indianina, który nie dość, że umiał jeździć na koniu to w dodatku był tak uroczy w swoim zakochaniu do pani doktor, że nawet ja, pięciolatka, rozumiałam, że to ideał faceta.
   Randka z nim? Tylko i wyłącznie przejażdżka konno. Lub wspólne odbieranie porodu w domowych warunkach.

7. Jack Sparrow "Piraci z Karaibów"

  Oczywiście, że nie mogło go zabraknąć w tym zestawieniu! Toż to była moja pierwsza filmowa miłostka! Chyba to od niego zaczęło się moje zamiłowanie do facetów z brodą. Chociaż te warkoczyki nie przypadły mi do gustu.
   W sumie, to do eleganckiej restauracji bym się z nim nie wybrała, bo upiłby się i narobiłby mi tylko wstydu (poza tym nie wiem czy Jack dysponuje jakimkolwiek garniturem.) Ale rejs na Czarnej Perle brzmi zachęcająco, o ile mają tam łazienkę. Mają, prawda?

6. Syriusz Black "Harry Potter"

   Mój ukochany Huncwot, po którego śmierci płakałam rzewnie przez kolejny rozdział książki. Ideał ojca chrzestnego, mimo, że przez trzynaście lat życia chrześniaka go nie było a później, jak już wrócił, to dał się zabić. No ale! Nie liczy się ilość, ale jakość a z jakością nie ma co dyskutować.
   Tylko, że w jego świecie nigdzie bym z nim nie wyszła, bo był poszukiwany, chyba, że zamieniłby się w psa. Ale wtedy słaba by to była randka.

5. Henry Morgan "Forever"

Pamiętacie ten serial? Oglądałam go jakieś dwa lata temu i mój wtedy jeszcze-nie-mąż i mąż mojej przyjaciółki śmiali się, że w tym serialu zasadniczo chodzi o to, że "facet umiera i się odradza goły w wodzie". Coś w tym jest, ale spłycili fabułę jak tylko się dało i zapomnieli dodać najważniejszego - Henry ma piękny, cudowny, idealny angielski akcent! Nie wiem jak wy, ale mi miękną kolana, kiedy go słyszę, nawet w wykonaniu paskudnego Hugh Granta, który, gdy mówi, wydaje się mniej paskudny.
   Wracając do Henry'ego, to mogłabym z nim siedzieć i w ciemnej piwnicy, byleby tylko do mnie mówił i mówił i mówił...

4. Herkules Poirot

Kto by się spodziewał, że ten niski, jajogłowy starszy pan ma swoją psychofankę! Parafrazując znaną większości sentencję Anny Muchy, u Poirota najseksowniejszą częścią ciała jest jego mózg. I to nie byle jaki, bo Poirot potrafi wyjaśnić wszystko i robi to zawsze na spokojnie, bez pośpiechu i zbędnych ceregieli. Źródło spokoju i opanowania. Wszystkie seriale o agentach FBI, CSI i innych tym podobnych drukowanych literkach, chowają się głęboko - tam, by rozwiązać zagadkę, trzeba się nabiegać, nazbierać dowodów, ustalić tożsamość ofiary i kognacje do czwartego pokolenia wstecz.
A Poirot na spokojnie wysłuchuje świadków, zasiada w fotelu, wytęża szare komórki i już wie!
   Ja to bym z nim chętnie poszperała w aktach niewyjaśnionych spraw i popatrzyła, jak pracuje.

3. Crowley "Supernatural"

Naczelny diabeł, cynik, erotoman i fan dobrze skrojonych angielskich garniturów. Crowley przejawia niekiedy ludzkie emocje, ba! jestem w stanie powiedzieć, że on lubi naszych głównych bohaterów, w zasadzie jednak to szatan idealny. Pojawił się dopiero w piątym sezonie Supernatural i w kolejnych uratował fabułę, która po spektakularnym finale sezonu piątego, zaczęła nie tyle lecieć na łeb na szyję, co po prostu zaczęła być przeciętna.
   Crowley i jego ośli upór są tacy uroczy, że jeśli szef diabłów naprawdę jest taki, jak w tym serialu, to ja się nawet piekła nie boję. Szczególnie, że Crowley, podobnie jak i Henry, ma cudowny angielski akcent.
   Co trzeba mu przyznać, to jest diabelnie uczciwy, w swojej nieuczciwości. Jeśli zawiera z kimś pakt o duszę, to dotrzymuje słowa i nie używa żadnych kruczków prawnych zapisanych małym drukiem. Już wolałabym brać kredyt u niego niż w naszych rodzimych bankach, bo Crowley przynajmniej byłby w porządku.

2. Tony Stark "Iron man"

  Kolejny cynik, zakochany bez pamięci. Tony jest taki uroczy w tym swoim odpyskowywaniu się innym. I w dodatku to spojrzenie, które mówi: "matko moja, naprawdę chcesz się ze mną bić? Przecież wiadomo, że mam świecący okrąg na piersi i bez problemu dam ci manto, sieroto."
   Był też niezwykle uroczy w "Avengers" kiedy próbował zamienić Bannera w Hulka i dźgał go szpilką, żeby go rozzłościć.

1. Dean "Supernatural"

Pogromca wampirów, zakochany w swojej Impali (raz ktoś nie zakochany w kobiecie!), ideał starszego brata. Był i w pieklem i w niebie i w czyśćcu (i zdecydowanie to ostatnie miejsce jest tym najbardziej przerażającym.) Spotkał się z każdym z kim warto się spotkać, wykluczając jedynie papieża i Chucka Norrisa, chociaż kto wie co działo się w czyśćcu? Za nic ma anielskie zasady, ich prośby i groźby, podobni zresztą jest z piekielną stroną. Jemu chodzi tylko o to, żeby w miarę bezpieczny sposób dotachać swojego brata do wieku starczego, żeby umarł w spokoju grając w szachy z innymi emerytami.
   Nie poddaje się nigdy, nawet kiedy dusza jego brata zostaje zamknięta w tajemniczej klatce, razem z samym Lucyferem i Michałem, Dean pruje do samej Śmierci, by ten wyciągnął stamtąd resztę Sama (ciało sobie funkcjonowało, tylko bez duszy). Śmierć oczywiście jest silniejsza niż wszystkie diabły i anioły razem wzięte - a ta przedstawiona w serialu jest takim uroczym staruszkiem, że naprawdę warto to zobaczyć - i spełnia prośbę Deana, w zamian oczekując, że ten zastąpi go na jeden dzień. Więc i Śmiercią był, co daje mu dodatkowy plus!
   Z Dean'em chętnie wybrałabym się na przejażdżkę jego Impalą. Problem tylko w tym, że to on wybierałby muzykę, bo pasażer ma siedzieć i się nie odzywać. W sumie to samo mam teraz jeżdżąc autem z mężem.

   Podsumowując moją listę – facet musi być przystojnym Indianinem, który potrafi jeździć konno, mieć Impalę i/lub Czarną Perłę, pić rum bez oporu, mieć w poważaniu samą Śmierć, powinien być odważny, mieć spojrzenie cocker spaniela na tabletkach przeczyszczających, mówić z angielskim akcentem, mieć poczucie humoru, wytrzymywać mój sarkazm, być zakochanym bez pamięci i czasami, tylko czasami, zaszaleć i zrobić coś romantycznego.   
   Lub musi być po prostu moim mężem, który może nie ma Impali, tylko Astrę i nie patrzy na mnie jak cocker spaniel na tabsach, ale ma dwie wielkie zalety - jest jak najbardziej realny i jest mój.