24 mar 2017

Typy panien młodych - część pierwsza


   Dzisiaj, zaraz przed weekendem mam dla Was humorystyczne zestawienie typów panien młodych, jakie można spotkać na tym ziemskim padole. Jeżeli byłyście, jesteście lub będziecie którymś z tych typów, to nie czujcie się urażone, bo biorę z nich to, co najgorsze a nie to, co najlepsze.

   Panna Budżetowa – tnie koszty jak tylko się da. Paradoksalnie takie kobiety mają najczęściej pieniędzy jak lodu, ale oszczędzają dla samej frajdy oszczędzania. Do ślubu pójdą w starych szpilkach, bo po co inwestować w nowe, suknię ubiorą po kuzynce, która brała ślub przed dziesięciu laty, a Młodemu kupi nowy garnitur, ale z zastrzeżeniem, że będzie go miał od razu na chrzciny dziecka i do trumny, co by się inwestycja zwróciła…

   Princessa – już w przedszkolu zaczęła tworzyć notes z planami tego jedynego, najważniejszego dnia w życiu. Wie jaką ubierze suknię, wie, że do kościoła pojedzie bryczką zaprzęgniętą w białe rumaki i wie, że do ołtarz poprowadzi ją ojciec, ubrany w surdut. Już od gimnazjum rozglądała się za idealnym chłopakiem, który wpisze się w jej wizję. Byle nie rudy, bo jego włosy będą się gryzły z fuksjowymi dodatkami, które leżą już gotowe w szafie w jej pokoju.

   Perfekcjonistka – wszystko musi być idealne. Nawet księdza celebrującego mszę potrafi wysłać trzy dni przed ślubem do fryzjera, żeby wyglądał porządnie i ładnie prezentował się na zdjęciach. Perfekcjonistka niczego nie pozostawia przypadkowi – nad wszystkim panuje. Gdyby mogła, ubrałaby każdego z gości, żeby się kolorystycznie nie gryźli na zdjęciach…

   Pesymistka – ona wie, że coś się nie uda. Orkiestra się upije, zabraknie światła, pan młody zacznie obłapiać świadkową a ksiądz pomyli ich imiona… Dla niej dzień ślubu jest najtragiczniejszy w życiu, bo zamiast cieszyć się, że oto ma męża, ona wypatruje na horyzoncie potencjalnych katastrof. A jeżeli żadna się nie przytrafi to jest niepocieszona i nie wie, jak to mogło się stać!

   Oryginalna na siłę– może wcale nie lubić nowoczesnych form i może być fanką tradycyjnego rosołu i schabowego, ale na wesele wybierze pieczone polędwiczki z dzika w sosie szafranowym i ubierze suknię pełną geometrycznych wzorów i piór. Wszystko po to, żeby się wyróżnić i żeby cała rodzina zapamiętała, że to ona, właśnie ona, nikt inny, była oryginalna!

   Wspominkowa – zamiast skupić się na dniu wesela, ona wspomina. Zaręczyny, moment wybierania sali i orkiestry i opowieści babci, jak to jej rodzice się poznali. Chce, żeby cały ten dzień był ukoronowaniem wszystkich jej najpiękniejszych wspomnień, ale niestety często zamiast cieszyć się ślubem, spędza go na wspominaniu tego co już było.

   Wypominkowa – zanim kogoś zaprosi, zastanowi się czy dana osoba nigdy nie zrobiła jej nic złego. W tym celu cofnie się cztery pokolenia wstecz, przepyta całą wieś o dane personalne osoby oraz jej intencje i jeżeli taki delikwent nie będzie miał niczego na sumieniu – wręczy zaproszenie. A jeżeli stwierdzi, że taka osoba nie zasługuje na miejsce przy jej weselnym stole – skomentuje to na tyle głośno i dobitnie, żeby i w sąsiedniej miejscowości wiedzieli, że ktoś nie dostąpił zaszczytu otrzymania ręcznie tłoczonego zaproszenia ślubnego. Zresztą osoby uczestniczące w weselu muszą na wszystko uważać, bo inaczej zostaną srogo obgadani po uroczystości. I z pewnością zostanie im wypomniane ile włożyli w kopertę...

   Podziękujmy za wszystko – o matko moja, jak ja takich osób nie mogę. Podziękowania dla rodziców, chrzestnych i dziadków jakoś rozumiem – chociaż z trudem, ale niekiedy widziałam na forach pomysły z podziękowaniami dla kuzynki, bo tydzień prędzej obchodziła czwartą rocznicę ślubu, albo podziękowania dla księdza, za to, że odprawił młodym ślub. Obecnie dziękuje się już nawet za to, że osoby niezaproszone na wesele przyjdą do kościoła – serio! Sama byłam zdziwiona, więc zbierzcie paszczęki z parkietu. I uprzedzając pytania – takim osobom, które przychodzą tylko do kościoła, dziękuje się zazwyczaj butelką wódki i … migdałem.

   Roszczeniowa – największym przywilejem jej teściów i rodziców jest to, że mogą zapłacić za jej wesele. Ona nie rozumie tych, którzy chcą płacić sami, no bo jak to tak unieszczęśliwiać rodziców i nie zabrać im tych trzydziestu tysięcy złotych, które na pewno mają i pragną przeznaczyć na wesele swoich ukochanych dzieci? A dzieci w takim wypadku nie próżnują – zapraszają dwieście osób, zamawiają fotobudkę, trzech fotografów, ośmiu kamerzystów a do kościoła podjeżdżają samochodem za kilka tysięcy. A w podziękowaniu za to wszystko dadzą rodzicom wino, kawę i pudełko czekoladek. Ewentualnie statuetkę „jestem najlepszą mamą Magdy!” – jak gdyby ta przykładowa Magda miała więcej mam…

   Tych typów jest tak dużo, że chyba muszę je rozdzielić na dwie części… Poza tym – piszcie jakie wy znacie typy kobiet wychodzących za mąż. Z pewnością wezmę pod uwagę i wasze propozycje w dalszej części! Podsumowując zaś część pierwszą mogę powiedzieć tylko tyle: 


21 mar 2017

Książka, która was otumani - "Obserwując Edie"

   
Edie i Heather były niegdyś najlepszymi przyjaciółkami, chociaż różniły się od siebie jak dzień od nocy; Edie była bardziej przebojowa, lubiana i odważna, Heather zaś pozostawała zawsze w cieniu i była uważana za dziwaka. Sama nawet uważała się za kogoś gorszego, obarczonego winą za śmierć jednej z najbliższych jej osób.

   Obie miały trudne relacje z rodzicami; o ile Edie miała tylko schorowaną matkę, zgorzkniałą w swoim kalectwie i niemożności bycia tym, kim była przed laty, to jej przyjaciółka miała oboje rodziców, ale żadne się nią nie interesowało – tęsknili za tragicznie zmarłą młodszą córeczką. W jej domu ciągle było słychać stukanie zegarów a były ich setki; oprócz nich po pokojach roznosiła się tylko cisza i niemy wyrzut matki, że to nie ona zginęła a mała i słodka Lydia.

   Ich przyjaźń nie trwała długo i zakończyła się burzliwie; toksyczna więź pełna zazdrości, zdrad i kłamstw pozostawiła w obu dziewczynach niezagojone blizny. Po wielu latach, kiedy każda próbowała ułożyć życie po swojemu – z dala od tej drugiej, wydarzyło się coś nieoczekiwanego. Ciężarna, samotna Edie, która nie mogła poradzić sobie z życiem otworzyła drzwi i zobaczyła tam Heather. Jej uczucia dalekie były od radości; czuła niepokój, strach i niezrozumienie. Nie miała pojęcia, dlaczego ta dziewczyna znowu ją zachodzi, czego od niej chce i dlaczego pojawia się właśnie w tym momencie… A Heather miała plan i powili, sukcesywnie wcielała go w życie…

   Powieść prowadzona jest dwutorowo – teraźniejszość opisywana jest przez dorosłą Edie i w tej opowieści Heather jawi się jako zła i psychopatyczna osoba, natomiast przeszłość opisuje młoda Heather – i tam to Edie jest tą złą, sprowadzającą na manowce i oszukującą. Muszę przyznać, że na początku byłam lekko pogubiona i nie mogłam zrozumieć przemiany tych dziewcząt – to tak, jakby z biegiem lat zamieniły się osobowościami. Trudno mi było zrozumieć jak taka dziewczyna jak Edie mogła się zapaść w sobie, jak mogła pokonać ją dorosłość i odpowiedzialność za małe życie. Z kolei ciężko było mi uwierzyć i w przemianę drugiej z kobiet; z zastraszonego, dziwacznego kaczątka miałaby wyrosnąć na poukładaną, odpowiedzialną kobietę?

   Jest to bardzo niepokojąca książka. Wywołuje w czytelniku drżenie emocji, niestabilność, przestrach i niepokój. Pokazuje również, że nikt nie potrafi tak dobrze i precyzyjne zranić, jak były przyjaciel, osoba, która zna wszystkie słabości drugiej strony i w furii i nienawiści nie zawaha się ich odpowiednio użyć. „Obserwując Edie” to thriller w najczystszej postaci; nagle zaczyna spoglądać się na swoich bliskich z uwagą i zastanawiać się, czy i oni byliby do tego zdolni, gdybyśmy ich dostatecznie zranili. Czy staliby się nagle naszymi największymi wrogami i próbowali zniszczyć nam życie, uśmiechając się przy tym serdecznie i udając, że podają nam pomocną dłoń? Czy ludzie zdolni są do takich czynów? Czy można zrozumieć tych, którzy się mszczą?

„Im dłużej Heather jest u mnie, tym trudniej mi sobie wyobrazić życie bez niej.”

   Jeżeli macie ochotę na pozytywną, radosną powieść, pełną mocnej i życzliwej przyjaźni, to nie sięgajcie po „Obserwując Edie”. To tytuł pełen kłamstwa, brutalności i realizmu w relacjach międzyludzkich. Po lekturze będziecie czuli, że wasza dusza się lepi od tego całego brudu pokrywającego niegdyś czyste uczucia sympatii i miłości. Książka was otumani, sprawi, że zaczniecie inaczej patrzeć na swoich najbliższych. Krew zacznie szybciej krążyć w waszych żyłach a każdy dzwonek do drzwi sprawi, że ogarnie was niepokój. Przygotujcie się. Będzie mocno. 

20 mar 2017

Jaka jest miara prawdziwej przyjaźni?


   Czytałam ostatnio książkę, w której od kobiety odszedł mąż, więc jej przyjaciółka bez zastanowienia rzuciła wszystko co robiła, zostawiła dzieci pod opieką teściowej, męża pod opieką samego siebie i wsiadła w najbliższy samolot, po czym przeleciała pół Ameryki, żeby móc potrzymać swoją przyjaciółkę za rękę. W pewnym serialu natomiast przyjaźń pomiędzy mężczyznami była tak silna, że gdy jeden z nich umierał na zdradzieckiego raka, drugi rzucił całe swoje życie – karierę, mieszkanie, związki – i wyjechał z nim w ciepłe kraje, aby mogli spokojnie się pożegnać przed nieuchronną śmiercią.  

   Co jednak wtedy, gdy nie ma żadnych katastrof, żadnych nadzwyczajnych okoliczności? Gdy brak jest otoczki dramatyzmu i toczy się zwykłe, powolne życie? Są pewnie takie pary przyjaciół, które widzą się codziennie. Które nie wyobrażają sobie dnia bez napisania do siebie chociażby jednego sms-a, zatelefonowania. Cóż, moja przyjaźń jest inna. Nie rzucamy wszystkiego, żeby się ze sobą zobaczyć co drugi dzień, nie wpadamy do siebie o północy z butelką wina, bo on powiedział, że jego była miała ładniejsze nogi. Bywa, jak teraz, że nie widzimy się przez miesiąc i tylko czasami wymienimy kilka słów. Nie oczekuję od niej, że wszystko rzuci i przybiegnie, bo nagle mam kaprys się spotkać i obejrzeć głupi babski film. Prawdę mówiąc, to my razem obejrzałyśmy tylko jeden film i była to ostatnia część Bridget Jones. Ale mimo, że odbiegamy od hollywoodzkiego wzorca to wiem, że jakbym zadzwoniła do niej kiedyś zasmarkana w środku nocy, to po tym jak by się już przebudziła, powiedziałaby mi, żebym poszła spać a rano wszystko będzie wyglądało inaczej, lepiej. I że ona to obiecuje.

   Najbardziej w przyjaźni uwielbiam to, że nie robi się z niczego problemów, wielkiej sprawy. Jestem złośliwa, lubię dogryzać a ona o tym wie i nawet się nie przejmuje, kiedy po raz kolejny powiem w żartach coś, o co ktoś inny strzeliłby focha jak stąd do samej Moskwy. Nie przeszkadza mi, że zawsze woła mnie po nazwisku, którego nie znoszę i zazwyczaj odebrałabym to jak zniewagę – ale w tym przypadku w ogóle mi to nie przeszkadza. Lubię w niej to, że nie jest mi głupio jak siedzimy i po prostu milczymy, nie staramy się na siłę wymyślać nowych tematów. Lubię to, że czasami wystarczy, że na siebie popatrzymy i już wiemy, co tej drugiej chodzi po głowie. Lubię to, że obie zaczynamy dorosłe życie i możemy sobie napisać, że mieszkanie z facetem to istne skaranie boskie, bo wszędzie walają się chipsy, kombinerki i skarpety, ale w sumie to nie mamy tak źle, że oni trafili gorzej. Lubię to, że nieważne jakie wino kupimy na babskie spotkania, każde będzie nam smakowało. Lubię to, że rozumiemy swoją indywidualność, to, że każda z nas ma swoje życie i że nas ono zajmuje. Lubię w końcu to, że ona po prostu jest i że mogę być w każdej ważnej chwili jej życia.

   Uwielbiam to, że jak spotykamy się w czwórkę, z naszymi facetami, oni próbuję coś opowiadać a my radośnie krzyczymy, że już to wiemy, już zdążyłyśmy sobie to opowiedzieć. Ostatnio jej mąż narzekał żartobliwie, że ona o wszystkim mi mówi i pewnie nie zdążyła jeszcze powiedzieć, że poprzedniego dnia kupili odkurzacz. Odpowiedziałam, że wiem, zielony, wysyłała zdjęcie.
Kiedy pracowałyśmy razem przy liczeniu towarów w nocy w markecie, była to raczej zabawa niż faktyczna praca. Jak wspólnie opiekowałyśmy się dziećmi na dmuchanych zjeżdżalniach, też traktowałam to raczej w kategoriach dobrej rozrywki, bo zawsze po pracy był czas na kilka minut głupiej zabawy.

   To do niej zadzwoniłam dwa lata temu i powiedziałam, że się cholera zakochałam i to ona pierwsza wiedziała o zaręczynach. Byłam świadkową na jej ślubie a za trzy miesiące to ona będzie pełniła tę rolę u mnie. Pewnie za kilka lat, kiedy ginekolog powie mi, że będę miała dziecko to do niej zadzwonię jako pierwszej i oznajmię, że zostanie ciocią. A dla jej dziecka będę najlepszą i najukochańszą ciotką jaką można sobie tylko wymarzyć.

   Wczoraj moja przyjaciółka miała 25 urodziny. I z całego serca, szczerze jak nigdy i nikomu, życzę jej spełnienia wszystkich marzeń, tych mądrych i tych głupich. Żeby musiała zbierać brudne skarpety męża z podłogi jak najdłużej i żeby zamieszkał z nimi ten mały mopsik, którego sobie wymarzyła. Żeby nigdy nie zabrakło jej wina i ciecierzycy, którą tak lubi.

   Justyna, kiedyś wybierzemy się we dwie nad to morze pociągiem. Obiecuję! 

16 mar 2017

Mróz zelżał - Zaginięcie.


   Kiedy starzy znajomi odzywają się do ciebie po kilku latach, to nigdy nie wróży niczego dobrego. Albo dowiedzieli się, jak dobrze ci się powodzi i z chęcią pożyczą sobie piętnaście tysięcy na konieczną i niezbędną korekcję biustu, albo też dowiedzieli się, jak źle ci się powodzi i chcą się podbudować, patrząc na twoją biedę i brak kuchni indukcyjnej. Kiedy do Joanny Chyłki telefon dzwoni w środku nocy, wie, że nie są to dobre wieści. Tyle, że Chyłka – w przeciwieństwie do reszty ludzkości – lubi złe wieści, bo to oznacza dla niej pracę.

   Jej koleżanka z licealnych czasów, Angelika i jej mąż Awit, zostali oskarżeni o skrzywdzenie własnego dziecka. Mała Nicola zniknęła z ich pilnie strzeżonego domu i ślad po niej zaginął. Jako że małżeństwo włączyło alarm o 19 i od tamtej pory nikt z domu nie wychodził ani nie wchodził, co zarejestrował system komputerowy, nie było możliwości, by osoby trzecie były w to zamieszane. Sprawa wydawała się być prosta. Jednak śledztwo prawniczki i jej aplikanta, Kordiana, zwanego Zordonem, odkrywało nowe karty w tej nierównej grze z wymiarem sprawiedliwości.

   Poprzednią książką Kasacją byłam wprost oczarowana i połknęłam ją w kilka godzin; w tym przypadku nie było już tak dobrze. Zaginięcie na początku mnie zawiodło; wydawało mi się, że pierwsza część książki jest napisana jakby na kolanie, na siłę, bez konkretnego pomysłu. Na właściwe tory Mróz wskoczył dopiero w momencie, gdy Kordian zawiązał dziwną i niepokojącą chwilową przyjaźń z przemytnikami. W tym momencie poczułam, że to ten sam pisarz, który oczarował mnie w Kasacji. 

„Nikt ze sobą nie taszczy całej prawdy o swoim życiu.”

   Nie spodobało mi się jeszcze zbytnie odejście od faktycznego wizerunku sądów i przebiegu całej rozprawy; wprawdzie autor w posłowie zaznaczył, że było to niezbędne dla poprowadzenia fabuły, ale gryzło się trochę z tym, co tak mi się spodobało w Kasacji – że można napisać świetną fikcję, opierając się na faktach. Tutaj niestety tego zabrakło, chociaż osoby, które nie są zaznajomione z funkcjonowaniem sądów, prawdopodobnie nie będą się tym zbytnio przejmować.

   Wracając do tego, co w książce najlepsze, a więc postaci, muszę się z wami podzielić moimi przemyśleniami - Chyłka mogłaby być moją starszą siostrą – jej poziom ironii i sarkazmu jest szalenie podobny do mojego i myślę, że razem świetnie byśmy się dogadały. I wspólnie dogryzałybyśmy Zordonowi, który czasami faktycznie zachowuje się jak ciapciak a nie jak pełnokrwisty facet. Czekam na moment, aż Zordon odnajdzie w sobie coś na kształt wewnętrznej bogini – wewnętrznego boga? – i w końcu trzaśnie pięścią w stół, każe Chyłce się zamknąć i powie to, co myśli. Albo ewentualnie porwie ją w końcu w ramiona, bo jednak czekam na ten rozwój ich związku, którego niby nie ma, ale jednak jest.
   Drugim moim ulubionym bohaterem, zaraz po Joannie, jest McVay, którego w tej części też jest trochę mniej niż wcześniej, ale mam nadzieję, że jeszcze doczekam się jego wkroczenia na scenę w pełnej krasie i z całym jego angielskim spokojem i wyrafinowaniem. Nie lubię za to Żelaznego, bo mi się kojarzy mi się z nielubianym w dzieciństwie sąsiadem, który na moich pięcioletnich oczach zabił kaczkę i się śmiał, że jeszcze nigdy wcześniej tego nie widziałam. Chociaż Żelazny chyba nie z tych, co by kaczkę zabijali... 

   Podsumowując, Zaginięcie trochę mnie rozczarowało, ale cóż, mam nadzieję, że kolejna książka Mroza na nowo sprawi, że uznam go za jednego z lepszych współczesnych polskich autorów. Jak na razie, jestem nastawiona sceptycznie. Ale i Chyłka ma czasami gorsze dni, prawda?

14 mar 2017

Typy żon. Losie, mniej w opiece mężów naszych.


   Kilka tygodni temu przedstawiłam wam typy mężów. Niedawny remont, który przeprowadziłam w swoim niewielkim mieszkaniu sprawił, że miałam dużo czasu na dumanie. Wiecie, malując trzykrotnie listwy przysufitowe – bo oczywiście malowałam je totalnie krzywo i wychodziłam poza linię – człowiek ma czas zastanowić się nad różnymi ciekawymi aspektami otaczającego go świata. Dumałam nad tym, jakie istnieją typy żon. Z moich licznych obserwacji wynikła taka oto lista:

   Żona, która nic nie robi, ale robi wszystko – na co dzień zalega tylko na kanapie i przegląda wszelkie portale społecznościowe, nie przejmując się, że w domu bałagan, dzieci płaczą a mąż wrócił po czternastu godzinach pracy w kopalni. Przecież ona jest zmęczona! Sytuacja zmienia się diametralnie w momencie, gdy przychodzą goście – ah, wtedy taka żona to robi wszystko! Posprząta, przygotuje piętnaście sałatek, osiem zakąsek i jeszcze zaserwuje dwudaniowy obiad a później będzie brylować przy gościach, że ona to wszystko zrobiła sama i jeszcze zdążyła nauczyć młodsze dziecko rymowanki „Sroczka kaszkę ważyła” a starsze rozwiązywać równania całkowe. I mężowi koszulę wyprasowała!

   Żona, która jest wdzięczna mężowi za to, że może być żoną – inaczej mówiąc, przylepa. Jej życiową misją było zostać żoną i robi wszystko, żeby odwdzięczyć się małżonkowi za to, że założył jej obrączkę na palec.  Za ten kawałek metalu zrobi wszystko – od wstawania co rano i gotowania krupniku, bo mąż sobie zażyczył, od oddania nerki teściowej, bo stara się już jej znudziła.

   Żona, która żoną nie chce być – ona się w małżeństwie męczy, czuje się jak w klatce i głowi tylko, jakby się z tego wykaraskać. Myślała zapewne, że małżeństwo to wspaniała przygoda, porównywalna to zdobywania nieodkrytych terenów dzikiej Amazonii a w efekcie okazało się, że jest to spacerek po polnej polskiej drodze, gdzie nie ma nic pasjonującego.

   Żona-polka – trochę jak matka-polka, jednak w tym wypadku jej dzieckiem jest mąż. On nie potrafi sam niczego zrobić, przynajmniej w jej opinii. Obiad trzeba podłożyć mu pod nos, skarpetki i spodnie do pracy wyprasować i położyć w widocznym miejscu, żeby sobie nieborak poradził przed wyjściem na placówkę a w razie igraszek łóżkowych ona przejmuje całą inicjatywę, żeby się czasami facet nie przemęczył i nadwyrężył sobie kręgosłupa. Problem pojawia się w momencie, gdy rodzi się dziecko, bo wtedy mężczyzna jest odsuwany na bok i kompletnie nie wie, jak zrobić sobie herbatę.

   Żona chrząkająca – ona nigdy nie krytykuje, nigdy nie jest niezadowolona. Ona tylko znacząco chrząka. Kiedy śmieci zaczynają żyć własnym życiem i wędrować żwawym krokiem po kuchni, ona nie ma pretensji do męża, że ich nie wyniósł. Ona tylko stoi i chrząka a to chrząkanie roznosi się echem po całym domu.

   Żona- rebus – czyli nigdy nie wiadomo o co jej chodzi. W poniedziałek chce wybrać się do kina na film z Bradem Pittem, bo go uwielbia, jest taki męski i cudowny a w środę oznajmia, że Pitt (imienia już nie używa, żeby było bardziej oschle) to świnia i patafian w jednym. Przez pół życia uwielbia znajomych swojego męża aż pewnego dnia stwierdza, że jednak oni są dziwni i nie ma po co się z nimi spotykać. Jej humor nie zależy nawet od jej cyklu, ani od faz księżyca a jedynie od dziwnego, nikomu nieznanemu splotowi wydarzeń i myśli, które zakiełkowały w jej głowie.

   Żona, córcia tatusia – damska wersja maminsynka. Córcia tatusia ma zawsze ostatnie zdanie w kłótni i brzmi ono: powiem tacie! Jakoś zawsze bywa tak, że ich ojcowie to postawni, groźni wojskowi albo znawcy wschodnich sztuk walki a nigdy nie jest to pucołowaty, spokojny marzyciel. Dziwne, prawda?

   Żona „on nie pije!” – oh. Takich żon pojawia się ostatnio coraz więcej. Jej dłoń ma refleks strzelca wyborowego i jak tylko zobaczy kątem oka, że nad kieliszkiem mężowskim pojawia się butelka z wódką, zakrywa go i krzyczy „on nie pije!”. Nie, nie jest alkoholikiem, po prostu po co ma pić i się dobrze bawić, kiedy jest mężem? Niech pije co trzeci kieliszek, żeby całkiem nie zmarkotniał, ale resztę kolejek powinien odpuścić, bo jakie on daje świadectwo o niej, żonie, kiedy tak rubasznie się śmieje i żartuje? 

   Żona idealne - mityczny byt, który niczym Złoty Graal jest wiecznie przez mężczyzn poszukiwany, ale  zawsze okazuje się, że to co błyszczało się jak Graal okazało się marną podróbką okraszoną podpisem made in China. Żon idealnych nie ma, tak jak nie ma mężów idealnych, chociaż niektórzy lekko zbliżają się do ideału. I w tym cały sęk - trzeba odnaleźć taką osobę, która będzie w nas widziała chociaż odrobinę Złotego Graala Współmałżonka. Bo inaczej jak to wszystko ma się udać? 

   Aż strach pomyśleć jaką ja będę żoną. Miejmy nadzieję, że mitycznym Złotym Graalem. 
A może znacie jeszcze jakieś typy? Piszcie.