20 kwi 2017

Grzech mnie nie spętał, czyli najnowsza książka Niny Majewskiej-Brown


   Nina Majewska-Brown to autorka, z którą znam się już od dłuższego czasu. Jej debiutancką powieść Wakacje zachwalałam bez reszty, ponieważ urzekła mnie niesamowitym wręcz zwrotem akcji, erupcją emocji i dynamiczną historią. Nic więc dziwnego, że wobec tej pani mam bardzo duże wymagania, jeżeli chodzi o powieści. I pewnie dlatego Grzech wydał mi się za mało… grzeszny.

   Na wsi życie toczy się swoim rytmem, odmiennym od tego miastowego. Tam sensacja jest czymś niezwykłym, czymś, co elektryzuje wszystkich mieszkańców. Każde odstępstwo od normy sprawia, że życie takiej społeczności gwałtownie się zmienia; ba, tam nawet zmiana ceny cukru komentowana jest szeroko przez drewniane płoty. Nic więc dziwnego, że seria niepokojących incydentów sprawia, że ludzie zaczynają drżeć o swoje życie i nie wypuszczają się z domu po nocy. To, co w mieście skwitowaliby zapewne obojętnym ruchem ramion, na wsi sprawiło, że wieloletni sąsiedzi zaczęli patrzeć na siebie podejrzliwie, bojąc się, że zło będzie zataczać coraz szersze kręgi.

   Ktoś zamordował trzy koty i powiesił je na płocie sołtysa. Jakiś czas później zaklejono drzwi i okna prowadzące do kościoła i na plebanię. Z czasem to, co początkowo wydawało się wybrykami niespełnionego złoczyńcy, zaczęło stawać się coraz bardziej niebezpieczne i niepokojące.

   Trudno wskazać jedną, główną bohaterkę powieści – bo bezsprzecznie to właśnie kobiety wiodą w niej prym. Mężczyźni są jakby na obrzeżu tych zdarzeń; umierają, uprawiają rolę, kradną w sklepie, zdradzają i nie mają głównego głosu w całej tej historii. Jedną z bohaterek jest Aleksandra, nauczycielka, która mieszka w mieście i samotnie wychowuje nastoletnią córkę, Monikę. I od niej rozpoczyna się cała historia, bo to jej grzech z przeszłości sprawia, że kobieta postanawia spędzić wakacje na dalekiej wsi, zapomnianej przez Boga i nieznanej wielkiemu światu. Razem z nią w podróż wybiera się zbuntowana Monika, czego Ola za bardzo nie chce, ale nie wie, jak przeciwstawić się własnemu dziecku. Ma swoje plany, swój cel i początkowo uważa, że obecność małoletniej będzie jej tylko przeszkadzała.

   ‘Była typem kobiety, która wciąż czyha na sytuację, w której mogłaby się wściec albo zrobić awanturę. Żyła od kłopotu do problemu, od obawy do paniki, pociągając za sobą w mroczne otchłanie najbliższych, odbierając im jasne perspektywy i radość.’

   Kolejną bohaterką jest Laura, młoda kobieta, która pomaga schorowanym, starszym rodzicom prowadzić gospodarstwo. Dodatkowo pracuje w lokalnym sklepie, sprzedając wszystko od bułek, poprzez rajstopy, na drutach kończąc. Dziewczyna od rana do wieczora robi coś dla innych, dla siebie nie mając w ogóle czasu; jest sfrustrowana, niezadowolona i pragnie wyrwać się ze wsi, chociaż wie, że nie ma na to szans. Dodatkowo matka ciągle porównuje ją do Aśki, córki sołtysa, która całymi dniami przechadza się po wsi i chwali najnowszymi butami, sukienkami i torebkami. Laura wie, że jest lepsza od Aśki, ale jednocześnie, irracjonalnie czuje się od niej gorsza, bo Aśka ma pieniądze, ma możliwości i ma mężczyzn, którzy na nią, Laurę, nie zwracają nawet uwagi.
Losy wszystkich tych kobiet splatają się w jedno, tworząc silny, nierozerwalny węzeł, który po czasie będzie je podduszał, gnębił, który będzie sprawiał, że zapragnął uciec. Tyle tylko, że od niektórych węzłów nie da się uciec.

   W zamiarze ta książka miała być kryminałem, jednak dla mnie, za dużo w niej obyczajówki; autorka zdecydowanie nie wyszła poza ramy swojego stylu i moim zdaniem dość ryzykowne było rzucanie się na tak trudny gatunek literacki, jakim jest kryminał. Bo żeby kryminał był dobry, żeby zainteresował czytelnika, żeby zmroził w żyłach krew, to musi trzymać w napięciu, musi iskrzyć i musi być pełen akcji, albo – jak w przypadku Christie – intrygi. Tutaj natomiast przez większość czasu nie działo się … nic.

‘Minuty ich nieobecności wloką się jak ślimaki po liściu sałaty i jedna nie chce popychać drugiej; ustawione w karnym szeregu przekazują sobie pałeczkę mojego niepokoju.’ 

   Wprawdzie początkowa i końcowa scena są mocne i – jak to w przypadku Majewskiej- Brown bywa – zaskakują czytelnika niezmiernie, jednak są jakby wyrwane z całego kontekstu. Środek książki nie pasuje do obramowań, wygląda tak, jakby został napisany przez debiutanta, przez osobę, która dopiero uczy się pływać a zgłosiła się na maraton przepłynięcia Bałtyku. Niestety, jak dla mnie książka dość średnia. Gdybym oceniała ją jako obyczajówkę, dałabym sześć punktów na dziesięć. W momencie, gdy oceniam ją jako kryminał mogę dać jedynie dwa punkty.

   Cóż… Grzech mnie nie spętał, ale z tego co zaobserwowałam, książka cieszy się kilkoma pochlebnymi opiniami, więc moja nie musi być wiążąca. Może dla mnie kryminał bez Poirota nie jest po prostu kryminałem?


18 kwi 2017

Każde znaczniejsze ubliżenie przyjmij ze słodyczą - czyli jak to było w 1819 roku.


   Wszyscy lubią czytać nowości, nie ma się co w tej sprawie oszukiwać. Jednak stare książki, dawno już zapomniane, niosą ze sobą bardzo dużo życiowej prawdy. Na przykład pozycja Klementyny Hoffmanowej z 1819 roku jest istną kopalną wiedzy. Pamiątka po dobrej matce, czyli ostatnie jej rady dla córki to dzieło, które wam dzisiaj zrecenzuję. Bo po świętach zasługujemy na coś lekkiego. Chociaż nie jestem pewna czy te zaserwowane rady są naprawdę takie lekkie…

   Do zupełnego w małżeństwie szczęścia trzeba, aby mąż w wieku i w rozsądku, w naukach i w majątku wyższość miał nad żoną – mój przyszły mąż ma nade mną wyższość w wieku i w sumie można powiedzieć, że w rozsądku też, bo ja to jestem w gorącej wodzie kąpana i z rozsądkiem to mi nie po drodze. Więc przynajmniej połowę standardów z XIX wieku spełniamy!

   Miej zupełną ufność w mężu, nigdy nic przed nim nie taj, nie ukrywaj, niech zawsze twoim doradcą będzie – już to widzę, jak zamiast przyjaciółki pytam męża, czy lepsze są tampony z firmy X czy Y… A w przypadku, gdyby zaczął mi mówić o ich zaletach i wadach to poczułabym pewien niepokój, skąd on to wie i gdzie on to wsadza…

   Każde znaczniejsze ubliżenie przyjmij ze słodyczą – kochanie! Jak ja się cieszę, że powiedziałeś, że jestem gorszą wersją Twojej matki, jak to miło, że uważasz mnie za zero, jakże raduje się moje serce, że mogę być traktowana przez Ciebie gorzej niż szmata do podłogi! Ta. Jasne.

   Poznawaj najdrobniejsze gusta jego, dogadzaj mu, okazuj mu tysięczne względy, otaczaj go pieczołowitym staraniem […] skoro będziesz nieustannie zajęta wygodą jego, sprawisz, że mu nigdzie tak dobrze jak przy tobie nie będzie – a później powie Ci, że odchodzi do kochanki, bo ona ma swoje zdanie i nie nadskakuje mu jak królewiczowi i on przy niej może czuć się mężczyzną.

   Nie wymagaj nigdy od męża starań kochanka – czyli można mieć kochanka, żeby on takie starania wykonywał wobec mnie?

   Choć zdrowie twoje nadwyrężone będzie, znoś cierpliwie dolegliwości, nie skarż się, nie narzekaj – Kochanie, weź przestań, ja te gary umyję, przecież rana po amputacji ręki już prawie mi się zagoiła, przecież to tydzień minął!

   A matematyki niech zna tylko tyle, by z prostej nie zboczyła linii – jak mi się to zdanie podoba! Cudowne jest, szczególnie, że ja z matematyką zawsze byłam na bakier i teraz żałuję, że nie trafiłam na niego dziesięć lat temu – miałabym wymówkę dlaczego nie pojmuję tangensów.

   Niewiasta ulegać umiejąca na zawsze szczęśliwą i kochaną zostanie – i się wydało. Czeka mnie długie, nieszczęśliwe życie, bo ja ulegać to nie potrafię zdecydowanie. Może trzeba mi było wybrać drogę duchowną i wstąpić do zakonu?

   Każda kobieta powinna znać dobrze rachunki, znać się na kuchni, na wszystkich szczegółach gospodarskich, umieć pokroić, uszyć, zrobić rzecz każdą […] igła pierwsze miejsce mieć powinna przed piórem i pędzlem – na rachunkach się nie znam, ugotować umiem z dziesięć potraw, szyć kompletnie nie potrafię a co do zrobienia rzeczy każdej, to mam wątpliwości czy bym się w tym temacie odnalazła. I niestety pióro u mnie ma miejsce nadrzędne nad igłą. Przekichane.

   Mam nadzieję w łasce i dobroci stwórcy, że znajdziesz małżonka, dla którego posłuszeństwo i uleganie miłym dla ciebie będzie obowiązkiem – mam nadzieję, że w łasce i dobroci stwórcy znajdziemy małżonków, którzy wyśmieją te rady i nie będą ich od nas wymagać.

   Kobiety kochane moje! Widzicie jak macie dobrze, że żyjecie w XXI wieku i możecie poświęcać czas na prowadzenie bloga, rozwijanie swoich pasji a nie tylko szydełkować i cerować skarpety swoich ukochanych i czcigodnych mężczyzn? I dla mężczyzn to lepiej, że mają partnerki równe sobie a nie podległe i nieśmiałe żony, których główną życiową misją jest ugotować bigos, który zasmakuje małżonkowi.


   Z prywatnego życia, to jesteśmy właśnie na etapie rozdawania zaproszeń ślubnych; zostało nam jeszcze 38 sztuk do wręczenia, mam nadzieję, że w ciągu pięciu tygodni sobie z tym poradzimy. Jak na razie odmówiła jedna dusza, reszta albo temat przemilczała, albo gorąco zapewnia, że będą. Zobaczymy 1 czerwca jak to się potoczy, bo do wtedy mamy termin potwierdzenia. Szczerze, to tyle się naczytałam o wymówkach, dlaczego nie można dotrzeć na ślub, że aż nie mogę doczekać się smaczków ze swojego podwórka! 

11 kwi 2017

Obiecuję.


   Wprawdzie ten wpis miał pojawić się 1 lipca, w dniu naszego ślubu, ale na co czekać. Dzisiaj jest i lepsza okazja.

   Mogłabym Ci obiecać, że będę kochać Cię w zdrowiu i chorobie, szczęściu i nieszczęściu, w czasie kumulacji totka i w czasie kryzysu gospodarczego. Mogłabym Ci obiecać, że będę gotowała obiady i nie tłukła talerzy. Że każdy następny dzień będzie ciekawszy od poprzedniego. Że będziemy mieli jednego grubego kota, który będzie spał przez cały dzień i nie będzie przeszkadzał. Że będziemy zgadzali się co do wychowania naszego dziecka, że nie będziemy kłócić się o imię, że będziemy idealnymi rodzicami. Że nawet w deszczowe dni będzie świeciło słońce, że nigdy nie będę na Ciebie zła, że ani razu rzez Ciebie nie zapłaczę, że zawsze będę zgadzała się z Twoim zdaniem, że skoczę za Tobą z mostu. Mogę Ci obiecać również to, że nigdy się nie poddam, że zawsze będę silna. Mogę Ci to obiecać. Ale oboje wiemy, że to nieprawda.

   Mogę za to obiecać życie na karuzeli, dobre i złe dni. Że będę krzyczała, jeśli będziesz popełniać jakieś głupstwa. Że nie pozwolę Ci skoczyć z mostu, choćbyś miał mnie za to znienawidzić. Że koty będą wisiały na zasłonach, przewracały rzeczy ze stołu, że będą wchodziły nam do łóżka. Że dzieci będą malowały farbami nasze piękne ściany w salonie, że będą niegrzeczne i będą ciągle gubiły skarpetki. Że wytłukę cały zestaw talerzy, że nieraz przypalę garnek, że będziemy nieraz jedli mrożonki, chyba, że sam coś ugotujesz. Mogę obiecać, że będę doceniała te małe gesty jak podanie butelki wody, przyłożenie termoforu do brzucha, gdy nie ma się siły wstać z łóżka - gesty tak proste, że aż magiczne w swym absurdzie. Że będę wierzyć, gdy już nikt inny nie będzie. Że będę Cię kochać za dźwięk spadającej gwiazdy, za wędrówki, za wino wypite w szczerych polach, za wyleczenie z rzeczywistości, za odrobinę bajki w życiu i za zaufanie, gdy wszystko i wszyscy zawodzą. I że będę Twoja. 



6 kwi 2017

Moje zwierzaki - część pierwsza z wielu.

Ryjek. 
    Nie ma innej opcji, ten temat musi być podzielony, bo całe moje 25-letnie życie pełne było futrzaków i pierzaków. Zdecydowanie wychowałam się w domu, gdzie zwierzęta traktowało się na równi z ludźmi i jestem z tego powodu dumna i szczęśliwa. Psy zawsze spały w łózku, koty wygrzewały się w kuchni na piecu kaflowym a wszelakie wróbelki i gołębie były dokarmiane na podwórku. Trudno byłoby mi opisać wszystkie cztero- i dwunogi, które towarzyszyły mi w życiu, dlatego napiszę tylko o tych najbardziej moich.

   Moim pierwszym zwierzakiem był jamnik szorstkowłosy, Pusia. Rodzice przynieśli ją do domu kilka miesięcy po moich narodzinach i mama do dzisiaj mówi, że szczeniak i niemowlak w jednym domu to zdecydowanie zły pomysł. A później dodaje, że gdyby jeszcze raz miała podjąć decyzję, czy wziąć Pusię w tym czasie, to bez zastanowienia by to zrobiła. Uczyłam się chodzić, trzymając się za Pusiny ogon, kiedy już biegałam po domu to razem z nią, na spacery też chodziłyśmy razem. Nie ma takiego wspomnienia z pierwszych pięciu lat mojego życia, w których nie byłoby tego kochanego jamnika. Do dzisiaj wypominają mi jak to wysyłałam psa w kosmos, chociaż teraz wydaje mi się to trochę okrutne, ale spokojnie – psu nic nie było, po zabawie żyła szczęśliwie jeszcze kilka lat.

   Miałam też masę kotów, jak to na wsi. Najbardziej kochałam najpierw Bongusia, którego woziłam w wózku (dla potwierdzenia zdjęcie!) a potem Ciapka, który spał ze mną w łóżku, któremu śmierdziało z pyszczka i który uwielbiał ser w plasterkach Hochland. Pewnie ser i śmierdzący pyszczek były jakoś powiązane, ale miałam pięć lat i nie rozumiałam tego związku.

Mówiłam. Kot w wózku.

   Gdzieś w okolicach moich piątych/sżóstych urodzin to naszego domu trafiła Tola – też jamnik, ale gładkowłosy. Tola była ruda, gruba i żyła ponad piętnaście lat. Jadła wszystko – raz zeżarła nawet taśmę malarską i nic jej po niej nie było. To był pies-morderca – każdy spacer równał się mysim zwłokom, które skubana wykopywała z nor a później bestialsko dusiła. A że była tłuściutka, to raz podczas spaceru utknęła w wykopanej przez siebie dziurze – wujek musiał rozkopywać wokół niej ziemię, żeby wyciągnąć grubasa.

   Pierwszym zwierzakiem po mojej przeprowadzce do bloku był królik Azor, który był dla mnie wredny i fuczał na mnie, ilekroć weszłam do pokoju rodziców. Późniejszy królik, Farbekna tym etapie mojego życia imion dla zwierząt nie wymyślałam, tylko moja mama, dlatego były takie dziwne – spał pod kołdrą, był rudy i przez pierwsze dwa lata jego życia byliśmy przekonani, że to dziewczynka. Później, po dramatycznej wizycie u weterynarza, kiedy naszemu maleństwu wyrosło coś na podbrzuszu i martwiliśmy się, że to rak i królik nam niechybnie umrze, okazało się, że… Farbek jest chłopcem. Pewnie to, że traktowaliśmy go jak babę przez dwa lata, wpłynęło na jego psychikę, bo później zaczął sypiać na stole.
Pusia i mała Tola.

   Wspomniałam wcześniej o pierzastych zwierzętach i tych miałam trzy – dwa kanarki, które nosiły jakże nowoczesne imię Wróbelek, i każdy przeżył ponad 10 lat. Teraz mam papugę Zyzia, który miał być chłopczykiem a teraz znosi jaja – u nas jest coś nie tak z postrzeganiem płci, zdecydowanie. W ogóle to narzeczony utrzymuje, że ja i moja mama zawsze bierzemy te zwierzęta, które są najbrzydsze – w sumie trochę prawda, bo Zyzio był najbrzydszą papugą w całym zoologu i stwierdziłyśmy, że jeżeli my go nie przygarniemy, to nikt tego nie zrobi… Ale kiedy narzeczony tak mówi, to zawsze odgryzam się mu, że dlatego właśnie z nim jestem, więc się niech tak nie cieszy.

Pyza.
   U mojej babci mieszka teraz piękna, wielka i siejąca strach Pyza, chociaż to najpotulniejszy i najprzytulaśniejszy pies na świecie. Pyza zna się na zegarku – codziennie o 13 przychodzi o kuchni na obiad, nawet jak czas jest przestawiony. Kiedy wątróbka z ziemniakami nie jest gotowa – Pyza nie je nic innego na obiad – to leży na środku i wyje żałośnie. Mieszka tam też przedstawiony na pierwszym zdjęciu Ryjek, którego mama zachorowała kiedy mały miał trzy tygodnie i karmiłam go mlekiem dla kociąt z pipety przez czternaście dni. Później kocica wróciła do zdrowia, Ryjek wrócił do mamy a ja mogę być dumna, że wstawanie co dwie godziny w nocy na coś się opłaciło, bo teraz jest małym, ale szczęśliwym kocurem. 

   Teraz w moim domu mieszka: pies, Tosia, o której kilka razy już wam pisałam, papuga Zyzio i… jeż, Pepa. Cztery dni temu przygarnęłam Pepę, bo jej poprzednia właścicielka nie mogła się nią już zajmować. Pepa jest paskudna, kochana i fucząca – wpisuje się w cały mój mały zwierzyniec. A biorąc pod uwagę, że za niecałe trzy miesiące będę miała na nazwisko Kot – cóż, wtedy to już w ogóle mogę otwierać mały ogród zoologiczny.

   Kocham zwierzęta; nie boję się napisać tego, że nie lubię ludzi, którzy nie lubią zwierząt – ufam też zasadzie, że zwierzę wyczuje złego człowieka i omija go szerokim łukiem.  Mam nadzieję, że będę miała mieć okazję jeszcze stworzyć dom dla wielu zwierzaków. I że będę mogła jeszcze napisać wam kolejną część, bo - jak wspomniałam na początku - przez te 25 lat mojego życia trochę tych futrzaków było. A wy? Macie jakieś zwierzęta? Piszcie!

Pepa. Najnowszy nabytek. 

3 kwi 2017

Jodi powraca w wielkim stylu - "Małe wielkie rzeczy".


   Ludzie muszą nauczyć się nienawidzić, a skoro są w stanie to zrobić, są również w stanie nauczyć się kochać.

   Ruth wykonuje jeden z najpiękniejszych zawodów świata; pomaga małym ludziom przychodzić na świat. Opiekuje się matkami i dziećmi przez cały czas porodu; uspokaja, pociesza, niekiedy przypomina kobietom o co walczą w bólach na porodówce – o swoje dziecko, o przyszłość, która być może, zmieni kiedyś cały świat.
   Turk i Brit, którzy trafili do szpitala czekali na przyjście na świat swojego pierwszego dziecka. Syna. Wyczekiwanego, którego przyszła ścieżka życia była już jasno określona w ich marzeniach; miał być silny, stanowczy i miał przestrzegać wszystkich zasad, których przestrzegają i oni. Uważali, że biali są na tym świecie najważniejsi. Czarni, żółci i wszystkie inne barwy skóry to zło, które trzeba plewić niby chwasty. Niszczą, są przeszkodą dla aryjskiej rasy, która została stworzona po to, aby rządzić. Dlatego też, gdy Ruth przyszła pomóc im nauczyć dziecko ssać pierś, wyprosili ją z pokoju. Bo nie była godna. Bo była czarna.
   Kilka dni później mały Davis był obrzezany przez wyspecjalizowanego lekarza pediatrę. Zmarł po kilku minutach, z nieznanych nikomu powodów. Zrozpaczony ojciec oskarżył o to Ruth, która przypadkowo była wtedy przy dziecku. Nienawiść Turka, którą wpoili mu przed laty inni dorośli osiągnęła apogeum.
   Rozpoczął się proces, podczas którego należało odnaleźć prawdę... chociaż, czy to prawda była w tym wypadku najważniejsza?

Nikt mi nie mówił, że człowiek pogrążony w bólu jest sam jak palec. Nieważne, kto jeszcze jest w żałobie; każdy siedzi sam w swojej ciasnej celi. 

   Głupcami są ci, którzy uważają, że prześladowania na tle rasowym już się skończyły. Naiwnymi są ci, którzy uparcie powtarzają, że świat się zmienił, że Hitler i jego sny o potędze aryjskiej rasy umarli razem w czasie zakończenia II wojny światowej. Nadal są ludzie, którzy głoszą jego poglądy niczym prawdę oświeconą. Nadal istnieją społeczeństwa, które zamykają się w alkowie swoich pobratymców a wszystkich wyglądających inaczej niż oni, traktują jak największych wrogów. Nie dopuszczają do siebie możliwości, że kolor skóry nie wpływa na charakter człowieka, na jego dobroć czy na jago wybory.

Wolność to krucha łodyżka żonkila po najdłuższej zimie. To dźwięk twojego głosu, gdy nikt cię nie zagłusza. Chęć mówienia „tak” i ważniejsze jeszcze prawo mówienia „nie”. W sercu wolności bije nadzieja: puls możliwości.

   Z pozoru Jodi Picolut zrobiła swoim czytelnikom przysługę; podała jak na tacy Turka i jego żonę, całą ich społeczność i pozwoliła ich nienawidzić. Bo czytelnik od razu machinalnie staje w obronie Ruth, mimo że wydarzyła się wielka tragedia. Czytelnik jednak ma swój rozum i domyśla się, że to nie ona zawiniła, że oskarżenie wniesione do sądu jest kwintesencją marszu nienawiści, który rozgrywał się gdzieś w dalekiej Ameryce. Jednak na końcu książki można przeczytać posłowie autorki, które zmienia cały wydźwięk powieści. Tu nie chodzi o to, żeby nienawidzić Turka, żeby gardzić jego nienawiścią do czarnych; chodzi o to, żeby pomóc mu zrozumieć, że to złe. Że czasami trzeba dostrzec winy w samych sobie a nie we wszystkich dookoła.

   Ta historia – jak każda inna, która powstała w umyśle autorki – uświadamia człowiekowi kolejną prawdę. Amerykański sen nie istnieje; a przynajmniej nie istnieje dla wszystkich. Jest to przywilej, który dotyka tylko białych. Tak jak przed wiekami, tak i dzisiaj Azjaci, Afroamerykanie i inne rasy traktowane są drugorzędnie a każde ustępstwo dla nich podawane jest w wielkiej chwale dla białych, jakby był to przejaw ich dobrej woli, że to wspaniałomyślny dobry uczynek.
   Powieść opowiada także o starej jak świat nienawiści, która wypala trzewia i duszę każdego człowieka. Nienawidzić jest łatwo, żadna to sztuka nauczyć się czuć do kogoś odrazę i obrzydzenie. Sztuką jest pokonać ten mur, ukryć gdzieś głęboko wszystkie uprzedzenia i skoczyć w przepaść, głupio i nawinie wierząc, że czasami, całkiem niespodziewanie na końcu drogi można spotkać człowieka, który będzie dla nas tym idealnym.

   Przez lata czytania książek autorstwa Jodi Picoult, przekonałam się, że nawet ci źli ludzie, nie urodzili się tacy. Zostali tego nauczeni, tak samo, jak uczy się dziecko rachować do dwudziestu czy mówić dzień dobry znielubionej sąsiadce. Złe osoby są najczęściej zranione, chowają się gdzieś w głębi siebie, pod pokrywą swojej pogardy i wyższości. Przypominają trochę zdziczałe koty, które prychają na każdego, bo wiedzą, że ludziom nie można ufać. Czy Ruth pogrąży się w nienawiści do białych, bo oni nienawidzę jej koloru skóry? Czy zło zatriumfuje na tej sali sądowej, jak często ma to miejsce w życiu? Czy da się żyć po śmierci dziecka? Czy da się wybaczyć, to, co boli najbardziej?


   „Małe wielkie rzeczy” to premiera, na którą warto było czekać. Jodi w najlepszym wydaniu. 
Premiera 11 kwietnia. 


31 mar 2017

I znowu o imionach.


   Pisałam już wam raz o imionach, ale mój bzik na punkcie ich znaczenia i pochodzenia się pogłębił, więc uraczę was kolejną porcją wiadomości na ich temat. Przy okazji pochwalę się wam, bo jeszcze nie było okazji, że ostatnio zostałam mamą chrzestną małego Ignasia. A patrząc po znaczeniu jego imienia, wyrośnie mi na niezależnego indywidualistę i będzie śmiało kroczył przez życie. I dobrze, niech sobie bąbel mały radzi!

   Imiona obecnie są czymś oczywistym i pewnie zdziwi was fakt, że w starożytności sprawę tę traktowano nieco inaczej; w Egipcie wierzono, że imię należy zachowywać w tajemnicy, ponieważ osoba, która się go nauczy, będzie panowała nad daną osobą. Imię postrzegano wtedy jako źródło kierowania przeznaczeniem i dlatego też Egipcjanie posiadali dwa imiona – wielkie - tabu i małe - publiczne, które było używane przy innych.

   Znalazłam również informację, że pewne prastare wierzenia zakładały, że ilekroć człowiek wypowiedział swoje imię, oddzielał od siebie cząstkę swojej osoby i jeżeli powtarzał je bardzo często, to chudł. Chcecie szybko zrzucić kilka kilogramów? Powtórzcie swoje imię dziesięć tysięcy razy i efekt gotowy, bez głodówek i ćwiczeń! Aby zachować swoje ciało przy zdrowiu, bogaci obywatele – szczególnie Madagaskaru, bo stamtąd pochodził ten przesąd – zatrudniali niewolników, którzy wymawiali imię pana, w razie takiej potrzeby.

   Bez wątpienia imię miało funkcję swoistego rodzaju zaklęcia; według mnie nadal przejmuje się niektóre – nie wszystkie, w porządku – cechy swojego imienia, o czym kilkoro z was przekonało się na własnej skórze pod poprzednim postem tego typu. Nie zgodzę się z tym, że znaczenie imion ma taką właściwość jak horoskopy i każdy znajdzie tam opis własnej osoby. Czytając znaczenie imienia Monika, Klara czy Aniela kompletnie nie potrafię odnaleźć cech, które odnosiłyby się do mnie, jako do osoby.

   W XX wieku najczęściej nazywano córki Anna, Maria, Katarzyna, Krystyna, Zofia, Małgorzata, Agnieszka, Janina, Barbara i Ewa. Chłopców natomiast: Jan, Stanisław, Andrzej, Piotr, Józef, Krzysztof, Tomasz, Paweł, Tadeusz i Marcin. O ile w przypadku chłopców dwa pierwsze miejsca nadal świecą triumfy w dzisiejszych czasach, o tyle u dziewczynek ciężko już spotkać takie imiona. Sprawdziłam też, że od 2000 do 2008 roku najczęściej nadawanymi imionami dla dziewczyn były zawsze Julia i Wiktoria. Nieprzerwanie, przez osiem lat. Co więc musi się dziać teraz w klasach, gdzie jest po pięć Julek i po trzy Wiktorie? Po 2009 roku popularność Wiktorii upadła, ale nadal Julie i Jakuby tłumnie opuszczają polskie porodówki. Biorąc pod uwagę statystykę, ośmielę się wysnuć wniosek, że większość z was będzie miało zięcia/synową o takich imionach. Zobaczycie!

   Nie wiedziałam, że imię Marlena pochodzi zapewne z połączenia Marii i Magdaleny; co teraz łącząc ze sobą te imiona wydaje mi się to jasne jak słońce. Ostatnio jedna z was urodziła synka – Filipa. Sprawdziłam więc i znaczenie jego imienia; kobieto, Twój syn wyrośnie na pomysłowego i energicznego człowieka. Nie będzie bał się ciężkiej pracy, będzie umiał dogadać się z kobietami a te będą do niego lgnęły. Przygotuj się na bycie wspaniałą teściową!

   Natknęłam się ostatnio na piękne i mało spotykane imię Ilka – to osoby zdecydowane, tajemnicze, trochę nerwowe, ale przywiązujące dużą wagę do przyjaźni. W ogóle o tym imieniu jest dość mało wiadomo, a przynajmniej ja nie mogłam się dogrzebać do informacji.

   Katarzyny to bardzo nerwowe kobiety, które są bardzo inteligentne, ale mają skłonność brania wszystkiego do siebie. Nie mają zbyt wielu przyjaciół, ale starannie ich sobie dobiera, cieszy się szacunkiem tłumów a w życiu kieruje się szlachetnością i uczciwością. Nikodem fascynuje się tym, co niezwykłe i uparcie broni swoich racji, nawet jeżeli są one absurdalne. Jest pewny siebie, ambitny i energiczny i ma powodzenie wśród kobiet; samo znaczenie jego imienia oznacza ten, który zwycięża dla ludu. 

   Łukasz, a więc mój przyszły małżonek to – według znaczenia – osoba dokładna, pracowita i cierpliwa. Nie lubi hałasu, lubi pomagać innym, nie znosi konfliktów i jest niezwykle rodzinny. Jego życiową dewizą jest powoli, ale do celu i zawsze swoje cele osiąga. Ha, teraz możecie mi już zazdrościć jak dobrze trafiłam. Brawo ja!

   Nie zapominajmy jeszcze, że niektóre imiona mają swoje zagraniczne odpowiedniki. Polski Andrzej to oczywiście Andrew w Anglii, Andrea we Włoszech i Antero w Finlandii. Tka bardzo popularny Jakub to Jacob, Tiago w Portugalii i Jaakko u finów.

   Jeżeli jeszcze nie czytaliście o swoich imionach – polecam. Można nieźle się pośmiać i może trochę bardziej poznać siebie? 


28 mar 2017

PRZEDPREMIEROWO - Cela 7, czyli o tym jak kiedyś upadnie sprawiedliwość


  Zacznijmy od tego, że nie przepadam za książkami młodzieżowymi i zazwyczaj trzymam się od nich z daleka. Jednak czasami coś zainteresuje mnie na tyle, że wyciągam dłoń poza obrane schematy i sięgam po powieści, które teoretycznie nie powinny mnie interesować. A później to jest różnie – albo utwierdzam się w przekonaniu, że dany gatunek nie jest dla mnie, albo… no właśnie.

   Cela 7 to książka opowiadająca o tym, co może przytrafić się nam w przyszłości. Teraz każdy program telewizyjny zachęca oglądających do oddania swoich głosów, każda dyskusja publiczna okraszona jest napisem na srebrnym ekranie, który głosi zadzwoń, wyraź swoją opinię! Autora książki, Kerry Drewery poszła krok dalej i dała obywatelom władzę całkowitą. Władzę decydowania o życiu bądź śmierci.

   Martha ma szesnaście lat i z zimną krwią zabiła człowieka. A przynajmniej taką wiadomość podają wszystkie stacje telewizyjne. Dodatkowo, dziewczyna zabiła sławnego i cieszącego się sympatią widzów celebrytę. Znaleziono ją nad jego ciałem, z bronią w ręku, krzyczącą, że tak, to ona to zrobiła. Martha trafiła do więzienia, w którym ma przebywać tylko siedem dni. W ciągu ich trwania, wszyscy obywatele będą mieli możliwość zagłosowania czy nastolatka powinna zostać uniewinniona, czy zostać skazana i zabita. Oko za oko, ząb za ząb – starożytna zasada wraca jak bumerang, zmieniając tylko sposób decydowania o winie.

   Ta książka jest aż nazbyt autentyczna; patrząc na to, co obecnie dzieje się na świecie, wcale bym się nie zdziwiła, gdyby za kilka lat taka sytuacja stałaby się rzeczywistością. Przecież już teraz opinia publiczna ma wielką władzę i rządy nie raz uginają się pod jej naporem. Dlaczego więc nie zrzucić odpowiedzialności na zwykłych obywateli? Dlaczego nie dać im szansy, by poczuli się odpowiedzialni za czyjeś życie? Dlaczego nie umyć sobie rąk czyimś kosztem?

   Tyle tylko, że – pewnie jak byłoby to w rzeczywistości – władza, pozornie dając prawo obywatelom, sama wywiera na nich nacisk. Informacje przekazywane społeczeństwu nie są do końca prawdziwe. Manipuluje się faktami, przerysowuje się winy i przemilcza się zasługi osadzonego. W programie Sprawiedliwością jest śmierć, przedstawia się obywatelom taki obraz życia skazanego, żeby chcieli oni jego zguby. Żeby zaczęli czuć do niego nienawiść, obrzydzenie. Albo żeby poczuli potrzebę chronienia takiej osoby. Wszystko w zależności od tego, jakie rozwiązanie spodoba się władzy. Która, niczym aktor w teatrze, manipuluje marionetkami.

Teraz nie pytamy o dowody, nie pytamy nawet o motywy. To nie jest wymiar sprawiedliwości, tylko rzeźnia, otwarta na oścież dla korupcji, fałszerstwa, łapówkarstwa…

   To, co jeszcze mocno dręczyło mnie w tej książce to to, że każdy obywatel mógł wysłać tyle głosów za lub przeciw, na ile było go tylko stać – bogatsi mieli więc większą możliwość wydawania wyroku, biedniejsi, jeżeli chcieli chronić swoich bliskich, niesłusznie wtrąconych do Celi, nie mieli takich szans. A ceny też były niebagatelne, bo za połączenie telefoniczne obowiązywała najwyższa opłata (niesprecyzowana), SMS kosztował dodatkowo 5 funtów, głosowanie online to również koszt 5 funtów, po uiszczeniu wstępnej opłaty rejestracyjnej w wysokości 20 funtów. Czyli państwo dodatkowo zarabiało, a u nas z pewnością takie rozwiązanie w parlamencie świetnie by się przyjęło.

   Cela 7 to pozornie książka dla młodzieży, jednak jak dla mnie, powinien przeczytać ją i każdy dorosły. Przeraża, obiecując to, co kiedyś może się wydarzyć, jeżeli świat nadal będzie zmierzał w tym kierunku. Ludzkie życie będzie zależało od programu telewizyjnego, od nastawienia obcych ludzi. Nie od prawa, od jasnych reguł, ale od kaprysu osób trzecich siedzących w swoich ciepłych domach i bawiących się w Boga.
   Ciekawa jest również narracja, która przebiega w różnoraki sposób; raz jest prowadzona przez Marthę, raz przez doradcę dziewczyny a więc osobę, która ma jej pomóc pożegnać się z tym światem. Są jeszcze zapisy stenograficzne z programu telewizyjnego, w którym przeprowadza się wywiady i na bieżąco relacjonuje jak przebiega głosowanie. Dzięki temu książka jest bardziej dynamiczna, akcja wartka a to powoduje, że kartki przemijają jak szalone. 

   Premiera książki już jutro a na tej stronie - http://www.cela7.pl/ - można zgarnąć książkę aż 30% taniej, jeżeli wykona się kilka prostych zasad.

   Polecam i rekomenduję pełna nadziei, że kiedyś moja rekomendacja będzie tak ważna, jak rekomendacja samej Gesslerowej co do smaku pieczonej kaczki. 

26 mar 2017

Dzień dobry, północy. Dzień dobry, samotności


   Wyobraźcie sobie nagłą ciszę, która otoczyła świat. Nie ma telewizji, nie ma radia, o Internecie można tylko pomarzyć. Sklepy są opustoszałe, ulice również. Zostaliście tylko wy i zwierzęta, coraz bardziej przymierające z głodu. Temperatura osiągnęła minus trzydzieści stopni. Nikt nie wie co się stało. W sumie… nie ma kto wiedzieć. Zostaliście tylko wy i wasza samotność.

   Augustine i Sully to główni bohaterowie książki „Dzień dobry, północy.” W normalnych okolicznościach prawdopodobnie nigdy by się nie spotkali, ponieważ różniło ich wszystko – podejście do życia, nastawienie do ludzi, temperament i aspiracje. Augustine był naukowcem, w całości poświęconym swojej profesji. Gdzieś w dalekim świecie pozostawił kobietę i dziecko, które mu urodziła a którego nie widział nawet na oczy i wcale za nim nie tęsknił, bo jak można tęsknić za kimś, kogo się nie chciało? Siedemdziesięciolatek przeniósł się na Arktykę, gdzie badał kosmos i wszystkie jego tajemnice. Nie rozumiał ludzkich uczuć, miłość uważał za coś poniżającego i kompletnie niezbędnego, co tylko spowalnia ludzi w ich rozwoju. W chwili, gdy władze decydują się – nie wiadomo konkretnie z jakiego powodu – na ewakuację ośrodka badawczego, Augustine postanawia zostać. Nie chce się ratować, nie chce wracać do rzeczywistego świata. Nie obchodzi go co dzieje się z jego dzieckiem i jego matką, nie interesuje go los ludzkości. Pragnie tylko pozostać w tej ciemnej krainie skutego lodu i obserwować obsiane gwiazdami niebo. Jak się później okazuje, razem z nim w ośrodku pozostała mała dziewczynka, Iris. Augustin nie wie skąd się tam wzięła ani dlaczego o niej zapomniano. Potraktował ją jako oczywistości i trwali w tej zimowej ciszy, walcząc z własną samotnością.

   Sully jest astronautką, kobietą młodą i pełną nadziei na przyszłość. Właśnie wracała z misji na Jowisza, gdzie obserwowali Io – jeden z jego księżyców. Podczas misji powrotnej, razem z kolegami, próbowała skontaktować się z NASA, jednak ich wysiłki na nic się nie zdały – Ziemia milczała, otulona ponurą ciemnością. W radiowęźle słychać było tylko równomierny szum. Nie działały satelity, nikt nie próbował przekazywać nikomu wiadomości. Ziemia umarła a oni nie wiedzieli dlaczego.

   Ich losy się stykają; są jak rozbitkowie, którzy ostali się po wielkiej katastrofie i którzy stracili wszystko, chociaż już za „normalnych” czasów sami odsuwali się od bliźnich i szukali spokoju. W pewien sposób można więc powiedzieć, że ich najskrytsze marzenie się spełniło – nie było już nikogo do kochania, nie było nikogo, kto zajmował by im czas, nikogo, kto przeszkadzałby im obserwować niebo i trwać w bezruchu, chłonąć jego piękno i potęgę. Tyle tylko, że z czasem dotarło do nich, że samotność z wyboru a samotność przymuszona to dwie odrębne sprawy. Bohaterowie muszą zmierzyć się z samotnością a poprzez to i czytelnik zaczyna się zastanawiać, czy dałby sobie radę, gdyby nagle zabrakło wszystkich tych, którzy tworzą jego codzienność.

   Gdyby producenci zdecydowaliby się kiedyś nakręcić film na podstawie tej książki, to bez wątpienia byłoby to połączenie wspaniałego „Marsjanina” z nostalgicznym „Dawcą pamięci”. To piękna opowieść o tym, że człowiek tak naprawdę jest zwierzęciem stadnym, nawet jeżeli ucieka do swojej samotni i uparcie powtarza, że ludzie nie są mu do szczęścia potrzebni. To historia dwójki ludzi, których dopadło to, do czego zawsze dążyli – i nagle zdali sobie sprawę, że ich nirwana, ich sposób na szczęście absolutne jest szalenie zawodny.

„Biorąc pod uwagę jak długo żył, wydawało się zaskakujące jak niewiele przeżył.”

   Boję się samotności najbardziej na świecie. Szczerze, to boję się jej bardziej niż śmierci. Pewnie dlatego ta książka stanie się jedną z najważniejszych pozycji w moim domu. Dzięki niej będę pamiętała, żeby nigdy nie odtrącać nikogo bliskiego, bo kiedyś, w pewnym momencie może się okazać, że tych osób zabraknie a ja zostanę z taką ilością wolnego czasu, którego niczym nie zdołam zapełnić. Tylko wspomnieniami, które w takiej sytuacji staną się upiorne, bo uparcie będą przypominały o tym, co miałam w garści i co mi z niej wyleciało. 

24 mar 2017

Typy panien młodych - część pierwsza


   Dzisiaj, zaraz przed weekendem mam dla Was humorystyczne zestawienie typów panien młodych, jakie można spotkać na tym ziemskim padole. Jeżeli byłyście, jesteście lub będziecie którymś z tych typów, to nie czujcie się urażone, bo biorę z nich to, co najgorsze a nie to, co najlepsze.

   Panna Budżetowa – tnie koszty jak tylko się da. Paradoksalnie takie kobiety mają najczęściej pieniędzy jak lodu, ale oszczędzają dla samej frajdy oszczędzania. Do ślubu pójdą w starych szpilkach, bo po co inwestować w nowe, suknię ubiorą po kuzynce, która brała ślub przed dziesięciu laty, a Młodemu kupi nowy garnitur, ale z zastrzeżeniem, że będzie go miał od razu na chrzciny dziecka i do trumny, co by się inwestycja zwróciła…

   Princessa – już w przedszkolu zaczęła tworzyć notes z planami tego jedynego, najważniejszego dnia w życiu. Wie jaką ubierze suknię, wie, że do kościoła pojedzie bryczką zaprzęgniętą w białe rumaki i wie, że do ołtarz poprowadzi ją ojciec, ubrany w surdut. Już od gimnazjum rozglądała się za idealnym chłopakiem, który wpisze się w jej wizję. Byle nie rudy, bo jego włosy będą się gryzły z fuksjowymi dodatkami, które leżą już gotowe w szafie w jej pokoju.

   Perfekcjonistka – wszystko musi być idealne. Nawet księdza celebrującego mszę potrafi wysłać trzy dni przed ślubem do fryzjera, żeby wyglądał porządnie i ładnie prezentował się na zdjęciach. Perfekcjonistka niczego nie pozostawia przypadkowi – nad wszystkim panuje. Gdyby mogła, ubrałaby każdego z gości, żeby się kolorystycznie nie gryźli na zdjęciach…

   Pesymistka – ona wie, że coś się nie uda. Orkiestra się upije, zabraknie światła, pan młody zacznie obłapiać świadkową a ksiądz pomyli ich imiona… Dla niej dzień ślubu jest najtragiczniejszy w życiu, bo zamiast cieszyć się, że oto ma męża, ona wypatruje na horyzoncie potencjalnych katastrof. A jeżeli żadna się nie przytrafi to jest niepocieszona i nie wie, jak to mogło się stać!

   Oryginalna na siłę– może wcale nie lubić nowoczesnych form i może być fanką tradycyjnego rosołu i schabowego, ale na wesele wybierze pieczone polędwiczki z dzika w sosie szafranowym i ubierze suknię pełną geometrycznych wzorów i piór. Wszystko po to, żeby się wyróżnić i żeby cała rodzina zapamiętała, że to ona, właśnie ona, nikt inny, była oryginalna!

   Wspominkowa – zamiast skupić się na dniu wesela, ona wspomina. Zaręczyny, moment wybierania sali i orkiestry i opowieści babci, jak to jej rodzice się poznali. Chce, żeby cały ten dzień był ukoronowaniem wszystkich jej najpiękniejszych wspomnień, ale niestety często zamiast cieszyć się ślubem, spędza go na wspominaniu tego co już było.

   Wypominkowa – zanim kogoś zaprosi, zastanowi się czy dana osoba nigdy nie zrobiła jej nic złego. W tym celu cofnie się cztery pokolenia wstecz, przepyta całą wieś o dane personalne osoby oraz jej intencje i jeżeli taki delikwent nie będzie miał niczego na sumieniu – wręczy zaproszenie. A jeżeli stwierdzi, że taka osoba nie zasługuje na miejsce przy jej weselnym stole – skomentuje to na tyle głośno i dobitnie, żeby i w sąsiedniej miejscowości wiedzieli, że ktoś nie dostąpił zaszczytu otrzymania ręcznie tłoczonego zaproszenia ślubnego. Zresztą osoby uczestniczące w weselu muszą na wszystko uważać, bo inaczej zostaną srogo obgadani po uroczystości. I z pewnością zostanie im wypomniane ile włożyli w kopertę...

   Podziękujmy za wszystko – o matko moja, jak ja takich osób nie mogę. Podziękowania dla rodziców, chrzestnych i dziadków jakoś rozumiem – chociaż z trudem, ale niekiedy widziałam na forach pomysły z podziękowaniami dla kuzynki, bo tydzień prędzej obchodziła czwartą rocznicę ślubu, albo podziękowania dla księdza, za to, że odprawił młodym ślub. Obecnie dziękuje się już nawet za to, że osoby niezaproszone na wesele przyjdą do kościoła – serio! Sama byłam zdziwiona, więc zbierzcie paszczęki z parkietu. I uprzedzając pytania – takim osobom, które przychodzą tylko do kościoła, dziękuje się zazwyczaj butelką wódki i … migdałem.

   Roszczeniowa – największym przywilejem jej teściów i rodziców jest to, że mogą zapłacić za jej wesele. Ona nie rozumie tych, którzy chcą płacić sami, no bo jak to tak unieszczęśliwiać rodziców i nie zabrać im tych trzydziestu tysięcy złotych, które na pewno mają i pragną przeznaczyć na wesele swoich ukochanych dzieci? A dzieci w takim wypadku nie próżnują – zapraszają dwieście osób, zamawiają fotobudkę, trzech fotografów, ośmiu kamerzystów a do kościoła podjeżdżają samochodem za kilka tysięcy. A w podziękowaniu za to wszystko dadzą rodzicom wino, kawę i pudełko czekoladek. Ewentualnie statuetkę „jestem najlepszą mamą Magdy!” – jak gdyby ta przykładowa Magda miała więcej mam…

   Tych typów jest tak dużo, że chyba muszę je rozdzielić na dwie części… Poza tym – piszcie jakie wy znacie typy kobiet wychodzących za mąż. Z pewnością wezmę pod uwagę i wasze propozycje w dalszej części! Podsumowując zaś część pierwszą mogę powiedzieć tylko tyle: 


21 mar 2017

Książka, która was otumani - "Obserwując Edie"

   
Edie i Heather były niegdyś najlepszymi przyjaciółkami, chociaż różniły się od siebie jak dzień od nocy; Edie była bardziej przebojowa, lubiana i odważna, Heather zaś pozostawała zawsze w cieniu i była uważana za dziwaka. Sama nawet uważała się za kogoś gorszego, obarczonego winą za śmierć jednej z najbliższych jej osób.

   Obie miały trudne relacje z rodzicami; o ile Edie miała tylko schorowaną matkę, zgorzkniałą w swoim kalectwie i niemożności bycia tym, kim była przed laty, to jej przyjaciółka miała oboje rodziców, ale żadne się nią nie interesowało – tęsknili za tragicznie zmarłą młodszą córeczką. W jej domu ciągle było słychać stukanie zegarów a były ich setki; oprócz nich po pokojach roznosiła się tylko cisza i niemy wyrzut matki, że to nie ona zginęła a mała i słodka Lydia.

   Ich przyjaźń nie trwała długo i zakończyła się burzliwie; toksyczna więź pełna zazdrości, zdrad i kłamstw pozostawiła w obu dziewczynach niezagojone blizny. Po wielu latach, kiedy każda próbowała ułożyć życie po swojemu – z dala od tej drugiej, wydarzyło się coś nieoczekiwanego. Ciężarna, samotna Edie, która nie mogła poradzić sobie z życiem otworzyła drzwi i zobaczyła tam Heather. Jej uczucia dalekie były od radości; czuła niepokój, strach i niezrozumienie. Nie miała pojęcia, dlaczego ta dziewczyna znowu ją zachodzi, czego od niej chce i dlaczego pojawia się właśnie w tym momencie… A Heather miała plan i powili, sukcesywnie wcielała go w życie…

   Powieść prowadzona jest dwutorowo – teraźniejszość opisywana jest przez dorosłą Edie i w tej opowieści Heather jawi się jako zła i psychopatyczna osoba, natomiast przeszłość opisuje młoda Heather – i tam to Edie jest tą złą, sprowadzającą na manowce i oszukującą. Muszę przyznać, że na początku byłam lekko pogubiona i nie mogłam zrozumieć przemiany tych dziewcząt – to tak, jakby z biegiem lat zamieniły się osobowościami. Trudno mi było zrozumieć jak taka dziewczyna jak Edie mogła się zapaść w sobie, jak mogła pokonać ją dorosłość i odpowiedzialność za małe życie. Z kolei ciężko było mi uwierzyć i w przemianę drugiej z kobiet; z zastraszonego, dziwacznego kaczątka miałaby wyrosnąć na poukładaną, odpowiedzialną kobietę?

   Jest to bardzo niepokojąca książka. Wywołuje w czytelniku drżenie emocji, niestabilność, przestrach i niepokój. Pokazuje również, że nikt nie potrafi tak dobrze i precyzyjne zranić, jak były przyjaciel, osoba, która zna wszystkie słabości drugiej strony i w furii i nienawiści nie zawaha się ich odpowiednio użyć. „Obserwując Edie” to thriller w najczystszej postaci; nagle zaczyna spoglądać się na swoich bliskich z uwagą i zastanawiać się, czy i oni byliby do tego zdolni, gdybyśmy ich dostatecznie zranili. Czy staliby się nagle naszymi największymi wrogami i próbowali zniszczyć nam życie, uśmiechając się przy tym serdecznie i udając, że podają nam pomocną dłoń? Czy ludzie zdolni są do takich czynów? Czy można zrozumieć tych, którzy się mszczą?

„Im dłużej Heather jest u mnie, tym trudniej mi sobie wyobrazić życie bez niej.”

   Jeżeli macie ochotę na pozytywną, radosną powieść, pełną mocnej i życzliwej przyjaźni, to nie sięgajcie po „Obserwując Edie”. To tytuł pełen kłamstwa, brutalności i realizmu w relacjach międzyludzkich. Po lekturze będziecie czuli, że wasza dusza się lepi od tego całego brudu pokrywającego niegdyś czyste uczucia sympatii i miłości. Książka was otumani, sprawi, że zaczniecie inaczej patrzeć na swoich najbliższych. Krew zacznie szybciej krążyć w waszych żyłach a każdy dzwonek do drzwi sprawi, że ogarnie was niepokój. Przygotujcie się. Będzie mocno. 

20 mar 2017

Jaka jest miara prawdziwej przyjaźni?


   Czytałam ostatnio książkę, w której od kobiety odszedł mąż, więc jej przyjaciółka bez zastanowienia rzuciła wszystko co robiła, zostawiła dzieci pod opieką teściowej, męża pod opieką samego siebie i wsiadła w najbliższy samolot, po czym przeleciała pół Ameryki, żeby móc potrzymać swoją przyjaciółkę za rękę. W pewnym serialu natomiast przyjaźń pomiędzy mężczyznami była tak silna, że gdy jeden z nich umierał na zdradzieckiego raka, drugi rzucił całe swoje życie – karierę, mieszkanie, związki – i wyjechał z nim w ciepłe kraje, aby mogli spokojnie się pożegnać przed nieuchronną śmiercią.  

   Co jednak wtedy, gdy nie ma żadnych katastrof, żadnych nadzwyczajnych okoliczności? Gdy brak jest otoczki dramatyzmu i toczy się zwykłe, powolne życie? Są pewnie takie pary przyjaciół, które widzą się codziennie. Które nie wyobrażają sobie dnia bez napisania do siebie chociażby jednego sms-a, zatelefonowania. Cóż, moja przyjaźń jest inna. Nie rzucamy wszystkiego, żeby się ze sobą zobaczyć co drugi dzień, nie wpadamy do siebie o północy z butelką wina, bo on powiedział, że jego była miała ładniejsze nogi. Bywa, jak teraz, że nie widzimy się przez miesiąc i tylko czasami wymienimy kilka słów. Nie oczekuję od niej, że wszystko rzuci i przybiegnie, bo nagle mam kaprys się spotkać i obejrzeć głupi babski film. Prawdę mówiąc, to my razem obejrzałyśmy tylko jeden film i była to ostatnia część Bridget Jones. Ale mimo, że odbiegamy od hollywoodzkiego wzorca to wiem, że jakbym zadzwoniła do niej kiedyś zasmarkana w środku nocy, to po tym jak by się już przebudziła, powiedziałaby mi, żebym poszła spać a rano wszystko będzie wyglądało inaczej, lepiej. I że ona to obiecuje.

   Najbardziej w przyjaźni uwielbiam to, że nie robi się z niczego problemów, wielkiej sprawy. Jestem złośliwa, lubię dogryzać a ona o tym wie i nawet się nie przejmuje, kiedy po raz kolejny powiem w żartach coś, o co ktoś inny strzeliłby focha jak stąd do samej Moskwy. Nie przeszkadza mi, że zawsze woła mnie po nazwisku, którego nie znoszę i zazwyczaj odebrałabym to jak zniewagę – ale w tym przypadku w ogóle mi to nie przeszkadza. Lubię w niej to, że nie jest mi głupio jak siedzimy i po prostu milczymy, nie staramy się na siłę wymyślać nowych tematów. Lubię to, że czasami wystarczy, że na siebie popatrzymy i już wiemy, co tej drugiej chodzi po głowie. Lubię to, że obie zaczynamy dorosłe życie i możemy sobie napisać, że mieszkanie z facetem to istne skaranie boskie, bo wszędzie walają się chipsy, kombinerki i skarpety, ale w sumie to nie mamy tak źle, że oni trafili gorzej. Lubię to, że nieważne jakie wino kupimy na babskie spotkania, każde będzie nam smakowało. Lubię to, że rozumiemy swoją indywidualność, to, że każda z nas ma swoje życie i że nas ono zajmuje. Lubię w końcu to, że ona po prostu jest i że mogę być w każdej ważnej chwili jej życia.

   Uwielbiam to, że jak spotykamy się w czwórkę, z naszymi facetami, oni próbuję coś opowiadać a my radośnie krzyczymy, że już to wiemy, już zdążyłyśmy sobie to opowiedzieć. Ostatnio jej mąż narzekał żartobliwie, że ona o wszystkim mi mówi i pewnie nie zdążyła jeszcze powiedzieć, że poprzedniego dnia kupili odkurzacz. Odpowiedziałam, że wiem, zielony, wysyłała zdjęcie.
Kiedy pracowałyśmy razem przy liczeniu towarów w nocy w markecie, była to raczej zabawa niż faktyczna praca. Jak wspólnie opiekowałyśmy się dziećmi na dmuchanych zjeżdżalniach, też traktowałam to raczej w kategoriach dobrej rozrywki, bo zawsze po pracy był czas na kilka minut głupiej zabawy.

   To do niej zadzwoniłam dwa lata temu i powiedziałam, że się cholera zakochałam i to ona pierwsza wiedziała o zaręczynach. Byłam świadkową na jej ślubie a za trzy miesiące to ona będzie pełniła tę rolę u mnie. Pewnie za kilka lat, kiedy ginekolog powie mi, że będę miała dziecko to do niej zadzwonię jako pierwszej i oznajmię, że zostanie ciocią. A dla jej dziecka będę najlepszą i najukochańszą ciotką jaką można sobie tylko wymarzyć.

   Wczoraj moja przyjaciółka miała 25 urodziny. I z całego serca, szczerze jak nigdy i nikomu, życzę jej spełnienia wszystkich marzeń, tych mądrych i tych głupich. Żeby musiała zbierać brudne skarpety męża z podłogi jak najdłużej i żeby zamieszkał z nimi ten mały mopsik, którego sobie wymarzyła. Żeby nigdy nie zabrakło jej wina i ciecierzycy, którą tak lubi.

   Justyna, kiedyś wybierzemy się we dwie nad to morze pociągiem. Obiecuję! 

16 mar 2017

Mróz zelżał - Zaginięcie.


   Kiedy starzy znajomi odzywają się do ciebie po kilku latach, to nigdy nie wróży niczego dobrego. Albo dowiedzieli się, jak dobrze ci się powodzi i z chęcią pożyczą sobie piętnaście tysięcy na konieczną i niezbędną korekcję biustu, albo też dowiedzieli się, jak źle ci się powodzi i chcą się podbudować, patrząc na twoją biedę i brak kuchni indukcyjnej. Kiedy do Joanny Chyłki telefon dzwoni w środku nocy, wie, że nie są to dobre wieści. Tyle, że Chyłka – w przeciwieństwie do reszty ludzkości – lubi złe wieści, bo to oznacza dla niej pracę.

   Jej koleżanka z licealnych czasów, Angelika i jej mąż Awit, zostali oskarżeni o skrzywdzenie własnego dziecka. Mała Nicola zniknęła z ich pilnie strzeżonego domu i ślad po niej zaginął. Jako że małżeństwo włączyło alarm o 19 i od tamtej pory nikt z domu nie wychodził ani nie wchodził, co zarejestrował system komputerowy, nie było możliwości, by osoby trzecie były w to zamieszane. Sprawa wydawała się być prosta. Jednak śledztwo prawniczki i jej aplikanta, Kordiana, zwanego Zordonem, odkrywało nowe karty w tej nierównej grze z wymiarem sprawiedliwości.

   Poprzednią książką Kasacją byłam wprost oczarowana i połknęłam ją w kilka godzin; w tym przypadku nie było już tak dobrze. Zaginięcie na początku mnie zawiodło; wydawało mi się, że pierwsza część książki jest napisana jakby na kolanie, na siłę, bez konkretnego pomysłu. Na właściwe tory Mróz wskoczył dopiero w momencie, gdy Kordian zawiązał dziwną i niepokojącą chwilową przyjaźń z przemytnikami. W tym momencie poczułam, że to ten sam pisarz, który oczarował mnie w Kasacji. 

„Nikt ze sobą nie taszczy całej prawdy o swoim życiu.”

   Nie spodobało mi się jeszcze zbytnie odejście od faktycznego wizerunku sądów i przebiegu całej rozprawy; wprawdzie autor w posłowie zaznaczył, że było to niezbędne dla poprowadzenia fabuły, ale gryzło się trochę z tym, co tak mi się spodobało w Kasacji – że można napisać świetną fikcję, opierając się na faktach. Tutaj niestety tego zabrakło, chociaż osoby, które nie są zaznajomione z funkcjonowaniem sądów, prawdopodobnie nie będą się tym zbytnio przejmować.

   Wracając do tego, co w książce najlepsze, a więc postaci, muszę się z wami podzielić moimi przemyśleniami - Chyłka mogłaby być moją starszą siostrą – jej poziom ironii i sarkazmu jest szalenie podobny do mojego i myślę, że razem świetnie byśmy się dogadały. I wspólnie dogryzałybyśmy Zordonowi, który czasami faktycznie zachowuje się jak ciapciak a nie jak pełnokrwisty facet. Czekam na moment, aż Zordon odnajdzie w sobie coś na kształt wewnętrznej bogini – wewnętrznego boga? – i w końcu trzaśnie pięścią w stół, każe Chyłce się zamknąć i powie to, co myśli. Albo ewentualnie porwie ją w końcu w ramiona, bo jednak czekam na ten rozwój ich związku, którego niby nie ma, ale jednak jest.
   Drugim moim ulubionym bohaterem, zaraz po Joannie, jest McVay, którego w tej części też jest trochę mniej niż wcześniej, ale mam nadzieję, że jeszcze doczekam się jego wkroczenia na scenę w pełnej krasie i z całym jego angielskim spokojem i wyrafinowaniem. Nie lubię za to Żelaznego, bo mi się kojarzy mi się z nielubianym w dzieciństwie sąsiadem, który na moich pięcioletnich oczach zabił kaczkę i się śmiał, że jeszcze nigdy wcześniej tego nie widziałam. Chociaż Żelazny chyba nie z tych, co by kaczkę zabijali... 

   Podsumowując, Zaginięcie trochę mnie rozczarowało, ale cóż, mam nadzieję, że kolejna książka Mroza na nowo sprawi, że uznam go za jednego z lepszych współczesnych polskich autorów. Jak na razie, jestem nastawiona sceptycznie. Ale i Chyłka ma czasami gorsze dni, prawda?