28 gru 2016

Idealny sylwestrowy film!


   Za kilka dni sylwester. Pożegnamy stary rok i powitamy nowy, który przyniesie wiele niewiadomych. Wiecie, że będąc dzieckiem, bardzo żałowałam odchodzącego roku? W jakiejś gazecie zobaczyłam rysunek, jak przemijające 356 dni w postaci siwego dziadziusia odchodzi w mrok a na jego miejsce przybiega bobasek zapowiadający to, co dopiero będzie. Żal mi było tego staruszka, którego nikt już nie chce, bo skończył się jego termin przydatności.

   Ale nie o moich dziecięcych myślach mowa.

   Gdybyście obudzili mnie o 2 w nocy i zapytali – uprzednio sprawiwszy, że przestanę krzyczeć ze strachu, bo ktoś obcy chodzi mi po domu – jaki film kojarzy mi się z Sylwestrem, be wahania odpowiedziałabym: „To właśnie miłość.”

   Film powstał już w 2003 roku, jednak zawsze omijałam go szerokim łukiem, uważając, że to głupi i naiwny film dla płaczek, które lubią sobie posmarkać w chusteczkę i poprzeżywać życie fikcyjnych bohaterów. Jednak pewnego dnia zobaczyłam przez przypadek w telewizji sam początek filmu i usłyszałam: „Ilekroć martwię się sytuacją na świecie, myślę o hali przylotów na lotnisku Heathrow. Ponoć żyjemy w świecie pełnym nienawiści. Moim zdaniem miłość jest wszędzie. Często niezbyt dostojna i widowiskowa, ale jest. Ojcowie i synowie, matki i córki, mężowie i żony, chłopaki, dziewczyny, przyjaciele… Rozejrzyjcie się a zobaczycie, że miłość jest w zasadzie wszędzie.”

   Ten film to dziesięć historii o różnych miłościach; tych całkiem nowych, świeżych, które sprawiają, że chce się krzyczeć i biegać boso. To historie o takich miłościach, które trochę się już zakurzyły, przykryte warstwą codzienności i problemów. To opowieści o miłościach straconych, odebranych, o miłostkach skupionych tylko na fizyczności. To również opowieść o miłości przyjacielskiej, tej pomiędzy rodzeństwem czy ojcem a dzieckiem.

   Najpiękniejsze w tym filmie jest to, że nic nie jest wyidealizowane; brak jest niekiedy happy endów, nic nie układa się w piękne, różowe puzzle. Niektórzy z nich wybiorą miłość, raniąc równocześnie innych bliskich. Niektórzy wybiorą życie w kłamstwie, aby móc dalej oszukiwać samych siebie, że coś jest nie tak, że nie jest tak kolorowo, jak mogłoby się z boku wydawać. Niektóre ze związków powstały tam, gdzie nikt by się ich nie spodziewał; w pracy, podczas nagrywania filmu pornograficznego (i była to jedna z najsłodszych par!), lub w czasie „ucieczki do wszystkiego.”

   Nie chciałam oglądać tego filmu, bo nie uważałam się za płaczkę. Obejrzałam, ryczałam przez jedną trzecią seansu i robię to ciągle, powracając do niego w okolicach Nowego Roku. To piękne historie, których nie trzeba się bać; nie ma w nich nic banalnego a jeżeli ktoś tak sądzi to powinno się go zapytać, czy w takim razie jego miłość, jego wybory też były banalne?


   Dla wszystkich fanów kina brytyjskiego, to też niezła gratka; w filmie można zobaczyć Hugh Granta, Emmę Thompson, Colina Firth’a, Rowana Atkinsona, Keire Knightley, Liama Neeson’a i wspaniałego Alana Rickama. Każdy z tych bohaterów ma w sobie coś niezwykłego, coś, co sprawia, że można albo ich pokochać, albo znienawidzić.

   Od kiedy obejrzałam ten film, faktycznie inaczej patrzę na lotniska. Tam ludzie okazują swoje najczystsze emocje. Jakby na chwile zapomnieli o tym, że są dorośli, że muszą się „jakoś” zachowywać, że im nie wypada. Kiedy się cieszą, to widać to w każdym ich calu. Uśmiechają się radośniej niż zwykle, tulą swoich bliskich mocniej niż zazwyczaj i płaczą jak wszystkie wrażliwe kobiety na głupich filmach o miłości.

    Życzę Wam w nowym roku miłości właśnie. Tej głupiej, banalnej, która zamyka w brzuchu motyle i sprawia, że unosimy się nad ziemią. Takiej, która sprawia, że zachowujemy się irracjonalnie, że cieszy nas padający deszcz, że głupia stokrotka potrafi dać tyle radości co tuzin czerwonych róż. Życzę Wam, żebyście mogli z całą pewnością powiedzieć, że miłość… jest w zasadzie wszędzie. 


27 gru 2016

Co mnie czeka w 2017, czyli przeczytałam horoskop.


Świąteczny czas nakłania do refleksji, do pewnych przemyśleń i do snucia ważnych planów. Jako kobieta zaradna życiowo, postanowiłam sprawdzić w horoskopie co będzie czekało mnie w 2017 roku; wszak lepiej być przygotowanym na nadchodzący rok. Chcecie wiedzieć co szykują dla mnie gwiazdy?

   „Ten rok zapowiada się całkiem interesująco dla Wodnika. Czekają go pewne zmiany, lecz one nie rozwiążą wszystkich jego problemów” – skubani, skąd wiedzieli, że ślub mi się szykuje w tym roku? I jak to, nie rozwiąże to wszystkich moich problemów? Przecież we wszystkich poradnikach mówią, że po ślubie to już tylko jednorożce, tęcze i garnki pełne złotych monet!

  „Horoskop na 2017 rok przewiduje, że w życiu Wodnika wydarzy się coś naprawdę niezwykłego, o ile nie przegapi on swojej wielkiej szansy. To wydarzenie będzie miało miejsce albo w marcu, albo we wrześniu” – będę musiała sobie te miesiące zaznaczyć w kalendarzu na czerwono. Mam tylko nadzieję, że słowo „niezwykłe” jest jak najbardziej pozytywne.

  „Prawdopodobnie ktoś zaproponuje Wodnikowi rolę lidera w branży, w której ten się rozwija” – zostanę królową blogów! W końcu, po tylu latach pisania postów, komentowania i odwiedzania innych, zostanę dostrzeżona i koronowana na lidera, który będzie wyznaczał trendy! Pierwszy trend, który wyznaczam – wszyscy jemy bigos! Nie wiem dlaczego, niespecjalnie lubię bigos, ale brzmi to ekstrawagancko.

  „Czy Wodnik tego chce, czy nie, w tym roku istnieje duże prawdopodobieństwo miłosnej przygody” – muszę sprawić, że miłosna przygoda odbędzie się z mężem. Moim własnym, osobistym, oczywiście.

  „W sferze życia rodzinnego czeka Wodnika kilka wyzwań. Zdecydowanie więcej niż w latach poprzednich” – true. W końcu nie na co dzień zaczyna się mieszkać z mężczyzną i jego skarpetkami, prawda? Powiem wam szczerze, że właśnie tych wszędobylskich skarpetek boję się najbardziej. Że będę się o nie potykać, znajdować je w lodówce i piekarniku. Może trochę przesadzam, ale wiecie… ja się brzydzę wszystkiego, co jest związane ze stopami. Naprawdę!

  „Jeżeli Wodnik jest gotów podjąć duże ryzyko, może zdobyć w tym roku bardzo dużą kwotę pieniędzy” – inwestujemy w hodowlę borsuków! Powinnam kierować się intuicją i czuję, że w 2017 roku borsuki odegrają ważną rolę w dziejach ludzkości.

  „Wodnik pracujący w małej grupie lub związany z branżą poradnictwa, może liczyć na bardzo duże zyski w tym roku” - w sumie to ja często wam doradzam, więc poradnictwem się zajmuję w pewien sposób. Kto wie, może w tym roku wydam książkę pod tytułem: „Jak wyjść za mąż i nie osiwieć?” Kupicie?

  „Im większe będą wpływy, tym bardziej Wodnik odczuje pokusę wydawania pieniędzy na ekstrawaganckie pomysły” – nie kupuj susła, nie kupuj susła, nie kupuj susła…

  „Od czerwca Wodnik zacznie jeszcze poważniej myśleć o swoim zdrowiu i stylu życia. Lepszy czas na rozpoczęcie nowej diety już się zbyt prędko nie pojawi, więc warto od razu wziąć się do pracy nad stylem żywienia” – racja, widzieliście kiedyś mężatkę, która zbytnio dbała o sylwetkę? Więc albo wezmę się za siebie teraz, albo później będę szczęśliwą, grubaśną kulką z obrączką na palcu.

Żeby nie było, sprawdziłam też horoskop chiński! Zgodnie z nim jestem kozą. Dobrze, że nie mam bródki.

  „W ciągu 2017 roku wiele osób urodzonych pod znakiem Kozy rozpocznie ważny projekt w domu. Może on dotyczyć remontu lub wymiany umeblowania” - albo wprowadzenia do domu świeżo upieczonego małżonka.

  „Kozy zainteresowane sztuką i lubiące tworzyć powinny aktywnie promować swoje dzieła. Początkowo mogą spotkać się z brakiem reakcji otoczenia, ale nie powinny się zrażać. Nawet zdecydowane odmowy współpracy nie mogą umniejszyć poczucia własnej wartości Kozy” – co się będę przejmować, jak ktoś mi powie, że się nie nadaję do pisania. Pf, wiem lepiej, że robię to dobrze i że ludzie chcą mnie czytać i kiedyś znajdzie się wydawnictwo, które z chęcią wyda moją twórczość.

  „To może być naprawdę kosztowny rok dla Kozy, zwłaszcza jeśli chodzi o wydatki związane z domem/mieszkaniem oraz rodziną” – byłoby miło, biorąc pod uwagę, że chcemy z przyszłym małżonkiem kupić własne M3. Takie wydatki to ja zniosę z prawdziwą radością.

  „Lipiec 2017 przyniesie gorącą atmosferę. Chodzi tutaj nie tylko o klimat, ale przede wszystkim o sprawy rodzinne. Miłość będzie kwitła i pojawi się szansa na naprawienie wszelkich problemów, które pojawiały się w poprzednich miesiącach” – kto by pomyślał, że i w Chinach wiedzieli, że biorę ślub. Wszak każdy ślub scala rodziny i naprawia się dawne niesnaski.

   Cóż, zwykle nie wierzę w horoskopowe wróżby, ale w tym wypadku… chyba zmienię podejście. Będę znaną blogerką, zarobię kupę forsy, którą później wydam na mieszkanie, w lipcu czeka na mnie coś ważnego (odkrywcze!), zmienię wystrój mieszkania poprzez wprowadzenie do niego małżonka i w dodatku stanę się Perfekcyjną Żoną, która wyda swój własny poradnik.

Roku 2017 – nadchodź!


19 gru 2016

Utkwiło mi w pamięci, czyli powoli żegnam rok 2016


   STYCZEŃ – początek roku oznaczał początek przygotowań ślubnych. Zamówiliśmy wtedy salę, fotografa, orkiestrę i załamaliśmy się, ile to wszystko kosztuje. Same zaliczki pochłonęły około trzech tysięcy, uwierzycie?! Również w styczniu razem z moją J. zapisałyśmy się do „nocnej pracy” – nie, nie chodziło o stanie pod latarnią, ale o liczenie towarów nocą w supermarketach. Zarwałyśmy w ten sposób trzy nocki, zarobiłyśmy z 250 złotych, które później wydałyśmy na mohito (no dobra, nie całość tylko pewną część) a wspomnienia z tych nocy pozostaną chyba na zawsze. Biedna J. ciągle była ochrzaniania, że za wolno liczy a ona jadła jabłko i odpoczywała. I nigdy, przenigdy się tak nie uśmiałam przy liczeniu skarpetek jak wtedy.

   LUTY – luty minął pod znakiem nauk przedmałżeńskich. Dowiedziałam się na nich, że mężczyzna jest po to, żeby zdobywać świat a kobieta ma na niego czekać w domu z obiadem. Cóż, jutro moje wielkie stracie z gołąbkami, więc zobaczymy, czy będę miała z czym czekać w domu na mojego zdobywcę.

   MARZEC – w marcu świętowałam 100 tysięcy wejść na bloga. Z tego wynika, że w ciągu dziewięciu miesięcy odwiedziliście mnie kolejne 50 tysięcy razy. Zaczynam się czuć jak Kim Kardashian polskiej blogosfery!

   KWIECIEŃ – szczerze się wam przyznam, że w kwietniu nie działo się chyba nic wartego uwagi, bo kompletnie nie pamiętam tego miesiąca w moim życiu…

   MAJ – w tym miesiącu oddałam moją najlepszą przyjaciółkę mężczyźnie jej życia. Znaczy się, ślub wzięła a ja miałam zaszczyt być jej świadkową, przez co czuję się lekko odpowiedzialna za to, żeby się im w związku udało. Za pół roku ona będzie świadkowała na moim ślubie i nie wyobrażam sobie na tym miejscu nikogo bardziej odpowiedniego.
W maju również byłam w Zakopanym i zdecydowanie jest to moje miejsce na Ziemi. Góry, rześkie powietrze, wspaniałe Krupówki i pyszne gorące oscypki. Chyba nic nie może temu dorównać.

   CZERWIEC – w dziewiątym dniu tego miesiąca zostałam panią magister. Moja praca o nie-wesołym temacie „Dzieciobójstwo w prawie polskim” komisji bardzo się spodobała albo tylko chcieli mi poprawić nastrój i mnie okłamali. Obrona przebiegła szybko, miło i przyjemnie, później wszystkie dziewczyny z roku wybrały się na wspólne piwo (niektóre pierwszy raz od rozpoczęcia studiów) i rozstałyśmy się pod koniec dnia – z niektórymi prawdopodobnie na zawsze. I chyba dobrze, bo jakoś nigdy nie byłam do nich przywiązana.

   LIPIEC – w lipcu zaczęłam być oficjalnie osobą bezrobotną i dorosłą. I przez pierwszy tydzień leniłam się niemiłosiernie, później miałam z tego powodu lekką depresję w wyniku czego obejrzałam wszystkie odcinki „Gry o tron”. Co znowu pogłębiło mój zły stan ducha. Teraz myślę nad otwarciem czegoś własnego i powoli działam w tym kierunku. Dlatego nie mam zbyt wiele czasu w życiu.
Lipiec minął również pod znakiem grilli z przyjaciółmi, spotkaniami z przyjaciółkami i narzekaniem, że do ślubu jeszcze tyyyyle czasu!

   SIERPIEŃ – jedyne co pamiętam z sierpnia to wycieczka do zoo i zakup sukni ślubnej. W zoo spotkałam przesłodką jednołapczastą surykatkę, którą nazwałam Małgosią. I prośba do Was- jeśli będziecie przypadkiem w zoo w Zamościu to zobaczcie jak się ten maluch czuje, bo ją pokochałam tak mocno, jak mocno można pokochać małe afrykańskie zwierzątko bez przedniej łapki.
Co do sukni – pisałam Wam już, że wybrałam model, o którym w życiu nie marzyłam. Naprawdę, to w ogóle nie jest mój styl! Ja na co dzień ubieram się całkiem inaczej a tutaj – nie wiem co to się stało, ale tylko w tym fasonie nie wyglądam jak biedny bezdomny koczujący pod kościołem. Jedna z Was (całusy Angela!) miała nawet zaszczyt mnie w niej oglądać i chyba nie jest źle, bo mnie nie skrytykowała ^^ A może chciała być po prostu miła?

   WRZESIEŃ – we wrześniu wpadłam na genialny pomysł z Ślubnym BookTourem i teraz mój niebieski notatnik wędruje gdzieś po świecie, zbierając w sobie Wasze rady jak być zoną idealną. Na chwilę obecną wpisało się do niego cztery + jedna nadprogramowa osoba, osiemnaście z Was ma jeszcze się tam wpisać a ja się już nie mogę doczekać, kiedy wróci on do moich rączek.

  PAŹDZIERNIK – w październiku zamówiliśmy zaproszenia, po wielkich i długich rozważaniach (sporach związkowych), które będzie odpowiednie i będzie pasowało do naszego ślubu. W końcu stanęło na tym, co zdecydował narzeczony i uświadomiło mi to, że jednak w naszym związku ostateczne decyzje będą należeć do niego. Asertywności u mnie totalny brak.
W tym miesiącu obejrzałam najlepszy film 2016 rok – „Wołyń”. Mimo że od jego premiery minęło już trochę czasu, nadal go przeżywam a fenomenalna muzyka mrozi mi krew w żyłach do dzisiaj.

  LISTOPAD – rozpoczęliśmy w tym miesiącu nauki przedślubne (tak, są i przedślubne i przedmałżeńskie), i niestety są one o wiele gorsze niż te wcześniejsze. Ostatnio na spotkaniu musieliśmy… tłumaczyć na własne słowa tekst przysięgi małżeńskiej, przy czym prowadzący i tak był ciągle niezadowolony z naszych odpowiedzi. Znaczy się, musimy chyba postrzegać to tak samo jak on. A może ja inaczej postrzegam miłość, wierność i uczciwość małżeńską?
Gdyby tego było mało, po naukach, które skończyły się ok. 19.30 nie mogliśmy wyjść z terenu kościoła, bo nikt chyba nie zauważył naszej obecności i zamknęli wszystkie bramy. Księża nie odpowiadali na domofony, kościelnego było brak. I w efekcie musiałam się przeciskać przez 10-centymetrową szczelinę w bramie.

   GRUDZIEŃ – smutny i śniegowy początek grudnia spędziłam na … koncercie Sławomira! Słyszeliście kiedyś o nim? Cudowny człowiek, wspaniały muzyk i ma w sobie taki urok, że nawet mój osobisty fan metalu zna na pamięć „Megierę”! Trochę niepokojące jest to, że nucąc ten utwór coraz częściej patrzy na mnie, ale cóż ^^ Póki mnie kocha, to jakoś to zniosę.


   I za kilka dni przyjdzie mi się pożegnać z 2016 rokiem. W końcu doczekam się roku 2017, który przyniesie w moim życiu wiele zmian, tych mniej i bardziej oczekiwanych. Mam nadzieję, że będzie to wspaniały czas, który będę na starość wspominać z rozrzewnieniem i dumą, że przypadło mi w udziale tak wspaniałe życie. 


16 gru 2016

"Pierwsze kłamstwo" - wszystkie winy trzeba odkupić. I prośba o gołąbki.



   Gwałt. Straszne, gryzące w gardło słowo, które przeraża i zniesmacza. Gwałt. Brutalna zbrodnia, wciąż zbyt pobłażliwie traktowana przez sądy i społeczeństwa; stulecia podczas których mężczyźni brali to, co chcieli sprawiły, że wielu trudno jest się przestawić na myślenie, że obecnie jest to zabronione. Że kobieta też ma swoje prawa, że krótka spódnica albo szorty nie są jednoznaczne z zaproszeniem do łóżka.

   Josefin miała szesnaście lat, kiedy wybrała się z przyjaciółką na wakacje życia. Planowały bawić się, imprezować, pić i spróbować żyć dorosłym życiem. Ja w wieku szesnastu lat mogłam pomarzyć jedynie o tym, aby rodzice przesunęli godzinę policyjną z 21 na 22 a co dopiero mówić o wyjechaniu na „wakacje życia”. To co miało być wspaniałe i beztroskie zamieniło się w koszmar, gdy dziewczęta spotkały Oskara, Jonasa i Rikarda, miło wyglądających studentów, którzy pod wpływem alkoholu i pod osłoną nocy zamienili się w oprawców. Prawdziwe bestie. Zgwałcili Josefin, włożyli jej szczotkę klozetową, ot tak, dla zabawy, bo uważali, że dziewczynie na pewno by się to spodobało. Gdyby nie była odurzona narkotykami i alkoholem.

   Gdy kilka dni później zgłosiła to na policji, była traktowana jak natrętna mucha. Policjant przyjął zgłoszenie, bo musiał. Przesłuchał chłopaków, bo musiał, chociaż ewidentnie zgadzał się z nimi, że to Josefin zgodziła się na ostrzejszy sex a później zmieniła zdanie i chciała zniszczyć życie Bogu ducha winnym porządnym młodym mężczyznom.

   Później odbyła się rozprawa, z której – jak to często bywa – nie wynikło nic. To znaczy, nic dla trójki gwałcicieli. Dla Josefin zmieniło się wszystko; była szykanowana, nazywana dziwką i puszczalską. Nie mogła się uczyć, nie miała przyjaciół, nikt nie chciał z nią chodzić. W końcu wyjechała do swojego ojca, który mieszkał w innym mieście. Słuch. o niej zaginął. Kilkanaście lat później Oskar - inicjator całego zdarzenia – stał się gwiazdą sportu, miał piękną żonę, dwójkę wspaniałych dzieci i ciągle lubił uprawiać brutalny sex z obcymi kobietami. Oczywiście wybranka jego serca nie miała o niczym pojęcia, Oskar dobrze się maskował. Janas ułożył sobie życie, mieszkał z ukochaną kobietą Mią, mieli razem dziecko, jednak wyrzuty sumienia nie dawały mu spokoju i mimo minięcia wielu lat, nadal było mu wstyd, że nie zeznał prawdy w sądzie, że stanął po stronie swoich kolegów.

   Ich spokojne życie zaczęło nagle walić się w gruzy, gdy jakaś tajemnicza osoba zaczęła przypominać im o tym, co zrobili przed laty… Zapomniane zdjęcia, fakty wychodzę na światło dzienne. Kto za tym stał? I dlaczego po tylu latach?

   Trudno uwierzyć, że ta książka jest debiutem młodej kobiety. Kunszt pisarski jest na tak wysokim poziomie, jakby pisarka tworzyła od wielu już lat – zresztą, mam cichą nadzieję, że teraz jej książki zaczną się ukazywać jedna po drugiej, bo naprawdę ma talent. Mało powiedzieć, że pisze ciekawie i „wciągająco”. Ważniejsze jest to, o czym pisze. Jakie ważne treści przemyca w swojej fabule. Bo z pozoru jest to thriller połączony z kryminałem – wszak szukają osoby, która im grozi, ale tak naprawdę jest to książka o odkupieniu. O winie, która pali gdzieś w głębi człowieczego ciała i której trudno jest się pozbyć. O wyrzutach sumienia, które skradają się najczęściej w nocy i atakują znienacka. O pysze, która niekiedy jest tak duża, że zasłania wszystko inne i sprawia, że człowiek zatraca całą moralność.


   Po tej lekturze wiem tylko jedno – każde winy muszą kiedyś zostać odkupione. 

   PS - Kochani moi niezastąpieni! Jako, że jestem kobietą ambitną i potrafię już ugotować: zupę gulaszową, pierogi, lasagne, spaghetti, bitki, pieczeń i kurczaka w sosie paprykowym, postanowiłam sięgnąć dalej i planuję nauczyć się robić ... gołąbki. Bo czymże jest prawdziwy dom bez gołąbków? Powiem Wam - niczym! Prawdziwy dom bez gołąbków nie istnieje. Więc, moje utalentowane duszyczki, jeśli macie sprawdzony, dobry i łatwy przepis to proszę o pomoc! Mój przyszły mąż z pewnością będzie wdzięczny. 


13 gru 2016

Jak być żoną idealną, czyli rady z 1929 roku


   Jestem cudowna. Świetna. Nie ma dla mnie rzeczy niemożliwych. Poprawiam wam humor. Tym razem znalazłam dla Was artykuł z roku… 1929! Dotyczący tego jak być żoną idealną. Do tego wielkiego dnia pozostało mi równiutkie 200 dni, więc chyba pora sobie uświadomić, że to nie będzie takie łatwe…

1. „Po ślubie nie powinnaś ubierać się gorzej niż przed zamążpójściem. Pamiętaj bowiem, że choć polowanie zakończone, to jednak zdobycz – trzeba zatrzymać.” 
   Pamiętacie poprzedni post? Moro, moro wszędzie! Będę chodzić w szortach moro i mąż będzie ciągle mój!

2. „Nie zapominaj, że zdrowie jest podstawą szczęścia a dobre trawienie podstawą zdrowia. Dbaj więc o zdrowe i smacznie jedzenie a mąż będzie szczerze wdzięczny.” 
   Uczę się gotować. W swoim arsenale mam już siedem dań, po których nikt nie cierpi na niestrawność, więc codziennie będziemy jedli coś innego (jeeej!) i tym samym zagwarantuje mojej przyszłej rodzinie szczęście i spokój.

3. „Jeżeli mąż ma kilka dni wolnych od pracy, nie zatrzymuj go przy sobie, lecz raczej ułatwiaj mu wyjazd i wypoczynek. Powróci odświeżony na duchu, wypoczęty i w dobrym humorze.” 
   Ta i ze śladami szminki na ogolonym torsie. Dlaczego jak mąż ma wolne to ma gdzieś jechać a kiedy żona ma wolne to ma ugościć teściową, zająć się dziećmi, ugotować specjalny obiad (no bo przecież ma dużo czasu) i jeszcze mieć czas na umilenie mężowi wieczoru? U nas w domu będzie równouprawnienie.

4. „Nie rób nigdy złośliwych uwag o jego krewnych i przyjaciołach." 
   Ale ja składam się ze złośliwości! Inni składają się w 70% z wody a ja z wredności! Reszta to wino i czekolada.

5. „Nie oburzaj się, jeżeli mąż włoży krawat, który ci się nie podoba, albo zapali cygaro, którego zapachu nie lubisz. Pomyśl, że ma on prawo do swych własnych upodobań a nie musi we wszystkim postępować według twojego gustu.” 
   Czy to działa również w drugą stronę? Bo jeżeli ja nie lubię gotować obiadów i ich nie jadam, to nie muszę się zmuszać do gotowania ich mężowi, prawda?

Uwaga! Moja ulubiona! 6. „Jeżeli mąż twój zachwyca się jakąś kobietą, podziel jego entuzjazm. Kobieta rzadko kiedy uznaje zalety innych kobiet, ale ty bądź wyjątkiem. Im bardziej będziesz bezstronna i życzliwa dla ludzi, tym większe uznanie zyskasz w oczach męża.” 
   Pamiętając o tym, że jedzenie wpływa na zdrowie, zaproś kobietę podobającą się twojemu mężowi na kolację i przyrządź im coś pysznego. Tylko oczywiście nie siedź z nimi cały wieczór, bo to mogłoby oznaczać narzucanie się. A jeśli mąż chciałby dogłębniej poznać się z panią, to przenieś się na kanapę, bo gościom wypada oddać wygodniejsze łóżko. Bogowie! Jak się mój mąż będzie zachwycał obcą babą to go pociągnę za ten nie twarzowy krawat i tyle będzie ją widział.

7. „Jeżeli mąż przyniesie ci podarek bezużyteczny, który ci się nie podoba, uściskaj go serdecznie i podziękuj za dobre chęci.” 
   I tym sposobem sprawisz, że co roku będziesz dostawała ohydne kapcie w kształcie osła albo perfumy, których zapach kojarzy ci się z kobietą ze sklepu, która wylała kawę na twoje ukochane, drogie, niewygodne i cudowne szpilki.

8. „Gdy mężowi zdarzy się jakaś przykrość (czego nigdy w życiu nie brak), staraj się go uspokoić i o ile to możliwe, rozweselić. Niejedna tragedia została zażegnana dobrym dowcipem i na odwrót drobiazgi przyczyniły się nieraz do rozbicia małżeństwa.”
   Muszę zacząć oglądać kabarety, co by mi się arsenał żartów powiększył. Kochanie przyjdzie zrozpaczone, bo w „Grze o tron” umarł jego ulubiony bohater a ja opowiem mu dowcip o blondynce. A śmiechom nie będzie końca!

9. "Nie wypytuj męża o jego przeszłość. Z takich rozmów zawsze wynikają nieporozumienia." 
   A potem się nie zdziw, jak po trzech latach szczęśliwego pożycia przyprowadzi do domu swoją ośmioletnią córkę, która dziwnym trafem nie będzie twoją córką. Przecież nie pytałaś…

10. "Nade wszystko pamiętaj o słowach przysięgi, wypowiedzianej przed ołtarzem, w złej i dobrej doli stój wiernie przy boku męża. Wielu mężczyzn stało się wielkimi ludźmi dzięki dobrym żonom."
   Wiedziałam, że to wszystko nasza zasługa. 

   W ogóle, to po tych radach doszłam do wniosku, że mężczyźni są niezwykle delikatni. Nic nie można, nie należy, nie wypada, bo to mogłoby urazić ich uczucia. Nie można powiedzieć, że prezent kupił kijowy, że jego ciotka Gertruda jest dziwna i ma niepokojący wzrok ani nie można krzyknąć, gdy ten za bardzo zbliży się do waszej dawnej (oczywiście znienawidzonej) koleżanki z przedszkola. Trzeba go zabawiać, pozwalać mu na wszystko i pamiętać, że przeszłość jest tajemnicą. I nie wolno jej ruszać, bo to może doprowadzić do smutków męża. A przecież tego chcemy uniknąć.
   A tak się często mówi o tym, że mężczyźni są silni, niezniszczalni i niczym skały... cóż, na pewno nie ci z 1929 roku, bo wtedy trzeba było obchodzić się z nimi jak z jajkiem. 


   Kochani moi! Doszłam do makabrycznych wniosków… będę okropną żoną!


9 gru 2016

Co zrobić, żeby mężczyźni nas uwielbiali?


   Trafiłam ostatnio na pewien artykuł, w którym zostały przedstawione rzeczy, za które mężczyźni nas uwielbiają. Wiadomo, każda kobieta chce być uwielbiana przez swojego mężczyznę a pewna internetowa redakcja, postanowiła wyciągnąć w naszą stronę pomocną dłoń i wskazać nam zachowania, które są pożądane. Ja niestety odebrałam to tak, że redakcja nienawidzi kobiet, albo chce zyskać mężczyzn dla siebie, bo rady są beznadziejne. I oczywiście – jak to ja – muszę odnieść się do tego ironicznie i sarkastycznie. Czuję wewnętrzną potrzebę bycia wredną.

   Po pierwsze -  kobieta bez makijażu.
Tak! Dlatego wszystkie aktorki, modelki, króliczki Playboya i kochanki złych mężczyzn są wytapetowane od góry do dołu. Cóż, można oczywiście rzec, że idealny makijaż to taki, którego nie widać a pięknie podkreśla oczy, rzęsy, brwi i kości policzkowe, ale nie może być to równoznaczne z tym, że jego w ogóle nie ma. Uwierzycie, że mój ex obraził się kiedyś na mnie (powaga!) i nie odzywał przez dwa dni (naprawdę!), bo wysłałam mu zdjęcie pewnej aktorki bez makijażu? Stwierdził, że zepsułam mu jego wyobrażenia o niej.

   Po drugie – nasz akcent.
Nie. Jeśli nie jesteś facetem i nie masz angielskiego akcentu, to nikt nie może cię za to uwielbiać.

   Po trzecie – gdy się przestraszymy i kryjemy w ich ramionach.
Za pierwszym razem może być to słodkie. Albo faktycznie może być to urocze, jeśli przestraszymy się jelenia, który puka porożem w nasze kuchenne okno w środę o 5 rano – chociaż ja raczej zaczęłabym piszczeć z radości i pobiegłabym ukochać jelenia.
Myślę jednak, że kiedy co drugi dzień będziemy piszczały na widok mikroskopijnego pająka i rzucały się naszym panom na szyję, błagając o wybawienie od niechybnej śmierci – mogą zacząć się irytować.

   Po czwarte – blizny i rozstępy.
W sensie, mężczyźni uwielbiają rozstępy po ciąży, bo wiedzą, że pojawiły się one wtedy, gdy kobieta nosiła ich dziecko. Znam wielu facetów, naprawdę i żaden mi nie powiedział, że uwielbia blizny/rozstępy swojej kobiety. Ba! Sama mam bliznę na pół brzucha po operacji nerki i jakoś nigdy nie usłyszałam, że jest ona piękna, cudowna bądź seksowna. Poza tym i tak bym w to nie uwierzyła.

   Po piąte – kobieta ubrana w moro.
Fetysz z żołnierką w sensie, tak?

   Po szóste – kobieta w okularach.
O, no dobra, ostatnio noszenie wielkich zerówek faktycznie stało się modne i co piąta dziewczyna kupuje sobie takie.

   Po siódme – ty podczas robienia makijażu.
Chyba jesteśmy niestandardową parą z Łukaszem, bo nigdy jeszcze nie stał i nie patrzył z uwielbieniem – albo jakimkolwiek innym uczuciem – na to, jak ja się maluję. Ale tak się czepiając, skoro mężczyźni uwielbiają kobiety z makijażem, to jak mają równocześnie oglądać jak one go robią? No, chyba że zaraz później wezmą płyn micelarny i sobie ten makijaż zmyją.

   Po ósme – kobieta z mokrą głową.
Nie wiem jak wy, ale ja, mają mokre włosy, wyglądam dość tragicznie, zważywszy, że jest to zazwyczaj ranek, nie mam na sobie makijażu [patrz punkt 1] i nadal jestem w piżamach (muszę kupić piżamę w moro!). Cóż, może autorki tego zestawienia myślały raczej o modelkach, które mają jedynie skropione wodą włosy i wypinają w stronę obiektywów swoje idealne pośladki.

   Po dziewiąte – kobieta podczas treningu.
O mamuniu, to jakiś fetyszysta musi być, skoro lubi patrzeć na zmęczone kobiety, z plamami potu wszędzie tam, gdzie nie powinno ich być i z włosami w nieładzie. Panowie, jeśli to czytacie – kobiety na siłowni nie wyglądają tak, jak w filmach. Telewizja kłamie. Kobiety wyglądają dość makarbycznie i nic dziwnego, bo na siłowni próbują zabić swojego najwierniejszego i najbardziej upartego wroga – tłuszcz.

   Po dziesiąte – ty w jego koszuli.
Okey, z tym argumentem mogę się zgodzić.

   Podsumowując.

Kobieto! Jeśli jesteś singielką i chcesz odnaleźć mężczyznę swojego życia, bądź jestem w związku, ale czujesz, że wasz ogień przygasł, oto przyszedł ratunek! Wystarczy, że zakupisz szorty moro -tak krótkie, aby było widać rozstępy na twych udach, założysz do tego męską koszulę, nie umalujesz się przed wyjściem z domu, nie wysuszysz włosów, dołożysz do tego zestawu okulary i będziesz bała się wszystkiego, co spotka cię po drodze a upragniony mężczyzna będzie twój! Będzie cię uwielbiał, czcił i całował po spoconych po treningu stopach! I podawał ci tusz do rzęs, patrząc w zachwycie jak pięknie używasz szczoteczki i pędzla do pudru. 


6 gru 2016

Najlepsza książka roku 2016


   Kto by się spodziewał, że napisanie jakiejkolwiek recenzji sprawi mi trudność? Przecież ja potrafię pisać o wszystkim, omijać spojlery niczym Karol Strasburger zabawne żarty. Rekomenduję, polecam, zachęcam. A teraz? A teraz mam problem.

   Anne i Marco są młodym, szczęśliwym z pozoru małżeństwem. On ma dość dobrze prosperującą informatyczną firmę, ona zajmuje się ich sześciomiesięczną córeczką, którą oboje kochają nad życie. Ich sielankowe życie kończy się w momencie, gdy sąsiedzi zapraszają ich na przyjęcie a opiekunka w ostatniej chwili telefonuje, że nie może się pojawić. Anna bez żalu zrezygnowałaby z całej tej imprezy, bo po całym dniu opieki nad małą nie miała siły na wymuszone uśmiechy i udawane rozbawienie, jednak Marco przekonał ją, że powinni iść, szczególnie że zaprosili ich bliscy przyjaciele a nie zwykli znajomi.

   Młodzi małżonkowie zostawili Corę w łóżeczku, zabrali elektroniczną nianię i wybrali się na przyjęcie. I tutaj pojawia się moje pierwsze pytanie – jak? Jak można zostawić dziecko samo w domu i pójść – dobra, dom dalej, ale jednak z tego domu wyjść, i sprawdzać tylko co pół godziny co dzieje się z maluchem. Toż to było niemowlę. A powód dla którego jej nie zabrali? Bo Cynthia, sąsiadka do której się wybierali, wyraźnie zaznaczyła, że ma być to wieczór dla dorosłych i że dzieci nie są mile widziane.

   Kiedy wrócili z przyjęcia, po sporej dawce alkoholu, odkryli, że w łóżeczku nie ma dziecka. Zniknęło. Przepadło. I wtedy zaczęła się cała powieść.

   Są zrozpaczeni rodzice, jest matka i ojciec Anny, którzy mają na swoim koncie miliony, ale w momencie straty wnuczki, to nagle przestaje mieć jakiekolwiek znaczenie. Jest śledczy – jak dla mnie największy minus tej książki, bo mało charakterystyczny, bo gubił się przy ostrych i mocnych osobowościach reszty bohaterów. I cudowna, przegenialna historia i – mówię teraz całkowicie szczerze – nie pamiętam żadnego innego thrillera, który tak by mnie zaskoczył i który tak by mi zmroził krew w żyłach. Jeśli King i Gerritsen mieli razem dziecko, to z pewnością byłaby Shari Lapena.

   Kiedy zaczęłam czytać, nie mogłam przestać. Miałam kilka spraw do załatwienia, miałam kilka rzeczy do napisania, ale przepadłam. Akcja porwała mnie jak trąba powietrzna biedną bezbronną krowę. Cała historia toczy się przez kilka tylko dni, jednak emocje, które jej towarzyszą spokojnie wystarczyłyby na opisanie całego roku z życia zwykłych ludzi. Co i rusz na jaw wychodziły kolejne fakty, ci, którzy mieli być ofiarami, stawali się podejrzanymi a ci, którzy zajmowali drugoplanowe role mieli w swoich rękach całą władzę.

   Ten thriller ma w sobie wszystko to, co dobry thriller musi posiadać. Intryga, trudne charaktery, zwroty akcji i tajemniczość – w kilku słowach, to właśnie tak można by opisać „Parę zza ściany”. C.L. Taylor powiedziała o tej książce, że nie wyobraża sobie, żeby nie została ona hollywoodzkim hitem i zgadzam się z nią w pełni – podczas lektury oczami wyobraźni widziałam głównych bohaterów – z niewiadomych przyczyn matkę grała Nicole Kidman a ojca Gerard Butler. I kurczę, jak nie lubię Meryl Streep, tak widzę ją w roli matki głównej bohaterki a jako ojca – oczywiście wielkiego Jacka Nicholsona. I tylko uparcie rolę detektywa „gra u mnie” Robert Więckiewicz, więc produkcja w mojej głowie jest międzynarodowa.

   Rewelacja. Cudowność. I chyba pod koniec roku moja lista „najlepszych książek 2016 roku” się zmieniła, bo „Para zza ściany” wskoczyła na pierwsze miejsce. Czekam na ekranizację. Będę pierwsza w kinie!

PS - Powoli zbliżam się do 150 tysięcy odsłon bloga. Nawet nie wiecie, jak mnie ta liczba cieszy! Miałam wprawdzie ambitne założenie, że za panieńskich czasów dobiję do 200 tysięcy, ale to raczej się nie uda, więc cieszę się z tego co mam i podsyłam Wam zdjęcie Tosi, która zimę zdecydowała się spędzić w łóżku.


4 gru 2016

List do Mikołaja.



Mikołaju!

   Na samym początku postanowiłam wylać do Ciebie wszystkie swoje żale, bo nie warto odkładać na później tego co nie miłe. A więc – chciałam rok temu pod choinką znaleźć susła i co? Susła brak a sprawdzałam, czy się gdzieś czasami w iglastych gałęziach nie zaplątał, ale nie! Przez cały rok było mi niezmiernie smutno z tego powodu, że nie spełniłeś mojego choinkowego życzenia. Wiem, że w zamian dostałam narzeczonego i pierścionek, ale Mikołaju, powiedzmy sobie szczerze – suseł to jednak suseł. I brak susła boli.

   Skoro mamy już za sobą tą nieprzyjemną część, możemy przejść do konkretów. Bardzo się cieszę, że Mikołajowa skorzystała z mojego prezentu (płyty Chodakowskiej!) i że straciła pięćdziesiąt kilogramów wagi. Jednocześnie bardzo mi przykro, że teraz zamiast Ci pomagać szykować prezenty, siedzi w willi Playboya i przywdziała króliczy ogonek – wiem, jak nie lubicie się z wielkanocnym zającem i rozumiem, że może być to zniewaga w Twoją stronę.

   Tak, jak w poprzednim roku, proszę o trochę pieniędzy.  Nie to, że lubię je wydawać i kupować ciągle nowe rzeczy, oj nie. Nie lubię, ale muszę, żeby podratować polską gospodarkę, która ostatnio podupadła, więc w gruncie rzeczy ten prezent jest nie tyle dla mnie, co dla patriotyzmu. Albo chociaż mógłbyś przesłać mi sześć cyfr, które pomogą mi wygrać w totka – to przecież nic nie kosztuje a na pewno masz odpowiednie znajomości. W najbliższej przyszłości trzeba będzie kupić jakieś mieszkanie i stworzyć swój mały przytulny świat, więc milion akurat się przyda.

   Czego mogę sobie życzyć na nadchodzący rok? Oczywiście idealnego ślubu, perfekcyjnego dnia, który rozpocznie przyszłe, banalnie idealne życie. Życzę sobie tego, żebym za kilka lat zrobiła wigilię u siebie, żebym dostała od męża śliczne malutkie kolczyki – może w kształcie susła – żebym pokazała dziecku jak zawiesza się bombki na choince, żeby przy stole zastawionym najnowszym kompletem talerzy, kupowanym dwa dni przez wigilią, bo stary się wyszczerbił, zasiedli wszyscy ci, którzy coś znaczą w moim życiu. Żeby z radia cichutko grała „Cicha noc”, żeby było przytulnie, ciepło, żeby nasz leniwy kot leżał rozłożony na kaloryferze a moja Tosia, która będzie już wtedy w podeszłym wieku, ścigała się po domu z Jagodą, buldogiem francuskim, którego będę kiedyś miała. Żeby chociaż raz jeszcze przy wigilijnym stole spotkali się wszyscy ci, którzy byli tam jeszcze kilka lat temu a teraz porozjeżdżali się w różne strony i ich miejsca stoją puste i czekają cierpliwie na ich powrót. I żeby nowi ludzie zajmowali nowe miejsca i żeby siedzieli na nich długo, przez wiele śnieżnych, mroźnych Świąt. 

   Życzę sobie głośnej, rodzinnej wigilii i późniejszej ciszy, która zapadnie, jak wszyscy już się rozejdą do domów, dzieci pójdą spać a ja zostanę sama na kanapie z mężem, w ciemnym pokoju, gdzie świecić będzie tylko choinka.
   I żeby na drugi dzień odwiedzili nas nasi przyjaciele, ze swoimi już rodzinami, ze swoimi dziećmi, swoja dorosłością. Chciałabym, żeby tak jak dzisiaj, byli i za kilka lat, żeby ubiegające lata nic nie zmieniły. Żeby niektóre przyjaźnie, te nowe, raczkujące, jeszcze się pogłębiły a te, które mają już kilka lat, trwały nadal i żeby nic się w nich nie zepsuło.

   I sielanki sobie życzę. I Tobie, Mikołaju, też. Bo cóż może być piękniejsze niż normalne życie?
Walcz o Mikołajową! Kup jej pączki, wyrzuć płytę z ćwiczeniami i kochaj ją z jej wszystkimi kilogramami. Pozdrawiam renifery, szczególnie Pyszałka, bo o nim zawsze mówi się najmniej. Każdego z osobna całuję w mokry, zimny nos.

   Do usłyszenia za rok! Nie myśl sobie, że po ślubie przestanę do Ciebie pisać. Przecież nadal pozostanę w środku małym dzieckiem, które wierzy, że pod poduszką znajdzie prezent od samego Świętego.

Agata. 

29 lis 2016

Chcecie poznać prawdę o mężczyznach?


   Mówi się, że ciężko jest zrozumieć kobietę. Cóż, ja uważam, że jest coś trudniejszego do opanowania – zrozumienie mężczyzny przez kobietę. Bo jak zrozumieć nagłe milczenie, posępny wzrok i całkowite wyłączenie się z rzeczywistości? Po kobiecemu to nic innego jak wielki, ogromny, skierowany w stronę całego wszechświata FOCH. U mężczyzn jest to po prostu… odpoczynek. Naprawdę! Oni odpoczywają w taki sposób, w jaki my się obrażamy.

   Jako że niedługo zostanę pełnoprawną żoną, postanowiłam zainteresować się tematem i bliżej poznać mężczyzn. Żeby łatwiej się nam żyło.  W tym celu przeczytałam książkę „Czasem czuły, czasem barbarzyńca.” Jest to swojego rodzaju dialog pomiędzy dwoma mężczyznami. Dialog o tym, co to oznacza być mężczyzną. I już na samym początku panowie zaznaczają, że ich punkt widzenia nie spodoba się każdemu.

   Trudno jest stwierdzić, jaki powinien być współczesny mężczyzna. Kiedyś, to wiadomo było, że ma mieć maczugę, przepaskę na biodrach i kawałek mamuta w rękach. Obecnie wymagamy od nich brody, królewskiego szyku, czułości, zdecydowania, partnerstwa i siły. A później dziwimy się, że coraz więcej schizofreników na świecie.
   Książka porusza wiele tematów: relacji pomiędzy ojcem a synem, synem a matką, seksualności, pracy, męskiej przyjaźni, emocjach (tak, mężczyźni mają emocje!) i zdrowiu.

   Dużo miejsca poświęconego jest relacji matki z synami; Jacek Masłowski, jeden z autorów, wprost mówi, że, aby facet mógł stworzyć prawidłową relację z kobietą, musi odciąć pępowinę emocjonalną, która łączyła go z matką. Bo bezsprzecznie jest ona najważniejsza w pierwszych latach życia dziecka, ale później musi dać mu dorosnąć. Być obok, ale uczyć go, że nie jest najważniejsza w jego życiu. Musi umieć zrobić miejsce dla innej kobiety, która się kiedyś pojawi. Ha, już widzę siebie, robiącą miejsce dla kogokolwiek. Mój biedny syn. Moja biedna synowa.

   Biorę tę książkę całkowicie serio, ponieważ jest w całości stworzona przez mężczyzn. A oni z siebie bardzo rzadko mówią o takich ważnych aspektach, które nas – kobiety, w ich naturze szaleje intrygują. Tutaj podają nam 270 stron samej prawy o samych sobie. Prawdy brutalnej, bo kto by pomyślał, że oni boją się seksu? Że kiedy my zakrywamy swój cellulit i pojedynczego żylaka na łydce, on jest tak samo zestresowany i wciąga lekko wystający brzuch? Kto by się spodziewał, że mężczyźni obawiają się ojcostwa i że czują się odtrąceni, kiedy to my w nocy wstajemy do małego rozdarciucha a jemu dajemy spać? Dlatego u mnie będzie wstawał mąż, żeby się nie poczuł odtrącony!

   Co zawsze mnie fascynowało, to męska przyjaźń. Pewnie dlatego, że kobieca jest bardzo trudna i skomplikowana; bo baby ciągle się obrażają, bo się obgadują, bo przeinaczają rzeczywistość. U facetów jest łatwiej. Chociaż sam proces nawiązywania przyjaźni jest trudniejszy niż u nas. Bo wiecie, kilka przegadanych nocy, kilka wypitych butelek wina, kilka wspólnie wylanych łez i nić porozumienia sprawiają, że otwieramy się na tą drugą kobietę i po latach możemy nazywać ją przyjaciółką. U mężczyzn jest tak, że lata znajomości, rozmowy o meczach, pracy czy poziomu wredności dzieci wcale nie są równoznaczne z nawiązaniem prawdziwej, silnej, przyjaźni.

„Dzięki tym spotkaniom, tej bliskości, otwartości pojawia się świadomość, że jak w życiu cokolwiek trudnego ci się zdarzy, to masz kilka numerów telefonów, na które możesz zadzwonić, powiedzieć „Słuchaj, nie wiem, nie rozumiem, potrzebuję twojej pomocy”. I wiesz, że ją dostaniesz.”

   Myślę, że jest to pozycja nie tylko dla kobiet, które chcą zrozumieć mężczyznę, ale również książka idealna dla samej płci brzydkiej. Bo oni boją się – nawet między sobą – przyznawać, że potrzebują się wygadać. Że czasami samo pokopanie piłki i wypicie piwa nie wystarcza, że potrzeba wygadania się, interakcji, w której będzie można powiedzieć: „Stary, słuchaj, tracę ją i nie wiem jak sobie z tym poradzić.” I może jak zobaczą, że inni faceci tak rozmawiają i – wow! – nawet potrafią się przytulić, bez żadnych gejowskich podtekstów, to bardziej się otworzą w stronę swojego kumpla?

   Jeden z rozdziałów poświęcony jest ojcostwu a raczej jego dwóm obliczom: ojcostwu skierowanemu do synów i ojcostwu skierowanemu do córek. Bo inaczej wychowuje się córkę a inaczej syna. Jednak w obu relacjach najważniejsze jest jedno: obecność. To, od czego stroni wielu mężczyzn, bo boi się, że zrobi coś źle, bo „przecież matka zrobi to lepiej”, „bo co ja się będę wtrącał w wychowanie”. Trzeba być, żeby móc być rodzicem.

I, mężczyzno, pamiętaj:

„Jeśli się już zdecydowałeś wejść w relację z kobietą, mieć z nią dzieci, to musisz być świadomy, że decydujesz się również na to, że tego świętego spokoju będziesz mieć znacznie mniej. I to się nazywa odpowiedzialność.” 


28 lis 2016

"Mimo twoich łez" - wspaniała, nieźle pokręcona książka.


   Żaden początek związku nie jest łatwy. No, chyba że mówimy o licealnej miłości, bo wtedy nie ma żadnych byłych, żadnych zobowiązań, żadnej przeszłości. Jednak w przypadku dorosłych ludzi najczęściej jest tak, że za każdym partnerem stoi szereg dziewczyn i facetów, którzy kiedyś byli dla nich ważni. I prędzej czy później, te byłe postacie wyjdą na światło dzienne. I albo się o tym po prostu porozmawia i zaakceptuje, albo… albo staniecie się tacy, jak bohaterowie trylogii Tarryn Fisher. Czyli nieźle pokręceni.

   Caleb i Olivia byli szczęśliwą parą. Przynajmniej do momentu zdrady chłopaka. Cicha myszka w ciągu kilku lat związku tak mocno zawładnęła sercem sportowca, że po zerwaniu nie mógł się pozbierać; stał się wrakiem samego siebie, cieniem swojej dawnej charyzmy, niewolnikiem dziewczyny, która już nie była jego. Jednak później znalazł nową dziewczynę, Leah, która otoczyła go opieką i która sprawiła, że Caleb znowu stanął na nogi. I wszystko dla Leah skończyłoby się jak w Disney'owskiej bajce, bo pierścionek już był kupiony i czekał schowany w szufladzie, gdyby nie to, że Caleb w wyniku wypadku stracił pamięć. A potem przypadkowo spotkał Olivię, która wykorzystała daną od losu szansę i na nowo chciała spędzić chociaż kilka dni z dawną miłością.

   Czytając poprzednią część, współczułam Leah. Była tą „zastępczą” ukochaną, musiała ciągle starać się zainteresować sobą Caleba, sprawić, że pokocha ją równie mocno, jak kochał Olivię. Nie ma chyba niczego gorszego, niż usłyszeć od miłości swojego życia, że jest nadal zakochany w dawnym partnerze. Trzeba mieć wiele odwagi i wiele samozaparcia, żeby wytrwać w takim związku i walczyć o to trudne uczucie. O znalezienie czynnika, który sprawi, że to co było przestanie mieć tak wielkie znaczenie, że ważne się stanie to, co jest teraz.



   Leah była dla mnie kobietą skrzywdzą. I nawet nie potrafiłam ocenić jej negatywnie, kiedy w pierwszej części pojechała do Olivii i zagroziła jej, że jeśli nie wyjedzie gdzieś daleko, powie prawdę Calebowi. Rozumiałam – walczyła o swoje. Moje zdanie zmieniło się po lekturze drugiej części trylogii. Zdecydowanie.
   Kiedy urodziło im się dziecko - mała, cudowna, idealna dziewczynka – pierwszym uczuciem, jakie poczuła Leah była … zazdrość. Zazdrościła swojej córce tego, że Caleb bierze ją na ręce i patrzy na nią z troską i miłością. I już wtedy pomyślałam jakim trzeba być człowiekiem, żeby czuć się zazdrosną o własne, kilkugodzinne dziecko?!
Później było już tylko gorzej; kiedy jej mąż wyjechał w delegację a ona została sama z małą Estellą, postanowiła … wysłać ją do żłobka. Nic to, że dziecko nie skończyło nawet tygodnia, Leah poinformowała opiekunki, że mała ma kilka miesięcy i tylko wygląda bardzo drobno a później wybrała się na lunch z przyjaciółkami. Mocno zakrapiany lunch, żeby była jasność. Bo przecież urodziła dziecko i się jej to należy!

„Miłość jest niedorzeczna. Wpadasz jak śliwka w kompot i nie możesz się wycofać. Prędzej umrzesz z miłości niż będziesz nią żył.”

   Później na scenę wkroczyła znowu Olivia. I Leah na nowo zaczęła walczyć, tyle tylko, że teraz już bez mojej aprobaty. Obserwowałam tą walkę o mężczyznę z lekkim niesmakiem. Ale i zaciekawieniem – wiecie, to tak jakby oglądać zapasy w kisielu. Niby wiesz, że to poniżające dla kobiet, ale ciekawi cię, kto w rezultacie wygra. I jak w ogóle można wygrać walkę w kisielu – wcierając go w oczy rywalki?

   Obserwując tę rywalizację z perspektywy Leah można dostrzec jej perfidię w całej okazałości; znam naprawdę dużo osób, ale nawet tym najbardziej podłym, daleko jeszcze do bohaterki „Mimo twoich łez.”

   Książka ciekawi. Intryguje. Styl autorki jest tak dobry, że wciąga niczym tornado i trudno jest odłożyć powieść przed zakończeniem historii. Wzbudza emocje, chociaż niekoniecznie te dobre. Irytację. Gniew. Niezrozumienie. Ale jednocześnie sprawia, że czytając o tych wrednych kobietach, jakoś bardziej się ceni samą siebie – bo wiecie, my, porządne kobiety, nigdy byśmy się nie posunęły do czegoś takiego. A wzrost samooceny jest zawsze mile widziany.
I muszę stwierdzić, że książka, cała trylogia, diablo mi się podoba. I trochę mnie to niepokoi, bo bohaterowie są tak pochrzanieni, cała ich historia jest tak dziwna i niepokojąca, że i u mnie nie wszystko musi być równo pod sufitem, skoro mi się to podoba. I skoro chcę więcej! To jak z tym kisielem.

   Jak to się skończy? Kogo wybierze Caleb? I czy on w tym wszystkim jest bez winy? Przeczytajcie.