15 sty 2018

Być jak Carrie Bradshaw – czyli czego nauczył mnie „Sex w wielkim mieście”



Kiedy zaczęłam oglądać ten serial w telewizji, miałam niespełna czternaście lat i jak na grzeczną dziewczynkę przystało, czerwieniłam się przy bardziej odważnych scenach; później podrosłam i ciągle z przyjemnością wracałam do przygód czterech przyjaciółek mieszkających w Nowym Jorku. W każdej z nich odnajdywałam cechy samej siebie i ktokolwiek by temu zaprzeczał, uważam, że jest to najbardziej babski serial jaki kiedykolwiek powstał. I co ważne, jest to serial, który otworzył wielu kobietom oczy na Wielką Modę. I dzięki niemu zaczęło doceniać szpilki.

   Jednak nie byłabym sobą, gdybym nie spojrzała na ten serial lekko ironicznym okiem. I dzisiaj zaprezentuję wam kilka mniej lub bardziej życiowych prawd, których nauczyłam się dzięki Carrie Bradshow.

   Na szpilki zawsze jest miejsce, nawet jeśli mieszkasz w kawalerce – z tego co pamiętam, w mieszkaniu Carrie była kuchnia, łazienka i salon połączony z sypialnią a więc miejsca nie było za dużo. Za to w każdym odcinku miała inną parę szpilek i – logicznie rzecz biorąc – powinna gdzieś je chować. Wniosek z tego taki, że jeśli kobieta chce, to na wszystko znajdzie miejsce. A szczególnie na nowe buciki od Loubotina.

   W Nowym Jorku nikt nie gotuje w domu. Aż dziw po co mają tam sklepy spożywcze – jak przyznała sama Carrie, ona w piekarniku trzymała swetry a lodówki używała jedynie po to, żeby chłodzić tam szampana i wino. Jadano zwykle w restauracjach i pojęcia nie mam skąd brały na to wszystko pieniądze. Ale może były jakieś rabaty dla kobiet, w pięknych, markowych szpilkach.

   Żyje tam ponad osiem milionów ludzie, ale zawsze można spotkać kogoś znajomego. Co dziwne, ciężko jest tam znaleźć mężczyznę na resztę życia – mieszkam w mieście, które ma ledwo 20 tysięcy mieszkańców i raz na ruski rok zdarza mi się spotkać na mieście kogoś znajomego. A tam ciągle główne bohaterki spotykają się przypadkowo w samym centrum miasta i nie uważają tego za coś dziwnego. Albo łączy mnie z przyjaciółkami zbyt słaba więź, albo mamy nieodpowiednich scenarzystów życia.

   Zwykła dziennikarka może stać się Ważną Osobą i móc przymierzać suknie ślubne od największych projektantów – i wyjaśniła się zagadka tego, dlaczego większość bohaterek książkowych pała się zawodem dziennikarki. Po prostu każdy chce mieć swoją własną Carrie Bradshaw! Niestety, Carrie jest tylko jedna i na swoim pisaniu zarabia dość duże pieniądze, bo stać ją na ładne buty, za drogie sukienki, na jedzenie w nowojorskich restauracjach a dodatkowo ma takie poważanie w Vogue, że sama Carolina Herrera podarowała jej swoją suknię ślubną. Dlaczego mi nikt sukni nie chciał zafundować?

   Co by się nie działo – prawdziwe przyjaciółki zawsze Ci wybaczą – co by się nie działo, ile kryzysów by nie przechodziły, Samantha, Miranda, Carrie i Charlotte zawsze sobie wybaczały. Wiedziały, że nikt i nic nie jest ważniejsze od łączącej je więzi. I to jest w babskiej przyjaźni chyba najpiękniejsze – że mimo wielu złych słów i burz i tak się kochamy.

   W szpilkach można wszystko! - w szpilkach można zdobywać świat! To, że zakładając je na stopy czujecie dyskomfort, to tylko nieprzyjemne złudzenie. Tak naprawdę są o wiele wygodniejsze niż tenisówki a przy okazji sprawiają, że wyglądamy bardziej ponętnie i atrakcyjnie. Nie ma niewygodnych szpilek, w których nie można wejść na górski szczyt – są tylko szpilki nieodpowiednio dopasowane do stopy.

   Modą można się bawić. A im odważniej, tym piękniej – przejmujesz się tym, że zakładasz sweter do krótkiej spódniczki? A może nie wiesz, czy wypada połączyć adidasy z elegancką sukienką? Cóż, w takim razie nie oglądałaś chyba tego serialu. Moda jest po to, żeby się nią bawić. Żeby z nią flirtować. Żeby łączyć ze sobą ubrania, które zwykle wiszą na przeciwległych krańcach szafy. I pamiętaj kobieto – jeśli czujesz się w czymś dobrze, to się nie wstydź i idź w tym przez świat!
  
   Kiedy przychodzi wielka miłość nigdy nie jest łatwo - i z tym muszę się zgodzić w stu procentach. Bo zwykle dla tej wielkiej miłości trzeba porzucić całe swoje dotychczasowe życie, zmienić swój świat, albo trzeba czasu, żeby zrozumieć, że chce się być z tą osobą. Miranda i Steve bardzo długo się docierali nim zrozumieli, że są dla siebie stworzeni. Charlotte uważała Harry'ego za mało atrakcyjnego adwokata, który ciągle się poci i ma włosy na plecach. Big wiele razy zranił Carrie. Ale w końcu każda z nich zrozumiała, że to właśnie ten mężczyzna a nie żaden inny powinien stać u jej boku.

   W kobietach siła! - zdecydowanie najważniejsze przesłanie całego serialu i obu filmów. Jesteśmy silne! Niezwyciężone! A tej piosenki mogę słuchać w nieskończoność. 



   A na koniec mój ukochany cytat, który poznałam dzięki filmowi „Sex w wielkim mieście.” Najpiękniejsze wyznanie miłości, jakie kiedykolwiek czytałam. Wyznanie, które zostało napisane w 1812 roku przez Ludwika van Beethovena:

Zawsze Twój.
Zawsze moja. 
Zawsze my.

11 sty 2018

Wesela w 1818, 1918 i 2018. Czyli co się zmieniło, a co pozostało?


   Myślałam, że tematyka weselna jest już dla mnie zamknięta. Męża mam, obrączka na palcu się błyszczy i szczerze mówiąc, po własnym weselu dość miałam tematyki ślubnej, bo byłam przytłoczona tymi wszystkimi przygotowaniami. Jednak wczoraj zrodził się w mojej głowie pomysł na dość ciekawy post i postanowiłam, że pal licho zasady i własne obietnice, raz jeszcze wrócę do ślubów. Może mi to wybaczycie, jeżeli też czujecie już przesyt!

   Pomyślałam, żeby sprawdzić, jak wesela wyglądały kiedyś – za czasów naszych mam, babć, i prababć. Posiłkuję się szczególnie opowieściami z mojego rodzinnego domu, czyli pewnie większość tradycji będzie związanych z Podkarpaciem.

   Zacznijmy od mniejszego kalibru, a więc jak to było za czasów naszych mam? Pewnie większość z was jest świadoma, że jeszcze kilkanaście lat temu nie było tak miło jak dzisiaj, że „za jednym zamachem” można wziąć ślub kościelny i cywilny. Konkordat wtedy nie istniał i dlatego pary, które chciały być małżeństwem w oczach Boga i urzędów musiały brać… dwa śluby. Załatwiano to różnie – albo tego samego dnia lub w dwóch różnych terminach, przy czym bardziej wystawny był ślub kościelny. Cywilny zazwyczaj brało się jedynie w obecności świadków.

   Tutaj wtrącenie – i ciekawi mnie, czy i u was tak było. Swój ślub brałam dość wcześnie, bo o godzinie 13, co niektórzy mi wypominali, że jak to ze wszystkim zdążę na tak wczesną godzinę (zdążyłam.) Jednak w porównaniu z mamą i babcią moją trzynasta po południu może się schować ze wstydu. Mama brała ślub o 8 rano, a babcia o 6 (!). Ponoć w latach 50-siątych na wsiach to była zwyczajowa pora, później wracano do domu i przygotowywano wszystko na przyjazd gości. Na waszych terenach też tak było, czy to po prostu dziwna wieś? 

   W czasach międzywojennych, na wsiach, do ślubu jeździło się pięknie udekorowanymi wozami. Pełno było na nich bibuł, kwiatów i kolorowych wstążeczek. Moja babcia opowiadała mi, jak w tamtych czasach ślub brała jej sąsiadka, śliczna, aczkolwiek znana ze swojej wredności Katarzyna. Jej wybranek był z kolei człowiekiem niezwykle spokojnym i sympatycznym; taka lekka fajtłapa „do rany przyłóż”. W dniu wesela, kiedy panna młoda była już uszykowana, przyjechali grajkowie a dzieci z sąsiedztwa (w tym moja mała wtedy babcia) czekały, żeby zobaczyć, jak przyszli małżonkowie wsiadają na przystrojony wóz i jadą w stronę kościoła, ktoś zadał niezwykle trafne pytanie: „-a gdzie jest pan młody?”.

   W całym rozgardiaszu nie zauważono, że oblubieniec nie przybył; Kaśka biegała wzburzona, rodzice próbowali ją uspokoić, a grajkowie, nie wiedząc co robić, zaczęli częstować się mocniejszymi trunkami. W końcu wysłano ojca młodej do miasta (rzecz miała miejsce na wsi oddalonej od niego o 3 kilometry), który po dwóch godzinach wrócił ze zgubą. Wiecie, gdzie był? U fryzjera, bo przecież musiał dobrze wyglądać na własnym ślubie!

   Myślicie, że zapraszanie gości było kiedyś tak proste jak dzisiaj? A skąd! Młodzi osobiście zapraszali tylko starszych gości i tych z najbliższej rodziny, a towarzyszyli im w tym muzycy i smaczne przystawki. Wiecie, tym sposobem okazywali im szacunek. Gości pozostałych zapraszali drużbowie – to akurat wygodne, nie musieć wszędzie zachodzić.

   Wtedy przed ślubem, podczas przygotowań panny młodej miało miejsce uroczyste, gromadne rozplatanie warkocza (a my dzisiaj od samego rana układamy wymyślne fryzury!) co miało symbolizować to, że młoda od tego dnia nie należy już do grona dziewcząt. Zaszczyt rozplatania warkocza przypadał zwykle najstarszemu bratu panny albo staroście weselnemu. Chociaż przyjmuje się, że w niektórych regionach rolę tę przejmowały druhny.

   Z czasów naszych prababek z kolei zupełnie inaczej wyglądała przysięga składana w kościele. Gdybym żyła kilka wieków wcześniej, wtedy powiedziałabym: „Ja, Agata, biorę Ciebie, Łukaszu za mojego własnego męża i ślubuję tobie chować wiarę małżeństwa świętego, aż do mej śmierci. Tako mi Pan Bóg dopomóż, Panno Maria i wszyscy święci.” Podoba mi się szczególnie ten fragment „za mojego własnego męża”, brzmi to co najmniej tak, jakbym miała możliwość wziąć go za męża koleżanki. Od dzisiaj zacznę mówić do męża „mój własny mężu”, epicko to brzmi.

   Oczepiny, tak jak i współcześnie, miały miejsce tuż po północy, ale na tym podobieństwo się kończy. Młodą mężatkę sadzano na środku sali, zdejmowano jej wianek, ścinano zapuszczane od maleńkości włosy i zakładano na głowę czepiec, który był symbolem mężatek. W tradycji przyjęło się, że młoda ma się przed tym bronić, uciekać i chować się przed drużbami, których zadaniem było „sprowadzenie” młodej na miejsce. W sumie się nie dziwię, też bym uciekała, gdyby chciano mi ściąć włosy.

   Nieco niezręcznie robiło się po oczepinach, kiedy miały miejsce pokładziny. Wszyscy biesiadnicy ze śpiewem na ustach, odprowadzali młodych do sypialni, żeby ci skonsumowali swoje małżeństwo. A my, współczesne młódki zrobiłyśmy się takie nieśmiałe, że pewnie spłonęłybyśmy ze wstydu, gdyby nasza ciotka, babcia i sąsiadka starowinka odprowadzałyby nas na naszą noc poślubną!

   Jak widzicie, co stulecie, to obyczaj. Nie zdziwię się, jak moje wnuczki nie będą miały pojęcia czym są oczepiny a do ślubu będą leciały odrzutowcem, bo taka będzie moda. A to, jak wszystko szybko się zmienia utwierdza mnie tylko w jednym- nic oprócz przysięgi, oprócz obietnicy miłości i wierności, nie jest ważne. Wszystko inne i tak przeminie. To jedno, mam nadzieję, zostanie.  


9 sty 2018

Nie bójmy się fantastyki, czyli "Belgariada" D. Eddings. I powiększyła się nam rodzina!


   Zacznę od tego, że czytelniczką fantastyki jestem trudną. Przez całe moje ćwierćwiecze przeczytałam sporo książek o czarodziejach, skrzatach, krasnoludach i wróżkach i dotąd pokochałam jedynie trzy serie – ku rozpaczy męża, który fantastykę uwielbia i chciałby dzielić ze mną tę pasję – Harry’ego Pottera, Artemisa Fowl i Belgariadę. Która, co warto zaznaczyć, jest moim odkryciem roku 2017.

   Garion wiedzie spokojne, dość skromne dzieciństwo pod okiem ciotki Pol, która jest może nieco oschła i surowa, ale bezwzględnie kocha chłopca całym sercem. Czas spędza na zabawach z rówieśnikami i rozmowach z wędrownym bajarzem, który od czasu do czasu odwiedza ich miasteczko. Pewnego dnia Garion wyrusza ze starcem w podróż, która całkowicie odmieni nie tylko jego życie, ale i los wszystkich ludzi. I bogów.

   Świat, w którym przyszło żyć Garionowi został całkowicie wymyślony przez autora, Davida Eddings’a w 1982 roku i muszę przyznać, że mi osobiście przypadł do gustu o wiele bardziej niż świat Tolkienowski- fani Tolkiena i Froda, nie palcie mnie na stosie!

   Wszystko, całe dzieje Belgariady zaczęły się w zamierzchłych czasach, gdy świat był jeszcze młody i rządziło nim siedmiu bogów, który nie ukrywali się – jak dzisiaj – przed ludźmi. Każdy z nich, z wyjątkiem Aldura, miał swój lud, który go wielbił i miłował. Aldur zaś, odepchnięty od ludzi, przygarnął zbłąkanego chłopca i pokazał mu wszystkie tajemnice Woli i Słowa, nadając mu imię Belgarath i tworząc z niego czarodzieja. Niedługo później najpiękniejszy z bogów, Torak, zapragnął dla siebie jeszcze większego uwielbiania i wywołał straszną wojnę, która zbudziła góry i wzburzyła morza. Bogowie odeszli w cień, wiedząc, że ich starcie zniszczyłoby świat i podarowali w ręce ludzkiego mężczyzny Klejnot, który zapobiegał władaniu Toraka. Po śmierci ów dzielnego człowieka, kamień miał pozostawać w rękach jego potomków, zapewniają ludzkości pokój. Jednak kilka dziejów później, gdy Garion zaczął dorastać wszystko się zmieniło.

„Świat, jak słyszałem, jest właśnie taki. Mijają stulecia, gdy nic się nie dzieje, a potem w ciągu kilku krótkich lat zdarza się coś tak straszliwie ważnego, że świat już nigdy nie jest taki sam jak przedtem.”

   Chłopiec nagle dowiedział się, że świat jest całkiem inny, niż mu się wydawało, że rana od miecza prawie zawsze jest zabójcza, że maga istnieje naprawdę i że są ludzie, których znało się od maleńkości wcale nie są tymi, za których się ich uważało.
   „Belgariada” jest fantastyczna przede wszystkim dzięki stylowi pisania Eddingsa; dawno już nie czytałam książki napisanej tak płynnie, tak magicznie. Zazwyczaj i najlepszym zdarzają się gorsze, bardziej nudne fragmenty w książkach, ale nie Eddingsowi. Możecie mi uwierzyć – ponad 1300 stron przeczytałam w ciągu tygodnia, a później byłam tak zniesmaczona swoim warsztatem literackim, że nie odważyłam się napisać recenzji. Jeżeli w tym momencie przestraszyliście się ilości stron, to spokojnie – po prostu Prószyński zdecydował się wydać razem pięć tomów całej sagi, którą można oczywiście czytać po kolei. Chociaż sądzę, że jeżeli zaczniecie czytać, to trudno będzie się wam oderwać.

   Cudowna jest postać samego Belgaratha, którego niektórzy porównują z Gandalfem i Dumbledorem- chociaż tylko jeden powstał przed nim. Ja osobiście się z tym nie zgadzam, Gandalf był bardziej stateczny, poważny, Belgarath natomiast był nieco ekscentryczny i diabelnie ironiczny, co mnie w 100% do niego przekonało. Miło było również obserwować Gariona, który – tu muszę przyznać szczerze – w przeciwieństwie do Pottera zachowywał się jak normalny nastolatek, a nie jak wybraniec. Początkowo był pogubiony i zdesperowany, reagował na wiele spraw złością, ale w miarę nabierania doświadczenia i lat na karku, we wspaniały sposób zmienił się w fajnego, dzielnego mężczyznę. I chyba to najbardziej mi się w „Belgariadzie” spodobało – mimo, że jest to fantastyka, ludzie są po prostu ludźmi i mają takie słabości, jakie znamy z życia codziennego.

   Nie brak tam i powiewu miłości, chociaż trudno byłoby nazwać oziębłą i wspaniałą jednocześnie Pol namiętną… jej odrzucanie, a raczej jawne ignorowanie przejawów miłości przystojnego rycerza było tak urocze, że mogłabym przeczytać o nich osobną książkę. Femme fatale w świecie fantastyki, wyborne!

   Jest to również książka bardzo dojrzała i niesie za sobą wiele cennych, mądrych rad, które są przemycane w taki sposób, że nie rażą mnie w oczy. Nie ma wielkich, przejmujących mów – to w zwykłych rozmowach między bohaterami pojawiają się te słowa, które najbardziej trafiają w czytelnika.

„Wszyscy żyjemy tyle, ile potrzeba. Ja akurat mam do zrobienia coś, co zajmuje bardzo dużo czasu.”

   Walka bogów, walka ludzi, walka dobra ze złem, moralności z kłamstwem – w „Belgariadzie” okazuje się, że nie wszystkie bitwy da się pokonać za sprawą miecza i odpowiednich czarów. Czasami, aby pokonać wroga, trzeba najpierw pokonać samego siebie. „Belgariada” to seria dla tych, którzy nie są z fantastyką za pan brat na co dzień, ale którzy lubią poznawać coś innego, zatopić się w świecie, który powstał tylko i wyłącznie w czyjejś głowie. A jest to świat pełen ironii, sarkazmu, magii i przygody – i nawet ja mogłabym w nim żyć!

   PS - Chciałabym przedstawić Wam nowego członka naszej rodziny. Winnie (tak, jak Winnie the Pooh.) Żeby nie było wątpliwości - to kobieta jest (nawet widać po oczach, no), ale że moja rodzicielka wymyślała imię, to można się pomylić. 1,3 kilograma szczęścia. 


3 sty 2018

"Pamiątka po dobrej matce", czyli jakie rady młodej córce dawała mama w 1819 roku?


   Wszyscy lubią czytać nowości, nie ma się co w tej sprawie oszukiwać. Jednak stare książki, dawno już zapomniane, niosą ze sobą bardzo dużo życiowej prawdy. Na przykład pozycja Klementyny Hoffmanowej z 1819 roku jest istną kopalną wiedzy. Pamiątka po dobrej matce, czyli ostatnie jej rady dla córki to dzieło, które wam dzisiaj zrecenzuję. Bo po świętach zasługujemy na coś lekkiego. Chociaż nie jestem pewna czy te zaserwowane rady są naprawdę takie lekkie…

   Do zupełnego w małżeństwie szczęścia trzeba, aby mąż w wieku i w rozsądku, w naukach i w majątku wyższość miał nad żoną – mój mąż ma nade mną wyższość w wieku i w sumie można powiedzieć, że w rozsądku też, bo ja to jestem w gorącej wodzie kąpana i z rozsądkiem to mi nie po drodze. Więc przynajmniej połowę standardów z XIX wieku spełniamy!

   Miej zupełną ufność w mężu, nigdy nic przed nim nie taj, nie ukrywaj, niech zawsze twoim doradcą będzie – już to widzę, jak zamiast przyjaciółki pytam męża, czy lepsze są tampony z firmy X czy Y… A w przypadku, gdyby zaczął mi mówić o ich zaletach i wadach to poczułabym pewien niepokój, skąd on to wie i gdzie on to wsadza…

   Każde znaczniejsze ubliżenie przyjmij ze słodyczą – kochanie! Jak ja się cieszę, że powiedziałeś, że jestem gorszą wersją Twojej matki, jak to miło, że uważasz mnie za zero, jakże raduje się moje serce, że mogę być traktowana przez Ciebie gorzej niż szmata do podłogi! Ta. Jasne. Już pędzę tak mówić.

   Poznawaj najdrobniejsze gusta jego, dogadzaj mu, okazuj mu tysięczne względy, otaczaj go pieczołowitym staraniem […] skoro będziesz nieustannie zajęta wygodą jego, sprawisz, że mu nigdzie tak dobrze jak przy tobie nie będzie – a później powie Ci, że odchodzi do kochanki, bo ona ma swoje zdanie i nie nadskakuje mu jak królewiczowi i on przy niej może czuć się mężczyzną.

   Nie wymagaj nigdy od męża starań kochanka – czyli można mieć kochanka, żeby on takie starania wykonywał wobec mnie?

   Choć zdrowie twoje nadwyrężone będzie, znoś cierpliwie dolegliwości, nie skarż się, nie narzekaj – Kochanie, weź przestań, ja te gary umyję, przecież rana po amputacji ręki już prawie mi się zagoiła, przecież to tydzień minął!

   A matematyki niech zna tylko tyle, by z prostej nie zboczyła linii – jak mi się to zdanie podoba! Cudowne jest, szczególnie, że ja z matematyką zawsze byłam na bakier i teraz żałuję, że nie trafiłam na niego dziesięć lat temu – miałabym wymówkę, dlaczego nie pojmuję tangensów.

   Niewiasta ulegać umiejąca na zawsze szczęśliwą i kochaną zostanie – i się wydało. Czeka mnie długie, nieszczęśliwe życie, bo ja ulegać to nie potrafię zdecydowanie. Może trzeba mi było wybrać drogę duchowną i wstąpić do zakonu? Chociaż tam też trzeba ulegać i wstawać o 5 rano.

   Każda kobieta powinna znać dobrze rachunki, znać się na kuchni, na wszystkich szczegółach gospodarskich, umieć pokroić, uszyć, zrobić rzecz każdą […] igła pierwsze miejsce mieć powinna przed piórem i pędzlem – na rachunkach się nie znam, ugotować umiem z dziesięć potraw, szyć kompletnie nie potrafię a co do zrobienia rzeczy każdej, to mam wątpliwości czy bym się w tym temacie odnalazła. I niestety pióro u mnie ma miejsce nadrzędne nad igłą. Przekichane.

   Mam nadzieję w łasce i dobroci stwórcy, że znajdziesz małżonka, dla którego posłuszeństwo i uleganie miłym dla ciebie będzie obowiązkiem – mam nadzieję, że w łasce i dobroci stwórcy znajdziemy małżonków, którzy wyśmieją te rady i nie będą ich od nas wymagać.

   Kobieta chcą dopełnić powołania swego, nie powinna zbyt wiele czasu poświęcać księgom, umysł jej słabszy, serce czulsze od męskiego, podatniejszą ją czyni do przyjęcia fałszywych zdań… Powinna więc jedynie czytać takie książki, które by podniosły jej duszę, ukształciły serce… Nie wypada jej także nigdy czytać bardzo wiele. Zbytek w tej mierze jest naganny, obarcza umysł i szkodę zamiast korzyści przynosi – jestem skończona! Moje podatne serce i słaby umysł chłoną wszystko z książek, więc może dlatego jestem taka a nie inna! Swoją drogą, mogę teraz powiedzieć mężowi, że przepraszam bardzo, ale nie wyrwał mi książki z ręki jak czytałam, to niech się nie dziwi, że czasami zachowuje się irracjonalnie.


   Kobiety kochane moje! Widzicie jak macie dobrze, że żyjecie w XXI wieku i możecie poświęcać czas na prowadzenie bloga, rozwijanie swoich pasji a nie tylko szydełkować i cerować skarpety swoich ukochanych i czcigodnych mężczyzn? I dla mężczyzn to lepiej, że mają partnerki równe sobie a nie podległe i nieśmiałe żony, których główną życiową misją jest ugotować bigos, który zasmakuje małżonkowi.


   Rozwijam się z okazji nowego roku - zapraszam na mojego Instagrama, gdzie możecie uszczknąć więcej z mojego prywatnego życia. Czyli po prostu, trochę mnie pośledzić, za moim przyzwoleniem. 

2 sty 2018

Ile można zrobić dla ułudnej sławy? "Fashion Victim" Corrie Jackson


   Kilka dni przed świętami otrzymałam tajemniczą przesyłkę. Książka o niepokojącej, lekko psychodelicznej okładce, była obwinięta w taśmę policyjną rodem z amerykańskich seriali. Lubię, kiedy wydawnictwo daje coś od siebie przesyłając blogerom egzemplarze recenzenckie – czuję się wtedy bardziej doceniona, lekko przekupiona dobrym pierwszym wrażeniem. I muszę przyznać, że to pierwsze dobre wrażenie nic a nic się nie zmieniło po skończeniu lektury. O czym jest „Fashion Victim”?

   Wielki świat mody. Zewsząd otaczają nas przepiękne modelki, o idealnych figurach, prężące się radośnie na kolorowych okładkach. Wszystkie gorąco w wywiadach zapewniają, że oto właśnie spełniają swoje największe marzenia, że bycie modelką to to, co najpiękniejszego mogły sobie zażyczyć od losu. Uwielbiają flesze aparatów, dobrze czują się na bankietach organizowanych często przez firmy odzieżowe czy kosmetyczne. Rzesze młodych dziewcząt gotowych jest zrobić naprawdę wiele, aby dostać się na sam szczyt, aby pracować z największymi projektantami i fotografami. Gdzie jednak jest granica? Ile można zrobić dla ułudnej sławy?

   Natalia była młodą dziewczyną z Europy Wschodniej. Pochodziła z biednej rodziny, nie miała większych perspektyw w życiu, dlatego gdy wypatrzyła ją agentka modelek, dziewczyna bez zastanowienia zostawiła za sobą wszystko, bez namysłu rzuciła się w wielki świat, chcąc chociażby uszczknąć niewielki kęs z tego bogactwa i błysku fleszy. Pewnego dnia przypadkowo spotkała Sophie Kent, reporterkę z londyńskiej gazety „The London Herald”. I wtedy machina ruszyła.

„Chciałam ci uświadomić, że czasami dowiedzenie się o czymś złym może być dobre.”

   Sophie już po kilku spotkaniach, na które namówiła Natalie, wyczuła, że dziewczyna coś ukrywa, chociaż początkowo nie przywiązywała do tego większej wagi. Miała nadzieję na dobry, rzetelny artykuł, który pomoże utrzymać jej się w redakcji. Sytuacja zmieniła się w momencie, gdy początkująca modelka została brutalnie zamordowana a policji nie udało się ustalić, kto stoi za tą zbrodnią. Sophie zrozumiała, że sekret, który nosiła w sobie Natalie mógł przewrócić elitarny świat mody do góry nogami i dlatego ktoś ją uciszył. Zaczęła więc węszyć. I odkrywać coraz więcej okropności. Dlaczego Natalia została zamordowana? Czy naprawdę była już pełnoletnia, jak zapewniały jej dokumenty, czy miała jedynie czternaście lat, jak sądziły niektóre jej koleżanki? Czy ktokolwiek był gotów stanąć w obronie tej dziewczynki? I czym zawiniła, że zginęła?

   Nie jest to książka, którą bez zająknięcia zaakceptują fani Christie, Maxima czy Hoag, bo sama zagadka kryminalna nie jest najwyższych lotów. Z drugiej jednak strony, brak dużych zawiłości związanych w morderstwem przypadnie do gustu osobom, które od książek oczekują jedynie wytchnienia, relaksu i ukojenia. Jednakże książka broni się czymś jeszcze – postacią głównej bohaterki, Sophie. Wszystko dlatego, że pomimo hartu ducha i przebojowości, kobieta niesie ze sobą ogromny ciężar, jakim jest strata bliskiej osoby. Powoduje to, że jest on bardzo ludzka, zwyczajna, brak jej maniery, którą charakteryzował się chociażby sławetny Poirot. Sophie jest tak zwyczajna, że mogłaby pracować nie w londyńskiej gazecie, ale w naszym rodzimym Przekroju czy Newsweeku; a każdemu chyba sprawia radość możliwość utożsamienia się z głównym bohaterem.

   Smaku „Fashion Victim” dodaje również fakt, że autorka książki sama przez lata pisała o modzie, więc zna się na rzeczy i sprawnie porusza się pomiędzy znanymi markami i relacjami, jakie panują w show-biznesie. Ja jako totalna ignorantka, czułam się pewnie, bo Corrie Jackson prowadziła mnie za rączkę i tłumaczyła wszystkie zawiłości jakie panują w tym obcym dla mnie świecie. Jeżeli więc wy również nie znacie się za dobrze na Diorze, Londyńskim Tygodniu Mody i fenomenie Vouge’a – nie obawiajcie się, autorka wszystko wytłumaczy wam w taki sposób, że po lekturze tej książki mimochodem zdobędziecie nową wiedzę.

   Podsumowując. Zapoznanie się z „Fashion Victim” niesie za sobą same korzyści – po pierwsze, jeżeli nie jesteście przyzwyczajeni do kryminałów, to ta książka może wam pomóc polubić ten gatunek literacki. Po drugie – można utożsamić się z główną bohaterką i poczuć się dziennikarką rzuconą w sam wir zbrodni i nienawiści. Po trzecie – zdobywacie wiedzę o świecie mody, a nigdy nie wiadomo, kiedy takie informacje okażą się przydatne. I po czwarte – Corrie Jackson zapewnia świetną rozrywkę. Przed nami jeszcze kilkanaście długich, zimowych wieczorów, więc dobre lektury się przydadzą!


Premiera książki 17 stycznia.