23 maj 2017

Aktualizacja ślubna



   Trzeba zaktualizować co dzieje się w związku z moim ślubem, bo ten już za pięć tygodni a ja mam takie urwanie głowy, że – jak sami widzicie – trochę was zaniedbuję. Ale wraz ze zmianą nazwiska będę miała dla was więcej czasu, także spokojnie!

#Suknia
   Miałam z nią pewne problemy, bo pierwsza przymiarka zamiast mnie zachwycić, wywołała u mnie istne morze łez. Ze stresu schudłam dwa kilo, bo na zdjęciach z przymiarek suknia była dwukolorowa – biało, żółta. Teraz już jest jednokolorowa, ale odcień nie do końca jeszcze do mnie przemawia i muszę podumać co z tym fantem zrobić. Czyli albo się nastawić pozytywnie do niej i wierzyć, że będzie dobrze, albo rzucić to w cholerę i iść do ślubu w garsonce, niczym czterdziestoletnia rozwódka z czwórką dzieci na karku.

#Placki
   Byliśmy ostatnio zamówić placki na wesele. Jako że pani od ciast zna mojego narzeczonego, z czasów, kiedy jeszcze narzeczonym nie był, to powiedziała, żeby sobie wybrał jakie chciałby ciasta. Zaproponował wuzetkę i coś z galaretką i biedny został od razu zgaszony, że takie ciasta na lipcowe upały w ogóle się nie nadają. Zaproponował więc coś z jabłkami, ale i tym razem jego nadzieje i marzenia spełzły na niczym, chociaż obiecała, że postara się gdzieś mus z jabłek przemycić, co by go uszczęśliwić. Ma za to swój „chciejkowy” sernik. Z rodzynkami, które u mnie wywołują ból głowy. Naprawdę, jak zjem rodzynkę, to łapie mnie migrena.

#Menu
   Ustaliliśmy w końcu menu ślubne i o ile przy mięsach i zupach zgadzaliśmy się co do joty, o tyle w surówkach odbyliśmy małą, aczkolwiek zażartą kłótnię. Ja chciałam z białej kapusty i z marchwi, narzeczony – ćwikłę i wiosenną. Poszliśmy na kompromis. A żeby narobić wam apetytu to napiszę wam co będziemy jedli na obiad: rosół (obowiązkowy do picia), duet mięs pieczystych, czyli roladki z drobiu i schab pieczony z sosem, ziemniaki z masełkiem i koperkiem i do tego ćwikła i surówka z białej kapusty. A na deser szarlotka z lodami na ciepło. Pychota, prawda? Obym tylko się nie wybrudziła, jak to mam w zwyczaju.

#Pierwszy taniec
   Po wielu zmianach decyzji (moich) i po wielokrotnym przytakiwaniu (narzeczonego) wybraliśmy w końcu piosenkę i nawet zapisaliśmy się na kurs. Brawo my! Zatańczymy do klasyki – I love you, baby – Franka Sinatry.

#Księga gości
   Nigdy nie lubiłam wpisywać się do księgi gości, bo po prostu nie wiedziałam co mam tam napisać, ale z drugiej strony chciałam mieć pamiątkę ze swojego wesela. Stworzyłam więc ankietę weselną, co by pomóc zamroczonym alkoholem umysłom wpisać się do księgi i złożyć nam najlepsiejsze życzenia.

#Paznokcie
   Moja zmora, bo długo nie mogłam się zdecydować na jedne. Na pewno nie chciałam białych ani beżowych, bo beż to nijaki kolor i mi się nie podoba. Ostatnio razem z moją Basią – mistrzynią paznokciową, wymyśliłyśmy taki oto motyw, który prezentuje wam poniżej. Będą idealnie pasowały do reszty a przynajmniej tak stwierdziło paznokciowe jury.


#Alkohol
   A tutaj muszę się pochwalić. Wino bierzemy z lokalnej winnicy i specjalnie pod nas tworzone było wino różowe, moje ulubione. I nawet sam właściciel dotąd nieprzekonany do smaku tego trunku stwierdził, że jest pyszne i idealne na upały -  półsłodkie z lekko kwaskową nutą. Będzie pysznie, będzie winnie.

#Obrączki
   Już dawno kupione, czekają grzecznie w pudełeczku, z tym, że swoją muszę jeszcze lekko poszerzyć, bo teraz mój zaobrączkowany paluszek wygląda jak mało apetyczna parówka. W tym tygodniu muszę w końcu odwiedzić jubilera i załatwić tę sprawę, bo jak jeszcze na upał palce mi spuchną to i narzeczony, i ksiądz będą mi wtykać ten krążek na serdeczny palec. Swoją drogą postawiliśmy na białe złoto, półokrągły kształt.

   Musimy roznieść jeszcze trzy zaproszenia, 17 czerwca czeka mnie próbny makijaż, fryzura i panieński (trochę się obawiam, co mi te moje dziewczyny wymyślą) a potem mogę już spokojnie usiąść i stresować się tym pięknym nadchodzącym dniem.

   A, i ciągle czekam na Niebieski Notatnik od was – jeszcze dwie dziewczyny muszą się do niego wpisać a potem wróci do mnie! ^^


15 maj 2017

Dzieci, dzieci, wszędzie dzieci.


   Jestem w tym wieku, kiedy wszędzie dookoła pojawiają się dzieci. Rozmawiając z rodzicami maluchów mogę poznać wiele sposobów przewijania, karmienia, wychowania i wszystkich innych czynności, które są w dziećmi związane. Zaczęłam się zastanawiać jakie metody stosowano kiedyś. I w tym celu – jak zwykle – sięgnęłam do źródeł historycznych.

   Zacznijmy od początku, a więc od ciąży. Niegdyś wierzono, że przy ciężarnych nie należy mówić o potrawach, na które ma ona ochotę a których nie może zjeść, ponieważ z niemocy mogłaby … poronić. Średniowieczni znawcy potrafili także rozpoznać płeć dziecka po piersiach matki. Jeżeli w czasie ciąży prawa pierś stawała się większa od lewej – miał urodzić się syn. Jeżeli odwrotnie – córka. Ciekawe co, jeżeli kobieta ma asymetryczne piersi już przed ciążą?

   A co kiedy dzieciątko już się urodziło? Cóż, przede wszystkim polecano, aby trzymiesięcznego noworodka sadzać już na nocniku, przynajmniej 12 razy w ciągu doby. Czyli średnio co dwie godziny- wtedy istnieje szansa, że dziecko nauczy się korzystać z nocnika i nie trzeba będzie używać pieluch. Patrząc na dzisiejsze ceny pampersów, ta rada to istna żyła oszczędności.

   Poradnik w 1943 roku zaznacza, że dziecko powinno przebywać na zewnątrz przynajmniej 8-9 godzin dziennie. Pół biedy, jeżeli masz przy domu piękny ogródek. Jeżeli mieszkasz w bloku będziesz musiała wystawiać dziecko na balkon, żeby oddychało zdrowym, świeżym powietrzem. Nie zapomnij założyć mu maseczki przeciw smogowi, jeżeli mieszkasz w Krakowie. Albo na Śląsku.
   Jeden z poradników podawał, że dziecko należy poić wódką, żeby zniechęcić dziecko do tego smaku. Wiecie, taka profilaktyka.

   Istnieje również szereg starych przesądów związanych z ciążą i dziećmi. Przedstawię wam te najbardziej absurdalne:

    Nie przypatruj się nikomu brzydkiemu, bo dziecko też takie będzie - a jeżeli akurat o szefowa nie jest zbyt urodziwa? Co wtedy? Urlop na żądanie by przeszedł, czy nie bardzo?

    Jeżeli jesz ostre rzeczy, urodzisz chłopca, słodkie - dziewczynkę. Jeżeli jesz ostre i słodkie, to po prostu zaczynasz się obżerać. 

   Dziecku trzeba nacierać kręgosłup szarym mydłem, żeby był mocniejszy – mydło Szary Jeleń będzie przeżywało swój renesans, kiedy matki zaczną je na gwałt kupować i nacierać nim swoje pociechy..

   Jeżeli dziecko po raz pierwszy zacznie jeść z lewej piersi – będzie leworęczne – kurka i teraz zagadka życia, czy chodzi o lewą z perspektywy matki, czy dziecka? Bo to jednak jest problem.

   Nie wolno całować śpiącego dziecka, żeby nie miał koszmarów – jak dla mnie, to nie powinno się całować śpiącego dziecka, żeby się nie obudziło i nie zaczęło płakać.

   Nie powinno się kłaść dzieci na stole, bo będą głupie – po co w ogóle kłaść dziecko na stole?

   Im bardziej dziecko jest niespokojne i płaczliwe podczas chrztu tym grzeczniejsze będzie w przyszłości – mój chrześniak był grzeczniutki jak aniołek, więc w przyszłości może pokazać spore rogi.

   Jeśli pierwsze dziecko najpierw powie „mama” to kolejny maluszek będzie dziewczynką, jeżeli „tata” to będzie chłopcem – a jak powie „kaczka” to będziecie rodzicem jedynaka.

   Na koniec dwa najlepsze, które nawet nie wymagają komentowania:

   Jeżeli pogłaszczesz barana, urodzisz syna.

   Nie kochaj się z mężem w dwóch ostatnich miesiącach ciąży, bo dziecku będą ropieć oczka. 


9 maj 2017

Polski Da Vinci


   Rozdawanie zaproszeń w pełni, więc z recenzją przychodzę do was z pewnym opóźnieniem, ale już jestem i mam dla was książkę nie byle jaką, bo samą polską wersję Kodu Da Vinci.

   Na Giewoncie znaleziono zwłoki nagiego mężczyzny. Widok to niecodzienny i przerażający, przynajmniej dla każdego normalnego człowieka. Komisarz Wiktor Forst jednak nie należy do najbardziej zrównoważonych pod słońcem osób i taki sposób morderstwa przyjął bez większych emocji. Zaintrygował się dopiero nieco później, gdy w jamie ustnej denata odnalazł starożytną monetę. A kiedy po dziesięciu minutach dowiedział się, że jest odsunięty od sprawy, uznał, że morderstwo to musi mieć nie tylko drugie, ale i trzecie dno. I zamiast potulnie podkulić pod siebie ogon i stawić się na komendzie, ten wziął pod ramię dziennikarkę jednej z największych stacji telewizyjnych i uciekł z miasta.

   Później akcja potoczyła się niezwykle szybko; Frost i Olga zostali uznani za zbiegów, musieli kryć się nie tylko przez policją, ale i przed funkcjonariuszami bardziej poważanych w naszym kraju służb. W końcu trafili za wschodnią granicę, gdzie nie spotkali się ze zbyt miłym przyjęciem a tajemnica, która rozpoczęła się dla nich na szczycie Giewontu stawała się coraz bardziej lepka i brudna.
Co mnie zaskoczyło to to, że Mróz pokusił się w „Ekspozycji” o wątek religijny. Czytając o związku monet umieszczanych w zwłokach ofiar z bratem Jezusa, Jakubem i sekretnym bractwem, nie mogłam nie myśleć o „Kodzie Da Vinci”. Ten zagraniczny tytuł stał się tak popularny i tak mocno wgryzł się w popkulturę, że obecnie każda książka jemu podobna narażona jest na dozę krytycyzmu, jeżeli nie podoła pierwowzorowi…

   To, co różni dzieło Browna od Mroza to przede wszystkim główny bohater. Tamten był zbyt… idealny, książkowy. Frost natomiast jest męską wersją Chyłki – inteligentny, ale niekiedy gburowaty tak bardzo jak panowie spoglądający łakomo na panie w krótkich spódniczkach. Introwertyczny, ale jednocześnie potrafił wykazać się wielką asertywnością i zjednać sobie ludzi. A co najważniejsze, przypodobał mi się jednym, często wypowiadanym przez siebie zdaniem –

PROSTA ZASADA MÓWI, BY GASIĆ TRWAJĄCE POŻARY I NIE PRZEJMOWAĆ SIĘ TYMI, KTÓRE DOPIERO WYBUCHNĄ.

   Idąc tym tropem rozumowania, Frost faktycznie mógł spać spokojniej, jednak nie raz narobił sobie o wiele większych problemów, skupiając się bardziej na tym, żeby przeżyć dane spotkanie z rosyjskimi agentami, niż przejmować się tym, co z nim zrobią za to, do czego się przyznał.

   Postać Olgi, dziennikarki, która podążała za Frostem była niestety zbyt blada; kontrast pomiędzy nimi był tak duży, że nagle zatęskniłam za Zordonem, który wprawdzie zachowywał się jak ciepłe kluchy z masłem, ale przynajmniej umiał powiedzieć coś sarkastycznego i pogrozić Chyłce palcem. Olga zachowywała się trochę jak zakochana nastolatka, co nie pasowało mi do tego, kim miała być – silną dziennikarką, która żadnej prawdy się nie boi. Poza tym zapach jej perfum był zaznaczany stanowczo za często.

   Podsumowując, „Ekspozycja” nie jest książką tak dobrą jak „Kasacja”, ale za to o wiele lepszą niż „Zaginięcie”. Dużo punktów dałam jej już na samym finiszu czytania, bo końcówka… cóż, mówiąc bardzo oględnie – wymiata.

Prywata
   Co do zaproszeń, to nie będę robić o tym osobnego postu, bo chyba szkoda. Napiszę tylko tyle, że osoby, które najmniej się spodziewały go dostać zareagowały najpiękniej, najserdeczniej i najszczerzej. Miód na serce, po maratonie irytacji. Zostało 52 dni, czekamy na słońce, bo w takie zimno to ja ślubu brać nie zamierzam!


2 maj 2017

Będę rolnikiem!


   W sumie powinnam powiedzieć, że jestem półkrwi rolnikiem, bo moja mama wychowała się na wsi a i ja miałam okazję przez sześć wspaniałych lat mieszkać w sielskim otoczeniu przyrody. Od małego budziło mnie pianie koguta o zbyt wysokim poziomie testosteronu, piłam mleko od naszej domowej, zdecydowanie za grubej krowy i miałam hopla na punkcie kóz. Naprawdę, ostatnio narzeczony oglądał moje zdjęcia z dzieciństwa i 25% z nich to byłam ja i kozy. Zdziwił się, lekko zaniepokoił, ale nadal mnie kocha, więc spokojnie, fotorelacji ze ślubu doczekacie.

   Teraz jestem mieszczuchem, chociaż nie ukrywam, że uwielbiam te chwile, kiedy wracam na wieś i na chwilę mam szansę powrócić do czasów dzieciństwa; sadzić w polu na wiosnę, zbierać na jesień, szukać jaj, które kury zniosły gdzieś w przytulnych i ciemnych zakątkach i sprawdzać czy małe kaczki – równie głupiutkie, co słodkie – nie postanowiły zanurkować w poidle dla kur. Przez pierwsze pięć lat życia byłam przekonana, że każdy ma swoje ziemniaki i cebulę i jak zobaczyłam, że ludzie kupują je w sklepie to przeżyłam niemały szok. Zresztą do dzisiaj zdarzyło mi się kupić ziemniaki jedynie raz w życiu. I czułam się z tym dziwnie.

   O pracach w polu wiem dość dużo. Wiem na przykład, że po zasianiu ogórków, trzeba je natychmiast przykryć włókniną, że kalarepa z pola smakuje o wiele lepiej niż ta sklepowa i że smak pomidora prosto z krzaka jest nieporównywalny z niczym innym.  Wiem, że maliny na zimę trzeba przyciąć, żeby na wiosnę pięknie wypuściły i że dorodne, soczyste owoce mają co dwa lata. Lato zaczyna się dla mnie wraz ze smakiem słodkich czereśni kończy się zaś smakiem śliwki.

   Kiedy otrzymałam możliwość przeczytania i zrecenzowania książki „Żyj jak rolnik. 100 sposobów jak żyć w zgodzie z naturą” ucieszyłam się, że pogłębię trochę swoją osobistą wiedzę. I co z tego wyszło? Ano nic, bo większość informacji była mi dobrze znana a te nieznane – jak suszyć mięso z własnej krowy czy samodzielny ubój – są mi kompletnie do życia niepotrzebne, bo wyznaję zasadę, że znajomych zwierząt nie zjadam. Moja rodzina jest pokrzywdzona z tego powodu, bo jeszcze za bajgla zrobiłam straszną awanturę jak ciotka zabiła domową kurę na rosół. Od tamtej pory „swojskich” zwierząt u nas w rodzinie się nie je. Jestem ich bohaterką, pewnie w kurniku mają powieszony plakat z moim zdjęciem a kurzy Marvel nagrał o mnie film.

   Wracając do książki; można znaleźć w niej informacje o tym jak suszyć trawę na siano, jak przycinać drzewa, szczepić drzewa owocowe, jak pozbyć się ślimaków z upraw, jak zrobić sok z własnych jabłek, jak zaplanować przydomowy ogródek i wiele, wiele innych. Dla kogoś, kto ze wsią ma mały kontakt, albo chce sobie przypomnieć to, co zakurzyło się w pamięci, zdecydowanie jest to właściwa książka. Mnie z nóg nie zbiła, aczkolwiek narzeczony stwierdził, że jak wygra w totka to przeprowadzimy się w Bieszczady i będziemy żyli w zgodzie z tymi zasadami. Wyłączając oczywiście ubój własny.

   Podobała mi się rada 81 na temat tego, dlaczego tak ważny jest płodozmian. Uwierzycie, że jak miałam 1 lat to byłam przekonana, że co roku sadzimy warzywa w innym miejscu dlatego, że moja mama jest niezdecydowana i zawsze musi coś zmienić? Dopiero gdzieś w okolicach gimnazjum dowiedziałam się, że to nie jej widzimisię, tylko tak powinno być.

   Czy dałoby się być rolnikiem znając tylko i wyłącznie tą książkę? Nie. Autor opowiada z perspektywy kogoś, to zna podstawy (chociaż niekiedy i te podstawy w swoich radach załącza). Jeśli więc z okazji majówki chcecie zmienić swoje życie, porzucić miasto i udać się na wieś, wybudować dom, kupić krowę i zaadoptować kota-przybłędę to musicie pokusić się jeszcze o inne pozycje. Ale tą też możecie w wolnej chwili poczytać. 

28 kwi 2017

Na weekend - odmowy ślubne.


   Na forach ślubnych można znaleźć masę narzekań przyszłych Panien Młodych. Niektóre są mniej absurdalne, inne bardziej, jednak ostatnio – jako że sezon ślubny ruszył pełną parą – króluje temat, dlaczego zaproszeni goście odmawiają przyjścia na wesele. Przedstawię wam dzisiaj te co bardziej smakowite. Wszystkie chyba autentyczne, bo nie wiem po co Młode miałyby wymyślać takie historie. Inna sprawa, że wymyślają je niedoszli goście…

   Nasze dziecko będzie wtedy chore – prorocy są nadal wśród nas! Dwa miesiące wcześniej rodzice wiedzą, że ich pociecha będzie chora. Ja rozumiem, że matki to mają szósty zmysł, ale nie przesadzajmy, żeby aż tak? Żeby aż z takim wyprzedzeniem?

   Nie mam zębów a na wesele musiałabym zrobić sobie całą szczękę – nie wiem nawet jak to skomentować. Naprawdę. Wcięło mi zęby.

   Nie zostawię kota samego w domu – no tak, mały futrzak nie może zostać sam a na zaproszeniu Mruczka wypisanego nie było… a może by tak warto było zorganizować i animatorkę dla kotów i psów, żeby też się mogły pobawić. Przecież to członkowie rodziny, jakby nie patrzeć.

   Gdyby wesele było u nas w mieście, to byśmy przyszli – idąc tym tropem, to wesel trzeba by było zrobić kilka, żeby każdy gość miał tam wystarczająco blisko. A najlepiej to zaraz koło ich domu, bo wtedy i kot nie czułby się samotny!

   Całą rodziną będziemy w sanatorium – nigdy nie słyszałam o grupowych, rodzinnych turnusach do sanatorium. Ale cóż, młoda jestem, niedoświadczona jeszcze.

   Nie chcę złapać welonu – bo nie wzięcie udziału w oczepinach to zbyt banalne rozwiązanie, lepiej w ogóle na wesele nie iść.

   Nie lubię wódki a na weselu trzeba pić – oczywiście! Znane są zwyczaje, kiedy to Pan Młody otwiera siłą szczęki gościa a Panna Młoda wlewa tam wódkę. A później orkiestra stoi nad delikwentem i każe mu pić litry, ba! Hektolitry wódki. I biedny gość odmówić przecież nie może…

   Nie zostawimy pustego domu, bo ktoś się włamie – czyli nigdy z domu nie wychodzą, co by się złodziej tam nie dostał. Pewnie mają rozpisany grafik, kto kiedy domu pilnuje i za żadne skarby nie opuszczają domostwa, bo złodzieje czyhają!

   Żona mi nie pozwala żona instancja wyższa, jej zawsze trzeba słuchać.

   Ukruszył mi się ząb – nie prościej iść do dentysty, lepiej zaszyć się w domu i cierpieć w samotności przez wiele tygodni. W ogóle problemy dentystyczne są często przez niedoszłych gości podejmowane. Jak ja będę chciała kiedyś odmówić to rzucę po prostu hasłem „ząb” i to będzie tłumaczyło wszystko.

   Nie znam tam wszystkich osób – o i tutaj moi drodzy warto wspomnieć o pomyśle pewnej przyszłej Panny Młodej. Otóż stwierdziła ona, że zrobi sobie przedślubek, żeby na ślubie właściwym miała już wszystko dopięte na ostatni guzik. Z fotografem oczywiście. Na takiej imprezie goście mogliby się poznać i wtedy chętniej przyszliby na samo wesele, bo jak zna się wszystkich to zawsze raźniej, prawda?

    Nie, bo będziecie mieć winietki a ja chcę sama decydować, gdzie będę siedzieć – i to akurat jest przykład, który ja usłyszałam, chociaż ciągle mam wrażenie, że to był żart a nie szczera prawda. Cóż, dowiem się tego już za miesiąc, to dam wam znać.
   
   Zapraszacie wujka Gienka, ja go nie lubię, jak go nie zaprosicie to ja przyjdę - ciągnijmy losy kogo zaprosić a kogo nie. Gienka czy może Stasię z Hameryki? A może powiedzieć obojgu, że tej drugiej strony nie będzie i niech się martwią, jak się na weselu spotkają? Jest jeszcze sytuacja w drugą stronę, kiedy przymusza się Młodych do zapraszania niektórych gości. 

   I hit Internetów, który krąży w nich od lat - Nie, bo się nam krowa cieli. Dziękuję, dobranoc, gasimy światła. 

    A jakie Wy słyszeliście lub sami wymyślaliście wymówki? Piszcie!


25 kwi 2017

Czy jedzenie może być sensem życia?


   Na tym świecie istnieje podział na dwie grupy ludzi; na tych, którzy jedzą po to, aby żyć i tych, którzy żyją po to, aby jeść. Ja zdecydowanie należę do pierwszej z tych grup. Wprawdzie lubię zjeść coś smakowitego, ostatnio nawet stwierdziłam, że moje podniebienie dorosło i zaczęłam doceniać smak suszonych pomidorów, kaparów i rukoli, ale nadal spokojnie mogę żywić się frytkami i duszoną cebulą z kiełbaską (moje ukochane danie z dzieciństwa!).

   Z przyjemnością oglądam Kuchenne Rewolucje i inne programy kulinarne, ale nie mam potrzeby gotować wymyślnych potraw i nie eksperymentuję z nieznanymi mi produktami. Cielęciny nie umiałabym przyrządzić pod groźbą śmierci, wolę trzymać się bezpiecznego schabu czy filetu z kurczaka; to przynajmniej zawsze wyjdzie i da się zjeść. A jak widzę ser pleśniowy to odwracam się na pięcie, bo nie umiem przekonać się do jego ostrego smaku i niecodziennego widoku.

   Wiem jednak, że są ludzie, którzy na jedzeniu opierają całe swoje życie. Wstają po to, aby łechtać swoje podniebienie, punktem kulminacyjnym ich dnia jest obiad, który rozpływa się w ustach i który urzeka feerią smaków i zapachów. Szczególnie można zaobserwować to na Południu Europy. Tam ludzie się nie spieszą; delektują się życiem, powoli rozpływają się w katatonii jestestwa. Kalorie to ich przyjaciele, bo jedzą i jedzą a wcale nie tyją; popijają to wszystko winem, smakują jego smak na języku i sprawiają, że połączenie potrawy i trunku poprawia im każdy dzień.

   Taką osobą jest Nana, bohaterka książki Niebezpieczne związki kulinarne. Bohaterka nie-główna, ponieważ jej rola polega tam tylko na jedzeniu i uprawianiu innych życiowych przyjemności. Nana ma męża, o którym nie wiadomo zbyt wiele; po prostu jest i jest zazdrosny o swoją piękną i apetyczną żonę. I ma ku temu powody, bo Nana zdradza go z Damoklesem i Dimitrisiem; mało tego, panowie są swoimi sąsiadami i gdyby nie przypadek, wcale nie wiedzieliby, że wspólnie przyprawiają rogi pewnemu anonimowemu dla nich mężowi mieszkającemu gdzieś tam w Atenach.  

„Nieszczęśliwym czas prędko mija.”

   Ich związek z Naną jest specyficzny i wbrew pozorom nie opiera się na miłości fizycznej – Nana przychodzi do domu swojego kochanka, zalega na łóżku i … je. Raczy się specjałami, niejednokrotnie każe się karmić i leży, pojękując cichutko nad każdym kęsem dania. I każdy z panów stara się stworzyć coraz lepszą potrawę, wywołać w ukochanej coraz głośniejsze jęki.
   Sytuacja komplikuje się w momencie, gdy Damokles i Dimitris dowiadują się o sobie; męska zazdrość jest niebezpieczna i wybuchowa, nic więc dziwnego, że zamiast dać sobie spokój z Naną, obaj postanowili walczyć o nią ze zdwojoną siłą. Zaczęli przygotowywać jej takie potrawy jak kurczak z piżmianem, karczochy po konstantynopolitańsku czy jagnię pieczone z ziemniakami. Ja nawet nie wiem co to piżmiano, nie mam pojęcia jak smakuje karczoch a jagnięcia nawet nie chciałabym spróbować, bo to takie miłe i kochane zwierzątko jak dla mnie a nie potrawa na talerzu.

„Mąż ma zobowiązania, kochanek przywileje.”

   Perypetie tego niecodziennego trójkąta miłosnego są przesmaczne; książeczka sama w sobie jest chudziutka, dlatego połyka się ją w przeciągu dwóch, trzech godzin. Oczywiście podczas lektury człowiek robi się diablo głodny, więc nie polecam jej osobom będącym na rygorystycznej diecie. Osobiście dzięki postanowiłam pogłębić nieco swoje codzienne menu i pokuszę się o zrobienie filetów z makreli z rusztu. Będzie światowo, a co!

   Podsumowując, Niebezpieczne związki kulinarne to pozycja, którą przeczytać należy. Choćby po to, aby zrozumieć, jak dla niektórych ważne jest jedzenie, jak można zafiksować się na punkcie ugotowania idealnych ziemniaków, czy przyrządzeniu najpyszniejszych mięs. Może ta lektura nauczy was – tak jak mnie – że trzeba czasami spróbować czegoś nowego, poznać nowe smaki. I że jedzenie faktycznie jest afrodyzjakiem. Tylko trzeba się trochę postarać przy jego przyrządzaniu.

   A wy? Jakie najdziwniejsze potrawy jedliście? I czy uważacie, że jedzenie może być sensem życia? Piszcie!


20 kwi 2017

Grzech mnie nie spętał, czyli najnowsza książka Niny Majewskiej-Brown


   Nina Majewska-Brown to autorka, z którą znam się już od dłuższego czasu. Jej debiutancką powieść Wakacje zachwalałam bez reszty, ponieważ urzekła mnie niesamowitym wręcz zwrotem akcji, erupcją emocji i dynamiczną historią. Nic więc dziwnego, że wobec tej pani mam bardzo duże wymagania, jeżeli chodzi o powieści. I pewnie dlatego Grzech wydał mi się za mało… grzeszny.

   Na wsi życie toczy się swoim rytmem, odmiennym od tego miastowego. Tam sensacja jest czymś niezwykłym, czymś, co elektryzuje wszystkich mieszkańców. Każde odstępstwo od normy sprawia, że życie takiej społeczności gwałtownie się zmienia; ba, tam nawet zmiana ceny cukru komentowana jest szeroko przez drewniane płoty. Nic więc dziwnego, że seria niepokojących incydentów sprawia, że ludzie zaczynają drżeć o swoje życie i nie wypuszczają się z domu po nocy. To, co w mieście skwitowaliby zapewne obojętnym ruchem ramion, na wsi sprawiło, że wieloletni sąsiedzi zaczęli patrzeć na siebie podejrzliwie, bojąc się, że zło będzie zataczać coraz szersze kręgi.

   Ktoś zamordował trzy koty i powiesił je na płocie sołtysa. Jakiś czas później zaklejono drzwi i okna prowadzące do kościoła i na plebanię. Z czasem to, co początkowo wydawało się wybrykami niespełnionego złoczyńcy, zaczęło stawać się coraz bardziej niebezpieczne i niepokojące.

   Trudno wskazać jedną, główną bohaterkę powieści – bo bezsprzecznie to właśnie kobiety wiodą w niej prym. Mężczyźni są jakby na obrzeżu tych zdarzeń; umierają, uprawiają rolę, kradną w sklepie, zdradzają i nie mają głównego głosu w całej tej historii. Jedną z bohaterek jest Aleksandra, nauczycielka, która mieszka w mieście i samotnie wychowuje nastoletnią córkę, Monikę. I od niej rozpoczyna się cała historia, bo to jej grzech z przeszłości sprawia, że kobieta postanawia spędzić wakacje na dalekiej wsi, zapomnianej przez Boga i nieznanej wielkiemu światu. Razem z nią w podróż wybiera się zbuntowana Monika, czego Ola za bardzo nie chce, ale nie wie, jak przeciwstawić się własnemu dziecku. Ma swoje plany, swój cel i początkowo uważa, że obecność małoletniej będzie jej tylko przeszkadzała.

   ‘Była typem kobiety, która wciąż czyha na sytuację, w której mogłaby się wściec albo zrobić awanturę. Żyła od kłopotu do problemu, od obawy do paniki, pociągając za sobą w mroczne otchłanie najbliższych, odbierając im jasne perspektywy i radość.’

   Kolejną bohaterką jest Laura, młoda kobieta, która pomaga schorowanym, starszym rodzicom prowadzić gospodarstwo. Dodatkowo pracuje w lokalnym sklepie, sprzedając wszystko od bułek, poprzez rajstopy, na drutach kończąc. Dziewczyna od rana do wieczora robi coś dla innych, dla siebie nie mając w ogóle czasu; jest sfrustrowana, niezadowolona i pragnie wyrwać się ze wsi, chociaż wie, że nie ma na to szans. Dodatkowo matka ciągle porównuje ją do Aśki, córki sołtysa, która całymi dniami przechadza się po wsi i chwali najnowszymi butami, sukienkami i torebkami. Laura wie, że jest lepsza od Aśki, ale jednocześnie, irracjonalnie czuje się od niej gorsza, bo Aśka ma pieniądze, ma możliwości i ma mężczyzn, którzy na nią, Laurę, nie zwracają nawet uwagi.
Losy wszystkich tych kobiet splatają się w jedno, tworząc silny, nierozerwalny węzeł, który po czasie będzie je podduszał, gnębił, który będzie sprawiał, że zapragnął uciec. Tyle tylko, że od niektórych węzłów nie da się uciec.

   W zamiarze ta książka miała być kryminałem, jednak dla mnie, za dużo w niej obyczajówki; autorka zdecydowanie nie wyszła poza ramy swojego stylu i moim zdaniem dość ryzykowne było rzucanie się na tak trudny gatunek literacki, jakim jest kryminał. Bo żeby kryminał był dobry, żeby zainteresował czytelnika, żeby zmroził w żyłach krew, to musi trzymać w napięciu, musi iskrzyć i musi być pełen akcji, albo – jak w przypadku Christie – intrygi. Tutaj natomiast przez większość czasu nie działo się … nic.

‘Minuty ich nieobecności wloką się jak ślimaki po liściu sałaty i jedna nie chce popychać drugiej; ustawione w karnym szeregu przekazują sobie pałeczkę mojego niepokoju.’ 

   Wprawdzie początkowa i końcowa scena są mocne i – jak to w przypadku Majewskiej- Brown bywa – zaskakują czytelnika niezmiernie, jednak są jakby wyrwane z całego kontekstu. Środek książki nie pasuje do obramowań, wygląda tak, jakby został napisany przez debiutanta, przez osobę, która dopiero uczy się pływać a zgłosiła się na maraton przepłynięcia Bałtyku. Niestety, jak dla mnie książka dość średnia. Gdybym oceniała ją jako obyczajówkę, dałabym sześć punktów na dziesięć. W momencie, gdy oceniam ją jako kryminał mogę dać jedynie dwa punkty.

   Cóż… Grzech mnie nie spętał, ale z tego co zaobserwowałam, książka cieszy się kilkoma pochlebnymi opiniami, więc moja nie musi być wiążąca. Może dla mnie kryminał bez Poirota nie jest po prostu kryminałem?


18 kwi 2017

Każde znaczniejsze ubliżenie przyjmij ze słodyczą - czyli jak to było w 1819 roku.


   Wszyscy lubią czytać nowości, nie ma się co w tej sprawie oszukiwać. Jednak stare książki, dawno już zapomniane, niosą ze sobą bardzo dużo życiowej prawdy. Na przykład pozycja Klementyny Hoffmanowej z 1819 roku jest istną kopalną wiedzy. Pamiątka po dobrej matce, czyli ostatnie jej rady dla córki to dzieło, które wam dzisiaj zrecenzuję. Bo po świętach zasługujemy na coś lekkiego. Chociaż nie jestem pewna czy te zaserwowane rady są naprawdę takie lekkie…

   Do zupełnego w małżeństwie szczęścia trzeba, aby mąż w wieku i w rozsądku, w naukach i w majątku wyższość miał nad żoną – mój przyszły mąż ma nade mną wyższość w wieku i w sumie można powiedzieć, że w rozsądku też, bo ja to jestem w gorącej wodzie kąpana i z rozsądkiem to mi nie po drodze. Więc przynajmniej połowę standardów z XIX wieku spełniamy!

   Miej zupełną ufność w mężu, nigdy nic przed nim nie taj, nie ukrywaj, niech zawsze twoim doradcą będzie – już to widzę, jak zamiast przyjaciółki pytam męża, czy lepsze są tampony z firmy X czy Y… A w przypadku, gdyby zaczął mi mówić o ich zaletach i wadach to poczułabym pewien niepokój, skąd on to wie i gdzie on to wsadza…

   Każde znaczniejsze ubliżenie przyjmij ze słodyczą – kochanie! Jak ja się cieszę, że powiedziałeś, że jestem gorszą wersją Twojej matki, jak to miło, że uważasz mnie za zero, jakże raduje się moje serce, że mogę być traktowana przez Ciebie gorzej niż szmata do podłogi! Ta. Jasne.

   Poznawaj najdrobniejsze gusta jego, dogadzaj mu, okazuj mu tysięczne względy, otaczaj go pieczołowitym staraniem […] skoro będziesz nieustannie zajęta wygodą jego, sprawisz, że mu nigdzie tak dobrze jak przy tobie nie będzie – a później powie Ci, że odchodzi do kochanki, bo ona ma swoje zdanie i nie nadskakuje mu jak królewiczowi i on przy niej może czuć się mężczyzną.

   Nie wymagaj nigdy od męża starań kochanka – czyli można mieć kochanka, żeby on takie starania wykonywał wobec mnie?

   Choć zdrowie twoje nadwyrężone będzie, znoś cierpliwie dolegliwości, nie skarż się, nie narzekaj – Kochanie, weź przestań, ja te gary umyję, przecież rana po amputacji ręki już prawie mi się zagoiła, przecież to tydzień minął!

   A matematyki niech zna tylko tyle, by z prostej nie zboczyła linii – jak mi się to zdanie podoba! Cudowne jest, szczególnie, że ja z matematyką zawsze byłam na bakier i teraz żałuję, że nie trafiłam na niego dziesięć lat temu – miałabym wymówkę dlaczego nie pojmuję tangensów.

   Niewiasta ulegać umiejąca na zawsze szczęśliwą i kochaną zostanie – i się wydało. Czeka mnie długie, nieszczęśliwe życie, bo ja ulegać to nie potrafię zdecydowanie. Może trzeba mi było wybrać drogę duchowną i wstąpić do zakonu?

   Każda kobieta powinna znać dobrze rachunki, znać się na kuchni, na wszystkich szczegółach gospodarskich, umieć pokroić, uszyć, zrobić rzecz każdą […] igła pierwsze miejsce mieć powinna przed piórem i pędzlem – na rachunkach się nie znam, ugotować umiem z dziesięć potraw, szyć kompletnie nie potrafię a co do zrobienia rzeczy każdej, to mam wątpliwości czy bym się w tym temacie odnalazła. I niestety pióro u mnie ma miejsce nadrzędne nad igłą. Przekichane.

   Mam nadzieję w łasce i dobroci stwórcy, że znajdziesz małżonka, dla którego posłuszeństwo i uleganie miłym dla ciebie będzie obowiązkiem – mam nadzieję, że w łasce i dobroci stwórcy znajdziemy małżonków, którzy wyśmieją te rady i nie będą ich od nas wymagać.

   Kobiety kochane moje! Widzicie jak macie dobrze, że żyjecie w XXI wieku i możecie poświęcać czas na prowadzenie bloga, rozwijanie swoich pasji a nie tylko szydełkować i cerować skarpety swoich ukochanych i czcigodnych mężczyzn? I dla mężczyzn to lepiej, że mają partnerki równe sobie a nie podległe i nieśmiałe żony, których główną życiową misją jest ugotować bigos, który zasmakuje małżonkowi.


   Z prywatnego życia, to jesteśmy właśnie na etapie rozdawania zaproszeń ślubnych; zostało nam jeszcze 38 sztuk do wręczenia, mam nadzieję, że w ciągu pięciu tygodni sobie z tym poradzimy. Jak na razie odmówiła jedna dusza, reszta albo temat przemilczała, albo gorąco zapewnia, że będą. Zobaczymy 1 czerwca jak to się potoczy, bo do wtedy mamy termin potwierdzenia. Szczerze, to tyle się naczytałam o wymówkach, dlaczego nie można dotrzeć na ślub, że aż nie mogę doczekać się smaczków ze swojego podwórka! 

11 kwi 2017

Obiecuję.


   Wprawdzie ten wpis miał pojawić się 1 lipca, w dniu naszego ślubu, ale na co czekać. Dzisiaj jest i lepsza okazja.

   Mogłabym Ci obiecać, że będę kochać Cię w zdrowiu i chorobie, szczęściu i nieszczęściu, w czasie kumulacji totka i w czasie kryzysu gospodarczego. Mogłabym Ci obiecać, że będę gotowała obiady i nie tłukła talerzy. Że każdy następny dzień będzie ciekawszy od poprzedniego. Że będziemy mieli jednego grubego kota, który będzie spał przez cały dzień i nie będzie przeszkadzał. Że będziemy zgadzali się co do wychowania naszego dziecka, że nie będziemy kłócić się o imię, że będziemy idealnymi rodzicami. Że nawet w deszczowe dni będzie świeciło słońce, że nigdy nie będę na Ciebie zła, że ani razu rzez Ciebie nie zapłaczę, że zawsze będę zgadzała się z Twoim zdaniem, że skoczę za Tobą z mostu. Mogę Ci obiecać również to, że nigdy się nie poddam, że zawsze będę silna. Mogę Ci to obiecać. Ale oboje wiemy, że to nieprawda.

   Mogę za to obiecać życie na karuzeli, dobre i złe dni. Że będę krzyczała, jeśli będziesz popełniać jakieś głupstwa. Że nie pozwolę Ci skoczyć z mostu, choćbyś miał mnie za to znienawidzić. Że koty będą wisiały na zasłonach, przewracały rzeczy ze stołu, że będą wchodziły nam do łóżka. Że dzieci będą malowały farbami nasze piękne ściany w salonie, że będą niegrzeczne i będą ciągle gubiły skarpetki. Że wytłukę cały zestaw talerzy, że nieraz przypalę garnek, że będziemy nieraz jedli mrożonki, chyba, że sam coś ugotujesz. Mogę obiecać, że będę doceniała te małe gesty jak podanie butelki wody, przyłożenie termoforu do brzucha, gdy nie ma się siły wstać z łóżka - gesty tak proste, że aż magiczne w swym absurdzie. Że będę wierzyć, gdy już nikt inny nie będzie. Że będę Cię kochać za dźwięk spadającej gwiazdy, za wędrówki, za wino wypite w szczerych polach, za wyleczenie z rzeczywistości, za odrobinę bajki w życiu i za zaufanie, gdy wszystko i wszyscy zawodzą. I że będę Twoja. 



6 kwi 2017

Moje zwierzaki - część pierwsza z wielu.

Ryjek. 
    Nie ma innej opcji, ten temat musi być podzielony, bo całe moje 25-letnie życie pełne było futrzaków i pierzaków. Zdecydowanie wychowałam się w domu, gdzie zwierzęta traktowało się na równi z ludźmi i jestem z tego powodu dumna i szczęśliwa. Psy zawsze spały w łózku, koty wygrzewały się w kuchni na piecu kaflowym a wszelakie wróbelki i gołębie były dokarmiane na podwórku. Trudno byłoby mi opisać wszystkie cztero- i dwunogi, które towarzyszyły mi w życiu, dlatego napiszę tylko o tych najbardziej moich.

   Moim pierwszym zwierzakiem był jamnik szorstkowłosy, Pusia. Rodzice przynieśli ją do domu kilka miesięcy po moich narodzinach i mama do dzisiaj mówi, że szczeniak i niemowlak w jednym domu to zdecydowanie zły pomysł. A później dodaje, że gdyby jeszcze raz miała podjąć decyzję, czy wziąć Pusię w tym czasie, to bez zastanowienia by to zrobiła. Uczyłam się chodzić, trzymając się za Pusiny ogon, kiedy już biegałam po domu to razem z nią, na spacery też chodziłyśmy razem. Nie ma takiego wspomnienia z pierwszych pięciu lat mojego życia, w których nie byłoby tego kochanego jamnika. Do dzisiaj wypominają mi jak to wysyłałam psa w kosmos, chociaż teraz wydaje mi się to trochę okrutne, ale spokojnie – psu nic nie było, po zabawie żyła szczęśliwie jeszcze kilka lat.

   Miałam też masę kotów, jak to na wsi. Najbardziej kochałam najpierw Bongusia, którego woziłam w wózku (dla potwierdzenia zdjęcie!) a potem Ciapka, który spał ze mną w łóżku, któremu śmierdziało z pyszczka i który uwielbiał ser w plasterkach Hochland. Pewnie ser i śmierdzący pyszczek były jakoś powiązane, ale miałam pięć lat i nie rozumiałam tego związku.

Mówiłam. Kot w wózku.

   Gdzieś w okolicach moich piątych/sżóstych urodzin to naszego domu trafiła Tola – też jamnik, ale gładkowłosy. Tola była ruda, gruba i żyła ponad piętnaście lat. Jadła wszystko – raz zeżarła nawet taśmę malarską i nic jej po niej nie było. To był pies-morderca – każdy spacer równał się mysim zwłokom, które skubana wykopywała z nor a później bestialsko dusiła. A że była tłuściutka, to raz podczas spaceru utknęła w wykopanej przez siebie dziurze – wujek musiał rozkopywać wokół niej ziemię, żeby wyciągnąć grubasa.

   Pierwszym zwierzakiem po mojej przeprowadzce do bloku był królik Azor, który był dla mnie wredny i fuczał na mnie, ilekroć weszłam do pokoju rodziców. Późniejszy królik, Farbekna tym etapie mojego życia imion dla zwierząt nie wymyślałam, tylko moja mama, dlatego były takie dziwne – spał pod kołdrą, był rudy i przez pierwsze dwa lata jego życia byliśmy przekonani, że to dziewczynka. Później, po dramatycznej wizycie u weterynarza, kiedy naszemu maleństwu wyrosło coś na podbrzuszu i martwiliśmy się, że to rak i królik nam niechybnie umrze, okazało się, że… Farbek jest chłopcem. Pewnie to, że traktowaliśmy go jak babę przez dwa lata, wpłynęło na jego psychikę, bo później zaczął sypiać na stole.
Pusia i mała Tola.

   Wspomniałam wcześniej o pierzastych zwierzętach i tych miałam trzy – dwa kanarki, które nosiły jakże nowoczesne imię Wróbelek, i każdy przeżył ponad 10 lat. Teraz mam papugę Zyzia, który miał być chłopczykiem a teraz znosi jaja – u nas jest coś nie tak z postrzeganiem płci, zdecydowanie. W ogóle to narzeczony utrzymuje, że ja i moja mama zawsze bierzemy te zwierzęta, które są najbrzydsze – w sumie trochę prawda, bo Zyzio był najbrzydszą papugą w całym zoologu i stwierdziłyśmy, że jeżeli my go nie przygarniemy, to nikt tego nie zrobi… Ale kiedy narzeczony tak mówi, to zawsze odgryzam się mu, że dlatego właśnie z nim jestem, więc się niech tak nie cieszy.

Pyza.
   U mojej babci mieszka teraz piękna, wielka i siejąca strach Pyza, chociaż to najpotulniejszy i najprzytulaśniejszy pies na świecie. Pyza zna się na zegarku – codziennie o 13 przychodzi o kuchni na obiad, nawet jak czas jest przestawiony. Kiedy wątróbka z ziemniakami nie jest gotowa – Pyza nie je nic innego na obiad – to leży na środku i wyje żałośnie. Mieszka tam też przedstawiony na pierwszym zdjęciu Ryjek, którego mama zachorowała kiedy mały miał trzy tygodnie i karmiłam go mlekiem dla kociąt z pipety przez czternaście dni. Później kocica wróciła do zdrowia, Ryjek wrócił do mamy a ja mogę być dumna, że wstawanie co dwie godziny w nocy na coś się opłaciło, bo teraz jest małym, ale szczęśliwym kocurem. 

   Teraz w moim domu mieszka: pies, Tosia, o której kilka razy już wam pisałam, papuga Zyzio i… jeż, Pepa. Cztery dni temu przygarnęłam Pepę, bo jej poprzednia właścicielka nie mogła się nią już zajmować. Pepa jest paskudna, kochana i fucząca – wpisuje się w cały mój mały zwierzyniec. A biorąc pod uwagę, że za niecałe trzy miesiące będę miała na nazwisko Kot – cóż, wtedy to już w ogóle mogę otwierać mały ogród zoologiczny.

   Kocham zwierzęta; nie boję się napisać tego, że nie lubię ludzi, którzy nie lubią zwierząt – ufam też zasadzie, że zwierzę wyczuje złego człowieka i omija go szerokim łukiem.  Mam nadzieję, że będę miała mieć okazję jeszcze stworzyć dom dla wielu zwierzaków. I że będę mogła jeszcze napisać wam kolejną część, bo - jak wspomniałam na początku - przez te 25 lat mojego życia trochę tych futrzaków było. A wy? Macie jakieś zwierzęta? Piszcie!

Pepa. Najnowszy nabytek. 

3 kwi 2017

Jodi powraca w wielkim stylu - "Małe wielkie rzeczy".


   Ludzie muszą nauczyć się nienawidzić, a skoro są w stanie to zrobić, są również w stanie nauczyć się kochać.

   Ruth wykonuje jeden z najpiękniejszych zawodów świata; pomaga małym ludziom przychodzić na świat. Opiekuje się matkami i dziećmi przez cały czas porodu; uspokaja, pociesza, niekiedy przypomina kobietom o co walczą w bólach na porodówce – o swoje dziecko, o przyszłość, która być może, zmieni kiedyś cały świat.
   Turk i Brit, którzy trafili do szpitala czekali na przyjście na świat swojego pierwszego dziecka. Syna. Wyczekiwanego, którego przyszła ścieżka życia była już jasno określona w ich marzeniach; miał być silny, stanowczy i miał przestrzegać wszystkich zasad, których przestrzegają i oni. Uważali, że biali są na tym świecie najważniejsi. Czarni, żółci i wszystkie inne barwy skóry to zło, które trzeba plewić niby chwasty. Niszczą, są przeszkodą dla aryjskiej rasy, która została stworzona po to, aby rządzić. Dlatego też, gdy Ruth przyszła pomóc im nauczyć dziecko ssać pierś, wyprosili ją z pokoju. Bo nie była godna. Bo była czarna.
   Kilka dni później mały Davis był obrzezany przez wyspecjalizowanego lekarza pediatrę. Zmarł po kilku minutach, z nieznanych nikomu powodów. Zrozpaczony ojciec oskarżył o to Ruth, która przypadkowo była wtedy przy dziecku. Nienawiść Turka, którą wpoili mu przed laty inni dorośli osiągnęła apogeum.
   Rozpoczął się proces, podczas którego należało odnaleźć prawdę... chociaż, czy to prawda była w tym wypadku najważniejsza?

Nikt mi nie mówił, że człowiek pogrążony w bólu jest sam jak palec. Nieważne, kto jeszcze jest w żałobie; każdy siedzi sam w swojej ciasnej celi. 

   Głupcami są ci, którzy uważają, że prześladowania na tle rasowym już się skończyły. Naiwnymi są ci, którzy uparcie powtarzają, że świat się zmienił, że Hitler i jego sny o potędze aryjskiej rasy umarli razem w czasie zakończenia II wojny światowej. Nadal są ludzie, którzy głoszą jego poglądy niczym prawdę oświeconą. Nadal istnieją społeczeństwa, które zamykają się w alkowie swoich pobratymców a wszystkich wyglądających inaczej niż oni, traktują jak największych wrogów. Nie dopuszczają do siebie możliwości, że kolor skóry nie wpływa na charakter człowieka, na jego dobroć czy na jago wybory.

Wolność to krucha łodyżka żonkila po najdłuższej zimie. To dźwięk twojego głosu, gdy nikt cię nie zagłusza. Chęć mówienia „tak” i ważniejsze jeszcze prawo mówienia „nie”. W sercu wolności bije nadzieja: puls możliwości.

   Z pozoru Jodi Picolut zrobiła swoim czytelnikom przysługę; podała jak na tacy Turka i jego żonę, całą ich społeczność i pozwoliła ich nienawidzić. Bo czytelnik od razu machinalnie staje w obronie Ruth, mimo że wydarzyła się wielka tragedia. Czytelnik jednak ma swój rozum i domyśla się, że to nie ona zawiniła, że oskarżenie wniesione do sądu jest kwintesencją marszu nienawiści, który rozgrywał się gdzieś w dalekiej Ameryce. Jednak na końcu książki można przeczytać posłowie autorki, które zmienia cały wydźwięk powieści. Tu nie chodzi o to, żeby nienawidzić Turka, żeby gardzić jego nienawiścią do czarnych; chodzi o to, żeby pomóc mu zrozumieć, że to złe. Że czasami trzeba dostrzec winy w samych sobie a nie we wszystkich dookoła.

   Ta historia – jak każda inna, która powstała w umyśle autorki – uświadamia człowiekowi kolejną prawdę. Amerykański sen nie istnieje; a przynajmniej nie istnieje dla wszystkich. Jest to przywilej, który dotyka tylko białych. Tak jak przed wiekami, tak i dzisiaj Azjaci, Afroamerykanie i inne rasy traktowane są drugorzędnie a każde ustępstwo dla nich podawane jest w wielkiej chwale dla białych, jakby był to przejaw ich dobrej woli, że to wspaniałomyślny dobry uczynek.
   Powieść opowiada także o starej jak świat nienawiści, która wypala trzewia i duszę każdego człowieka. Nienawidzić jest łatwo, żadna to sztuka nauczyć się czuć do kogoś odrazę i obrzydzenie. Sztuką jest pokonać ten mur, ukryć gdzieś głęboko wszystkie uprzedzenia i skoczyć w przepaść, głupio i nawinie wierząc, że czasami, całkiem niespodziewanie na końcu drogi można spotkać człowieka, który będzie dla nas tym idealnym.

   Przez lata czytania książek autorstwa Jodi Picoult, przekonałam się, że nawet ci źli ludzie, nie urodzili się tacy. Zostali tego nauczeni, tak samo, jak uczy się dziecko rachować do dwudziestu czy mówić dzień dobry znielubionej sąsiadce. Złe osoby są najczęściej zranione, chowają się gdzieś w głębi siebie, pod pokrywą swojej pogardy i wyższości. Przypominają trochę zdziczałe koty, które prychają na każdego, bo wiedzą, że ludziom nie można ufać. Czy Ruth pogrąży się w nienawiści do białych, bo oni nienawidzę jej koloru skóry? Czy zło zatriumfuje na tej sali sądowej, jak często ma to miejsce w życiu? Czy da się żyć po śmierci dziecka? Czy da się wybaczyć, to, co boli najbardziej?


   „Małe wielkie rzeczy” to premiera, na którą warto było czekać. Jodi w najlepszym wydaniu. 
Premiera 11 kwietnia.