23.08.2016

Damą być.



   Kilka miesięcy temu napisałam na tym blogu felieton o tym, jak ciężko jest być kobietą. Teraz, z perspektywy czasu widzę, że informacje, które tam podałam są mocno zdezaktualizowane, bo świat nie oczekuje teraz od kobiety jedynie tego, że będzie kobieca. Świat oczekuje od nas tego, że będziemy damami.
   I teraz uprzedzę, chociaż nie powinnam, bo damy nie uprzedzają – nie bierzcie tego na poważnie. To tylko felieton.

Dama, czyli kto?

   Dama kupuje produkty jedynie lokalne, bo wspiera swoich sąsiadów, którzy pałają się uprawą szparagów. Dama jada też ostrygi i tu może pojawić się problem, jeśli żaden z jej sąsiadów takowych nie hoduje a ona przecież powinna wspierać lokalne, małe przedsiębiorstwa a nie biec do Lidla i kupować tam 100 gram tego przysmaku za jedyne 5,99. Problem dla mnie stanowi kobieta, która chciałaby być damą, ale nie może, bo ma uczulenie na owoce morza, albo po prostu za nimi nie przepada. Bo dama powinna zjeść wszystko, co pojawi się na talerzu.

   Dama nigdy nie krytykuje, nie odburkuje, nie denerwuje się, nie marszczy srogo brwi, nie pokazuje środkowego palca, nie irytuje się i nie jest sarkastyczna. Dama może co jedynie poddać w wątpliwość zachowanie drugiej osoby, chociaż Bóg jeden wie jak to się robi. Może po prostu powinno się komuś powiedzieć - „ej, poddaję Twoje zachowanie w wątpliwość”. Chociaż dama nie używa słowa „ej”, bo to takie plebejskie.

   Dom lub mieszkanie osoby, która pretenduje do tego chwalebnego miana, powinno być czyste, przestrzenne i gościnne dla każdego. Nie może być tak, że o ósmej rano zawita do niej listonosz z bardzo ważnym listem a ona będzie nieumalowana, pies będzie skakał dookoła i domagał się porannego spaceru a dzieci będą biegać w piżamach. Przecież biednego mężczyznę taki widok tylko zgorszy i zepsuje mu humor na cały dzień. Dama powinna otworzyć mu drzwi z uśmiechem, jej pies powinien podać mu łapę a dzieci zaproponować schrupanie dopiero co upieczonego ciasteczka.

  Następna cecha charakteryzująca damę – ona nie przeżywa. Nie podskakuje niczym nastolatka na widok przecenionej pary jeansów w markowym sklepie, nie piszczy jak szalona i nie wybucha śmiechem. Dama leciutko się uśmiecha i kiwa z aprobatą głową, jakby dają wszechświatowi znać, że zadowolił ją dając jej główną wygraną w totka czy mężczyzną, który zechciał się z nią ożenić.

   Jeżeli chodzi o życie rodzinne, to dama nie opowiada swoim przyjaciółkom co jej mąż ostatnio przeskrobał i że dzieci dostały jedynkę w szkole bo się zbuntowały i napisały „ksionszka” w ostatnim dyktandzie. To z pewnością osłabiłoby jej pozycję wśród innych dam i spadłaby w ogólnopolskim rankingu, którym przecież się nie przejmuje, bo ona nie przeżywa.
   Z drugiej strony nie powinna się także zbytnio chwalić; nie może tak jak zwykła kobieta krzyknąć do koleżanek, że dostała piękny złoty wisiorek, machając nim przed oczami dziewcząt. Dama powinna dyskretnie chrząknąć, dotykając dłonią wisiorka, żeby przyjaciółki same miały okazje go zauważyć i aprobująco skomplementować.

Jak się nią stać?

   Szczerze? A po co Wam to wiedzieć? Życie nie-damy jest o wiele lepsze, radośniejsze i spontaniczne. Popadłabym w obłęd gdybym musiała wiecznie być perfekcyjna, zadbana i taka ą i ę. Wolę być sobą, ze swoimi złymi humorami, z przejmowaniem się najmniejszą głupotą, ze spontanicznymi decyzjami i ze skakaniem po chodniku jak pięciolatka (mimo, że za kilka miesięcy obchodzić będę ćwierćwiecze.) Gdybym żyła kilkaset lat temu to z pewnością starałabym się damą być, ale korzystając z przywileju naszego XXI wieku chciałabym nią nie być. Bo damy muszą się wszystkim przejmować, wszystkim dogadzać i uszczęśliwiać wszystkich dookoła, co najczęściej jest równoznaczne z tym, że unieszczęśliwiają siebie.

   Taki mój apel na dziś – nie bądź perfekcyjną damą. Bądź egoistką. Bądź szczęśliwa na własnych warunkach. Bo jeśli nie Ty o to zadbasz, to kto?  

22.08.2016

"Księga wieszczb" - coś więcej niż książka.


   Kiedy Simon był małym chłopcem, jego mama uczyła go prawidłowo nurkować. Dzięki jej lekcjom chłopiec nie bał się morskich fal i potrafił wytrzymać pod nimi ponad dziesięć minut; pewnego dnia jego mama, jak co rano, przyrządziła dla niego i dla jego siostry śniadanie, po czym wyszła z domu i weszła w morskie fale, dając się porwać temu zgubnemu żywiołowi.

   Od tamtej pory Simon i jego siostra Enola zostali sami na świecie i musieli ramię w ramię stawić czoła dorosłemu życiu. I pewnie wszystko w końcu jakoś by się ułożyło, gdyby nie to, że pewnego dnia Enola postanowiła dołączyć do wędrownego cyrku i zniknęła z życia Simona. Został sam w starym domu, który stał na skraju klifu i który każdego dnia przybliżał się do swojego nieodwołalnego upadku do morza.

   Pewnego dnia do Simona trafia tajemnicza stara książka, w której znajduje się nazwisko jego babci – kobiety, której nie znał, ale która – podobnie jak jego siostra – należała do cyrku i która straciła młodo życie w odmętach fal. Po lekturze książki Simon odkrywa, że wszystkie kobiety z jego rodu czeka ten sam los – śmierć w falach oceanu, dokładnie w tym samym dniu, w odstępie kilkunastu lat. Parę tygodni przed tą feralną datą jego siostra powiadamia go o niespodziewanym powrocie do domu, do zatoki, gdzie niegdyś życie oddała jej matka. Czy Simon zdoła ocalić jej życie? Czy da się przezwyciężyć tajemne siły, które wzięły się nie wiadomo skąd?

   „Księga wieszczb” jest bardzo specyficzną pozycją; można porównać ją do perełki, która leży pomiędzy szlamem i brudem morskiego dna. Pośród tych wszystkich obyczajówek, kryminałów i thrillerów, ta pozycja jest bezwzględnie inna, nietypowa. I nie jest łatwa. Mimo, że skończyłam czytać tą książkę kilka tygodni temu, dopiero dzisiaj wiedziałam co o niej napisać i jak to napisać. Los Simona i jego siostry jest dziwny. Poplątany. Nie z tego świata. A jednak, jakimś sposobem, wciąga jak opowieść snuta przez bliskiego przyjaciela.

   Mimo, że cała akcja toczy się wokoło cyrkowej areny, to jest to inny cyrk niż ten który znamy z dzieciństwa. To miejsce pełne klątw, sekretów i magii. Autorka nie opisywała cyrku współczesnego, tylko taki, który istniał wiele lat temu i był zbiorem ludzi naprawdę nietypowych, wymykających się wszelkim normom. Teraz cyrk to miejsce dla aktorów, wygimnastykowanych akrobatów i odważnych treserów i – nie oszukujmy się – to machina zarabiająca naprawdę duże pieniądze. Natomiast cyrk z „Księgi wieszczb” to społeczność „adoptująca” podobnych sobie dziwaków, wielka patologiczna rodzina, która wędrowała przez świat i zabawiała ludzi po to, aby wyżyć jakoś w ciężkich czasach.

   Ciężko jest pisać o książce tak trudnej; pomimo dość przejrzystej fabuły i wartkiej akcji, drugie tło, które majaczy się jakby pod napisanymi słowami, dotyka niemal filozofii, sprawiając, że czytanie tego wymaga wiele uwagi i zastanowienia. Ta książka z pewnością wnosi w życie czytelnika o wiele więcej, niż wydawałoby się to na pierwszy rzut oka. Ta historia to – jak dla mnie – wielka metafora ludzkiego życia. Opowieść o tym, że ciągle coś tracimy, ale i coś zdobywamy, chociaż ciężko jest to zauważyć. Bo człowiek już tak ma, że stratę zauważy od razu a zdobycie czegoś dopiero po czasie.

   To także ukazanie tego, że patetyczna sentencja, że nie liczy się cel a droga, jest prawdziwa. Cel cieszy nas przez chwilę, przez jedno westchnienie wszechświata. Droga natomiast nas kształtuje, temperuje nasze charaktery a to jak się podczas niej zachowujemy, definiuje nas jako ludzi.

„Kiedy znajdziesz książkę, którą pokochasz, zawsze będziesz pamiętał uczucie, jakie w Tobie wywoływała, jej wagę i to, jak leżała w Twojej dłoni.”

   „Księga wieszczb” to także wielki hołd oddany wszelkim książkom; bo to właśnie książka gra tutaj jedną z pierwszoplanowych ról; po cichutku, trochę na uboczu, ale prawdą jest, że gdyby nie ona, to cała ta historia nie miałaby sensu.

 Polecam. Szczególnie jeśli oczekujecie od książki czegoś więcej, niż tylko rozrywki.

19.08.2016

Eksperymentalna recenzja - "Co nas kręci, co nas podnieca"


   Na wstępie muszę się wam przyznać do grzechu – nigdy nie oglądałam żadnego filmu Woody'ego Allena. Cóż... do dzisiaj. Recenzja powstawała o pierwszej w nocy, więc za chaotyczność wielkie sorry!

   Stwierdziłam, że czas w końcu poznać tego mistrza od ironii i sarkazmu, bo skoro chcę kiedyś zająć jego miejsce, to muszę wiedzieć, z czym przyjdzie mi się zmierzyć. Długo przeglądałam listę jego filmów i miotałam się między najnowszymi produkcjami a klasykami, bo jak wiadomo, mistrzów powinno poznawać się od początku ich drogi a nie od końca. Jednak jestem buntowniczką i wybrałam film ani nowy, ani stary – z samego środka dostępnej listy. Trafiło na „Co nas kręci, co nas podnieca.”

   Ah. Zaznaczyć muszę, że ta recenzja będzie czymś w rodzaju eksperymentu – bo nie napiszę jej po skończonym seansie, nie dam swoim neuronom odetchnąć w spokoju, Będzie pisana na bieżąco podczas oglądaniu filmu. Gotowi?
Pierwsze pięć minut i już niespodzianka – myślałam, że to w „Deadpoolu” po raz pierwszy zbudzono barierę pomiędzy bohaterami a widzami. Jak się okazało – Allen go wyprzedził i sympatyczny dziadzio-główny bohater doskonale zdawał sobie sprawę, że obserwuje go pełna kinowa sala.

 W historii właściwej Boris – główny bohater i nasz narrator – jest naukowcem, który zajmuje się teorią strun. I cóż... nie jest do końca normalny. Uważa, że świat to zło, złożone z pieniędzy, bogaczy i niebezpiecznych mikrobów a swoimi tyradami o niemoralności ludzkiej obarcza swoją żonę o 4 nad ranem, co się kobiecie nie podoba. I nic dziwnego, też miałabym obiekcje.

   Po krótkiej, aczkolwiek żarliwej kolejnej przemowie na temat ich nieidealnego związku Boris próbuje się spektakularnie zabić, rzucają się z okna. Niestety, trafia na baldachim i cóż... zaczyna całkiem nowe życie, które nie jest łatwiejsze od poprzedniego. Ale z pewnością inne. Zamieszkał w obskurnym mieszkanku, rozwiódł się z żoną, która nie chciała z nim rozmawiać o 4 nad ranem, uczył małych chłopców grać w szachy i prowadził powolne, niczym niezakłócone życie. Do momentu, gdy pod jego drzwiami znalazła się młoda dziewczyna szukająca czegokolwiek do zjedzenia (najlepiej owoców morza, chociaż sardynki z puszki też ją zadowoliły.)

   Wyprowadziła się z rodzinnego domu, od bogatych rodziców, których jedynym celem było pobożne życie z całym jego przepychem i przyjemnościami. Zamieszkała z Borysem, którego zaczęła uważać za geniusza i powoli, powolutku, słodka blondyneczka Melody zaczęła zmieniać życie starego, smutnego i cynicznego Borysa. Ale jeśli myślicie, że wszystko skończyło się banalnym happy endem to cóż... nie oglądaliście nigdy filmów Allena.

   Muszę przyznać, że dawno nie widziałam tak ciepłego, tak prawdziwego w swoim przekazie filmu. Poruszane były wszystkie możliwe kontrowersyjne kwestie – homoseksualizm, homofobia, rasizm, związki ludzi oddalonych od siebie wiekiem – a mimo to wydźwięk tych słów nie był ostry, nie trącił kontrowersją. W tym filmie brak jest wartkiej akcji; przypomina ona raczej sędziwego żółwia, który powoli zmiesza do celu a cel ten okazuje się być miejscem, gdzie woda jest piękna i przejrzysta. Tak samo jest z tym filmem – nie wiadomo dokąd zmierza, ale kiedy już tam dotrze, widzi się klarowną mądrość i prawdę w całym przekazie.

   Nie wiem jak sytuacja wygląda w pozostałych filmach, ale „Co nas kręci, co nas podnieca” to grotesk w najlepszych swoim wydaniu. To film, w którym nie fabuła jest najważniejsza i bardzo dobrze – bo w tym wypadku liczy się to, co pomiędzy. Nie chodzi o wielkie uczucia, o miłość, o pretensje, czy o złości; chodzi o ludzkie życie, które toczy się pomiędzy tymi zdarzeniami. Allenowi rozchodzi się o codzienność, o której ciągle zapominamy, skupieni jedynie na wielkich momentach naszego życia. I może to jest jedna z tych prawd, które powinniśmy wynieść z kina – celebrujmy naszą codzienność. Kawę wypitą co rano, pranie nastawiona na 40 stopni, deszcz uderzający w szyby i kłótnie przy zapałce o niezapłacony rachunek za prąd. Bo jeśli nie będziemy się cieszyć normalnością, to czym mamy się cieszyć?


„Świat się kręci? Czemu my byśmy nie mieli?”

16.08.2016

Podłość ludzka nie zna granic - czyli kilka anegdot z ostatnich dni


   W niedzielny wieczór spotkałam się ze znajomymi mojego najwspanialszego i jak to przy spotkaniach towarzyskich bywa – każdy opowiadał co u niego słychać, co się ostatnio zmieniło i co zabawnego wydarzyło się w okolicy. Znajoma zaczęła opowiadać o swoim koledze, nazwijmy go W. (bo i tak nie pamiętam jak on miał na imię), który jest dorosłym facetem, pracującym i zarabiającym dość dużo. Otóż W. został niedawno zaproszony na wesele. Stwierdził zawczasu, że nie za bardzo lubi państwa młodych, więc do koperty włożył im 200 złotych, co by z niego nie mieli zbyt dużego zysku. Stojąc jednak w kolejce do składania życzeń W. stwierdził wewnętrznie, że nie lubi młodych nieco bardziej i udał się do łazienki, gdzie wyciągnął z koperty banknot pięćdziesięciozłotowy i usatysfakcjonowany z powrotem zajął miejsce w kolejce. Jednak po chwili jego zwoje mózgowe zapaliły się niczym czerwona lampka w filmach akcji i uznał, że przecież oni są bogaci, to po co on im aż tyle pieniędzy będzie dawał? I znowu udał się w ustronne miejsce aby wyciągnąć kolejny banknot.
   Nie rozumiem dlaczego według znajomych ta historia była „fajna i zabawna” a z W. to „jest taki żartowniś”. Wesela nie robi się dla pieniędzy – co każdy powtarza z uporem maniaka – ale jeśli już się na nie idzie i w dodatku jeśli ma się pieniądze, to warto dać chociaż za to, co się przeje i przepije. A jeśli się młodych nie lubi, to się zostaje w domu, prawda?
   EDIT - z powodu komentarzy dodam tutaj, co by tam się nie rozpisywać - racja, nie chodzi o to, żeby w kopertę włożyć tyle, co młodzi wydali na jedzenie i picie gościa. Daje się to, co się ma a jak się nie ma to się po prostu przychodzi i nikt się o to nie obraża. Jednak jeśli pan W. zarabia miesięcznie kilka tysięcy i ma kasy pod brodę a żal mu 50 złotych dla gości, to według mnie jest coś nie tak. Bo mi osobiście byłoby po prostu głupio i chociażbym im ręczniki głupi kupiła. 

"Człowiek nie jest bogaty tym, co posiada, lecz tym, bez czego potrafi się obejść." 

   Sytuacja druga. Napisał do mnie ostatnio pewny pan „Janusz-biznesu” z pewną propozycją. Otóż zaproponował mi, że za napisanie dla niego stu artykułów (każdy po 2 strony A4) zapłaci mi 50 złotych. Artykuł za pięćdziesiąt groszy, czyli strona za groszy dwadzieścia pięć. Nawet na bułkę by mi nie starczyło, bo ze mnie krezus i jadam takie, co kosztują 60 groszy.
Normalnie sprawę bym wyśmiała a maila wyrzuciła do kosza, ale coś mnie podkusiło i napisałam do pana, czy aby dobrą stawkę napisał, bo – kto wie? - może jedno zero mu się gdzieś schowało. Pan napisał, że w sumie mam rację, bo nie zaznaczył, że 50 złotych brutto a nie netto.

   Co do moich przygód z poszukiwaniem pracy – teraz już nie szukam, otwieram coś swojego – to znalazłam raz ogłoszenie, że w mieście moim wojewódzkim szukają osoby do prowadzenia biura. Wysłałam CV, po kilku dniach odezwała się miła Pani, że zapraszają mnie na rozmowę kwalifikacyjną. Pojechałam, zapłaciłam całe 6 złotych za bilet autobusowy, uciekałam przed deszczem, bo oczywiście parasola nie miałam, ale w końcu dotarłam. Zasiadłam przed Panią a ona mnie pyta na jakie stanowisko aplikuję. Trochę się zdziwiłam, że Pani nie wie po co przyszłam, ale powiedziałam zgodnie z prawdą, że na stanowisko osoby prowadzącej biuro. Kobiecina zrobiła oczy jak pięć złotych i pyta czy na pewno. Po kilku minutach i dwóch rozmowach Pani z kierownikiem okazało się, że ogłoszenie faktycznie „zostało tak sformułowane, ale oni szukają ankieterów a jeśli piszą to wprost, to mniej ludzi do nich przychodzi.”

   Ale, żeby nie było, że jestem bez winy, raz i ja dopuściłam się okropnej ludzkiej podłości. Miało to miejsce w zeszłą środę, kiedy to kupowałam w Rossmannie maszynki do golenia dla mojego najwspanialszego. Stanęłam w kolejce do kasy a że przede mną pani kupowała tysiące dezodorantów i tuszy do rzęs a mi zachciało się pić, zrobiłam krok w bok i sięgnęłam po sok i grzecznie z powrotem stanęłam na swoim miejscu.
   Chwilę później – gdy pani przede mną miała na rachunku dopiero 300 złotych a w koszyku jeszcze sporo asortymentu – coś zaczęło za mną buczeć. Kulturalnie zignorowałam, chociaż mnie korciło zobaczyć o co chodzi. Wiecie, silna wola i tak dalej. Po chwili jednak buczenie przeszło w wysokie szeptane alty i usłyszałam: „krowa jedna się wepchała”. Odwróciłam się, za mną stało dziewczę nastoletnie z chłopakiem pod rękę i patrzyło na mnie w rządzą mordu w oczach. Zrobiłam szybki rachunek sumienia i uznałam, że widocznie się wepchałam po tym jak sięgnęłam po sok i nie powiem – głupio mi się trochę zrobiło, bo nie byłam nawet świadoma, że komuś krzywdę robię i że nagle zostaję porównana do zwierza gospodarskiego.

Myślicie, że przepuściłam dziewczynę? Otóż nie. Taka jestem podła, że nie dość, że się wepchałam, to potem jeszcze zignorowałam jej buczenie dalsze (buczała póki nie odeszłam od kasy) i spokojnie kupiłam, co miałam kupić. Znowu pojawiają się u mnie oznaki buntu. 


12.08.2016

Mordercze spojrzenie na oświatę - "Garść popiołu"


   Szkoła. Miejsce, gdzie każdy z nas spędził kilka lat swojego życia. Wspomina się ją lepiej lub gorzej, jednak nie można zaprzeczyć, że w dorosłym życiu nie raz powie się: „a w mojej szkole....”. Nie raz wspomni się mało lubianego nauczyciela fizyki czy śmieszka-wuefistę, który był obiektem żartów wszystkich uczniów. Ja osobiście wspominam szkołę jako miejsce, do którego chodziłam już jako trzylatka, bo moja mama-nauczycielka- świetliczanka (która zaczynając czytać książkę zawsze najpierw patrzy na koniec, jak to wszystko się skończyło, bo inaczej nie może spokojnie czytać) zabierała mnie ze sobą do pracy. Dzięki temu – albo przez to – wszyscy nauczyciele mnie doskonale znali i gdy zasiadłam w szkolnej ławce w wieku lat siedmiu, to byłam traktowana ze szczególną troską. Co wcale mi się nie podobało, bo każdy mój krok od razu był meldowany do instancji wyższej – mamy.
A w aspekcie mojej „kariery” recenzentki, wspomnę tylko, że w trzeciej klasie podstawówki napisałam w dyktandzie „ksionszka”. Nie wiem co mnie wtedy opętało. To był chyba bunt.

   Koniec wspomnień, wróćmy do recenzji. Kilka tygodni temu w moje lepkie rączki dostała się książka o dziwnym tytule brzmiącym „Garść popiołu”, który nie kojarzył mi się absolutnie z niczym. Nie miałam co do niej zbyt wysokich oczekiwań, ale! Ale okazało się, że to jedna z lepszych książek, jakie ostatnio czytałam. I utwierdziła mnie w przekonaniu, że nasi polscy panowie potrafią dobrze pisać.

   Rada pedagogiczna nie jest niczym ciekawym i zwykle sprowadza się do kilkugodzinnego siedzenia na tyłku i słuchania raportów przygotowanych przez dyrektora szkoły. Rada pedagogiczna, która odbyła się w jednym z liceów w Legionowie, nie była jednak nudna i nie przebiegała zgodnie z harmonogramem. Powodem tego był … trup. A jaśniej rzecz ujmując, zwłoki nauczyciela matematyki, które znaleziono na poddaszu szkoły, groteskowo powieszone na sznurze. Wśród nauczycieli zawrzało, wezwano policję i pogotowie – które i tak w niczym nie mogło już pomóc - i zaczęto się zastanawiać dlaczego ten czterdziestokilkuletni mężczyzna postanowił odebrać sobie życie. I dlaczego zrobił to w gmachu szkoły, narażając na stres wszystkich swoich kolegów i koleżanki.
   Wszyscy z wyjątkiem Tomka, młodego nauczyciela historii, który był przyjacielem zmarłego, są przekonani, że popełnił on samobójstwo. Nasz główny bohater i narrator w jednym, postanowił samodzielnie dojść do prawdy i bawiąc się w Poirota i Holmesa, zaczął prowadzić własne, nieco kulejące śledztwo, a wspierany był niekiedy przez piękną, młodą i bojaźliwą policjantkę Kamilę. Kamila to taki typ bohatera, który powinien w każdej książce występować, ale nie występuje, bo jego osoba kłóci się z społecznym światopoglądem na niektóre instytucje. Bo policjant powinien być odważny, ksiądz szczery, nauczyciel mądry a polityk powinien umieć kombinować. I jeżeli autor zburzy te schematy, to naraża się na niezrozumienie, chociaż przecież jest wtedy bardziej szczery, niż gdyby miał pisać peany o odważnych i nieustraszonych pracownikach drogówki.

   Akcja książki jest niezwykle wartka; na światło dziennie ciągle wychodzą nowe informacje, które zaskakują, ale które – co ważne – mają swoje potwierdzenie w rzeczywistości i nie są wyssane z palca. Lubię, gdy książka jest na tyle realistyczna – zwłaszcza thriller i kryminał – że jej fabuła może zadziać się w rzeczywistości. Dzięki temu bardziej wczuwam się w historię, emocje bohaterów stają się moimi emocjami a chęć poznania rozwiązania sprawia, że staję się niecierpliwa i czytam tak szybko i tak często jak tylko się da.

   „Garść popiołu” to książka specyficzna, ponieważ w rolę detektywa-amatora wciela się profesor historii, natomiast cała akcja nie krąży wokół mafii czy psychopatycznych morderców, ale wokół nauczycieli, którzy są częścią oświaty, która wcale nie jest taka bezpieczna i przyjazna, jak mogłoby się wydawać.
   Jak dla mnie – dziecka, które od małego miało styczność z nauczycielami i ze szkołą, to świetny sposób na zobrazowanie kadry nauczającej z całkiem innej perspektywy; według autora, nauczyciele to ludzie, którzy mają niekiedy na sumieniu więcej niż niejeden kryminalista patrzący na świat przez kraty. Mroczne oblicze szkoły, mroczne oblicze pedagogów – mi ten pomysł ogromnie przypadł do gustu. I zdaje mi się, że z wami będzie podobnie.

   Polecam serdecznie a pana autora – Wojciecha Wójcika – proszę o kolejne książki. Bo szkoda taki talent marnować.  
   Za książkę dziękuję portalowi: