17 paź 2017

Damą być, damą być



Kilkanaście miesięcy temu napisałam na tym blogu felieton o tym, jak ciężko jest być kobietą. Teraz, z perspektywy czasu widzę, że informacje, które tam podałam są mocno zdezaktualizowane, bo świat nie oczekuje teraz od kobiety jedynie tego, że będzie kobieca. Świat oczekuje od nas tego, że będziemy damami.
   I teraz uprzedzę, chociaż nie powinnam, bo damy nie uprzedzają – nie bierzcie tego na poważnie. To tylko felieton.

Dama, czyli kto?

   Dama kupuje produkty jedynie lokalne, bo wspiera swoich sąsiadów, którzy pałają się uprawą szparagów. Dama jada też ostrygi i tu może pojawić się problem, jeśli żaden z jej sąsiadów takowych nie hoduje a ona przecież powinna wspierać lokalne, małe przedsiębiorstwa a nie biec do Lidla i kupować tam 100 gram tego przysmaku za jedyne 5,99. Problem dla mnie stanowi kobieta, która chciałaby być damą, ale nie może, bo ma uczulenie na owoce morza, albo po prostu za nimi nie przepada. Bo dama powinna zjeść wszystko, co pojawi się na talerzu.

   Dama nigdy nie krytykuje, nie odburkuje, nie denerwuje się, nie marszczy srogo brwi, nie pokazuje środkowego palca, nie irytuje się i nie jest sarkastyczna. Dama może co jedynie poddać w wątpliwość zachowanie drugiej osoby, chociaż Bóg jeden wie jak to się robi. Może po prostu powinno się komuś powiedzieć - „ej, poddaję Twoje zachowanie w wątpliwość”. Chociaż dama nie używa słowa „ej”, bo to takie plebejskie.

   Dom lub mieszkanie osoby, która pretenduje do tego chwalebnego miana, powinno być czyste, przestrzenne i gościnne dla każdego. Nie może być tak, że o ósmej rano zawita do niej listonosz z bardzo ważnym listem a ona będzie nieumalowana, pies będzie skakał dookoła i domagał się porannego spaceru a dzieci będą biegać w piżamach. Przecież biednego mężczyznę taki widok tylko zgorszy i zepsuje mu humor na cały dzień. Dama powinna otworzyć mu drzwi z uśmiechem, jej pies powinien podać mu łapę a dzieci zaproponować schrupanie dopiero co upieczonego ciasteczka.

  Następna cecha charakteryzująca damę – ona nie przeżywa. Nie podskakuje niczym nastolatka na widok przecenionej pary jeansów w markowym sklepie, nie piszczy jak szalona i nie wybucha śmiechem. Dama leciutko się uśmiecha i kiwa z aprobatą głową, jakby dają wszechświatowi znać, że zadowolił ją dając jej główną wygraną w totka czy mężczyzną, który zechciał się z nią ożenić.

   Jeżeli chodzi o życie rodzinne, to dama nie opowiada swoim przyjaciółkom co jej mąż ostatnio przeskrobał i że dzieci dostały jedynkę w szkole bo się zbuntowały i napisały „ksionszka” w ostatnim dyktandzie. To z pewnością osłabiłoby jej pozycję wśród innych dam i spadłaby w ogólnopolskim rankingu, którym przecież się nie przejmuje, bo ona nie przeżywa.
   Z drugiej strony nie powinna się także zbytnio chwalić; nie może tak jak zwykła kobieta krzyknąć do koleżanek, że dostała piękny złoty wisiorek, machając nim przed oczami dziewcząt. Dama powinna dyskretnie chrząknąć, dotykając dłonią wisiorka, żeby przyjaciółki same miały okazje go zauważyć i aprobująco skomplementować.

Jak się nią stać?

   Szczerze? A po co Wam to wiedzieć? Życie nie-damy jest o wiele lepsze, radośniejsze i spontaniczne. Popadłabym w obłęd gdybym musiała wiecznie być perfekcyjna, zadbana i taka ą i ę. Wolę być sobą, ze swoimi złymi humorami, z przejmowaniem się najmniejszą głupotą, ze spontanicznymi decyzjami i ze skakaniem po chodniku jak pięciolatka (mimo, że za kilka miesięcy obchodzić będę ćwierćwiecze.) Gdybym żyła kilkaset lat temu to z pewnością starałabym się damą być, ale korzystając z przywileju naszego XXI wieku chciałabym nią nie być. Bo damy muszą się wszystkim przejmować, wszystkim dogadzać i uszczęśliwiać wszystkich dookoła, co najczęściej jest równoznaczne z tym, że unieszczęśliwiają siebie.

   Taki mój apel na dziś – nie bądź perfekcyjną damą. Bądź egoistką. Bądź szczęśliwa na własnych warunkach. Bo jeśli nie Ty o to zadbasz, to kto?  

12 paź 2017

"Ostatnia prawdziwa love story" - czyli znowu nie zachwyciło mnie to, co zachwyciło wszystkich.


   Zdarza się czasami, że książka oczaruje nas już po samej okładce i zapowiedzi. Że sam tytuł przyniesie ze sobą obietnicę przepięknej książki, która coś w naszym życiu będzie znaczyła. Taką książką w ostatnim czasie była dla mnie „Ostatnia prawdziwa love story”. Spodziewałam się przepięknej historii o miłości, jej różnych aspektach i wymiarach, szczególnie, że reklamowana jest jako: „książka o pierwszych i ostatnich miłościach, i wszystkim, co pomiędzy…”. Co zaś otrzymałam?

   Hendrix i Corrina są nastolatkami i to w gruncie rzeczy powinno tłumaczyć ich zachowanie. Bo czy dorosły, odpowiedzialny człowiek, podstępem wyprowadziłby swojego dziadka z ośrodka dla seniorów, ukradłby samochód i wybrałby się w drogę przez całą Amerykę, aby starszy pan mógł raz jeszcze odwiedzić swój dom znajdujący się w miejscowości Ithaka? W szczególności, że Dziadzio cierpi na chorobę Alzheimera i nie jest zbyt łatwym towarzyszem podróży. Wspomnieć wystarczy jeszcze o tym, że nastolatkowie są ścigani przez lekarzy i policję, ale nikt nie jest w stanie ich zatrzymać. Serio?

   Jeżeli dobrze zrozumiałam, w zamyśle autora było przedstawienie trzech różnych historii miłosnych; tej pomiędzy Dziadziem a Babcią, którą przerwała jej śmierć. Nie była to miłość łatwa, bo na długi czas rozdzieliła ich wojna w Wietnamie, ale jednak los na nowo ich połączył i mogli razem budować swoją przyszłość. Druga historia dotyczy mamy Hendrixa i jego Zmarłego Taty, który zginął w wypadku samochodowym, niedługo po tym, jak zniknął z domu; to z kolei była miłość trudna, wyboista, dość smutna. Trzecia opowieść dotyczyć ma głównych bohaterów, czyli nieprzystępnej i trudnej w obyciu Corriny i nieśmiałego Hendrixa. Zamysł świetny, gorzej niestety z wykonaniem – każda z tych historii opisana jest nijako. Bez polotu, bez fantazji, bez jakichkolwiek uczuć. Czułam się tak, jakbym czytała anons w podmiejskiej gazecie, że taka to a taka osoba kocha tego to a tego człowieka.

„-Mam wrażenie, jakby całe życie ludzie mówili mi, kim nie jestem. Ciągle czuję, czym nie jestem, czy też czym jestem nie w pełni. Chciałabym po prostu poczuć się częścią czegoś. Chcę być czymś czym jestem. W pełni.”

   Pewnie jak zwykle wyjdę na osobę, która nie potrafi zachwycić się dobrą książką, ale dla mnie „Ostatnia prawdziwa love story” jest zwykłą, banalną młodzieżówką, która mało ma wspólnego z wielką historią miłosną. Może gdyby autor bardziej skupiał się na relacji Dziadzia z jego zmarłą żoną, historia ta miałaby szansę zawładnąć moim sercem, ale niestety jest ona potraktowana po macoszemu. Ta książka dotyczy przede wszystkim Hendrixa, Carriny i ich podróży, podczas której słuchają ciągle muzyki, a nazwy zespołów starego rocka tłoczą się na co drugiej stronie (co też lekko mnie irytowało, bo te wieczne wzmianki tylko mnie drażniły.)

   Nie rozumiem też, jak nastolatek – bo to Hendrix jest narratorem powieści – może opowiadając o swoim ojcu zawsze mówić „Zmarły Tata”. Nigdy nie powiedział po prostu „Tata”, zawsze w swoich wypowiedziach, czy chociażby myślach musi dodawać „Zmarły”. Brzmi to trochę dziwacznie, patrząc na to z realistycznej, ludzkiej strony. Poza tym sprawia, że wspominany ojciec znany jest tylko z tego, że umarł, jakby nie liczyło się w jego życiu nic więcej.

   Drażnił mnie styl pisania autora; jego zdania często były dla mnie niezrozumiałe, toporne, wymuszone. Nawet ten cytat, który wam przedstawiłam, brzmi dla mnie dziwnie. Musiałam kilkakrotnie się w niego wczytać, żeby zrozumieć jego sens, zrozumieć, co autor chciał mi przez niego przekazać. Dialogi są bardzo chaotyczne, często nie wiedziałam kto co mówi, gubiłam się i czułam się niepewnie. A to chyba najgorsze co może być podczas czytania książki - poczucie niepewności, czy to, co czytamy, ma jakikolwiek sens.

   Podsumowując, dla mnie „Ostatnia prawdziwa love story” jest książką dość przeciętną. Można ją przeczytać, ale nie należy spodziewać się po niej wielkich emocji i poważnych refleksji. Ot, książka na jeden wieczór o której szybko się zapomni. Ale z tego co widziałam w blogosferze, wiele osób ją chwali, więc może po prostu ja się nie znam, a was ten tytuł zachwyci. 


8 paź 2017

PRZEDPREMIEROWO - "Consolation" Corinne Michaels.


   Są takie momenty w życiu, które można dzielić tylko z najbliższą sobie osobą. Na przykład pierwsze ruchy dziecka, dekorowanie pokoju dla małego lokatora, wyczekiwanie aż pojawi się na świecie; takie momenty przeżywa się najczęściej ze swoim mężem, dzieląc się z nim wszystkimi nadziejami, jaka będzie ta mała istota i z wszystkimi strachami, czy da się radę wychować go na dobrego i silnego człowieka?

   Natalie, główna bohaterka książki „Consolation” nie miała takiej możliwości; jej mąż Aaron był komandosem i co chwilę wyjeżdżał na akcje, pozostawiając ją samą sobie. Jednak kobieta była szczęśliwa, kochała męża i nie mogła doczekać się momentu, gdy ich mała córeczka się urodzi. Niestety los bywa okrutny i w momencie, gdy Natalie była w najszczęśliwszym momencie swojego życia, zabrał jej to, co kochała najbardziej. Męża.

   Aaron zginął wjeżdżając na ładunek wybuchowy. Śmierć szlachetna, bo walczył o życie bezbronnych, ale i niepotrzebna. Młoda wdowa długo nie mogła pozbierać się po tej stracie i dopiero poród i pojawienie się na świecie małej Aarabelle sprawiły, że zawzięła się w sobie i postanowiła żyć nadal, chociaż czuła, że już nigdy nie będzie równie szczęśliwa jak kiedyś.
   Opieką otaczali ją wszyscy przyjaciele Aarona – kodeks komandosów nie pozwala na pozostawienie wdowy samej sobie, poza tym przez lata zżyli się z Natalie i nie mogli patrzeć, jak cierpi. Starali się więc zapewnić jej pomoc, poczuć się na nowo dawną sobą, mimo że kobieta odtrącała ich od siebie, tworząc mur, chroniący ją od myślenia o zmarłym mężu. Bo ilekroć widziała jego kolegów, zaczynała na nowo przeżywać jego śmierć.

„Czasami nasze problemy wydają się nam tak wielkie, że zapominamy o pokorze.”

   Pewnie w końcu by odpuścili, jednak wtedy do miasta wrócił najlepszy przyjaciel Aarona, Liam. Mężczyzna, który traktował go jak brata, postanowił za wszelką cenę sprawić, by ukochana zmarłego kumpla nauczyła się na nowo żyć. Dzięki jego poczuciu humoru, zawziętości i nieodpartemu urokowi, Natalie zaczęła się znowu uśmiechać. I pozwoliła sobie na nowe uczucie…

   Największym atutem tej książki bezsprzecznie jest Liam. Parafrazując znaną ostatnio reklamę, nie wiem czy tacy mężczyźni istnieją naprawdę, ale poczytać o nich jest miło. Liam, również komandos, jest facetem niezwykle ciepłym, opiekuńczym i oddanym sprawie. Wie, czego chce od życia i od lat przestrzega zasad, które sam sobie narzucił. Co jednak, kiedy jego serce nie chce już przestrzegać tych zasad? Gdy jego jedynym marzeniem jest dać się pokochać Natalie i małej Aarze i stać się ich opiekunem?

„Pieprzyć życie. Pieprzyć miłość i wszystkich, którzy powiedzieli mi, że im przykro.”

   Natalie z kolei jest bohaterką, która mogłaby irytować, ale znając jej historię, puszcza się to płazem. Rozumiem jej rozchwianie, jej wieczne huśtawki nastrojów i jej napady płaczu. Życie porządnie dało jej w kość, nie odpuszczając nawet po śmierci Aarona; bo wtedy na jaw wychodzą sprawki, które mąż umiejętnie zamiatał pod dywan, ale których nie mógł wziąć ze sobą do grobu.

   „Consolation” to świetna książka. I mówię to ja – wieczna przeciwniczka romansów, za nic mająca chwytające za serce opowieści miłosne. Urokowi takich opowieści poddałam się dwukrotnie – raz dzięki Elle Kennedy i teraz po raz drugi, dzięki Corinne Michaels. Obie autorki piszą w taki sposób, że chce się je czytać, chłonąć każde słowo, pędzić prosto do zakończenia, by potem z żalem zamknąć książkę i czekać na kolejny tom.
   Michaels świetnie gra emocjami, dając swoim czytelnikom całą ich gamę: od radości, nadziei, ekscytacji, podniecenia, poprzez wahanie, niepewność aż do złości i poczucia cholernej niesprawiedliwości. Trudne tematy są świetnie rozładowywane przez humor i ironię, a to sprawia, że książka nie jest zbyt patetyczna. Żałoba, którą przeżywa Natalie jest opisana w taki sposób, że sam czytelnik czuje w sobie pustkę, jakby stracił kogoś sobie bliskiego.

   Jedynym minusem w moim przypadku było zakończenie, bo – szczerze – od samego początku czułam jak ta historia się skończy, dlatego też nie przeżyłam szoku czytając ostatnie kartki powieści. Być może to moja wina, bo za dużo książek w życiu przeczytałam i za dużo obejrzałam seriali, dlatego też takie rozwiązanie wydawało mi się dość oczywiste. A może po prostu ja i Michaels myślimy podobnie?

   Niemniej jednak, temu tytułowi stawiam bardzo wysoką ocenę i z niecierpliwością wyczekuję piątego grudnia, kiedy pojawi się jego kontynuacja. Wydawnictwo Szósty Zmysł to nowość na rynku i muszę powiedzieć, że weszli na niego z wielkim wdziękiem. Jeżeli nadal będą wydawać takie książki, to obiecuję uroczyście – będę ich najwierniejszą czytelniczką!  


   Premiera tego tytułu już 11 października. 

6 paź 2017

Bo w gruncie rzeczy ludzie łakną krwi, zadośćuczynienia, kary. "Behawiorysta" Remigiusz Mróz.


   Co stałoby się, gdyby dano ludziom możliwość decydowania o losie przestępców? Gdybyśmy mieli możliwość ukarania pedofilów, gwałcicieli i morderców? I to za pomocą jednego prostego kliknięcia w odpowiednią ikonkę na stronie internetowej? Brzmi brutalnie, prawda? Jednak znając ludzki charakter myślę, że gdyby taka sytuacja faktycznie miała miejsce, głosujących byłyby setki, tysiące, miliony. Bo w gruncie rzeczy ludzie łakną krwi, zadośćuczynienia, kary dla bestii.

   Na razie jednak taka sytuacja ma miejsce tylko w „Behawioryście”, książce autorstwa Remigiusza Mroza. Zamachowiec, który nazywa siebie Kolekcjonerem, porywa kilkoro ludzi, po czym nadaje transmisję w Internecie i nakazuje zwykłym obywatelom decydować, kogo ma oszczędzić a kogo zabić. Przestępca czy umierająca kobieta? Starszy przedsiębiorca czy kilkuletnie dziewczynki? Kolekcjoner bawi się ludzkimi życiami, tworząc obrazoburczy świat, w którym to, co najgorsze w ludziach, wychodzi nagle na światło dzienne.

   Schwytaniem Kolekcjonera zajmuje się Gerard Edling, tytułowy behawiorysta, który potrafi dostrzec odpowiedzi w ludzkich gestach i grymasach malujących się na twarzy. Gerard jest postacią niezwykle oryginalną; razi go niechlujne słownictwo, nie rozumie podążania za modą, całe swoje życie podporządkował spokojnemu rytmowi, niekiedy tylko zbaczając z wyznaczonej przez siebie drogi. Ma żonę, która prawdopodobnie już go nie kocha i nastoletniego syna, którego nie rozumie. I złą opinie, na którą sam sobie zapracował. Jego życie rodzinne prawie nie istnieje, z pracy został zwolniony i tylko dzięki swojemu stoicyzmowi trzyma się jako tako życia, które z pozoru nie ma w ogóle sensu. Jednak nikt nie może podważyć jego niezwykłych umiejętności analizowania i gdy przychodzi potrzeba zasięgnięcia jego pomocy - nikt nie waha się ani przez chwilę. Również sam Kolekcjoner nie może ustrzec się przed wiedzą i umiejętnościami Edlinga, jednak stara się być ciągle dwa kroki przed nim, bawiąc się z nim w kotka i myszkę. I zabierając mu to, co jest dla niego najważniejsze; chociaż on sam o tym nie wie.

   Dużym plusem "Behawiorysty" są również przemycane mimochodem fakty na temat czytania odpowiedzi z ludzkich ruchów i gestów. Bardzo lubię, kiedy książka czegoś mnie uczy, dostarcza nowej wiedzy, pokazuje mi nowe możliwości; teraz już wiem co oznaczają ręce rozmówcy schowane głęboko w kieszeniach czy marszczenie nosa, podczas wymiany myśli. 

„- Potrzebuję twojej pomocy. 
Tym razem cisza przeciągnęła się jeszcze dłużej. Syn nieczęsto słyszał takie sformułowania z jego ust. I właśnie dlatego tkwiła w nich moc. Sztuka manipulowania ludźmi polegała nie tylko na tym, by poznać odpowiednie narzędzia, ale też na tym, by używać ich oszczędnie. Zbyt częste eksploatowanie prostych zagrywek sprawiało, że cała sztuka mijała się z celem.”

   Jak zawsze, Mróz zaskoczył mnie w swojej książce kilkakrotnie; przewrotność fabuły sprawiła, że czułam się zszokowana tym, jak to wszystko się potoczyło i nie byłabym w stanie sobie takiego scenariusza nawet wyobrazić. Mimo, że książkę skończyłam czytać dwa miesiące temu, jej treść nadal mnie prześladuje, zmusza do myślenia, do czego byłby w stanie posunąć się człowiek, gdyby wiedział, że jest bezkarny? Ile razy oglądając wiadomości czy słysząc o jakimś gwałcicielu mówimy: „ja bym go posłał na śmierć”? Być może najbardziej przerażające w książkach Mroza jest to, że odkrywa nasze najmroczniejsze strony? Pokazuje do czego tak naprawdę jesteśmy zdolni. Bo przecież od zawsze lgnęliśmy do tego co złe; wystarczy wspomnieć okrutne bitwy gladiatorów w starożytności czy liczne publiczne egzekucje w średniowieczu. Kiedy dzieje się coś złego, zasiadamy przed telewizorem i chłoniemy płynący potok informacji, zachłystając się niedolą innych, obserwując zło, które dzieje się tak niedaleko nas. 

   Mróz poniekąd zmusza człowieka do podejmowania trudnych decyzji; w pewnym momencie czytający uświadamia sobie, że sam uczestniczy w tej chorej grze, wybierając komu darowałby życie, a komu je odebrał. „Behawiorysta” to książka przerażająca, zła, dotykająca tego, co w ludziach jest pierwotne. Jak w starożytności - "oko za oko, ząb za ząb", tak i współcześnie w wielu krajach nadal obowiązuje zasada "śmierć za śmierć". Chęć zemsty jest - moim zdaniem - uczuciem pierwotnym, które drzemie gdzieś głęboko w ludziach i ujawnia się tylko wtedy, gdy na to pozwolimy. 

   Cała opowieść opiera się na „dylemacie wagonika”, problemie, który w filozofii istnieje już od lat. Polega on na następującym problemie – jeżeli na jednym torze kolejowym przywiązanych jest pięć osób, a na drugim jeden człowiek, którego waga odpowiada wadze pozostałej piątki, czyje życie poświęcilibyśmy, zmieniając zwrotnicę? Uratować pięć osób czy jedną? A może nie robić nic, pozwalając działać losowi? Czy mamy w sobie na tyle siły, aby decydować o ludzkiej śmierci i życiu?

   „Behawiorysta” jest książką dla miłośników mocnych słów, zatrważających faktów i niepokojących bohaterów. Dla tych, którzy lubią makabrę i zło w czystej postaci. Przynajmniej w książkach.

4 paź 2017

Co pieniądze robią z ludźmi? Anna Karpińska - "Sakrament niedoskonały"


   Ślub jest najszczęśliwszym dniem w życiu każdej kobiety; oto w obecności Boga, rodziny i przyjaciół przyrzeka kochać swojego wybranka na dobre i na złe, w zdrowiu i w chorobie, tak długo, póki śmierć ich nie rozłączy. Końcem upalnego sierpnia takie przyrzeczenie składała Blanka, zakochana po uszy kobieta, która planowała ze swoim ukochanym wspaniałą, świetlaną przyszłość. Niestety, ich sielanka nie miała prawa nawet się rozpocząć, bo już kolejnego ranka, młoda mężatka znalazła swojego męża martwego w łóżku.

   Donat, bo tak miał na imię nieboszczyk, pochodził z bardzo bogatej rodziny, która dorobiła się na hodowli kwiatów. Jego starszy brat Roman patrzył na Donka nieprzychylnie, bo ten, mimo że w ogóle nie interesował się sprawami firmy, chętnie czerpał z niej dywidendy i wyjeżdżał do gorących Włoch, aby tam zajmować się tłumaczeniem włoskiej poezji i zachwycaniem się sztuką. Wszystko miało zmienić się po jego ślubie, co Romanowi bardzo nie pasowało, bo chciał mieć całkowitą władzę nad swoją ojcowizną a kręcący się w pobliżu wspólnik mógłby pokrzyżować jego plany. Po stronie młodszego syna stała również matka, nazywana przez wszystkich Królową, zimna i władcza, której życie nauczyło uporu i nieustępliwości.

   Kto stoi za śmiercią Donka? Jego brat, który chciał przejąć firmę na własność? Jego szwagierka, Dorota, którą Donek dotkliwie zranił? Jego świeżo upieczona żona, aby zdobyć jego fortunę? A może ktoś całkiem poza podejrzeniami, stojący w cieniu i nie wyrywający się do odpowiedzialności?
Okazuje się, że nikomu nie można ufać, a najbardziej już własnym bliskim, którzy dla kawałka papieru zamienionego w banknot, są w stanie zrobić naprawdę wiele. Stare porzekadło mówi, że pieniądze szczęścia nie dają; dają za to wiele możliwości, które często są równoznaczne z wyrzeczeniem się tego, co w człowieku najbardziej ludzie i dobre.

   Anna Karpińska stworzyła powieść będącą połączeniem obyczajówki z kryminałem. Świetnie poradziła sobie z narracją, bo tą oddaje w ręce każdego z bohaterów, co pozwala czytelnikowi poznać ich ewentualne motywy i samemu spróbować odgadnąć, kto za tym wszystkim stoi. Głos zabiera również Gabriela, policjantka zajmująca się całą sprawą i Marzena, siostra Blanki, próbująca chronić młodą wdowę za wszelką cenę. Powieść napisana jest w miły, sympatyczny sposób i moim zdaniem, gdyby autorka bardziej rozbudowała tą mroczną część swojej powieści, miałaby szansę stworzyć świetny kryminał, mogący konkurować z samą Bondą czy Mrozem. Bo zaplecze w tym wypadku było dobre, fabuła świetnie przemyślana, niestety za mało wnikliwie opisana, jakby po łebkach.

   Podobały mi się liczne relacje pomiędzy poszczególnymi osobami; widać wyraźnie, że autorka przemyślała każdą z postaci, nie pozostawiając nikogo na uboczu. Każdy coś tam znaczył, każdy miał do odegrania ważną wolę w dramacie, który rozegrał się w strukturach jednej z najbogatszych rodzin. Karpińska jasno pokazuje także, co z ludźmi robią pieniądze, do czegoś potrafią ich popchnąć, jak skutecznie zagłuszają ewentualne wyrzuty sumienia.

   Warto zwrócić jeszcze uwagę na język powieści, który jest bardzo prosty, niewyszukany, taki… ludzki. Nawet nie można nazwać go „książkowym”, bo jest po prostu potoczną mową, co na początku może i lekko mnie irytowało, ale później doceniłam ten zabieg, bo dzięki temu cała powieść jest bardziej realna, prawdziwa. To trochę tak, jakby cała siódemka narratorów siedziała naprzeciwko mnie i po kolei opowiadała historię, która miała miejsce w niewielkim polskim miasteczku.

   Jeżeli jesteście ciekawi rozwiązania tej zagadki, to polecam wam „Sakrament niedoskonały” na jesienne wieczory. Warto!