17 lis 2017

List do Mikołaja.


Mikołaju!

   Na samym początku postanowiłam wylać do Ciebie wszystkie swoje żale, bo nie warto odkładać na później tego co nie miłe. A więc – chciałam rok temu pod choinką znaleźć susła i co? Susła brak a sprawdzałam, czy się gdzieś czasami w iglastych gałęziach nie zaplątał, ale nie! Przez cały rok było mi niezmiernie smutno z tego powodu, że nie spełniłeś mojego choinkowego życzenia. Wiem, że w zamian dostałam mężą, ale Mikołaju, powiedzmy sobie szczerze – suseł to jednak suseł. I brak susła boli.

   Skoro mamy już za sobą tą nieprzyjemną część, możemy przejść do konkretów. Bardzo się cieszę, że Mikołajowa skorzystała z mojego prezentu (płyty Chodakowskiej!) i że straciła pięćdziesiąt kilogramów wagi. Jednocześnie bardzo mi przykro, że teraz zamiast Ci pomagać szykować prezenty, siedzi w willi Playboya i przywdziała króliczy ogonek – wiem, jak nie lubicie się z wielkanocnym zającem i rozumiem, że może być to zniewaga w Twoją stronę.

   Tak, jak w poprzednim roku, proszę o trochę pieniędzy.  Nie to, że lubię je wydawać i kupować ciągle nowe rzeczy, oj nie. Nie lubię, ale muszę, żeby podratować polską gospodarkę, która ostatnio podupadła, więc w gruncie rzeczy ten prezent jest nie tyle dla mnie, co dla patriotyzmu. Albo chociaż mógłbyś przesłać mi sześć cyfr, które pomogą mi wygrać w totka – to przecież nic nie kosztuje a na pewno masz odpowiednie znajomości. W najbliższej przyszłości trzeba będzie kupić jakieś mieszkanie i stworzyć swój mały przytulny świat, więc milion akurat się przyda.

 Czego mogę sobie życzyć na nadchodzący rok? Spokoju, szczęścia, może kogoś trzeciego. Życzę sobie tego, żebym za kilka lat zrobiła wigilię u siebie, żebym dostała od męża śliczne malutkie kolczyki – może w kształcie susła – żebym pokazała dziecku jak zawiesza się bombki na choince, żeby przy stole zastawionym najnowszym kompletem talerzy, kupowanym dwa dni przez wigilią, bo stary się wyszczerbił, zasiedli wszyscy ci, którzy coś znaczą w moim życiu. Żeby z radia cichutko grała „Cicha noc”, żeby było przytulnie, ciepło, żeby nasz leniwy kot leżał rozłożony na kaloryferze. Żeby chociaż raz jeszcze przy wigilijnym stole spotkali się wszyscy ci, którzy byli tam jeszcze kilka lat temu a teraz porozjeżdżali się w różne strony i ich miejsca stoją puste i czekają cierpliwie na ich powrót. I żeby nowi ludzie zajmowali nowe miejsca i żeby siedzieli na nich długo, przez wiele śnieżnych, mroźnych Świąt. 

   Życzę sobie głośnej, rodzinnej wigilii i późniejszej ciszy, która zapadnie, jak wszyscy już się rozejdą do domów, dzieci pójdą spać a ja zostanę sama na kanapie z mężem, w ciemnym pokoju, gdzie świecić będzie tylko choinka.
   I żeby na drugi dzień odwiedzili nas nasi przyjaciele, ze swoimi już rodzinami, ze swoimi dziećmi, swoja dorosłością. Chciałabym, żeby tak jak dzisiaj, byli i za kilka lat, żeby ubiegające lata nic nie zmieniły. Żeby niektóre przyjaźnie, te nowe, raczkujące, jeszcze się pogłębiły a te, które mają już kilka lat, trwały nadal i żeby nic się w nich nie zepsuło.

   I sielanki sobie życzę. I Tobie, Mikołaju, też. Bo cóż może być piękniejsze niż normalne życie?
Walcz o Mikołajową! Kup jej pączki, wyrzuć płytę z ćwiczeniami i kochaj ją z jej wszystkimi kilogramami. Pozdrawiam renifery, szczególnie Pyszałka, bo o nim zawsze mówi się najmniej. Każdego z osobna całuję w mokry, zimny nos.

   Do usłyszenia za rok! Nie myśl sobie, że po ślubie przestanę do Ciebie pisać. Przecież nadal pozostanę w środku małym dzieckiem, które wierzy, że pod poduszką znajdzie prezent od samego Świętego.


Agata. 

13 lis 2017

#zbliżamy się, czyli „Listy do M 3”.


   Wigilia to taki czas, kiedy chce się mieć przy sobie tylko najbliższe osoby; to kilka godzin wyrwanych z trzystu sześćdziesięciu pięciu dni zmartwień, niepewności, gonitwy, żalów i codzienności, kiedy nie liczy się nic, poza podzieleniem się opłatkiem, wysłuchaniem corocznej opowieści wuja o tym, jak nie zabił karpia, tylko hodował go przez kilka kolejnych miesięcy i wysłuchaniem kolędy, która nieprzerwanie, od kilkunastu lat sprawia, że roztapia się nam serce.

   Kiedyś zapowiedzią nieuchronnie zbliżających się świąt był padający w okolicach połowy grudnia śnieg; zmiany klimatyczne sprawiły, że obecnie w Wigilię mamy pogodę bardziej jesienną, niż zimową, dlatego też ducha świąt zapowiadają nam czekoladowe bałwanki dostępne w każdym supermarkecie, girlandy łańcuchów porozwieszane na mieście i premiera „Listów do M.”

   Czy warto wybrać się na trzecią część tego hitu sprzed kilku lat? Cóż, jeżeli poczytacie trochę recenzji w Internecie to zostaniecie zapewnieni, że absolutnie nie warto. Recenzenci, dziennikarze i publicyści grzmią, że ten film jest zbyt płaski, zbyt idealistyczny, mijający się z tym, co tak naprawdę przedstawia realny świat. Bo przecież nie można zakochać się z nieznajomej osobie, nie można porzucić kilkuletniego oświadczającego się właśnie partnera tylko po to, żeby pocałować chwilę temu poznanego biednego weterynarza. Niemożliwe jest dostać od nieznajomego piękną balową czerwoną suknię, którą widziało się kilka godzin wcześniej fruwającą po niebie. I trudno jest wyobrazić sobie wybaczenie ojcu czterdziestoletniej nieobecności.

   Jak dla mnie – właśnie z powodu tych wszystkich absurdów film ten należy obejrzeć. Bo kiedy, jak nie w święta powinniśmy wierzyć w te wszystkie cuda? Kiedy mamy dać szansę drugiemu człowiekowi, jak nie w dzień, kiedy wybacza się wszystko? Chcę chociaż w ten jeden dzień wierzyć niezachwianie, że można zakochać się tak po prostu, bez analizowania i bez nadmiernego zastanawiania się, czy to właściwe. Chcę na powrót – jak za dziecięcych lat – być przekonaną, że księżniczki i książęta istnieją i że piękne czerwone sukienki tańczą po niebie. I że człowiek jest zdolny do wybaczania i do zapominania.

   W „Listach do M 3” zachwyciła mnie nie tyle gra aktorska, co scenariusz; być może był bajkowy, ale już od samego początku filmu reżyser puszcza do nas oko, jakby chciał przekazać, że wie, że tak nie wygląda świat. Jednak prosi nas żebyśmy na półtorej godziny o tym zapomnieli i żebyśmy dali się porwać w ten wigilijny dzień.

   Co do aktorów, wielka pochwała należy się Wojciechowi Malajkatowi – jak dla mnie to nasz osobisty pan Darcy z „Bridget Jones”. Mimo, że tym razem sam reprezentował na ekranie swoją filmową rodzinę, to czułam niezwykłe ciepło, które buchało z jego związku z Małgorzatą. Co mnie kompletnie rozczuliło to scena z pokoju pełnego prezentów pochowanych w najróżniejszej wielkości pudła, okraszonych karteczkami z kolejnymi latami; to Małgorzata, która wiedziała, że odejdzie, zostawiła prezenty dla swojego męża na wszystkie kolejne Wigilie.  

   Brak było w tej części filmowej Tosi, czyli Julki Wróblewskiej i produkcja - moim zdaniem - tylko na tym zyskała. Osobiście nie przepadam za zachowaniem tej młodej aktorki i wolę pamiętać ją z czasów kiedy była mała i urocza, niż z żartów na temat przejechanego lisa. Trochę gorzej zniosłam brak Macieja Stuhra i Romy Gąsiorowskiej, którzy byli głównym filarem tej opowieści; jednak później doszłam do wniosku, że być może i dobrze się stało, bo brak ich epizodu dał więcej miejsca dla innych. Pojawiły się nowe postacie i nowa historia miłosna - nieco inna, nieco "żwawsza" i nieco mniej rozczulająca, ale przecież każda miłość rządzi się własnymi prawami.

   Epizodyczne role Hanny Śleszyńskiej i Joachima Lamży były wprost fenomenalne i przypominały rodziców Kasi Solskiej z kultowej polskiej komedii „Kogel-mogel”. Nawet i Tomasz Karolak zagrał – po raz pierwszy chyba – poważnie i wyważenie; jasne, wciąż był tym szalonym Melem z poprzednich dwóch części, ale trochę jakby dorósł i zrozumiał, co w życiu jest tak naprawdę ważne. Mały Kazik, który dorasta na oczach widzów, czyli Mateusz Winek, jest przesłodki. Jak kiedyś uparcie powtarzałam, że syna nie chciałabym mieć, to patrząc na niego zmieniam zdanie, bo jednak i chłopcy mogą być uroczy! Zakochałam się w tym maluchu i nawet w jego niezbyt stylowej fryzurce.



   Jedyny mój osobisty minus dla tej ekranizacji to makijaże bohaterek – każda, ale to każda aktorka miała innym kolorem szminki pomalowaną górną wargę a innym dolną. Pamiętam ten trend z początku roku i nie czepiałabym się, gdyby jedna, dwie z niech miały w ten sposób zrobiony make-up, ale żeby nagle wszystkie? Lekko mnie to irytowało. Już prędzej uwierzę w tę sukienkę, niż w to, że kilkanaście kobiet maluje się w ten sam sposób. 

   Podsumowując, „Listy do M 3” to przedsmak zbliżających się świąt i historia, która daje nadzieję, że być może niekiedy cuda się zdarzają. Trzeba tylko dokładnie ich wypatrywać. Jak czerwonej sukienki tańczącej po niebie.

   Naprawdę. Cuda się zdarzają! 

10 lis 2017

Książka, która opowiada o tym, o czym milczą podręczniki od historii. Andrzej Zieliński "Żony, kochanki, damy, intrygantki".


   Nie da się ukryć, że to mężczyźni zawsze władali światem. Dzierżyli berła, nosili na głowach złote korony, decydowali o poczynaniach wojsk i o rozpoczęciu i zakończeniu wojen. To mężczyźni przez wiele wieków decydowali co jest nakazane, a co zabronione, co właściwe a co nieprzyzwoite. Karali, nagradzali, posyłali na wojnę i skazywali na wygnanie. Kobiety stały wtedy z tyłu, za główną rolę mając jedynie urodzenie potomka płci męskiej, który mógłby w przyszłości objąć tron po ojcu. W wieku dwunastu lat były oddawane możnowładcom, wydelegowywane z własnego kraju i podróżowały do oddalonych o setki kilometrów państw, aby tam służyć nowego panu i przymykać oko na jego zdrady i nieślubne dzieci. Jednak tak to natura dobrze wymyśliła, że stworzyła miłość – uczucie, które ponoć bierze się ze skomplikowanej reakcji chemicznej, tak niejasnej, że nie można wywołać jej sztucznymi sposobami. A kiedy król zaczął swoją królową kochać… cóż, wtedy zmieniały się losy świata.

   Na lekcji historii uczyłam się głównie o mężczyznach; z kobiecego grona znałam tylko królową Bonę, królową Jadwigę i Annę Jagiellonkę, ale cała wiedza o nich sprowadzała się kolejno do włoszczyzny, nieprzeciętnej urody i jej kompletnego braku. Na szczęście miałam okazję przeczytać wydaną wczoraj książkę „Żony, kochanki, damy, intrygantki. Niezwykłe kobiety u boku naszych władców.” To książka, która opowiada o tym, o czym milczą podręczniki do historii. O tym, jak wielki wpływ na nasz kraj miały kobiety niekiedy kompletnie pominięte bądź takie, których zasługi zostały zdegradowane do kilku mało interesujących ciekawostek.

   Na pewno nie wiecie, że królowa Bona była świetnym politykiem; gdyby nie to, że jej mąż, Zygmunt Stary ani syn – Zygmunt August, nie byli orędownikami zmian, polskie ziemie byłyby o wiele większe. Zresztą syn Bony nieraz oskarżał ją o próby otrucia jego i jego ukochanej, Barbary Radziwiłłówny, która faktycznie zmarła młodo, jednak przyczyną jej zgonu nie była trucizna a…. syfilis, choroba weneryczna. Zresztą z tego samego powodu zmarł i on sam, jej wieloletni kochanek. I właśnie w kontekście ich historii autor książki zadaje bardzo ważne, choć w tamtych czasach kompletnie ignorowane pytanie:

„Pozostają jeszcze pytania znacznie szerszej natury: czy król ma prawo do osobistego szczęścia? Co ważniejsze: tron czy miłość? I wreszcie – gdzie są granice tego osobistego szczęścia monarchów.”

   Próżno jest szukać w historii monarszej wielu prawdziwych miłości; w większości przypadków już kilkuletnie dzieci były ze sobą swatane, by w momencie ukończenia przez dziewczynki 12 roku życia, rozpocząć prawdziwe małżeńskie pożycie. Ciężko jest uwierzyć, by z takich znajomości zrodziły się wielkie, ponadczasowe miłości. Najbardziej chyba szanowana i pamiętana królowa polski – Jadwiga, bardzo lubiła a może i nawet kochała mężczyznę, który od maleńkości był jej przeznaczony, Wilhelma Habsburga. Niestety, po śmierci starszej siostry musiała kompletnie zmienić swoje życie, przyjechać do Polski i poślubić Jagiełłę, księcia Litwy, który był od niej o kilkanaście lat straszy i z którym nawet nie mogła się porozumieć, bo nie władali tym samym językiem. Jesteście w stanie wyobrazić sobie was, w wieku lat dwunastu, kiedy mężczyzna bardziej niż dorosły staje się waszym panem, władcą i jesteście od niego uzależnieni? I kiedy zamiast bawić się z przyjaciółmi, macie za zadanie jak najprędzej zajść w ciąże i urodzić zdrowego, silnego dziedzica? Może to właśnie z tego powodu, że życie w tamtych czasach toczyło się szybko, gwałtownie, te kobiety były tak silne? Może dlatego, że przez społeczeństwo uparcie były usuwane w cień, tak bardzo z tego cienia błyszczały?

   Poruszająca jest historia Anny Jagiellonki, córki i siostry jednych z największych władców ówczesnej Europy. Nie wiadomo do końca, dlaczego rodzice poskąpili jej posagu, dlaczego nie starali się wydać jej dobrze za mąż; zamiast tego o jej rękę starali się jedynie chorzy psychicznie i sadyści, co spowodowało, że dziewczyna zaczęła popadać w hipochondrię i zamykać się przed światem zewnętrznym. Do historii przeszła jako osoba mało urodziwa, której nikt nie chciał pojąć za żonę. A przecież – z tego co można wyczytać w starych kronikach – wcale brzydka nie była. W przeciwieństwie do Elżbiety Rakuszanki, która miała silne skrzywienie kręgosłupa, lordozę, skoliozę, wadę zgryzu taką, że z ust wystawały jej górne siekacze, a do tego obwisłą dolną wargę – co potwierdziło badanie jej szkieletu w XX wieku. Mimo to Kazimierz Jagiellończyk, który ją poślubił z czasem ją pokochał i traktował z szacunkiem i oddaniem.

    „Żony, kochanki, damy, intrygantki. Niezwykłe kobiety u boku naszych władców” to lektura, która być może przekona was do tego, że historia to nie tylko zbiór dat i podporządkowane im wydarzenia. Być może pokaże wam, że tak naprawdę to opowieść, która nie została przez nikogo wymyślona, ale która wydarzyła się naprawdę. To wiele miłości, wiele zdrad, wiele smutku i wiele rozgoryczenia, których autorami byli ci, którym przyszło żyć przed nami. A skoro to właśnie życie pisze najpiękniejsze historie… jak można nie chcieć ich znać?

7 lis 2017

Typy panien młodych.

   Od mojego ślubu minęło już ponad cztery miesiące kiedy?! i dzisiaj mam dla Was humorystyczne zestawienie typów panien młodych, jakie można spotkać na tym ziemskim padole. Jeżeli byłyście, jesteście lub będziecie którymś z tych typów, to nie czujcie się urażone, bo biorę z nich to, co najgorsze a nie to, co najlepsze.

   Panna Budżetowa – tnie koszty jak tylko się da. Paradoksalnie takie kobiety mają najczęściej pieniędzy jak lodu, ale oszczędzają dla samej frajdy oszczędzania. Do ślubu pójdą w starych szpilkach, bo po co inwestować w nowe, suknię ubiorą po kuzynce, która brała ślub przed dziesięciu laty, a Młodemu kupi nowy garnitur, ale z zastrzeżeniem, że będzie go miał od razu na chrzciny dziecka i do trumny, co by się inwestycja zwróciła…

   Princessa – już w przedszkolu zaczęła tworzyć notes z planami tego jedynego, najważniejszego dnia w życiu. Wie jaką ubierze suknię, wie, że do kościoła pojedzie bryczką zaprzęgniętą w białe rumaki i wie, że do ołtarz poprowadzi ją ojciec, ubrany w surdut. Już od gimnazjum rozglądała się za idealnym chłopakiem, który wpisze się w jej wizję. Byle nie rudy, bo jego włosy będą się gryzły z fuksjowymi dodatkami, które leżą już gotowe w szafie w jej pokoju.

   Perfekcjonistka – wszystko musi być idealne. Nawet księdza celebrującego mszę potrafi wysłać trzy dni przed ślubem do fryzjera, żeby wyglądał porządnie i ładnie prezentował się na zdjęciach. Perfekcjonistka niczego nie pozostawia przypadkowi – nad wszystkim panuje. Gdyby mogła, ubrałaby każdego z gości, żeby się kolorystycznie nie gryźli na zdjęciach…

   Pesymistka – ona wie, że coś się nie uda. Orkiestra się upije, zabraknie światła, pan młody zacznie obłapiać świadkową a ksiądz pomyli ich imiona… Dla niej dzień ślubu jest najtragiczniejszy w życiu, bo zamiast cieszyć się, że oto ma męża, ona wypatruje na horyzoncie potencjalnych katastrof. A jeżeli żadna się nie przytrafi to jest niepocieszona i nie wie, jak to mogło się stać!

   Oryginalna na siłę– może wcale nie lubić nowoczesnych form i może być fanką tradycyjnego rosołu i schabowego, ale na wesele wybierze pieczone polędwiczki z dzika w sosie szafranowym i ubierze suknię pełną geometrycznych wzorów i piór. Wszystko po to, żeby się wyróżnić i żeby cała rodzina zapamiętała, że to ona, właśnie ona, nikt inny, była oryginalna!

   Wspominkowa – zamiast skupić się na dniu wesela, ona wspomina. Zaręczyny, moment wybierania sali i orkiestry i opowieści babci, jak to jej rodzice się poznali. Chce, żeby cały ten dzień był ukoronowaniem wszystkich jej najpiękniejszych wspomnień, ale niestety często zamiast cieszyć się ślubem, spędza go na wspominaniu tego co już było.

   Wypominkowa – zanim kogoś zaprosi, zastanowi się czy dana osoba nigdy nie zrobiła jej nic złego. W tym celu cofnie się cztery pokolenia wstecz, przepyta całą wieś o dane personalne osoby oraz jej intencje i jeżeli taki delikwent nie będzie miał niczego na sumieniu – wręczy zaproszenie. A jeżeli stwierdzi, że taka osoba nie zasługuje na miejsce przy jej weselnym stole – skomentuje to na tyle głośno i dobitnie, żeby i w sąsiedniej miejscowości wiedzieli, że ktoś nie dostąpił zaszczytu otrzymania ręcznie tłoczonego zaproszenia ślubnego. Zresztą osoby uczestniczące w weselu muszą na wszystko uważać, bo inaczej zostaną srogo obgadani po uroczystości. I z pewnością zostanie im wypomniane ile włożyli w kopertę...

   Podziękujmy za wszystko – o matko moja, jak ja takich osób nie mogę. Podziękowania dla rodziców, chrzestnych i dziadków jakoś rozumiem – chociaż z trudem, ale niekiedy widziałam na forach pomysły z podziękowaniami dla kuzynki, bo tydzień prędzej obchodziła czwartą rocznicę ślubu, albo podziękowania dla księdza, za to, że odprawił młodym ślub. Obecnie dziękuje się już nawet za to, że osoby niezaproszone na wesele przyjdą do kościoła – serio! Sama byłam zdziwiona, więc zbierzcie paszczęki z parkietu. I uprzedzając pytania – takim osobom, które przychodzą tylko do kościoła, dziękuje się zazwyczaj butelką wódki i … migdałem.

   Roszczeniowa – największym przywilejem jej teściów i rodziców jest to, że mogą zapłacić za jej wesele. Ona nie rozumie tych, którzy chcą płacić sami, no bo jak to tak unieszczęśliwiać rodziców i nie zabrać im tych trzydziestu tysięcy złotych, które na pewno mają i pragną przeznaczyć na wesele swoich ukochanych dzieci? A dzieci w takim wypadku nie próżnują – zapraszają dwieście osób, zamawiają fotobudkę, trzech fotografów, ośmiu kamerzystów a do kościoła podjeżdżają samochodem za kilka tysięcy. A w podziękowaniu za to wszystko dadzą rodzicom wino, kawę i pudełko czekoladek. Ewentualnie statuetkę „jestem najlepszą mamą Magdy!” – jak gdyby ta przykładowa Magda miała więcej mam…

   Tych typów jest tak dużo, że chyba muszę je rozdzielić na dwie części… Poza tym – piszcie jakie wy znacie typy kobiet wychodzących za mąż. Z pewnością wezmę pod uwagę i wasze propozycje w dalszej części! Podsumowując zaś część pierwszą mogę powiedzieć tylko tyle: 


Kochani! Poszłam z duchem czasu, założyłam blogowi stronę na facebooku. Zapraszam do lajkowania, klik w górnym prawnym roku. Tam z pewnością będzie mnie więcej i bardziej prywatnie.

PREMIEROWO "Dwie rodziny" Joanna Miszczuk


   Na początek zobrazuję wam scenę z wczorajszego wieczora; mąż mój przeglądał coś w czeluściach Internetu, ja zaś czytałam książkę, którą uważałam za zwykłą, typową rodzimą obyczajówkę. W pewnym momencie, po przeczytaniu jednego krótkiego zdania tak się zszokowałam, że małżonek przeraził się co mi się stało – pewnie nie był świadomy, że jak jestem zdziwiona to wyglądam tak, jakbym dostała udaru. Później stwierdziłam, że właśnie to, że autor potrafi zszokować swojego czytelnika jest jego najlepszą reklamą i najlepszą pochwałą dla jego kunsztu.

   Historia „Dwóch rodzin” zaczyna się typowo. Jest on – Marek, jest ona - Ewa, kochają się i zamierzają pobrać; jak to w polskiej rzeczywistości bywa, aby rozpocząć wspólne życie, on decyduje się na wyjazd za granicę, aby zarobić niemałą kwotę pieniędzy – ćwierć miliona w cztery miesiące! – a później za to wybudować dom i otworzyć niewielką firmę zajmującą się budowlanką. Ta niebagatelna suma pieniędzy ma być pozyskana poprzez pracę dla zaprzyjaźnionego francuskiego architekta, Gwidona, który jest starszym, tajemniczym mężczyzną. Już w dniu przyjazdu do Paryża Marek dowiaduje się, że ma wyremontować mieszkanie nie dla Gwidona, ale dla jego syna, Adama, o istnieniu, którego nic dotąd nie wiedział. W momencie, gdy obaj się spotykają książka przestaje być „zwykłą obyczajówką”, ponieważ Adam wygląda kropka w kropkę jak Ewa, narzeczona Marka. Jak? Dlaczego? I co z tym wszystkim ma wspólnego A’isza, kobieta, która żyła w średniowiecznej Europie i była wykształcona lepiej niż jeden ówczesny mężczyzna?

   Gdyby nie nazwisko autorki podane już na samej okładce, byłabym przekonana, że powieść wyszła spod pióra kogoś zza granicy. Jasne, wierzę w zdolności naszych autorów, ale jednocześnie widzę pewne ramy, w które zazwyczaj się wpisują; tutaj natomiast te ramy zostają przerwane, Miszczuk poprowadziła akcję w taki sposób, że trzeba oddać jej to, co za taką książkę jej się należy – ogromny szacunek.

   Fakt, nie poradziła sobie – moim zdaniem – z dobrym zarysowaniem wszystkich postaci, bo na przykład Adam czy Marek są zbyt nijacy. Znacząco bledną na tle innych, o wiele „bogatszych charakterologicznie” bohaterów; miałam wrażenie, że zostali stworzeni po to tylko, aby usiąść wygodnie i wysłuchać całej historii, sami jej w ogóle nie tworząc. Ale braki w tych dwóch postaciach nadrabia świetnie poprowadzony Gwidon, Robert oraz większość opisanych w książce kobiet; silnych, władczych, pewnych siebie i swojego losu.

   Miszczuk skupiła się w „Dwóch rodzinach” na tematyce religii; doszło tam do zderzenia chrześcijaństwa z muzułmanizmem, chociaż zderzenie to nie było wcale ostre i brutalne. Dwie kobiety, wychowane w dwóch różnych religiach, ale obie mądre i dobre, miały okazje spleść ze sobą swoje życia i nauczyć się od siebie tego, co tak naprawdę oznacza Biblia i Koran. Nie wiem i pewnie nigdy się nie dowiem, czy autorką w tym względzie kierowała obecna sytuacja polityczna i obecna niechęć do muzułmanów, ale ja osobiście zrozumiałam ten wydźwięk jak próbę złagodzenia współczesnego konfliktu. Jako próbę wytłumaczenia, że są dobrzy i źli muzułmanie, tak jak są dobrzy i źli chrześcijanie i tylko do człowieka, nie od religii, zależy, jaką wybierze drogę.

   Co do budowy książki, to jej fabuła toczy się dwutorowo; w rzeczywistości i w przeszłości, w średniowieczu. Ten rozdźwięk czasowy powoduje, że czytelnik zaczyna zastanawiać się, kim byli jego przodkowie. Tak naprawdę nic o nich nie wiemy, wiedza o naszej historii rodzinnej sięga dwa, trzy, może cztery pokolenia wstecz. Wszyscy wcześniejsi są nam kompletnie nieznani, a przecież oni byli, żyli i poprzez swoje życie i swoje wybory tworzyli naszą przyszłość. Świetnie pokazane jest to na przykładzie Gwidona – gdyby jego prapradziadek nie postanowił się wzbogacić i nie przeniósł się do Kambodży, gdzie uprawiał herbatę, prawdopodobnie wszyscy jego potomkowie zginęliby w czasie drugiej wojny światowej, tak jak jego kuzyni i dalsi krewni. Sama mam w rodzinie historię, która mogłaby się potoczyć inaczej i która mogłaby sprawić, że mnie, w ogóle mojej mamy, jej rodzeństwa nie byłoby na świecie. Gdyby jeden człowiek podjął inną decyzję, gdyby życie pozwoliło wybrać mu inaczej, gdyby był na miejscu, a nie wyjechał walczyć – być może wtedy cała historia brzmiałaby zgoła odmiennie. Miszczuk uświadomiła mi, że to, co dostałam od losu jest wynikiem setek, tysięcy decyzji podejmowanych przez tych, którzy byli przede mną. I uświadomiła mi również to, że moje decyzje – teraz być może błahe i małostkowe – mogą kiedyś wpłynąć na życie moich dzieci, wnuków, prawnuków i dalszych potomnych, którzy nawet nie będą wiedzieli, że ja kiedyś byłam.

   Reasumując, „Dwie rodziny” to książka jak najbardziej godna polecenia. Zadziwia i uświadamia. Więc rekomenduję. Od dzisiaj można ją znaleźć w księgarniach w całej Polsce. 

2 lis 2017

Jak zostać psychopatycznym mordercą? – czyli zacznijmy miesiąc od wpisu ironicznego.


   Autorzy powieści i scenarzyści idą nam z pomocą i tworzą książki, seriale oraz filmy, w których przedstawiają najróżniejsze sylwetki psychopatycznych morderców. Specjalnie dla was zebrałam razem wszystkie błędy przez nich popełniane, bo kto wie – może kiedyś wam się to przyda?
   Zanim zaczniecie czytać, dobra rada - dystans i wyczucie ironii się przydadzą. 

   Nie bądź zbyt pewny siebie – to najczęstszy błąd popełniany przez wszystkich tych, którzy zabijają. Lepiej sprawdzić wszystko dwa razy niż potem wpaść na jakimś głupim błędzie, jak na przykład przez kroplę niezmytej farby na tapicerce. Jak w każdej formie pracy czy hobby (zależy, czy mordowanie będziesz uważał za źródło utrzymania czy jednie za wieczorne zajęcie odprężające) trzeba dbać o detale, gdyż to one tak naprawdę mają znaczenie!

    Nie porywaj/nie zabijaj osób, które są do siebie podobne – kolejny błąd, który powtarza się w co drugiej książce i w co trzecim filmie. Wszyscy mordercy mają swój typ i jeśli mieszkasz w dużej metropolii to jeszcze masz szansę, ale pomyśl tylko, że polujesz na kobiety czy mężczyzn z małego miasteczka – prędzej czy później policja zorientuje się w twoim kluczu i zaczną obserwować osoby, które do niego pasują. A wtedy bum! - i jesteś złapany.

   Zapoznaj się z najnowszymi podręcznikami akademickimi dotyczącymi biologii, genetyki i medycyny. Szkoda by było wpaść przez zostawienie swojego naskórka czy włosa. Poza tym rozwiązuj dużo krzyżówek i łamigłówek, bo wiesz - mądry psychopata, to sprytny psychopata. Nigdy nie spotkałam się z takim, który miałby problemy z dodaniem dwóch do trzech. A no i wiecie - prawo jazdy to punkt konieczny. Jak inaczej przewieźć ofiarę z miejsca A do miejsca B?

   Depilacja! A propo punktu poprzedniego, warto zastanowić się nad tym, czy nie dobrze byłoby ogolić się na łyso (wszędzie, także na stopach. Tak, wiem, że masz tam włosy.) Dodatkowy atut – można wmówić ludziom, że ma się tajemniczą chorobę skóry a nikt przecież nie będzie podejrzewał ciężko chorego człowieka o zabijanie innych.

   Dobrze byłoby też w sumie wypalić sobie linie papilarne. Tylko, że to jest dość bolesne. Ale kurdę, jeśli chcesz być psychopatą, to musisz być twardy!

   Statystycznie psychopatyczny morderca to biały mężczyzna pomiędzy 25. a 35. rokiem życia – nie bądź nim, jeśli pasujesz do opisu! Zmień płeć albo poczekaj aż się zestarzejesz.

   Posiadanie psychopatycznego mordercy bliźniaka to kolejny atut – podobny zabieg w swoich książkach wykorzystał Maxime Chattan. Takie rozwiązanie przeraziłoby ludzi; zabiliby mordercę (bliźniaka twojego znaczy się) a mimo to dalej ktoś podobny do niego by mordował! Starsze panie w beretach na bank zaczęłyby szukać księdza od egzorcyzmów a buntownicza młodzież paliłaby dla ciebie ołtarzyki z brokatu.

   Nigdy nie zrzucaj podejrzeń na innych – niby to oczywiste, że warto byłoby naprowadzić policję na fałszywy trop. Błąd! Z policją lepiej w ogóle nie rozmawiać. Niech nie wiedzą o twoim istnieniu, bo jak się dowiedzą to zaczną cię obserwować. A jak zaczną cię obserwować to trudniej będzie być mordercą doskonałym. Jeśli jesteś osobą, która lubi się chwalić, to bycie mordercą nie jest dla ciebie. Bo idealny psychopata powinien siedzieć cicho i nie mówić nikomu o swoich podbojach. Nie powinien nawet pokazywać ciał ofiar, nie, nie. Dyskrecja to podstawa. Ewentualnie napisz list, zalakuj go i powiedz zaufanej osobie, żeby wysłała go do telewizji po twojej śmierci. Rozgłos murowany a ty z głębi piekielnych będziesz patrzył na swoją mało zacną sławę.

   Nie bierz sobie za dużo na głowę – mama zawsze mi to powtarza i ma rację. Jeśli porwiesz jedną osobę to poczekaj chwilę z porwaniem kolejnej. Po co mieć dwa problemy skoro już jeden jest wystarczająco krzykliwy i płaczliwy? Ah, no tak, musisz jeszcze być bogaty, żeby wynająć wystarczająco duży magazyn czy pomieszczenie, gdzie będziesz mógł przechowywać porwane osoby. Prawdopodobnie nie polubią cię na pierwszy rzut oka i będą bardzo krzyczeć, więc warto postawić na miejsce odludne. I kupić zatyczki do uszu.

   Nie bierz wspólnika, nigdy. A już w ogóle nie bierz za wspólnika kobiety, bo prędzej czy później wygada komuś co robicie w sobotnie wieczory. Baby są okropnymi paplami, poza tym łatwo je przekupić błyszczącymi przedmiotami.
   Z facetami też nie warto się zadawać, bo ich można z kolei przekupić seksem a w policji na pewno znajdzie się jakaś powabna pani, która wyciągnie z niego co trzeba.

   Miej dom, żonę/męża, dziecko i psa labradora – czyli innymi słowy: bądź idealnym mieszkańcem przedmieść. Koś co niedziela trawnik, uczęszczaj czasami do kościoła, rozmawiaj z sąsiadami i czasami pokłóć się ze współmałżonkiem.
   Podchodząc do sprawy psychologicznie, nie bądź zbyt idealny, bo wtedy zrazisz do siebie ludzi. Zrób czasami coś głupiego (oprócz mordowania) na przykład pobiegaj nago po trawniku po pijaku a potem dopilnuj, żeby żona/mąż zrobił/a ci awanturę na oczach wszystkich. Sąsiedzi będą uważali cię za nieszkodliwego dziwaka i będą darzyć cię sympatią.

   Nie pracuj w policji – kolejny błąd, patrz punk siódmy. Lepiej trzymać się od nich z daleka. Dobrze by było mieć wykształcenie historyczne, profesorskie. Takie osoby zawsze są lekko oderwane od rzeczywistości i w razie złapania można powołać się na to, że przecież w starożytnym Rzymie można było zabijać i nie robili z tego takiej afery, wystarczyło tylko zapłacić rodzinie zabitego odpowiednie odszkodowanie. Po czym zaproponuj, że zapłacisz odszkodowanie. 

    Weź na cel nieatrakcyjne kobiety – nie dość, że będziesz ewenementem wśród morderców (bo zawsze porywane są piękne, młode i powabne niewiasty) to dodatkowo policja będzie w takim szoku, że puści cię wolno.


   Jeśli już mają cię złapać to musisz nauczyć się lubieżnie uśmiechać, tak, jak tylko psychopaci potrafią. O tak –