17 sty 2017

Bądźmy egoistami - "Koncert cudzych życzeń"


   Od najmłodszych lat wszyscy uczyli nas, że nie wolno być egoistą; że żyje się wśród ludzi i trzeba umieć się z nimi dzielić nie tylko tym, co materialne, ale także ulotnymi uczuciami, pomocą i dobrym słowem. Przyjęło się, że kiedy mówi się „egoista”, na myśli ma się nieprzyjemną osobę, skupioną tylko i wyłącznie na własnym nosie. A moim zdaniem, trzeba być trochę egoistycznie nastawionym do świata. I, co więcej, potwierdza to książka, którą przeczytałam wczorajszego wieczora.

   Magda, główna bohaterka „Koncertu cudzych życzeń” ma z pozoru to, co chciałaby mieć każda zdroworozsądkowa kobieta – kochającego męża, wielki apartament, dobrze płatną pracę i dzieci w planach. Jednak przyglądając się z bliska jej życiu można doznać niezłego rozczarowania – dobra praca szybko się skończyła, mąż zaczął mieć problemy w swojej aptece a w pięknym apartamencie z młodym małżeństwem mieszkała teściowa, której ulubioną rozrywką była modlitwa, oglądanie telewizji Trwam i nagabywanie na wnuka. A sami musicie przyznać, że bycie przymuszanym to nic miłego. Szczególnie dzień w dzień. I szczególnie przez teściową o imieniu Leontyna.  

   Jakby tego było mało, okazuje się, że rodzicielka ukochanego męża pożyczyła dość znaczącą sumę swojej przyjaciółce, która miała czelność umrzeć i zabrać dług ze sobą do grobu. I utrzymywała również młodszego od siebie o dwadzieścia lat wikarego, zadłużając się jednocześnie o okrągłą sumę stu tysięcy złotych; młodzi małżonkowie w obliczu takiego stanu rzeczy musieli zamienić swoje mieszkanie na coś mniejszego. I wiecie co? Magda w ogóle nie ciskała talerzami. Nie próbowała wbić widelca w tętnicę kobiety, która ściągnęła na ich głowę komornika i tuzin banków. Pełna spokoju i akceptacji, zrobiła po prostu to, co musiała. Bo wypada.

   Kilka tygodni później odziedziczyła po swojej babci stadninę koni; miejsce, gdzie uwielbiała spędzać czas jako dziecko. Reakcja teściowej i męża była jednak dość nieprzyjemna; oboje dostrzegli w spadku możliwość zarobku, Magda natomiast postanowiła zawalczyć o miejsce, gdzie niespodziewanie poczuła się szczęśliwa jak za dawnych, dziecięcych lat. Spakowała się, zostawiła najbliższych samym sobie i wyjechała do obcego miejsca, które szybko przyjęło ją jak swoją.

   Ta książka zdecydowanie była mi potrzebna; w tym całym ślubnym galimatiasie zaczęłam zapominać, że czasami trzeba być egoistką i postawić z całą mocną na swoim. Jasne, świetnie jest robić coś po myśli innych osób, cieszyć się ich radością i całkowicie zatracić się w uczuciu dawaniu innym szczęścia; ale uważam, że aby móc się cieszyć dawaniem, należy najpierw uszczęśliwić samego siebie. Książkowa Magda w pełni uświadomiła mi, że wszystkie mantry i deklamacje powtarzane przez uduchowionych celebrytów są figę warte; to znaczy, zakładam, że celebryci są spełnieni i że trochę przyczynił się do tego ich zdrowy egoizm. Jednak jeśli przerzuci się to na nasze zwykłe, nie-celebryckie życie, to wtedy często zapominamy o sobie i chcemy na siłę zadowalać cały świat, samemu powłócząc nieszczęśliwie nogami.

   Pozwólmy sobie zwrócić uwagę mężowi, że za bardzo naskakuje swojej mamie. Zwróćmy uwagę teściowej, że wieszanie atłasowych, purpurowych zasłon w waszym osobistym salonie zakrawa na kpinę i że takowe może wieszać, ale w obrębie własnego pokoju. Nauczymy się w końcu walczyć o swoje, o swoją przestrzeń i swoje życie.

   Co do książki – nie jest to zwykłe „babskie” czytadło. Pod warstwą obyczajówki kryje się dość głęboka i ważna prawda. Ale żeby ją odkryć, musicie sami przeczytać najnowszą powieść pani Frączyk. Gwarantuję wam, że jest napisana w lekkim, miłym stylu a każdy kolejny rozdział coraz bardziej uzależnia i ani się człowiek obejrzy, ma już za sobą zarwaną noc.

   Chyba dlatego tak bardzo lubię polską literaturę; autorki wiedzą co czują ich sąsiadki, przyjaciółki czy znienawidzone znajome ze szkolnej ławki. Całkiem inna mentalność jest w Ameryce czy też we Francji, dlatego jeżeli sięgam po obyczajówki, to najczęściej po te polskie, rodzime, znajome. Bo kto inny lepiej nas zrozumie, jeśli nie kobieta, która żyje w podobnym świecie?

Za egzemplarz książki serdecznie dziękuję wydawnictwu

11 sty 2017

Małżeństwo.

Inspiracja do dzisiejszego wpisu - możecie włączyć, żeby się wczuć w mój nastrój. 


   Niełatwo jest być małżeństwem. Zapewniają cię o tym wszystkie dostępne w kiosku czasopisma, grzmi o tym w telewizji znana aktorka, która właśnie sfinalizowała trzeci rozwód i powtarza ci to mama, po kolejnej kłótni z twoim ojcem. Na początku wszystko wygląda bajecznie i kolorowo; on jest miły i szarmancki, całuje cię w dłoń na powitanie i zachowuje się niczym idealny mężczyzna prosto z planu komedii romantycznej. Otwiera przed tobą drzwi, śmieje się z twoich nietrafionych żartów, twierdzi, że wyglądasz uroczo w dwóch kucykach i patrzy z pobłażaniem, kiedy próbujesz sama odkręcić słoik z kiszonkami.

   Świetnie dogaduje się z twoim ojcem i obaj żartują, że będzie miał z tobą krzyż pański, bo jesteś rozpuszczona jak dziadowski bicz. Twoja własna matka podczas kłótni, które zdarzają się sporadycznie między wami bierze jego a nie twoją stronę i z uśmiechem mówi do koleżanek na kółku różańcowym, że jej zięć to jest złoty człowiek i że trafiło jej się lepiej, niż komukolwiek innemu we wsi. Nawet twoje upiorna młodsza siostra staje się przy nim słodka jak miód i zdrabnia irytująco jego imię a później w swoim różowym pamiętniku zastanawia się, jak taki wspaniały mężczyzna mógł związać się z taką zołzą jak ty.

   Ale i ty przed ślubem jesteś inna. Bardziej wyrozumiała, reagujesz z entuzjazmem na jego propozycje, nie marszczysz nosa, kiedy on spontaniczne proponuje, żebyście pojechali na dwa dni nad morze; ot tak, dla zabawy. Jego rodzina cię uwielbia, szwagier traktuje cię jak siostrę, której nigdy nie miał a babcia ukochanego włączyła cię do wieczornej modlitwy, żeby i o ciebie Bozia się troszczyła. Teściowa się cieszy, że syn tak dobrze trafił a cioteczny wujek jest dumny, że potrafisz wypić kieliszek wódki bez przepitki, bo takich osób potrzeba w tej rodzinie.

   A potem jest ślub. Wspaniałe, podniosłe wydarzenie, okraszone łzami wzruszenia, śmiechem i uściskami. Ksiądz czy też urzędnik w otoczeniu świadków przyjmują ślubowanie kobiety i mężczyzny, którzy przyrzekają sobie, że co by się nie działo, oni będą stali za sobą murem. W zdrowiu i chorobie, w szczęściu i nieszczęściu, do końca, aż śmierć odbierze im ostatni oddech. Dzień ze wspaniałą muzyką, z życzliwymi odruchami, z pysznym tortem, zimnymi ogniami i fotografem, który na zawsze uwiecznia piękną ją i wspaniałego jego. Aparat zatrzymuje chwile czystego szczęścia, jakby wiedział, że za kilka tygodni nadejdzie codzienność a wraz z nią kłótnie, spory i szarość ludzka.

A później zaczyna się życie. Emocje opadają, obrączka zaczyna się rysować a każda nowa rysa kształtuje wasz związek. On rozrzuca skarpetki, przestaje cię całować po dłoniach, narzeka, że teściowa za często dzwoni a twój ojciec zawsze się powtarza. Nie chce mu się oglądać z tobą filmów, bo jest zmęczony po pracy i woli posłuchać ulubionej muzyki, kompletnie cię ignorując. Ty zaczynasz się czepiać, że za często wychodzi z bratem na piwo i nie podoba ci się, że jego babcia znowu zamówiła mszę w waszej intencji, bo czy jesteście jacyś chorzy, że ciągle trzeba za was msze odprawiać? Przestajesz gotować jego ulubione obiady, bo szybciej jest przyrządzić tosty, poza tym też jesteś zmęczona po całym dniu.

   Później pojawiają się dzieci, które może i są wielką radością, ale ciągle płaczą, domagają się uwagi i obdzierają was z tych resztek romantyzmu, który się niekiedy między wami tlił. Wstydzisz się swoich rozstępów i blizn a on boi się powiedzieć, że wcale ich nie dostrzega, bo naskoczyłabyś na niego, że kłamie i próbuje cię pocieszyć. Przynosi kwiaty, ale to tak nieoczekiwane, że tylko prychasz pogardliwie na ich widok i żyjecie z dnia na dzień.

   Z czasem jednak jest lepiej. Uczycie się swoich nawyków, skarpetki na środku pokoju zaczynają być dla ciebie zwykłym elementem wystroju domu a on polubił tosty, bo dodajesz do nich cebulę, którą on uwielbia. Uczycie się na nowo swojej miłości. Tym razem bardziej dojrzałej, dorosłej, odpowiedzialnej. Wiecie jak ją sobie okazywać, żeby nie sparzyła was za bardzo ani nie sprawiała, że będziecie marznąć będąc obok siebie.

   Pamiętasz, że kiedyś kochałaś go całym swoim ciałem i sercem, ale teraz, kiedy jesteś dorosła wiesz, że prawdziwa miłość to ta, którą czuje się w duszy. Może nie jest tak spektakularna ani tak głośna, ale czujesz, że jest właściwa. Kiedyś powiedziałabyś, że oddałabyś za tego człowieka życie, dzisiaj wiesz, że miłość polega na tym, aby walczyć o to, żeby jak najdłużej chciał i mógł żyć.
Patrzycie jak dorastają wasze dzieci, szukacie w nich cząstek samych siebie i dziwicie się jak dwoje tak niedoskonałych ludzi jak wy, mogło stworzyć kogoś tak doskonałego jak oni. Razem witacie każdy dzień i co noc śpicie obok siebie; nie jest to niczym nadzwyczajnym do momentu, kiedy którejś nocy okaże się, że tej drugiej osoby nie ma obok. Że dzisiaj nie nastawił kawy w ekspresie, że nie ma komu powiedzieć „dobranoc.” I kiedy się tęskni to boli całe ciało, okropnie, nieznużenie, rwąco.

   Małżeństwo jest trudne. Zapewniają cię o tym wszystkie dostępne w kiosku czasopisma, grzmi o tym w telewizji znana aktorka, która właśnie sfinalizowała trzeci rozwód i powtarza ci to mama, po kolejnej kłótni z twoim ojcem. Wiesz o tym i ty sama. Jednak wiesz również, że jest warte walki, codziennych trudności i każdej wylanej łzy. Rozumiesz, że przysięga, którą złożyłaś temu jedynemu w obecności Boga, księdza i tłumu gości, nie jest tylko zlepkiem pustych słów, ale czymś, co na zawsze cię odmieniło. Z czasem zaczniesz rozumieć, że każda kłótnia, każde nieporozumienie było błahe i nieważne w perspektywie całego waszego życia. Bo pod koniec będą liczyć się tylko te rysy na obrączkach i zmarszczki na waszych twarzach. To, że w tym starym człowieku będziesz widziała uśmiechniętego, zestresowanego ukochanego z dnia ślubu. Że w jego trzęsących się dłoniach będzie zatrzymany zlepek waszych wspólnych dni. Wiesz, że mimo, że rzadko mówił, że cię kocha i rzadko całował cię po rękach, śni w nocy właśnie o tobie i tęskni właśnie za tobą, gdy czuje się źle.

   Małżeństwo jest trudne. Jest obietnicą, którą najtrudniej dotrzymać. Ale ma również najsłodszy smak. I najcudowniejsze brzmienie. I warto. Brak w niej morału, brak końcowych napisów. Bo na końcu i tak jesteś tylko ty i on. Żona i mąż. I tyle. Wy jesteście morałem waszej własnej historii. Nic ponad was. 



9 sty 2017

Przedpremierowo - emocjonalne zakończenie jednej z moich ulubionych trylogii.


   Każda kobieta chciałaby wierzyć w tą prawdziwą, jedyną miłość. Podniosłą, czarno-białą, z piękną melodią w tle; taką, jaką mamią nas Hollywoodzkie filmy.  Każda z nas chciałabym mieć mężczyznę, który kochałby do utraty tchu, który – gdybyśmy żyli w średniowieczu – przyjeżdżał pod nasz balkon na białym koniu i deklamował nam pełne namiętności i miłości wiersze.

   Jednak prawdziwe życie, jeśli przypomina kino, to zgoła całkiem inne. Pełne jest niedomówień, czających się cieni i byłych miłości. I taka właśnie jest książka kończąca jedną z moich ulubionych serii o miłości.

   Olivia i Leah różnią się od siebie wszystkim, począwszy od kolorów włosów, poprzez upodobania polityczne, na temperamencie i osobowości kończąc. A jednak łączy je jedna wspólna rzecz, która sprawia, że muszą trwać w symbiozie, nienawidząc się i nie potrafiąc odejść. Łączy je miłość do jednego mężczyzny.

   Autorka zrobiła coś wspaniałego. Pokazała, że kij ma nie dwa a niekiedy trzy końce. Pierwsza część była opowiadana z perspektywy Olivii; ona i Caleb byli szczęśliwą parą. Przynajmniej do momentu zdrady chłopaka. Cicha myszka w ciągu kilku lat związku tak mocno zawładnęła sercem sportowca, że po zerwaniu nie mógł się pozbierać; stał się wrakiem samego siebie, cieniem swojej dawnej charyzmy, niewolnikiem dziewczyny, która już nie była jego. Jednak później znalazł nową dziewczynę, Leah, która otoczyła go opieką i która sprawiła, że Caleb znowu stanął na nogi. I wszystko dla Leah skończyłoby się jak w Disney'owskiej bajce, bo pierścionek już był kupiony i czekał schowany w szufladzie, gdyby nie to, że Caleb w wyniku wypadku stracił pamięć. A potem przypadkowo spotkał Olivię, która wykorzystała daną od losu szansę i na nowo chciała spędzić chociaż kilka dni z dawną miłością. Uważałam wtedy, że to podła i zła osoba i współczułam całym sercem Leah, nowej dziewczynie Caleba. 

   Później, w drugiej części, poznałam punkt widzenia Leah i stwierdziłam, że jednak jej nie cierpię. Kiedy urodziło im się dziecko - mała, cudowna, idealna dziewczynka – pierwszym uczuciem, jakie poczuła Leah była … zazdrość. Zazdrościła swojej córce tego, że Caleb bierze ją na ręce i patrzy na nią z troską i miłością. Piła, zostawiała dwutygodniowe niemowlę w żłobku i nie miała z tego powodu żadnych wyrzutów sumienia. I znowu zaczęłam się zastanawiać, że może faktycznie, Olivia nie była taką złą osobą?

   Wszystkie moje wątpliwości miały rozwiać się w części trzeciej, opowiadanej przez Caleba, winnego całego tego trójkąta. I muszę przyznać, że - podobnie jak obu dziewczyn – nie cierpię po prostu tego faceta!

„Zrobię wszystko, żeby cię chronić. Będę kłamał, oszukiwał i kradł, żeby niczego ci nie brakowało […] Nigdy nie odejdę, nawet jeśli będzie o to błagać.”

   W ostatniej części, Olivia jest już mężatką. Co oczywiście nie przeszkadza Calebowi – który jest świeżo po rozwodzie – walczyć o swoją wielką, życiową miłość. Szkoda tylko, że zorientował się o tym po tylu latach. Kobieta jednak chce być uczciwa i walczyć o swojego męża, jakkolwiek to brzmi. Bo walczy o niego sama ze sobą; wie że kocha Caleba, że to on jest jej wybrankiem, ale mimo to co wieczór wraca do męża i udaje przykładną żonę.

   W tej części przynajmniej nie miałam już problemów z odróżnieniem, czy kogoś lubię czy nie; wszyscy mnie irytowali. Olivia zgrywała przykładną żonę, kochając innego. Jej mąż doskonale wiedział, jak ma się sprawa, udawał wielce pokrzywdzonego, chociaż w gruncie rzeczy trudno było dostrzec w nim prawdziwy smutek z powodu tego, że żona kocha swojego byłego. Caleb chce zniszczyć małżeństwo, bo nagle oprzytomniał, a Leah … cóż, to nadal Leah, jej się nienawidzi z automatu po poprzedniej części.

   A wiecie co jest w tym wszystkim najgorsze? Mimo, że każda z postaci mnie irytowała, to ta seria skradła moje serce. Może właśnie dlatego, że miałam ochotę wedrzeć się między słowa i udusić ich wszystkich gołymi rękami. Autorka jako jedna od kilkunastu miesięcy sprawiła, że czytając, naprawdę czułam. Złość, irytację i inne negatywne uczucia, ale czułam. I chciałam to czuć, bo te uczucia sprawiały, że to, co czytałam wydawało się prawdą. Byłam Olivią, byłam Calebem, byłam każdą z postaci a niezwykle trudno jest sprawić, żeby czytelnik poczuł się częścią historii. W stronę autorki składam wielkie podziękowania, że poruszyła w moim zimnym, czytelniczym sercu nowe struny. 

 „Pozwól mi cię nieść. Nigdy nie dam ci dotknąć skrzydeł. Zostałem stworzony do noszenia cię. Jesteś ciężka z całym swoim poczuciem winy i nienawiścią do samej siebie. Ale mogę to zrobić.”

   Jeżeli szukacie trylogii, która was porwie, sprawi, że będziecie „czuli” książkę i wszystkich bohaterów to musicie sięgnąć po te tytuły. Rekomenduję i polecam. Najmocniej jak potrafię. Powinnam zrobić sobie znaczek z napisem "Naczytane rekomendują".


Schizofreniczna recenzja.


  Dzisiejsza recenzja będzie inna. Przede wszystkim krótka. Dlaczego, zapytacie? Bo czuję się jak schizofrenik, który ma dwa zdania, co do recenzowanej książki. Z jednej strony rozumiem jej nowatorstwo i wykraczanie poza bariery ogólnie przyjęte i dlatego ją lubię. Z drugiej jednak, razi mnie jej polityczny wydźwięk. To może najpierw skupmy się na dobrych stronach.

 Jaki powinien być metalowiec? Cóż, prawdopodobnie przystojny, niebezpieczny i pociągający – a przynajmniej w moich wyobrażeniach tak wygląda godny metalowiec. A jakie powinien być kot? Przyjemny, mruczący, przytulający się do człowieka i futrzasty. A jaka powinna być babcia? Kochająca, piekąca pyszne pierniczki i gotująca najlepszy rosół w świecie.

   Cóż. W tej książce jest zgoła inaczej. Bo metalowiec będzie fajtłapą z nadwagą, kot o imieniu Wikary posiadać będzie zdolność mówienia a babcia Euzebia ciągle będzie malować usta czarną szminką i będzie najstarszą metal girl w historii świata.
   Moi drodzy. Przedstawiam Wam „Orgazmokalipsę.”

   Podchodziłam do tej książki jak pies do jeża. I na początku faktycznie lekko się pokułam, bo bezpośredni styl nieco mnie zaskoczył i zniesmaczył. Jednak – zgodnie z powiedzeniem – z czasem człowiek do wszystkiego się przyzwyczaja i zaczęłam czerpać radość z czytania o przygodach tej nietypowej trójcy. A przygód mieli co niemiara.

   Jest to dla mnie polski zamiennik wspaniałego, wielkiego i niezastąpionego Terry’ego Pratchetta. Oczywiście, zamiennik trochę mniej doskonały, ale wierzę, że z czasem autor się „wyrobi”. Jeżeli czytaliście chociaż jedną z książek Pratchetta – a jeśli nie czytaliście w ogóle, to lepiej to zmieńcie, bo warto poznać tak dobry kawał literatury – to wiecie, że pisał on nietypowo, nieszablonowo a jego postać Śmierci przejdzie do kanonów najwspanialszych postaci książkowych. Krzysztof T. Dąbrowski z pewnością uczył się na mistrzu i przemienił się w „Pratchetta z polskiego podwórka”.
Te kilka opowiadań, łączy jedno – cięty, czasami trudny humor, na który należy się odpowiednio nastawić. 

I tutaj wkrada się moja druga osobowość, nastawiona nieco negatywnie.

   Liczne wycieczki polityczne mogą niekiedy zrażać, szczególnie, że występujące tam nazwiska – Gaczyński, Dusk i Drodzka – nie zostawiają zbyt wiele miejsca wyobraźni. Z reguły staram się o polityce i religii nie rozmawiać, ale kiedy ktoś podtyka mi pod sam  nos Duska i Gaczyńskiego, to trudno jest o tym nie wspomnieć. Poza tym, bardzo dużo jest w książce mateczki Rosji, państwa wielkiego, mocarnego i wiecznie upitego. 

„- Ratunku! Wysysają krew w premiera! – krzyknął ktoś.
- Nie, to premier wysysa krew z rodaków – perorował Gaczyński.”

   Jeżeli lubicie mocny, skojarzeniowy, polityczny humor, to ta książka jest jak najbardziej dla was. Ponadto, występuje tam pradawna magia, wampiry rodem z dawnej Rosji, koksy z siłowni i wszystko, czego tylko może sobie wymarzyć fan nietuzinkowych książek. Więc jeżeli lubicie politycznego Pratchetta, nie krępujcie się. Czytajcie. 

   PS – Z radością informuję, że ukończyliśmy nauki w poradni przedślubnej. Na ostatnim spotkaniu dowiedziałam się, że komórki do in vitro pobiera się poprzez masturbację i o ile w kwestii mężczyzn się z tym zgodzę, o tyle co do kobiet mam pewne wątpliwości. Ale ksiądz powiedział, że media są przekupione i nie mówią nam prawdy, także ten… uważajcie na swoje komórki, moje drogie!
   I nie wiem czy pisać post o całych tych naukach, czy lepiej temat przemilczeć. Ale chyba lepiej siedzieć cicho, prawda? 

7 sty 2017

Ślubne zabobony z całego świata


   Wiecie, organizacja ślubu to wspaniałe przedsięwzięcie, nie tylko dlatego, że szykuję się do najważniejszego dnia w moim życiu, ale również dlatego, że co i rusz uczę się czegoś nowego. A później mogę przekazać te światłe wiadomości Wam, więc teraz z chęcią zaprezentuję coś, czego ostatnio się nasłuchałam za wszystkie czasy – ślubne zabobony.

   Na początek coś z Polski; świadkami na ślubie nie powinna być para, bo to przyniesie im pecha i pewnie nie będą razem – patrzcie, jak genialnie. Jeśli jest ktoś, kogo po cichu nienawidzicie, to po prostu poproście ich na waszych świadków a potem uśmiechajcie się do nich błogo – zabobon sprawę załatwi i się rozstaną szybciej, niż przestaną grać wasze weselne dzwony.

   Im więcej szkła stłucze się w trakcie ślubu, tym szczęśliwsze będzie życie pary młodej – nic prostszego, będę tłukła każdą pustą butelkę po wódce. Trzeba w końcu szczęściu jakoś pomóc.

   W Szwecji istnieje przesąd, że kobiety, które na wesele przyszły ubrane w czerwone sukienki, mogą być posądzone o spędzenie nocy z Panem Młody – zapamiętam to sobie i będę miała oczy szeroko otwarte. Czerwona sukienka będzie stanowczo zakazana, a co!

   We Włoszech podczas wesela Młoda Para je wspólnie z jednego talerza zupę a następnie miód – za zupami nie przepadam, z kolei mój PM chyba nie łączyłby miodu z alkoholem. Także nie będziemy mieli życia pełnego rozkoszy.

   W Brazylii świeżo poślubiona żona rzuca figurką św. Antoniego – patrona zaślubin. Panna, która tę figurkę złapie, stanie wkrótce na ślubnym kobiercu – trochę niebezpiecznie, biorąc pod uwagę jej ciężar. Z moim wymierzeniem i szczęściem, to któraś z koleżanek miałaby rozkwaszony nos. Ale jeśli miałaby na sobie czerwoną sukienkę, to się należało krowie jednej.

   Fińskim rytuałem jest sauna dzień przed ślubem – ta, jasne. Żeby wszystkie syfy mi powyskakiwały na buzi na drugi dzień. Dzięki bardzo, Finlandio!

   W Danii podczas wesela Pan Młody zdejmuje skarpetkę, robi w niej dziurę a potem daje ją Pani Młodej. W ten sposób przekonuje ją do swojej wierności, bo żadna kobieta nie będzie chciała faceta z dziurawą skarpetą – to już wiem, dlaczego mój narzeczony ma wiecznie skarpetki z dziurą! On mnie chce zapewnić o wierności! Kochany!

   W Irlandii moc poślubną spędza się w towarzystwie kury przywiązanej do łóżka – znając moją miłość do zwierząt wszelakich to ja bym próbowała odwiązać kurę a potem szukałabym dla niej jedzenia. I po namiętności.

   We Francji Panna Młoda idzie pod figurkę Matki Boskiej, by pożegnać się z dziewictwem i zapewnić sobie wierność męża – u nas na Podkarpaciu też jest zwyczaj modlitwy pod figurką Matki Boskiej. Na szczęście o wierność nie muszę się martwić, bo wiecie – skarpetki.



Jutro wybieramy się oglądać obrączki, więc może kilka przesądów i o nich?

   Gładkie obrączki oznaczają spokojne życie, rzeźbione zaś – przeciwności losu w małżeństwie – i już narzeczonego na wierzchu, bo jemu się marzą gładkie a mi rzeźbione. Kruca fix.
   Obrączka wykonana ze złota żółtego oznacza wierność, złota białego – miłość, platyny – przyjaźń, a tytanu – trwałość związku małżeńskiego – my stawiamy na białe złoto, więc co jak co będziemy się kochać. A wierność, to wiecie – skarpetki.

   Ważny jest rozmiar obrączki. Za ciasta może oznaczać dominację jednego z partnerów, za luźna wróży szybki rozpad małżeństwa – jak się jest w ciąży to się tyje i wtedy obrączka jest za ciasna. Ha! Szach – mat, mogę wtedy dominować do woli i nikt mi nic nie powie.

   W małżeństwie będzie rządził pan młody tylko wtedy, gdy wsunie pani młodej obrączkę do samego końca palca – kochanie, także tego, no wiesz.

To już kiedyś pisałam, ale napiszę raz jeszcze, bo bardzo mi się podoba. Masajska przysięga ślubna:

"Niech się wykrwawię, niech mnie piorun roztrzaska, niech mnie zeżre krokodyl, niech ogłuchnę i oślepnę, niech stanę się żebrakiem, jeśli oszukam lub opuszczę żonę"