22 sie 2017

Jakie kobiety są najczęściej wybierane na żony?


   Bez dłuższych wstępów i rozważań; portal World of Female jakiś czas temu stworzył zestawienie, które pokazało jakich dziesięć typów kobiet mężczyźni najczęściej wybierają na swoje żony bądź partnerki. Gotowi na rzeź niewiniątek?

   Miejsce 10. Kobieta-dziecko – tak jakby dziwnie i niepokojąco to brzmi, jednak w zasadzie chodzi o taki typ kobiety, która fizycznie jest dorosła, jednak jej psychika osiadła gdzieś w okolicach pięciolatki i od tamtej pory nie ruszyła ani trochę. Na pewno znacie taką osobę, która zachowuje się jak rozpieszczona młodociana i piszczy na widok każdego zwierzątka – chociaż piszczenie na widok zwierząt nie jest niczym złym, bo sama tak robię.

   Miejsce 9. Mamusia – i nie chodzi tutaj o kobietę, która ma już dziecko, ale o taką, która swojego mężczyznę będzie traktowała jak kochanego synka. Czyli wyprać, uprasować, nakarmić, pomasować plecki, powiedzieć jaki jest wspaniały, buziaczek w policzek i dobranoc, zakrywamy kołderką. Trochę zalatuje Edypem, chociaż on świadomy takiego stanu rzeczy nie był.

   Miejsce 8. Tajemnicza dama – się naoglądali za młodu filmów z Bondem i później marzy im się własna kobieta szpieg. Tajemnicze kobiety mają to do siebie, że one są intrygujące tylko na początku, bo później, kiedy związek już jest w pewnym rozkwicie i ona nagle tajemniczo znika na pół miesiąca, to nie jest to coś pożądanego. Chyba, że są tacy, którzy lubią odpocząć sobie od partnerki i wypatrywać jej w oknie, kiedy po kilku tygodniach wróci strudzona do domowych pieleszy. Albo też tajemnicze kobiety zamiast odpowiedzieć co u nich słychać, mruczy tylko „domyśl się!”.

   Miejsce 7. Nieśmiała i niedoświadczona – z taką kobietą mężczyźni mogą poczuć się bardziej pewnie, bo skoro jest niedoświadczona to po pierwsze, niczego im nie zarzuci a po drugie – nawet, gdyby wiedziała, że coś jest nie tak, to przecież jest zbyt nieśmiała, żeby to powiedzieć. Marzenie dla mężczyzn z kompleksami!

   Miejsce 6. Pasjonatka – o, to chyba o mnie! Ponoć, jeżeli kobieta ma jakąś pasję i się jej oddaje, to jest to szalenie pociągające i seksowne. Co jednak, jeżeli pasją kobiety jest zbieranie ślimaków do słoika i obserwowanie ich godów? Czy to wtedy też podnieca faceta, czy może chodzi o taką pasję, której można oddawać się w szortach i kusej bluzeczce? Takie sprawy powinny być w badaniach sprecyzowane, naprawdę…

   Miejsce 5. Seksoholiczka -  oh, mój ulubiony wydmuchany frazes! Każdy mężczyzna marzy o seksoholiczce, a jakby przyszło co do czego, to pewnie większość z nich uciekłaby, gdzie pieprz rośnie.

   Miejsce 4. Aktywistka – tak, a potem weź chłopie ganiaj z nią na każdy marsz, bo ona musi być, musi pomóc i nieważne, że nie zawsze wie o co walczy i przeciw czemu protestuje, ale przecież nie można siedzieć w domu z założonymi rękami!

   Miejsce 3. Rozpieszczona – mała księżniczka, ah! Wiecznie naburmuszona, tupaniem nóżką i kocim spojrzeniem próbuje dostać to, czego w danej chwili chce. I zazwyczaj się jej to udaje do momentu, gdy mężczyzna powie stop, gdy ta sprzeda ich mieszkanie i bez jego wiedzy kupi ziemię w Las Vegas, bo tam jest tak światowo i przecież ona może.

   Miejsce 2. Pewna siebie – pogubiłam się. Zawsze wmawiano mi (i innym kobietom pewnie też), że mężczyźni czują się męscy, gdy czują się potrzebni. Wiecie, to te momenty, kiedy słabym głosikiem prosimy, żeby zmienili żarówkę, bo my nie potrafimy, żeby wymienili olej w samochodzie, bo my nie wiemy, gdzie się go wlewa i żeby poszli zapłacić rachunki, bo to przecież za trudne na nasze możliwości! Tutaj jednak okazuje się, że mężczyźni lubią, kiedy kobieta jest pewna swego i nie udaje małej, zagubionej dziewczynki. Chociaż może chodziło im o pewność własnego ciała i poczucie własnej wartości?

   Miejsce 1. Diwa – serio? Diwa? Chociaż jak się nad tym zastanowić, znam kilka kobiet, które zachowują się jak istne gwiazdy a ich mężczyźni są na takim poziomie, że nazywać ich pantoflami to obraza dla tradycyjnych przedstawicieli pantoflarzy. Diwy nie muszą krzyczeć na swoich mężczyzn, wystarczy, że zgromią ich wzrokiem a ci potulnie udają się do swojego kącika i tam odbębniają swoje małżeńskie obowiązki. Ah, czy są jakieś kursy doszkalające jak być diwą?

   Kochane moje! Nieważne, czy jesteście seksoholiczkami, aktywistkami czy tajemniczymi damami – jeżeli trafiliście na taki egzemplarz mężczyzny, który was kocha i który akceptuje was z całym dobrodziejstwem inwentarza, jest dobrze. Dobiłyście do właściwego portu.  


17 sie 2017

Jak ochronić swoje dziecko?


   Przez kilka ostatnich lat nie cichną konflikty związane ze szczepieniem dzieci. Niektóre matki uważają, że szczepić się powinno, bo to pomaga chronić mały organizm przed chorobami, które mogą zaatakować znienacka i wyrządzić wielką krzywdę. Inne z kolei uważają, że to nienaturalne i wbrew powszechnemu obowiązkowi nie stawiają się na szczepienia. Jednak co się dzieje wtedy, kiedy niezaszczepione dzieci zaczynają zarażać te szczepione? Czy rodzice mają obowiązek informować innych, że ich dziecko nie ma w sobie przeciwciał na poszczególne choroby?

   Isobel jest matką jakich wiele; kocha swoje dzieci i chce, żeby były jak najzdrowsze. Dlatego też, kiedy przeczytała przed laty o doniesieniach, jakoby szczepionki powodowały u dzieci autyzm, zdecydowała się nie ryzykować. I nie stało się nic strasznego, maluchów nie zaatakowały żadne pneumokoki, nie chorowały częściej niż te, które były szczepione zgodnie z medycznym zaleceniem. I nikt by nawet nie pamiętał o tym, że lata temu podjęła taką, a nie inną decyzję, gdyby nie to, że jej najstarsza córka, nastoletnia Gabriella zachorowała na odrę. Przeszła ją dość lekko, jej organizm był już silny, jednakże zaraziła kilkumiesięczną Iris, córkę przyjaciół rodziny. Ta z racji wieku nie była jeszcze zaszczepiona, a gwałtowny przebieg choroby spowodował, że dziewczynka nieodwracalnie straciła słuch.

   Jej ojciec, Ben, postanowił skierować sprawę do sądu, zarzucając wieloletniej przyjaciółce, że nie poinformowała ich o zagrożeniu, że nie wspomniała ani słowem, że jej dzieci są niezaszczepione i co za tym idzie – są potencjalnymi nosicielami chorób, które mogą skrzywdzić ich dziecko. 

   Cała książka jest dość kontrowersyjna; osobiście jestem zwolenniczką szczepień i moim zdaniem rodzice, którzy z nich zrezygnowali, powinni poinformować o tym fakcie innych rodziców posiadających dzieci, szczególnie te małe, które nie zostały jeszcze zaszczepione na wszystkie choroby. Chociażby po to, żeby nie wydarzyła się taka sytuacja jak w książce, bo niestety nie jest to fikcja literacka, ale rzeczywistość przeniesiona na karty powieści.

   Autora książki porusza się dość swobodnie w tej trudnej tematyce, jednakże brak jej obiektywizmu; odniosłam wrażenie, że jest zatwardziałą zwolenniczką szczepienia, a moim zdaniem najważniejszą cechą autora jest brak stronniczości, brak opowiedzenia się po jednej ze stron. Dobry pisarz powinien pobudzić czytelnika do zajęcia jakiegoś stanowiska, samemu pozostając w cieniu. Tutaj niestety czułam, że jej zdanie jest mi narzucone i to dość ostro. Jednakże muszę ją pochwalić za sposób narracji; bardzo podobny do tego, który w swoich książkach prowadzi Jodi Picoult. Autorka dopuszcza do głosu obie strony konfliktu, zarówno Isobel, jak i Bena, dając im obojgu możliwość wypowiedzenia się, wyrażenia swojego stanowiska i swoich myśli. Także język jest lekki, miło się czyta całą książkę, nie pojawiają się żadne zgrzyty, ani „toporniejsze” kawałki.

   „Dawka życia” to powieść mówiąca o tym, że bycie matką wcale nie jest łatwe. To podejmowanie szeregu decyzji, które w późniejszych latach mogą zawarzyć na całym życiu dziecka. To poruszanie się pomiędzy minami rozrzuconymi przez los i dramatyczna walka o to, żeby jak najmniej odłamków trafiło w najważniejszą dla matki istotę – w jej dziecko. 


13 sie 2017

Stereotypowa babska książka.


   Jestem typową kobietą i czytam typowo babskie książki. Wiecie, takie o miłości. Czytałam już Norę Roberts, Danielle Steel, Nicholasa Sparksa, Susan Elizabeth Philips, Helen Fielding, Emily Giffin a także naszą rodzimą Magdalenę Witkiewicz, Katarzynę Grocholę czy Monikę Szwaję. Bez wstydu przyznam, że lubię taką tematykę, bo czasami i od thrillerów i kryminałów należy odpocząć i przeczytać coś lżejszego, poprawiającego nastrój. Jednak muszę stwierdzić, że schemat tych książek jest często dość podobny i dzisiaj opiszę wam fabułę, która występuje zazwyczaj w większości babskich romansów. Nie traktujcie tego zbyt serio, nie oburzajcie się, to tekst ku rozrywce.

   Główna Bohaterka w ośmiu na dziesięć przypadków jest dziennikarką albo nauczycielką. W pozostałych dwóch przypadkach to bohaterki książek Danielle Steel i są bajecznie bogate i nie muszą pracować bądź są bezrobotne i bezdomne i dopiero na końcu książki stają się bajecznie bogate. I nie muszą pracować. Najczęściej Bohaterka uważa się za brzydką osobę, a później nagle przegląda się w lustrze/wystawie sklepowej i następuje jej opis, który jasno wskazuje na to, że jest piękna. Ma sprężyste włosy, duże, błyszczące oczy, zgrabny nosek, a ostatnio coraz częściej mowa jest o pięknie zarysowanych brwiach. Oczywiście całe otoczenie widzi w niej piękną kobietę, a ona uważa się za szkaradztwo.

   Kiedy dochodzi do spotkania z mężczyzną, fabuła toczy się dwojako; albo od samego początku Bohaterka i spotkany przyszły królewicz się nie cierpią i dogryzają sobie na każdym kroku, albo ich znajomość jest sympatyczna i miła, aczkolwiek żadne z nich nie próbuje czegoś więcej. Życie Bohaterki nagle zaczyna się walić – zwalniają ją z pracy, odchodzi jej chomik, którego miała od dzieciństwa, kamienica, w której mieszka nagle została zalana przez wodę, albo ewentualnie ksiądz podczas spowiedzi nie daje jej rozgrzeszenia. W każdym wypadku, Bohaterka jest nieszczęśliwa i idzie pić. Tam spotyka nieświadomego swojej roli księcia, który postanawia dotrzymać jej towarzystwa i dochodzi do pocałunku. Później przez chwilę jest cudownie, co rano budzą ich ćwierkające wesoło wróbelki, dookoła jest zielono, a oni codziennie chodzą do łóżka. I to jak! Seks w książkach tego rodzaju zawsze jest namiętny, delikatny, dziki, niestosowny i przewspaniały, a bohaterowie zawsze i wszędzie mają ochotę, możliwości i siły.

   W końcu  nadchodzi kryzys i tutaj możliwości jest bez liku. Ktoś coś źle zrozumiał, ktoś nie miał ochoty na namiętny seks, ktoś wziął siostrę idealnego mężczyzny za jego kochankę albo po prostu w Bohaterce coś „pękło” (im często coś w środku jestestwa pęka) i musiała odejść. Następuje kilka(naście) stron smutku i chandry, gdzie nawet radosne wróbelki przestają śpiewać, a dotąd słoneczne niebo pokrywają ciemne chmury. Punkt kulminacyjny następuje w momencie, gdy ona i on spotykają się przypadkowo i okazuje się, że całe nieporozumienie można wyjaśnić w trzech zdaniach. Oczywiście nie mogli zrobić tego wcześniej, bo tak trudno jest dwójce dorosłych, dojrzałych ludzi wziąć i po prostu porozmawiać. Następuje szczęśliwe zakończenie, wspaniały i boski the end, a czytelniczki zamykają książkę z głośnym westchnieniem, patrzą na swojego Janusza i żałują, że takie rzeczy to tylko w książkach.

   Ten schemat można lekko modyfikować, dodać do postaci Bohaterki dziecko z nieudanego  poprzedniego związku, obarczyć idealnego mężczyznę skrywanym sekretem bądź dorzuć dla pikanterii kilkunastomilionowy majątek należący któregoś z nich. I mimo, że w 90% przypadku babskie książki opierają się na przedstawionym schemacie, to i tak miło się je czyta. Chyba taka już nasza natura. 

   Zgadzacie się ze mną? Czy ja po prostu trafiam na takie a nie inne książki? Piszcie!

10 sie 2017

A Ty? Czego się boisz?


   Mówią, że strach ma wielkie oczy. Że trzeba stawić mu czoła, bo tak naprawdę nie ma na tym świecie niczego, czego nie moglibyśmy udźwignąć. Od małego dzieci są uczone, że w szafach wcale nie mieszkają potwory, że to tylko wytwór ich nazbyt pracującej wyobraźni; koszmary senne rozpatrywane są w kategorii radzenia sobie z codziennymi problemami, uporządkowaniem i pozbyciem się złych myśli. Ale prawda jest taka, że wszyscy nadal się czegoś boimy.

   Teraz, kiedy mały człowiek mówi nam, że boi się Hulka, uśmiechamy się kpiąco, bo doskonale wiemy, że to tylko postać z komiksów. Ale przecież kilkanaście lat temu sami chowaliśmy się pod kołdrą, w strachu przed latającym psem z „Niekończącej się opowieści”. Nie pomagały tłumaczenia mamy ani babci, że to fikcyjna postać, że takich długich psów nie ma, że Panu Bogu najdłuższy wyszedł tylko jamnik, później zaprzestał już dalszych eksperymentów. Później ktoś w przedszkolu mówił, że w wiadomościach informowali o końcu świata; i dalej zaczynaliśmy się bać, no bo jak to mamy umrzeć, kiedy nie chcemy a poza tym na wtorek umówiliśmy się z koleżanką na zabawę z lalkami, a tutaj taka niesprawiedliwość, w poniedziałek koniec świata!

   Później, w czasach szkolnych przyszedł inny strach; przed sprawdzianami, kartkówkami, trudnymi pytaniami i pierwszymi kłótniami z rówieśnikami. Wtedy ważne było to, czy Kaśka albo Aśka będą chciały grać z nami w gumę i czy pan od matematyki zdecyduje się przełożyć sprawdzian z ułamków; bo jak nie przełoży to dostaniemy pałę i tata w domu będzie znowu miał pretensje, że się nie nauczyliśmy. Teraz już wiemy, że to były małe strachy, ale wtedy sprawiały, że nie mogliśmy zasnąć wieczorem, zastanawiając się, co to będzie.

   Paradoksalnie, im bardziej rośliśmy, im więcej rozumieliśmy, tym bardziej irracjonalny był nasz strach. Banie się potworów jest racjonalne, bo mogą zabić czy skrzywdzić. Banie się sprawdzianów czy matury jest równie prawidłowe i oczywiste. Później jednak przychodziły dziwne strachy. Jasne, nie od razu. Bo najpierw przychodziła młodość; wspaniały czas, kiedy ma się poczucie, że jest się tytanem, można wszystko, jest się niezniszczalnym, niepokonanym. Człowiek zaczyna się wtedy robić butny, wykrzywia twarz w stronę losu i ironicznie pyta: ‘ja nie dam rady?’. Później się zakochujemy, zakładamy rodzinę, uczymy się żyć z drugą osobą i jesteśmy przekonani, że wspólne picie kawy co rano i zajadanie jajecznicy w każdą niedzielę jest czymś, co się nam od losu się po prostu należy.

   Przed ślubem boimy się czy wszystko się uda, czy złośliwi krewni i znajomi będą komentować na głos wszystko to, co im się nie spodoba, czy wesele nie skończy się przed północą, czy poradzimy sobie w małżeństwie, czy spiszemy się później jako mama i tata.

   Kiedy przychodzą dzieci, a młodość powoli się kończy, zaczynamy się bać tego, czego nie znamy; choroby, samotności, śmierci. Jak litanię odmawiamy co roku podczas wigilii naszą własną modlitwę: ‘i żebyśmy za rok znowu wszyscy się tutaj spotkali’. Lawirujemy pomiędzy nieszczęściami i wypadkami, próbując chronić wszystkich tych, których kochamy, z mniejszą lub większą skutecznością. Tracimy bliskich, przez śmierć albo prozaicznie, przez nieporozumienia, niezgodność charakterów czy z braku czasu. Na ich miejsce przychodzą nowi, ale im jesteśmy starsi, tym trudniej nam w pełni zaufać drugiemu człowiekowi. Okazuje się, że życie wcale nie jest tak proste, jak wydawało nam się jeszcze kilka lat temu. Łatwiej jest, kiedy obok jest ta druga osoba, która co rano wypija z nami kawę a co niedziela je jajecznicę z sześciu jaj; to jest w porządku, to pomaga, to daje szczęście.

   Aż w końcu przychodzi moment, kiedy tęsknimy za latającym psem, za sprawdzianem z chemii i za kłótniami z koleżankami w podstawówce. Bo jedyne czego się boimy, to to, że przyjdzie chwila, kiedy wstaniemy rano, zaparzymy kawę, usmażymy jajecznicę a jego już nie będzie i nie spędzimy razem kolejnego poranka. I już nie będzie w porządku. 


8 sie 2017

"Po śniegiem" - zachwyciłam się czeską literaturą!


   Zazwyczaj w filmach i w książkach więź między rodzeństwem jest pokazana jako coś podniosłego, wspaniałego i wyjątkowego. Jednak w rzeczywistości często się zdarza, że osoby, których łączą wspólni rodzice, są dla siebie obcy, nie potrafią się dogadać, więcej ich dzieli, niż zjednuje. Blanka, Olga i Kristyna to siostry, które wcale nie są sobie bliskie, jednak pewnego zimowego ranka wsiadają razem do samochodu i ruszają do rodzinnego domu, uczcić urodziny ojca. Bo wypada.

   Blanka jedzie z dwoma córkami i niemowlakiem, Olga z kilkuletnim synkiem Olinkiem, a najmłodsza Kristyna jedzie z morderczym kacem, który rozbrzmiewa w jej głowie niczym młot pneumatyczny. Już od samego początku można zauważyć, że siostry za sobą nie przepadają; każda inaczej ułożyła sobie życie i mają do siebie ciągłe pretensje o to, że nie rozumieją siebie nawzajem. Blanka, najstarsza z nich, jest przykładną żoną i matką, chociaż ani jej mąż, ani dzieci, tego faktu nie doceniają. Nie rozumie, jak można karmić dziecko butelką, jakim cudem można pozwalać mu na wszystko i jak niby ma podobać się mężowi, kiedy ma na głowie cały dom i trójkę urwisów; Olga z kolei, która samotnie wychowuje syna nie rozumie tej wiecznej sztywności w domu siostry i tego olewającego podejścia do męża. Najmłodsza, Kristyna trzyma się na uboczu, obserwując tylko kłótnie starszych sióstr i uciekając przed ich ostracyzmem.

   „Pod śniegiem” to książka, która skonstruowana jest w niezwykły sposób; czyta się ją jak gonitwę myśli, brak tam miejsca na dialogi, cudzysłowie. Wszystko jest napisane chłodno, rzetelnie, jednakże nie brak tam emocji. Jest wprost magiczna w swej prostocie; autorka pokazała, że nie potrzeba wielkich zabiegów stylistycznych i gramatycznych, kiedy ma się co przekazać. Wprawdzie przez pierwsze kilka stron męczyłam się okropnie, próbując wczuć się w styl Soukupovej, później jednak tekst sam płynął mi przed oczami, a ja czytałam coraz szybciej i szybciej, chcąc wchłonąć w siebie całą tę historię. To jak ze spróbowaniem nowego smaku napoju – na początku jest dziwny, niecodzienny, jednak z czasem smakuje coraz lepiej i lepiej, człowiek zachłanniej go pije.

   To książka o wzajemnych pretensjach, o żalach, które nosimy w sobie, ukrywając je pod miłymi, sztucznymi uśmiechami i pozorną uprzejmością. To powieść, która pokazuje, że takie zachowanie jest jak rak; niepostrzeżenie rozwija się gdzieś w naszym środku, a kiedy w końcu go zauważamy, jest już za późno na bezbolesne leczenie. To również opowieść o tym, co boli kobiety, jak skomplikowana jest ich dusza, jak niewiele trzeba, aby je zranić i jak małe drzazgi tkwią w nich przez lata.

„Po prostu lepiej być samemu, bo samotny człowiek niczego się nie spodziewa, niczego nie oczekuje, a kiedy żyje z kimś, łudzi się, że ta druga osoba zachowa się w jakiś konkretny sposób, że do czegoś się przyda, że będzie czuć się lepiej tylko dlatego, że ta osoba jest przy nim. Ale tak nie jest (…) z czasem życie robi się nie do wytrzymania (…) po prostu nie da się swobodnie oddychać w towarzystwie tej drugiej osoby.”

   Autorka postawiła na obserwację zwykłego dnia, opisywanie szczegółów, detali, których zazwyczaj się nie zauważa. Lekkie skrzywienie ust, niepokojące chrząknięcie, rzucona ot tak sobie nieprzyjemna aluzja. U Blanki, Olgi i Kristyny takie niuanse narastają do rangi znieważenia, okropnego i bolesnego. Autorka ma gorzki, mocny jak poranna kawa humor, który wcale nie bawi, ale uwidacznia nieprzyjemną prawdę; brak w tej książce pretensjonalności, brak jest banałów, brak patosu. A jednak czegoś uczy, każe się nad sobą zastanowić i nad swoimi relacjami z bliższymi; szczególnie z tymi, z którymi blisko być nie chcemy.

   Historia trzech sióstr i ich rodziców, nie różni się niczym od tych historii, które toczą się w naszych domach, w naszych rodzinach; inne jest tylko natężenie konfliktów i inne są sposoby radzenia sobie z nimi. Soukupová pokazała co się dzieje, kiedy wszystko zamiata się pod dywan – pod śnieg - i próbuje się nie zauważać tego, co złe i niepokojące. Bo tak naprawdę śnieg przykrywa wszystko tylko na chwilę; później przychodzą roztopy i to, co było położone pod piękną, białą, aksamitną płachtą, wyjawia się na nowo. I nigdy nie daje o sobie zapomnieć.

   Zachwyciłam się czeską literaturą. Gdyby moje rekomendacje coś znaczyły, tej książce dałabym ją bez wahania. To trzeba przeczytać!

6 sie 2017

"Czarna Madonna", czyli po raz pierwszy zawiodłam się na Mrozie.


   Bezsprzecznie, Remigiusz Mróz jest ostatnimi czasy najbardziej płodnym polskim autorem; nowe książki wychodzą spod jego klawiatury z prędkością karabinu maszynowego, a zachwyceni fani mogą cieszyć się perypetiami Chyłki, Zordona, Forsta czy pochmurnego Gerarda. Sama z chęcią czytam wszystko to, co Mróz napisał, ale ciągle z przestrachem, że to szybkie tempo może sprawić, że w końcu się potknie, straci wiele ze swojego uroku, pogubi się trochę w literackich fabułach.

   Ostatnio na rynku pojawiła się „Czarna Madonna”, kolejna powieść autora, która jednak tym razem nie była kryminałem, ale horrorem religijnym. Oczywiście kupiłam, przeczytałam. I już po pierwszych stronach stwierdziłam, że stało się to, czego się obawiałam. Mróz przesadził z prędkością i nieco się wykoleił. Ale po kolei.

O fabule zdań kilka

   Filip i Aneta byli pozornie zwykłą parą narzeczonych, którzy chcieli wybrać się na wycieczkę, żeby odpocząć trochę od codzienności. Jednak mężczyzna nie dostał wolnego i jego ukochana musiała polecieć sama. Pech chciał, że Boeing 747, którym leciała do Tel Awiwu zniknął z radarów. Nigdzie nie było wraku samolotu, nikt nie poinformował o jakichkolwiek problemach. Po prostu rozpłynął się z powietrzu. Filip zaczął szukać ratunku dla narzeczonej, śledził wszystkie możliwe informacje, ale żadne służby nie mogły odnaleźć wraku. I w tym momencie pojawia się pierwszy bolesny zgrzyt, bo już kilka dni po katastrofie Filip – który był wcześniej księdzem, ale zrezygnował z posługi – zaczął szukać rozwiązania w zjawiskach nadprzyrodzonych. Zaraz później zaczął pluć czarnym śluzem, tajemnicza siła nie pozwalała mu się przeżegnać a do jego domu ni stąd, nie zowąd zawitała stara szeptucha, wysłana przez jego zmarłego bliskiego. Hola, hola, co?!

   Rozumiem pomysł na całą koncepcję i rozumiem, że trudno jest wpleść w rzeczywistość siły nieczyste i że w tym momencie musi zadziałać przede wszystkim wyobraźnia. Jednak po Mrozie, który zawsze – nawet, gdy coś było mało prawdopodobne – przekonywał czytelnika do swojej wizji, spodziewałam się czegoś więcej, niż zaprezentował tutaj. Po prostu nic nie trzyma się kupy; ni stąd nie zowąd zwyczajny mężczyzna zaczyna szukać rozwiązania w religii, w Starym Testamencie i w jego rozważaniach.

A można było to zrobić dobrze!

   Żeby nie było, że ma możliwości pokierowania fabułą w taki sposób, żeby postacie diabła i demonów nie wzięły się znikąd – dla przykładu podam książkę Tess Gerritsen „Klub Mefista”, gdzie wszystko co niewyjaśnione, mroczne i pozaludzkie, jest stabilnie osadzone w rzeczywistości bohaterów. I ta pozycja nie jest nawet horrorem religijnym, ale kryminałem, połączonym z thrillerem, jednak Gerritsen tak świetnie poradziła sobie z "demoniczną" stroną fabuły, że faktycznie czułam niepokój, bałam się i miałam w nocy koszmary. Swoją drogą polecam książkę, bo jest niesamowita i czyta się ją z zapartym tchem. 

Gdzie ten Mróz?! 

   Wracając jednak do Mroza; później, po tym nieprzyjemnym początkowym zgrzycie, było już trochę lepiej, chociaż nieporywająco. Mało było tutaj Mroza w Mrozie. Filip, na tle innych bohaterów, powołanych przez niego do życia, był zbyt mało wyrazisty, zbyt ciapkowaty, zbyt wycofany. Kinga, siostra jego zaginionej narzeczonej, też nie miała tego charakterku co inne damskie postacie, wykreowane w jego powieściach. Gdyby ktoś dał mi „Czarną madonnę”, bez podpisanego autora, w życiu nie stawiałabym, że to Remigiusz nim jest.

A miałam się bać...

   Miałam się bać, a się irytowałam. Miałam czuć na sobie oddech samego diabła, a oprócz upału nie czułam nic. Niestety nie do końca to wyszło. O wiele większy czułam niepokój przy „Kasacji” czy „Behawioryście” niż przy „Czarnej Madonnie”. Chociaż są i zwolennicy, z tego co widziałam na portalach; co kto lubi, o gustach – jak wieść gminna niesie – się przecież nie dyskutuje. 

1 sie 2017

Podsumowanie lipca



   Chyba nikogo, kto już chwilę czyta mojego bloga, nie zdziwi informacja, że tegoroczny lipiec był najbardziej udanym miesiącem w moim życiu. A powodów ku temu było aż sześć.

Wzięłam ślub!

   Ten punkt ciężko będzie przebić, coś mi się zdaje. Równy miesiąc temu mniej więcej o tej porze siedziałam w kościele i czekałam na moment, aż stanę się żoną. Cudowny rok przygotowań w końcu dobiegł końca i mogłam się po prostu cieszyć chwilą; i uwierzcie mi, wtedy nie myśli się o tym, czy coś wyszło, czy ktoś coś obgaduje, jak inni są ubrani – jesteście tylko wy. Kobiety przed ślubem, powiadam wam - przede wszystkim - nie przejmujcie się tak bardzo szczegółami! Sama przeżywałam winietki, dekoracje, ozdoby, oprawę w kościele i mówię wam, że nie warto. Na sporo spraw w dniu ślubu nie ma się wpływu i szkoda nerwów. U nas od rana padało, ksiądz odprawił nam całą mszę w 30 minut, bo spieszył się na kolejny ślub, w czasie modlitwy pomylił moje imię, dekoratorka okropnie spisała się w kościele a na sali trzeba było czekać 40 minut na obiad, bo przez krótką mszę za szybko przyjechaliśmy. A, i co często jest tematem dyskusji - dwie koleżanki miały ubrane białe sukienki, ale to zarejestrowałam dopiero po oczepinach, jak same zapytały, czy mi to nie przeszkadza. Uwierzcie, panny młodej nie da się przyćmić!
   Zdjęć z tego dnia jeszcze nie mam, ale żeby zaspokoić waszą ciekawość, bo co i rusz piszecie mi na maila, żebym w końcu coś wam pokazała, zamieszczam swoje zdjęcie z przymiarki. Bez fryzury i makijażu, w za dużej sukni. I jak widzicie, postawiłam na prostotę. 


Byłam w podróży poślubnej!

   Pierwszy raz spędziliśmy ze sobą tyle czasu! Przegadaliśmy kilka wieczorów i ciągle było nam mało. Wspinaliśmy się po górach, szukaliśmy owiec, żebym mogła zrobić sobie z nimi zdjęcie, stołowaliśmy się w restauracjach, próbowaliśmy nowych smaków. Zdecydowanie powinniśmy co rok urządzać sobie takie wakacje.

Miałam czas na czytanie!

   W końcu! Większa ilość wolnego czasu sprawiła, że mogłam poczytać. Nadgoniłam powieści Mroza, Gerritschen, wróciłam też do starszych książek autorstwa Musierowicz. Nawet przeczytałam trzy nowości, co w moim przypadku jest sukcesem, bo czasu ostatnio miałam jak na lekarstwo! Mam nadzieję, że ta tendencja wzrostowa pozostanie bez zmian!

Wróciłam do systematycznego blogowania

   Możecie sobie tylko wyobrazić, jak brakowało mi kontaktu z wami; w czerwcu byłam tutaj bardzo rzadko i ciążyło mi to na sercu, ale niestety nie dałam rady rozszerzyć doby. W sumie może i ta przerwa dobrze mi zrobiła, bo naładowałam baterie i teraz mam pomysły na nowe wpisy.

Wzięłam udział w sesji zdjęciowej!

   Co prawda była to ślubna sesja plenerowa, ale „sesja zdjęciowa” brzmi tak… dumnie, prawda? Wczoraj, pomimo upału i braku sił wszelakich wsiedliśmy w samochód i ruszyliśmy podbijać świat. Powiem wam, że myślałam, że będę się stresowała, bo nigdy nie lubiłam, jak ktoś robił mi zdjęcia, ale dzięki profesjonalizmowi fotografa i szwagrowi, który świetnie rozładowywał atmosferę, uśmiech nie schodził nam z twarzy. Kilka zdjęć podejrzałam i są prześwietne! Teraz tylko czekam na efekt końcowy, którym będę mogła się wam pochwalić.

Jestem żoną
   
   I z całą pewnością stwierdzam, że to najfajniejszy stan! Mieszkaliśmy już razem przed ślubem, ale teraz jest tak... lepiej, stabilniej, intensywniej. Cudownie i ciężko jest opisać dlaczego, co w naszych relacjach nie zmieniło się tak wiele. Ot, magia małżeństwa.

   A na koniec zdjęcie w zdjęciu, czyli mój mąż, który robi mi zdjęcie, kiedy ja robię mu zdjęcie. 

Brodaty przystojniacha mój!

27 lip 2017

MARUDERZY KSIĄŻKOWI


   Ostatnio coraz częściej typowy wieczór mój i męża wygląda następująco; zamykamy laptopy, wyłączamy telewizor, ścielimy łóżko – spokojnie, nie będzie niczego zdrożnego! – i każde bierze do ręki swoją ukochaną aktualnie książkę i czytamy. Prędzej czy później dostrzegamy, że jest północ, rano trzeba wstać, więc z żalem licytujemy się kto pierwszy idzie myć zęby (ten kto idzie później może jeszcze kilka linijek poczytać) i gasimy światło. Kiedy powiedziałam o tym jednej koleżance, to zapytała ze zgrozą czy tym sposobem oszczędzamy na rachunkach za prąd. Postanowiłam więc stworzyć listę maruderów książkowych, bo ostatnio spotkałam ich na swojej drodze dość sporo.

   „Ale po co wam książki?” – Co trzecia osoba przestępująca próg mojego domu zadaje mi to pytanie. Niektórzy pytają wręcz czy to prawdziwe książki, czy same okładki; ale temu nawet się nie dziwię, bo kilka tygodni temu jakaś pani pochwaliła się na facebooku swoim salonem, gdzie miała zrobioną tapetę, która wyglądała jak piękna biblioteczka.
   Kilka lat temu, kiedy kolekcja nie była aż tak spora, sąsiad zalał nam mieszkanie i całą półkę z książkami. Gdy przyszedł ocenić szkody, rzucił okiem na półkę i z wielką ulgą stwierdził, że dobrze, że książki zalał a nie telewizor.

   „Ja to czytam tylko to, co wcześniej zekranizują” – taka osoba zna „Gwiazd naszych wina”, „Dziewczynę z pociągu”, „Zanim się pojawiłeś”, czasami „Igrzyska śmierci”, bo jednak trzy części odstraszają. Kiedy proponuję nowy tytuł, który – o zgrozo! – nie ma swojej ekranizacji, osoba taka zapiera się rękami i nogami, bo jak to tak czytać coś, czego później nie można obejrzeć? Intryguje mnie zawsze wtedy, czy taki delikwent przeczytał „Potop”, bo przecież jest i film dla chętnych.

   „Tak bardzo chciałabym czytać, ale nie mam na to czasu! Kompletnie.” – w swojej blogowej karierze spotkałam z kilkoma tuzinami takich osób. One bardzo chciałyby czytać, ja nawet nie mam pojęcia jak bardzo, ale nie mogą, bo nie mają kiedy. Raz napisałam do takiej dziewczyny – lat 17, nie pracowała dorywczo, chodziła do normalnej szkoły – i zapytałam czy tyle czasu poświęca nauce, że nie ma dla siebie wolnego czasu. Odparła, że nawet nie, ale są jeszcze spotkania ze znajomymi, wyjścia do kina, imprezy w weekendy, zabawy, takie fajne seriale do obejrzenia, że ona nie ma czasu. A tak bardzo by chciała! EDIT: Żeby nie było wątpliwości: jak ktoś chcę czytać, ale faktycznie nie ma na to czasu, to to jest zrozumiałe. Chodziło mi raczej o przykład opisany powyżej. 

   „Przecież gazeta też się liczy” – tak, szczególnie jeżeli jest to „Pani domu” czy inny „Poradnik domowy”, gdzie więcej jest reklam i zdjęć niż treści.

   „Znam Grey’a, znam wszystko” – uwielbiam! Niektórzy są przekonani, że skoro przeczytali Grey’a, który przecież wielkim dziełem jest, to znają się na literaturze w ogóle. Raz jedna fanka tegoż literackiego gniota stwierdziła, że nie znam się w ogóle na książkach, bo tytuł ten nazwałam kiczem, który nie wiadomo jakim cudem trafił na księgarskie półki. Ale spokojnie, dzięki Grey’owi jestem pewna, że jak napiszę powieść z rodzaju grafomańskich – byleby z dużą dawką seksu i wewnętrznej bogini – będę pisarką. I to bogatą!

   „Czytam zawsze, gdy czuję się królem” - inaczej mówiąc, w toalecie. Czyli spora część społeczeństwa, która ma mało czasu na czytanie i wykorzystuje ku temu każdą okazję. Nawet śmierdzącą. Tą metodę powinny wykorzystać osoby, które tak bardzo chciałyby czytać a nie mają kiedy!

   "Chcę wygrać konkurs!" - nie wiem jak u was, ale u mnie w miejskiej bibliotece, corocznie najlepsi czytelnicy otrzymują nagrody książkowe za ilość przeczytanych książek. Pewnego roku wygrała kobieta, która w ciągu 365 dni przeczytała - chociaż adekwatnym słowem byłoby "wypożyczyła" - 556 książek. Dodam, że w swojej mowie zaznaczyła, że pracuje, opiekuje się chorą mamą, ma dwójkę dzieci i męża i uwielbia im gotować. Pytam: jak? Musiałaby czytać jedną książkę w ciągu półtora dnia, żeby osiągnąć taki efekt, a to byłoby możliwe chyba tylko w sytuacji, kiedy ktoś by siedział i nie robił nic innego oprócz czytania... 

   „Przeczytam, choćby mnie krwią zalewało i oczy wypływały na wierzch od tych głupot” - tej grupy nie rozumiem i chyba już nigdy nie zrozumiem. Jak książka jest słaba/głupia/denerwująca, to ją odkładam i spokój, widać nie moja liga. Czytanie na siłę, bo czytać się zaczęło jakoś do mnie nie przemawia. To jak być z kimś na siłę, kogo nawet nie lubimy, bo się z kimś zaczęło być przez przypadek. Nie ogarniam.

   „Przepraszam, ja tylko słucham” – fani audiobooków, którzy znają tylko to, co wyszło w wersji czytanej. Ale w sumie nie jest źle, grunt, że w ogóle nie są z literaturą na bakier.

   Na koniec kategoria specjalna, o której już kiedyś wspominałam. MOJA MAMA - „Najpierw zakończenie, potem fabuła” - moja mama, kiedy zaczyna czytać książkę, zawsze najpierw patrzy, jak się skończy. I nie, nie wiem jaki jest w tym sens i co ma się potem z czytania, ale jak sama mówi, czyta jej się później spokojniej, bo nie musi martwić się, że coś ją zakończy na końcu. 
   Jak widzicie, nie mogę być do końca zrównoważona. Takie geny.

Łapy opadają. Nawet kotom. 

24 lip 2017

Krótka historia Twojej rodziny


Nie ma początku, środka ani końca, nie ma sensacyjnej fabuły, morału, przyczyn ani skutków.

   Tajemnica jestestwa poruszana jest od kilkunastu wieków, kiedy ludzie zaczęli być na tyle rozwinięci, aby zadać sobie fundamentalne pytanie: „Skąd się wziąłem?”. Och, jasne, wzięliśmy się z naszych rodziców, ale co zadecydowało o tym, że akurat ten plemnik trafił na tą – a nie inną komórkę jajową – i że wszedł z nią z tej konkretnej strony, powodując oryginalne, jedyne i niepowtarzalne tasowanie dwoma łańcuchami DNA, co w efekcie spowodowało nic innego a narodziny… Ciebie.

   Gdyby Twoi rodzice kochali się w środę, zamiast we wtorek, gdyby spóźnili się kilka godzin, bo akurat utknęliby w korku, gdyby … to wtedy nie urodziłbyś się Ty, drogi czytelniku, ale całkiem inna osoba. Tajemnica tego procesu jest tak absurdalna, jeżeli głębiej się nad tym zastanowić, że aż mrozi krew w żyłach. Czy gdyby ludzie byli świadomi, że swoim działaniem mogą zmienić cały bieg historii – bo gdyby nie pewien romantyczny wieczór przy blasku świec, albo gdyby nie suto zakrapiana impreza w czasie studiów – poprzez poczęcie nowego człowieka, który odbije swój ślad na reszcie ludzkości, to czy nie ogarnąłby ich paraliżujący strach?

   „Krótka historia wszystkich ludzi, którzy kiedykolwiek żyli” to jedna z tych pozycji, które należy przeczytać. I robi się to z wielką przyjemnością. W końcu jest to książka o mnie, o Tobie, o wszystkich Twoich przodkach i o potomnych, których zostawisz po sobie. W pierwszej części autor – który ma wspaniale lekki język, co jest zbawienne przy poruszaniu tak trudnych i ciężkich tematów – opisuje to, co było. Skąd wzięli się ludzie? Jak to się stało, że pewna małpa postanowiła zejść z drzewa, chwycić kamień i zrobić z niego pierwsze narzędzie, będące furtką do późniejszego rozwoju. Dywaguje nad tym, czy był moment przełomowy, dzień, kiedy wszystko się zmieniło, punkt zwrotny w historii ziemi? Czy raczej stawało się to powoli, niezauważalnie, co dzisiaj dla mnie zdaje się absurdem, bo musiał być moment, gdy w końcu przemówiono i powiedziano i zrozumiano słowo „ja”.

   Pewien człowiek - który 40 tysięcy lat temu mieszkał w miejscu, które dzisiaj brane jest za terytorium Niemiec – umarł. Normalna kolej rzeczy, taki los czeka nas wszystkich, chyba że magicznym sposobem znajdziemy eliksir na przedłużenie funkcjonowania naszego organizmu. Został pochowany przez swoich bliskich, przynajmniej tak lubię myśleć, bo gdyby pochowali go obcy ludzie, to byłoby to niezwykle smutne w jego historii. I zapewne jego kości zamieniłyby się w proch i nikt ze współczesnych o nim nie słyszał, ale jakimś zrządzeniem losu jego ciało zachowało się i zostało odkryte w XIX wieku i stał się on „neandertalczykiem numer 1” i do niego porównywano wszystkie później odkryte ludzkie szczątki. Z pewnością nie był on świadomy tego, co stanie się z jego ciałem, nie myślał przyszłościowo, przez myśl mu nie przeszło, że kiedyś inni ludzie będą badali jego DNA. Było to zbyt abstrakcyjne myślenie, szczególnie dla człowieka, który skupiał się na tym, że zdobyć pożywienie, ogrzać się i spłodzić dzieci.

   Słyszeliście zapewne o dżumie, czarnej śmierci, która w średniowieczu zdziesiątkowała Europę, omijając jakimś cudem terytoria obecnej Polski. W 2014 roku kilku naukowców postanowiło sprawdzić, czy bakteria wywołująca tą chorobę – Yesienia – odbiła piętno na ludzkim DNA. Wyniki pokazały, że u mieszkańców, którzy pochodzą z terenów, gdzie kiedyś dżuma zataczała swoje kręgi, faktycznie w DNA można znaleźć receptory mające związek z tą bakterią. Z kolei u ludności, która pochodzi z miejsc, gdzie czarna śmierć nigdy nie dotarła, brak jest takiego śladu. Tak więc to, kim jesteśmy i jacy jesteśmy jest efektem nie tylko historii ludzi, ale i historii bakterii, które rozwijały się równocześnie z nami.

   Uważacie, że drzewa genealogiczne są prawdziwym przedstawieniem waszych przodków? Idąc tym tropem – czyli mamy dwoje rodziców, czworo dziadków, ośmioro pradziadków – okazałoby się, że w XVIII wieku mielibyśmy już 137 438 953 472 przodków, co jest niemożliwe, ponieważ ani wtedy, ani teraz, nie ma tylu ludzi na świecie. Rodowody więc, kilka pokoleń wstecz, zaczynają się ze sobą splatać i nie przypominają drzew a raczej sieci rybackie, które się przenikają, łączą i rozdzielają na chwilę, aby po kilkuset latach dalej do siebie powrócić. Badania DNA pokazały, że ledwo 600 lat temu wszyscy żyjący obecnie Europejczycy mieli jednego wspólnego przodka. Inaczej mówiąc, pod koniec XIII wieku żyła osoba, która jest przodkiem każdego z nas. Widzicie, jaka z nas piękna rodzina?

   Część druga książki dotyczy tego, kim jesteśmy teraz. Autor dywaguje nad tym, czym jest tak naprawdę rasa, jaki jest nasz los i do czego z czasem zmierzamy. Czy są miejsca w łańcuchu DNA, które odpowiadają za geniusz, za zdolności, za … bycie maniakalnym mordercą? Czy mamy jakikolwiek wpływ na to, kim jesteśmy? Czy wychowanie stoi w opozycji do naszej naturalnej natury, zapisanej w genach?

   Serdecznie polecam wam tą książkę – być może będzie wydawała się na początku zbyt trudna, zbyt skomplikowana, ale nie minie kilka stron a zaczniecie zatapiać się w historię, która dotyczy nie tylko miliona ludzi, ale i was samych. A warto poznać samych siebie, prawda?


21 lip 2017

Cechy idealnego mężczyzny


   Dawno już nie miałam czasu, żeby porządnie pobuszować sobie po Internecie, znaleźć jakiś dziwny ranking bądź badanie, które pozornie określa ludzi i poironizować na ten temat na blogu. Wczoraj jednak dopadła mnie bezsenność i przeglądając dziwne internetowe strony znalazłam artykuł o tym, jakie cechy powinien mieć mężczyzna idealny. Autorka tekstu dodała, że jeżeli znajdziemy przedstawiciela płci przeciwnej z takim zestawem cech, to nie możemy go wypuszczać z rąk. Jako dobra koleżanka, która już czas męskich łowów ma za sobą, przedstawię wam te cechy z moim lekko ironicznym komentarzem. Bo przecież nie możemy popadać w patetyczne tony.

   Cecha 1. Kiedy na ciebie patrzy, poświęca ci całą uwagę – i nawet kiedy pędzi na ciebie rozpędzony samochód albo wściekły rosomak planuje rzucić ci się na plecy, twój kochany tego nie zauważy i nie uratuje ci życia, ponieważ jest zbyt zajęty patrzeniem w twoje oczy.

   Cecha 2. Jest miłym facetem, ale nie idzie na łatwiznę – hm, nie bardzo rozumiem połączenie bycia miłym z pójściem na łatwiznę. Podświadomie rozumuję to tak, że mężczyzna jest miły i sympatyczny, ale zamiast po prostu cię poderwać, traktuje cię jak zwykłą znajomą i czeka aż sytuacja w jakiś sposób się wyklaruje – przecież zaproszenie kobiety na kawę jest zbyt proste.  

   Cecha 3. Ma cel i jest cierpliwy – spokojnie, jak powiedział, że kiedyś naprawi lodówkę, to znaczy, że to zrobi. Jest cierpliwy i spokojnie przeczeka te kilka tygodni aż mu się zechce zejść do piwnicy po niezbędne narzędzia. To twój problem, kobieto, że ty jesteś niecierpliwa i narzekasz, że nie masz gdzie trzymać mięsa na kotlety.

   Cecha 4. Ma bardzo ambitne marzenia, ale stąpa twardo po ziemi – czyli, że ma marzenia, ale ich nie spełnia, bo wie, że to bez sensu?

   Cecha 5. Potrafi gotować – czy zagotowanie wody na kawę się liczy? Bo jak nie to biada wam dziewczyny, kucharzy niby jest wielu, ale kandydatek na żony kucharzy jeszcze więcej.

   Cecha 6. Uprawia sport – kwestia sporna, niektórzy za sport uważają wędkarstwo a przecież tam się zbytnio ruszać nie trzeba.

   Cecha 7. Jest błyskotliwy, ale nie zarozumiały – zarozumiałość połączyłabym bardziej z pewnością siebie a błyskotliwość z osobistym urokiem. Znowu nie zrozumiałam, co autorka miała na myśli. Kurczę, chyba muszę się zapisać na jakieś kursy doszkalające.

   Cecha 8. Ma poczucie humoru – o ile jest to zdrowe poczucie humoru. Nie wiem czy taki Wardęga i jego psio-pająk mają delikatny i subtelny żart. Nie chciałabym wstać rano i zobaczyć anakondę wyłożoną obok mnie; chociaż z drugiej strony taki zastrzyk adrenaliny z rana byłby może zbawienny dla mojego organizmu?

   Cecha 9. Mówi ci, że cię kocha, mimo… - autorka felietonu nie sprecyzowała mimo czego. Może mimo tego, że spakował walizki, sprzedał wasz samochód i wyprowadził się do dziewiętnastoletniej kochanki? Albo przyprowadził do domu trójkę nieślubnych dzieci, których się dorobił na wieczorze kawalerskim swojego kolegi z liceum trzy lata temu, ale przecież cię kocha i taka mała zdrada nie powinna stanąć wam na przeszkodzie waszej miłości.

   Cecha 10. Jest gotów ustąpić, byle się nie kłócić – „dobra kochanie, możesz sprzedać moją nerkę temu meksykańskiemu dilerowi kokainy, ale weź już się ze mną nie kłóć, dobrze?”

   Cecha 11. Jeśli potrzebujesz pomocy, możesz na niego liczyć – jeżeli nie potrzebujesz pomocy, to na niego nie licz.


   Cecha 12. Bez ciebie jego życie nie ma sensu – czyli jest tak do ciebie przyzwyczajony, że jak wyjeżdżasz w delegację na trzy dni to wisi na walizce i cały we łzach krzyczy, żebyś zabrała go ze sobą. Bo przecież się zatęskni na śmierć!

   A jeżeli nie znacie takiego ideału to mam dla was zdjęcie Chrisa Hemsworth'a. A napatrzcie się, co będziecie sobie żałować!


19 lip 2017

"Kochając pana Danielsa" - książka, która porwała tłumy, mnie przygwoździła do ziemi.


   Kilka miesięcy temu cała blogosfera zachwycała się książką „Kochając pana Danielsa”. Długo zabierałam się za to, żeby kupić ten tytuł, ale nigdy nie było mi z nim po drodze i dopiero w ubiegłym tygodniu dorwałam ją w empiku. Byłam przekonana, że podobnie jak wy, będę zachwycona i zauroczona historią, jaka rozegrała się na kartach powieści. Cóż… ja to chyba zawsze muszę płynąć pod prąd.

   Zacznijmy od fabuły. Ashlyn straciła swoją siostrę bliźniaczkę, która zmarła w wieku, w którym zdecydowanie nie powinno się umierać. Jej matka zamiast pomóc jej przejść przez żałobę, odtrąciła ją i dziewiętnastolatka trafiła do obcego miasta, gdzie zajął się nią ojciec, którego rola w jej życiu przez wiele lat sprowadzała się do wysyłania upominków z okazji świąt. Na miejscu okazało się, że mężczyzna, który powinien stronić od modelu tradycyjnej rodziny, mieszka z kobietą i dwójką jej nastoletnich dzieci i świetnie sprawdza się jako ojciec. Dla Ashlyn ta wiadomość była jak kolejne wbicie ostrza prosto w serce (patetyczny ton książki mi się udzielił, nie ma co.)

   W międzyczasie dziewczyna poznaje Daniela, który przypominał mi od samego początku pana Darcy’ego; wiecie, taki doskonały, dorosły, ale równocześnie słodki i wstydliwy. Połączyła ich żałoba – ona tęskniła za siostrą, on za rodzicami, którzy zmarli w niewielkich odstępach czasu. I w tym momencie powieść mogłaby się skończyć marszem weselnym, ale jak to w amerykańskich historiach bywa, wszystko musiało się pokomplikować. Okazało się, że Daniel jest nauczycielem Ashlyn i że muszą ukrywać swoją miłość; szczególnie, że jej ojciec był dyrektorem szkoły i z łatwością mógłby przyuważyć, że miziają się ukradkiem w czasie przerw.

   Mimo, że ona miała lat 19 a on 22, to było to wielce niestosowne, żeby się umawiali – w naszej rzeczywistości taka różnica wieku nie jest niczym szczególnie rażącym. Mnie samą dzieli taka różnica wieku od męża! Jasne, mogła po prostu zmienić szkołę, klasę lub zrezygnować z tych konkretnie zajęć, ale tej opcji jakoś nie wzięła pod uwagę. A znała na pamięć dzieła Szekspira, więc zakładam, że była inteligentną osobą.

„Kocham cię powoli. Kocham cię głęboko. Kocham cię szeptem. Kocham cię zapamiętale. Kocham cię bezwarunkowo. Kocham cię czule i ostro, wolno i szybko. Poza czasem i na zawsze. Kocham cię, ponieważ po to się urodziłem.”

Szczerze powiedziawszy, spodziewałam się po tej książce czegoś więcej; dodatkowo zirytował mnie wątek z tym, że zmarła siostra zostawiła swojej bliźniaczce listę rzeczy do zrobienia. Przecież to już było i to tak bardzo kojarzy się z „Ps. Kocham cię”, jak biała sowa z Harrym Potterem. Może jestem niewdzięcznym czytelnikiem, ale uważam, że pewnych motywów, które są bardzo charakterystyczne, nie powinno się powielać, bo powoduje to – jak tutaj – lekki niesmak.

   Drugim minusem była dla mnie zbytnia ckliwość. Pokażcie mi jedną realną parę, która rozmawia w taki sposób jak Ashlyn i Pan Daniels, to obsypię was miedziakami. Jasne, niekiedy zdarzają się bardziej lub mniej romantyczne momenty, ale u nich takie rozmowy były na porządku dziennym. Jednorożce tańczyły żwawo po kolorowej tęczy a ze złotego kociołka wylewały się psotne stworki, trzymające w rękach słodziutkie serduszka. Bleh.

   Skupiając się na plusach, mogę wymienić postać Ryana, chłopaka, dla którego ojciec Ashlyn był ojczymem. Pogodny nastolatek, który miał swoje potwory, skrywane głęboko pod warstwą beztroski i poczucia humoru. Mimo, że był to bohater drugoplanowy, bardzo mi się przypodobał i z chęcią przeczytałabym powieść o nim, jako głównym bohaterze. Chociaż taka prawdopodobnie nigdy nie powstanie, biorąc pod uwagę to, co stało się w „Kochając pana Danielsa.”

   Reasumując, jak zwykle, okazało się, że książka, która porwała tłumy, mnie przygwoździła do ziemi. Nie poczułam tej magii, nie ruszył mnie romantyzm opisany w książce, nie byłam zachwycona kreacjami głównych bohaterów. Miłość Ashlyn i Daniela mogłaby spokojnie się rozwijać, gdyby tylko podjęli jedną inną decyzję. Cóż, nie moja bajka, ale skoro zawiodłam się już na kochanej przez tłumy Collen Hoover, to czemu nie miałabym się zawieźć na „Kochając pana Danielsa”?

„Znacie takich ludzi, z którymi nie widzieliście się całe wieki, a kiedy znowu ich spotykacie, czujecie, jakbyście się w ogóle nie rozstawali? Trzymajcie się ich.”