20.09.2016

Taki ze mnie złodziejaszek! Podkradłam post czyli „Tu i teraz”.


   Dobra, nie podkradłam postu, tylko pomysł na niego. I żeby zadośćuczynić autorce to ją oznaczę otutaj! I zareklamuję jej bloga. A i w poście oddam coś od siebie, żeby było trochę po mojemu.

   Słucham niewiele muzyki. Ostatnio razem z narzeczonym wracaliśmy z randki i słuchaliśmy swoich ulubionych piosenek. Jako, że ja lubię nuty bardziej folkowe a on metalowe, to repertuar był dość różnorodny.

   Czytam dwie książki naraz, co przez ostatni rok nie jest niczym nadzwyczajnym, bo mam za mało czasu a za dużo książek do czytania. Teraz zabrałam się za „orgazmokapilsę” i nie, to nie jest erotyk a raczej książka w stylu Pratchetta, przynajmniej na pierwszy rzut oczodołem. A i jestem w trakcie czytania najnowszej książki pani Sowy (minus od początku za anglojęzyczne imiona).

   Oglądam „Hell's kitchen” i to razem z narzeczonym. Przy czym kibicujemy dwóm różnym osobom a to powoduje, że oglądanie jest ciekawsze i bardziej ekscytujące. A codziennie o 11.30 przypominam sobie stare odcinki „Na dobre i na złe” - ah! Jak byłam dzieckiem to byłam uzależniona od lekarzy z Leśnej Góry. Z perspektywy czasu nie są już tak wspaniali, ale sentyment pozostał.

   Pracuję dużo, ciężko i dobrze mi z tym.

   Zaczęłam chodzić na siłownię z dniem 1 września. Ćwiczę dwa albo trzy razy w tygodniu po dwie godziny i idzie mi coraz lepiej. Wczoraj rzutem na taśmę zrobiłam 230 brzuszków, dlatego proszę mnie dzisiaj nie rozśmieszać, bo może to grozić moim kalectwem.
A co do efektów, to powoli zaczyna je być widać, szczególnie na udach, więc – brawo ja!

   Czuję się szczęśliwa. Mam kogo kochać, mam szczerych przyjaciół, z którymi mogę nie tylko konie kraść, ale i potem na nich jeździć, mam co jeść, gdzie spać i do kogo się przytulić. Zaczęłam cieszyć się małymi szczęściami i rację mieli ci wszyscy filozofowie, którzy mówili, że to najlepszy sposób na udane życie.
A w niedzielę kupiłam sobie scrabble, o których od zawsze marzyłam i przy kasie się okazało, że akurat tego dnia jest promocja i zapłaciłam 20 złotych mniej. Kolejne małe szczęście do wielu małych szczęść.

   Dzisiaj uratowałam mysie życie. Moja kocica upolowała sobie żywą zdobycz i bestia mała postanowiła się nią pobawić. Co mysz uciekała, to ona ją zgarniała łapą. Zlitowałam się nad małym ogoniastym stworzeniem, złapałam do pudełka i wypuściłam w pola, żeby uciekła w siną dal. Bramy nieba będą stały przede mną otworem!

   Czekam na ten dzień, w którym ubiorę suknię ślubną, stanę obok tej idealnej osoby i obiecam mu wszystko to, co najważniejsze. I żebym miała za sobą już ten okropny pierwszy taniec, który mnie przeraża niemiłosiernie.

   Denerwuję się ludźmi, ich zachowaniem i egoizmem. Ogólnie mam tak, że przejmuję się wszelakimi głupotami i potem nie mogą spać po nocach. Jak ktoś mnie skrytykuje to nie macham na to ręką, ale przeżywam. Muszę chyba wyhodować sobie grubszą skórę.

   Chciałabym żeby przyszła już ta zwykła, szara codzienność po ślubie, której każdy się boi a my na nią czekamy z utęsknieniem. Żeby było tak normalnie, tak razem. Żeby w zimie pić wieczorami ciepłe kakao a latem zimne piwo. Żeby płacić razem rachunki, kupować w sklepie zwykłe mleko 3,2% i negocjować kto tym razem wyprowadza psa na spacer.
Żeby nie musieć wychodzić z domu, żeby się spotkać, żeby czekać na siebie z obiadem i żeby czytać obok siebie. I tak normalnie żeby żyć, budować swój dom a wszelkie kryzysy i rozstania znać tylko z „Trudnych spraw”.

   Cieszą mnie wasze komentarze, które nie raz podnoszą mnie na duchu. Wyznajecie mi miłość (też was kocham!), chwalicie mnie, dopingujecie, żebym napisała coś swojego. I mówicie coś bardzo ważnego, co daje mi siłę - „dasz radę, umiesz pisać!”. Dzięki wam! Jak kiedyś napiszę coś swojego, to uroczyście przysięgam – wymienię was wszystkich w podziękowaniach!

   Widzicie ten domek? Cieszcie się tym, co małe, a będziecie się unosić nad ziemią tak jak on. 

19.09.2016

"Wdowa" - czy można kochać mordercę?


   Z pewnością nie raz widzieliście nagrania z sal sądowych, gdzie ludzie byli oskarżani o straszne zbrodnie. O gwałty, morderstwa, pedofilię, o matko- czy ojcobójstwo. Ale z pewnością nie zwróciliście uwagi na osoby, które stały jakby z boku całego dramatu, w cieniu kamer, ukryte przed światem. Żony i mężowie oskarżonych. Cisi świadkowie całego tego zdarzenia, osoby wplątane przypadkowo w wir wydarzeń, które całkowicie zmieniły ich życia.

   Co ma czuć współmałżonek w momencie, gdy okazuje się, że jego ukochana druga połówka dopuściła się strasznej zbrodni? Odejść? Przecież obiecywała być na dobre i na złe. Zostać? Ale przecież nie sposób jest żyć z takim potworem, nie sposób zasypiać koło niego i budzić się co rano.
Czy taka osoba, która okazała się być mordercą, przestaje być równocześnie żoną? Mężem? Czy krew na rękach przekreśla jednocześnie wszystkie spędzone wspólnie lata i sprawia, że dobre wspomnienia zasnuwają się mgłą?

   Jean była żoną Glena przez ponad dwadzieścia lat. Dzieliła z nim troski, smutni i – jak sama twierdziła – przy nim dorastała, bo to właśnie on nauczył ją wszystkiego, co powinna potrafić kobieta. A więc zajmować się domem, gotować obiady, troszczyć się o męża i godzić to wszystko z pracą zawodową. Kiedy Glen zostaje oskarżony o porwanie i zamordowanie dwuletniej Emmy, świat Jean drży w posadach a ona sama przestaje być tą kobietą, którą była. Staje się robotem, który mechanicznie powtarza, że wierzy w niewinność swojego męża. I sama nie wie czy robi to dlatego, że taka jest prawda, czy dlatego, że boi się przyznać, że zawsze uważała Glena za mężczyznę zdolnego do zabójstwa.

   Trzy lata po tych wydarzeniach mąż Jean ginie pod kołami autobusu a ona w końcu może odetchnąć z ulgą i odrzucić maską perfekcyjnej żony. Wtedy też spotyka na swojej drodze dziennikarkę, Kate Waters, która niepostrzeżenie wkrada się w jej duszę i poznaje prawdę o tym, co Jean sądziła o niewinności swojego męża.

   Jest to świetna książka z trzech powodów. Po pierwsze – porusza temat osób, które rzeczywiście istnieją i które są najczęściej pomijane. Mordercy i gwałciciele zwykle mają rodzinę i te bliskie osoby muszą się jakoś odnieść do całej tej sytuacji. A wtedy zwykle serce walczy z rozumem, wstyd z miłością a strach z wiernością. Autorka w rewelacyjny sposób przedstawiła postać Jean, która na pierwszy rzut oka jest totalnie bezbarwna i dopiero po głębszym poznaniu dowiadujemy się dlaczego – to mąż przez te wszystkie lata spierał z niej powoli kolory jej własnej osobowości i stworzył żonę rodem ze Stepford.
   Po drugie – autorka prowadzi równolegle dwie opowieści; o Jean jako wdowie i o poszukiwaniu sprawcy zaginięcia małej Belli. Czytelnik do końca nie wiem, czy Glen faktycznie był niewinny, czy może zaszła jedna z wielu pomyłek w wymiarze sprawiedliwości. I chyba obie te zagadki – to czy Glen był winny oraz to, czy Jean naprawdę wierzyła w jego niewinności – były dla mnie najsmakowitszymi kąskami we „Wdowie”.
   Po trzecie – podobał mi się sposób, w jaki autorka poprowadziła całą historię. Nie popadała w histeryczne tony, nie oceniała, nie wymuszała na czytelniku żadnych emocji. Była klarowna, subtelna i świetnie tworzyła całą gamę uczuć, które w takiej sytuacji faktycznie mogłyby występować. Idealnie stworzyła także postać Glena i z chęcią przeczytałabym kiedyś jej książkę napisaną z punktu widzenia osoby o morderstwo oskarżonej.


   „Wdowa” jest nietypową, niesztampową książką, którą warto poznać. Autorka pokusiła się napisać o czymś trudnym, niespotykanym i przemilczanym w społeczeństwie i wyszło jej to na dobre. A tą książkę stawiam na półce jako przypomnienie, że każdy morderca był kiedyś kochany. I że gdy on traci duszę, oni ciągle ją mają i muszą żyć z uczuciem miłości, którą kiedyś do niego żywili.  

   A wy jak myślicie? Gdzie znajduje się granica ludzkiej miłości? 

14.09.2016

Pejcz w dłoń! Czyli oto nadszedł ten dzień! Recenzuję film „Pięćdziesiąt twarzy Grey’a”


   Wczorajszego wieczora dowiedziałam się, że pojawił się już zwiastun drugiej części „kultowego, wspaniałego i cudownego” filmu pod tytułem „Pięćdziesiąt twarzy Grey’a.” Aga, dzięki za uświadomienie!
   Cóż, dla mnie czytanie tej książki było niczym spacer po rozżarzonych węglach, dlatego też początkowo odpuściłam sobie oglądanie ekranizacji. Jednak wiecie – kobieta przed okresem jest nieobliczana i masochistyczna. Dlatego też połowę nocy spędziłam przy nadrabianiu pierwszej części tego kinowego dzieła. I jestem zbyt miła i pobłażliwa dla was, bo nie będę wam opisywała całego filmu – poza tym i tak każdy wie o co w tym wszystkim mniej więcej chodzi, i tylko w pary punktach zrecenzuje wam, co sądzę o tym filmie. Będzie konkretnie. I będzie was boleć jak diabli.

PO PIERWSZE – DIALOGI

   Siódma minuta filmu i już złapałam się za głowę. Anastasia, przeprowadzając wywiad z Grey’em zapytała go, czy „wykarmianie Południowej Afryki to jest właśnie to, co on lubi?” Hm, brawo dla scenarzystów, którzy chcieli być niesztampowi/zabawni, ale to pytanie jest tak głupie, że nawet nie potrafiłabym na nie odpowiedzieć, gdyby ktoś mnie zapytał o coś podobnego.

   Czy tylko ja mam wrażenie, że ich dialogi nie mają zbytniego sensu? Niby rozmawiają ze sobą, ale każde mówi o kompletnie czymś innym i niby w przekazie to ma być GŁĘBOKIE i ważne a w rezultacie sprawia, że ten film to taka maślana sieczka.
   Ale dzięki tym dialogom dowiedziałam się, że jak ktoś studiuje literaturę angielską to musi być romantyczką. Więc, kochane – jeśli nie lubicie angielskich książek a uważacie się za romantyczkę, to wcale nią nie jesteście. Ana nie może się mylić!

PO DRUGIE – JEST I WARGA

   Pomijam już fakt, że aktorka grająca główną bohaterkę ciągle przegryza wargę, która przez to robi się napuchnięta i wcale nie seksowna ale poza tym umalowana jest jak dziesięciolatka, która dorwała się do różu swojej matki. Ja rozumiem, że ona miała być dziewczęco i dziewiczo piękna i niewinna, ale ludzie! Umalujcie ją porządnie!
   Poza tym, scenarzyści pokusili się na to, aby dodać postaci Any coś do siebie i dlatego kilka razy włożyli jej w usta ołówek, który lekko ssała i mamlała a Grey mało nie wyskoczył ze spodni, gdy widział te iście pornograficzne sceny. Tak sobie myślę... gdyby Grey by postacią realną i znalazł się na jakimś wykładzie na studiach to chyba rozsadziłoby mu spodnie, bo większość studentek z nudów przegryza sobie ołówek. 

PO TRZECIE - …TO W KOŃCU O CO CHODZI?!

   Kwestia kolejna. A raczej scena. Idą do pokoju zabaw, żeby uprawiać ze sobą niegrzeczny, niezobowiązujący sex, bez żadnych miłości, związków i tym podobnych i dlatego też reżyser pokazał nam piękną, niezrozumiałą totalnie scenę, podczas której zmierzają w stronę tych drzwi trzymając się za rączkę. No way, ludzie, jeśli niezobowiązujący sex i niegrzeczne zabawy, to nie trzymanie się za rączkę, które mi osobiście zawsze kojarzyło się z sympatią i uczuciem.

PO CZWARTE – DLACZEGO?!

   Nie wiem, po co stworzono tą książkę. Nie wiem, po co stworzono ten film. Tu nie ma sensu, tu nie ma emocji, tu nie ma niczego. Główni bohaterowie nawet wyglądają tak, jakby grali z przymusu, niczym para znienawidzonych nastolatków, którzy za karę trafili do szkolnego przedstawienia. Już nawet Troy i Gabriella z „High School Musical” byli bardziej przekonujący.
   Drugie „dlaczego?!” dotyczy drugiego planu. Dlaczego, ach dlaczego ten film składa się tylko z dwójki bohaterów? Reszta przemyka po planie zdjęciowym, niczym wstydliwi przechodnie przed kamerą ustawioną na krakowskim rynku i nieśmiało wypowiadają kilka mało istotnych dla fabuły słów. Ja wiem, że w książce też ich zbytnio nie było, ale bez przesady – scenarzyści mogli dać ponieść się fantazji.

PO PIĄTE – A GDZIE ROZPADANIE SIĘ NA KAWAŁKI?

   Jeśli kiedykolwiek rozmawialiście ze mną o Grey’u, wiecie, że "najbardziej lubię" w nim przegryzanie wargi, wewnętrzną boginię i rozpadanie się na kawałki. O ile scenarzyści zaspokoili mój apetyt na zagryzanie wargi a nawet włożyli bohaterce w usta ołówek, o tyle poskąpili mi scen, których w książce było pełno a więc spektakularnych orgazmów Any. Jak żyć? Nadal nie wiem jak wewnętrzna bogini rozpada się na milion części!

   Ana i Grey całują się, bo muszą. Rozmawiają, bo muszą. Chociaż i tak nic z tych rozmów nie wychodzi.
   Nie mogę powiedzieć, że ten film niczego nie wniósł do mojego życia. Wniósł pustkę, poczucie beznadziejności i niemocy. Nie mogę doczekać się kolejnej części. A tymczasem idę mamlać ołówek.

12.09.2016

"I nie wróciłeś...", czyli czas na poważną recenzję.


„Dzieliło nas pole, baraki, wieże strażnicze, zasieki z drutu kolczastego, krematoria, ale przede wszystkim ta nieznośna niepewność, ta obawa o los, jaki spotkał to drugie z nas.”

   Bywają recenzje zabawne, ironiczne, bywają recenzje przewrotne i wzruszające. Ale bywają i recenzje poważne, przy których należy chwilę przystanąć, pomyśleć i podziękować za to, co mamy. A raczej za to, co nas ominęło.
   Marceline to młoda dziewczyna, francuskiego pochodzenia, która spędziła kilka makabrycznych chwil swojego życia w obozie koncentracyjnym. To dziewczyna, która zbyt szybko zobaczyła śmierć, cierpienie, głód i która zbyt szybko nauczyła się, że czasami, by walczyć o swoje życie, należy pomóc oprawy. Dlatego też pomagała we wznoszeniu krematoriów, aby tam nie trafić; wiedziała, że póki jest przydatna i póki ma siłę przenosić ciężkie kamienie, jej szansa na przeżycie jest ciut większa.

   W momencie, gdy przenieśli ją z Birkenau do Bergen-Belsen czuła nieopisane szczęście. Nie dlatego, że oznaczało to wolność, bo nadal była więźniem, numerkiem, który wytatuowano na niej niczym na znakowanym bydle. Czuła się szczęśliwa, bo w Bergen-Belsen nie było komór gazowych. Nad jej głową nie unosił się komin, który codziennie straszył ją swądem palonych ciał i który w swoich majestatycznych rozmiarach zdawał się mówić: „jeszcze nie dziś. Wkrótce.”
   Mimo tej radości, Madeline czuła także niepokój – bo teraz od ukochanej osoby, który trafiła do Austchitz nie dzielił jej już tylko drut kolczasty i uzbrojeni żołnierze, ale również odległość, której nie sposób było pokonać. Ale w sumie... drutu kolczastego i tych żołnierzy też nie zdołała.

   Cała opowieść tej młodziutkiej francuski toczy wokoło mężczyzny, który nigdy nie wrócił z obozu. Prawdziwego mężczyzny, który kiedyś żył, który kochał, który obiecywał być do końca świata, na dobre i na złe, póki śmierć nie rozłączy. Ale obietnice można rzucać na wiatr, bo jeszcze przed śmiercią rozłączają karabiny i druty.

„I nie wróciłeś” to biograficzne wspomnienia. Całość ma ledwo 104 strony, ale ta książka nie miała w zamiarze zrobić wielkiego boom na rynku wydawniczym. Autorka nie chciała zyskać sławy, pieniędzy i nie chciała stać się osobą publiczną. Chciała podzielić się historią swojej miłości. I nie była to wcale miłość romantyczna, podniosła. Madeline straciła tam nie kochanka, nie męża, ale ojca. Ukochanego tatę, dla którego stworzyła tę książkę. Bo jest ona listem, zapiskami prowadzonymi przez lata, słowami, których nie zdążyła i nie miała okazji nigdy powiedzieć na głos. To wyraz wdzięczności za danie jej życia i niemy krzyk rozpaczy za to, że tata za szybko odszedł. I że przez wojnę nie mieli nawet możliwości się pożegnać a jej matka nie miała możliwości pochowania ciała ukochanej osoby.

   Kilka dni temu trafiłam na jednym z blogów na wpis, w którym autorka twierdziła, że nie lubi historii, bo po co wspominać to, co było złe i co już minęło. I ta książka dotarła do mnie w odpowiednim momencie, bo teraz mam odpowiedź na jej retoryczne pytanie. Historii uczymy się po to, aby żadna córka nie musiała już w ten sposób tracić ojca. Żeby żadna żona nie zasypiała wtulona w sweter ukochanego, który został zabrany przez żołnierzy i nigdy już nie wrócił. Żeby matki, żony, synowie i dziadkowie nie umierali w ciasnej komorze gazowej, wspominając w ostatniej chwili swoich najbliższych, którzy w innym miejscu też cierpieli ból i bali się otworzyć rano oczy. Bo wtedy nie było wiadomo kiedy nadejdzie dzień śmierci.

„Żyłam tak, jak nauczył mnie obóz – każdym kolejnym dniem.”

   Książka będzie miała swoją premierę 22 września. I powiem wam, że warto zainwestować w tą cieniutką publikację. I przeczytać. I postarać się zrozumieć. I podziękować, że przyszło nam żyć w innych czasach. 


10.09.2016

Poznajmy się lepiej przy sobocie.


Kim chciałaś zostać jako dziecko?
Weterynarzem! Bezsprzecznie, to właśnie nim chciałam być. Kiedy zaczęłam już trochę logiczniej myśleć, uzmysłowiłam sobie, że to beznadziejny pomysł, bo z moją miłością do wszelkich stworzeń, szybko popadłabym w depresję, patrząc jak zwierzęta chorują i – nie daj Boże – przenoszą się za tęczowy most.

Gdybyś mogła posiadać jakąś supermoc, co byś wybrała? Dlaczego?
Nad tym się kiedyś zastanawiałam, więc wiem. Chciałabym być niewidzialna. Pewnie po to, żeby podsłuchiwać co ludzie o mnie mówią, albo żeby móc chodzić wszędzie gdzie chcę bez potrzeby prowadzenia „towarzyskich rozmów” z resztą ludzkości. Bo wiecie – ja wole przebywać w gronie swoich stałych znajomych, albo w samotności. Zdecydowanie nie jestem zwierzem stadnym.

Jaki film zawsze poprawia Ci humor?
Hm. Chyba takiego nie ma. Filmy oglądam zazwyczaj w kinie; w zaciszu domowym zdarza się to ostatnio baaaardzo rzadko, chociaż przyznać muszę, że ja ostatnio w ogóle mam mało czasu na cokolwiek.
W ogóle to muszę się wam przyznać, że marzy mi się jeden wolny wieczór, kiedy będę mogła położyć się z kieliszkiem wina w ręce i obejrzeć film bez żadnych zmartwień, że "przecież robota czeka." Trzeba mi jednego miłego wieczoru.

Czy masz jakiś własny sposób na to, jak się zrelaksować po trudnym dniu? Co to takiego?
A tu was zaskoczę, bo mnie relaksuje zawsze czytanie „anonimowych”. Przed snem muszę przeczytać przynajmniej z dwie- trzy historie ludzi, których kompletnie nie znam i nigdy nie poznam i dopiero potem mogę w spokoju zasnąć.

Gdybyś mogła urodzić się w innej epoce, jaką byś wybrała?
A to musi być epoka, która już przeminęła? Bo ja jestem ciekawska i chciałabym zobaczyć jak to wszystko będzie wyglądało tak za 200, 300 lat… Ale jeśli musiałabym wybierać z epok przeszłości, to pewnie postawiłabym na starożytną Grecję, bo było tam ciepło, żyli tam mądrzy ludzie (wiecie, Arystoteles, Sokrates – znalazłabym z nimi wspólny język).

Czy wierzysz w przesądy? Jeśli tak, to w jakie?
Czy ja wiem? Jak widzę czarnego kota to rzucam się go głaskać i nie myślę o tym czy przetnie mi drogę czy też nie. Ale jak znowuż widzę drabinę, to wolę pod nią nie przechodzić, bo najprościej w świecie boję się, że walnę się w głowę i będę na swym czole prezentować wielkiego pięknego guza.

Jakiego koloru nigdy, przenigdy na siebie nie założysz?
Nigdy nie mów nigdy! Może na starość mi się zmieni, ale obecnie nie widzę siebie w fioletach i lateksowych różach. Ugh! Aż mnie ciarki przechodzą jak pomyślę o tym, że miałabym takie coś na siebie zakładać.

Koty czy psy?
Macie jakieś łatwiejsze pytania? Nie umiem wybrać, bo ja jestem totalnie prozwierzęca i tak samo chciałabym być właścicielką jamnika o imieniu Gustaw (na co mój najwspanialszy nie chce się w żadnym wypadku zgodzić, bo ma uraz do jamników i ich nie znosi. I tak będziemy mieli jamnika i będzie spał z nami w łóżku.) i kota persa o imieniu Malina. I papugę Tadeusza i oczywiście wszystkie te zwierzęta, które są ze mną teraz - york Tosia i papug Zyzio. 
Swoją drogę Zyzio właśnie siedzi u nas w salonie i włączony jest telewizor i jak reklamowali pierś z kury to zaczął okropnie się wydzierać. Mój mały wegetarianin. 

Czy można się mu oprzeć?!

Jaka jest Twoja ulubiona pora roku? Dlaczego?
Kiedyś powiedziałabym, że zdecydowanie, że lato, jednak im jestem starsza tym bardziej podoba mi się jesień i wiosna. Nie wiem czemu, może to przez mój starzejący się organizm, który już nie przyswaja sobie zbyt dużo promieni słonecznych na raz?

Jaka jest Twoja pierwsza myśl, kiedy się budzisz?
Mimo że maturę zdawałam pięć lat temu to nadal moją pierwszą myślą jest: „trzeba dzisiaj wstawać do szkoły?” Ale to dobrze, bo dzięki temu od samego rana poprawia mi się humor i mogę spać spokojnie.

Wyobraź sobie, że od zawsze marzyłaś o wyjeździe do swojego ulubionego kraju. Zbierasz pieniądze, przekonujesz innych do słuszności swoich decyzji i stało się! Twoje marzenie może się spełnić. Niestety nagle najbliższa Ci osoba zapada na ciężką chorobę. Kiedy wrócisz, możesz już jej nie zobaczyć. Co robisz? Wyjeżdżasz czy zostajesz?
Po pierwsze – nie mam jakiegoś miejsca, które chciałabym zwiedzić, bo jestem typowym domatorem. Ale gdyby tak było, to pewnie, że zostałabym na miejscu.

Jaka jest Twoja ulubiona reklama?
A to zależy od tego w jakim etapie cyklu jestem. Teraz mam PMS w całej jego okazałości i płaczę na reklamach karmy dla kotów Whiskas.

Czy spełniło się jakieś Twoje marzenie z dzieciństwa?
Kurczę, nie pamiętam jakie miałam wtedy marzenia. Chyba byłam dość szczęśliwym berbeciem, bo nie chciałam mieć nic nowego. Ba, ja nawet rodzeństwa mieć nie chciałam i do dzisiaj jestem małą egoistyczną jedynaczką.
Ale chyba już wtedy chciałam być pisarką i to mi się jeszcze nie udało. Ale pomysł na książkę mam i napisałam nawet prolog. Jestem z siebie dumna.

Lubisz być w centrum uwagi?
Nie, nie, nie, nie, nie. I nie. Zdecydowanie wolę siedzieć z boku i się nie wychylać. I pod nosem cicho wszystkich krytykować.

Jaka jest najśmieszniejsza historia, jaka Ci się przydarzyła?
Hm…. Nad tym pytaniem głowiłam się pół godziny. I nadal nie wiem co śmiesznego mi się przydarzyło. Ale obiecuję wam, że kiedyś nad tym bardziej podumię i odpowiem wam na to pytanie.

Wyobraź sobie, że wygrałaś milion złotych. Na co przeznaczyłabyś te pieniądze?
Wybudowałabym piękny, niewielki domek, kupiłabym jamnika Gustawa i świnkę morską Borysa, swojemu najwspanialszemu kupiłabym najnowszego Forda, bo mu się marzy. Trochę pieniędzy dobrze bym ulokowała a trochę dała na lemury, żeby miały co jeść na dalekim Madagaskarze. A i wspomogłabym surykatkę bez łapki z zoo w Zamościu.

Co Cię najbardziej przeraża?
Samotność.

Czym jest dla Ciebie blogowanie?
Chciałabym, żeby był to mój sposób na życie. Nie będę się krygować i powiem wprost, że chciałabym na tym zarabiać i móc się z tego utrzymywać, bo to jest coś, co lubię robić i co robię dobrze. Niestety, wielkie firmy nadal się o mnie nie zabijają, więc z tymi marzeniami muszę jeszcze poczekać.


A teraz wybaczcie, ale mam jeden wolny dzień i także tego - idę się lenić.