23 maj 2017

Aktualizacja ślubna



   Trzeba zaktualizować co dzieje się w związku z moim ślubem, bo ten już za pięć tygodni a ja mam takie urwanie głowy, że – jak sami widzicie – trochę was zaniedbuję. Ale wraz ze zmianą nazwiska będę miała dla was więcej czasu, także spokojnie!

#Suknia
   Miałam z nią pewne problemy, bo pierwsza przymiarka zamiast mnie zachwycić, wywołała u mnie istne morze łez. Ze stresu schudłam dwa kilo, bo na zdjęciach z przymiarek suknia była dwukolorowa – biało, żółta. Teraz już jest jednokolorowa, ale odcień nie do końca jeszcze do mnie przemawia i muszę podumać co z tym fantem zrobić. Czyli albo się nastawić pozytywnie do niej i wierzyć, że będzie dobrze, albo rzucić to w cholerę i iść do ślubu w garsonce, niczym czterdziestoletnia rozwódka z czwórką dzieci na karku.

#Placki
   Byliśmy ostatnio zamówić placki na wesele. Jako że pani od ciast zna mojego narzeczonego, z czasów, kiedy jeszcze narzeczonym nie był, to powiedziała, żeby sobie wybrał jakie chciałby ciasta. Zaproponował wuzetkę i coś z galaretką i biedny został od razu zgaszony, że takie ciasta na lipcowe upały w ogóle się nie nadają. Zaproponował więc coś z jabłkami, ale i tym razem jego nadzieje i marzenia spełzły na niczym, chociaż obiecała, że postara się gdzieś mus z jabłek przemycić, co by go uszczęśliwić. Ma za to swój „chciejkowy” sernik. Z rodzynkami, które u mnie wywołują ból głowy. Naprawdę, jak zjem rodzynkę, to łapie mnie migrena.

#Menu
   Ustaliliśmy w końcu menu ślubne i o ile przy mięsach i zupach zgadzaliśmy się co do joty, o tyle w surówkach odbyliśmy małą, aczkolwiek zażartą kłótnię. Ja chciałam z białej kapusty i z marchwi, narzeczony – ćwikłę i wiosenną. Poszliśmy na kompromis. A żeby narobić wam apetytu to napiszę wam co będziemy jedli na obiad: rosół (obowiązkowy do picia), duet mięs pieczystych, czyli roladki z drobiu i schab pieczony z sosem, ziemniaki z masełkiem i koperkiem i do tego ćwikła i surówka z białej kapusty. A na deser szarlotka z lodami na ciepło. Pychota, prawda? Obym tylko się nie wybrudziła, jak to mam w zwyczaju.

#Pierwszy taniec
   Po wielu zmianach decyzji (moich) i po wielokrotnym przytakiwaniu (narzeczonego) wybraliśmy w końcu piosenkę i nawet zapisaliśmy się na kurs. Brawo my! Zatańczymy do klasyki – I love you, baby – Franka Sinatry.

#Księga gości
   Nigdy nie lubiłam wpisywać się do księgi gości, bo po prostu nie wiedziałam co mam tam napisać, ale z drugiej strony chciałam mieć pamiątkę ze swojego wesela. Stworzyłam więc ankietę weselną, co by pomóc zamroczonym alkoholem umysłom wpisać się do księgi i złożyć nam najlepsiejsze życzenia.

#Paznokcie
   Moja zmora, bo długo nie mogłam się zdecydować na jedne. Na pewno nie chciałam białych ani beżowych, bo beż to nijaki kolor i mi się nie podoba. Ostatnio razem z moją Basią – mistrzynią paznokciową, wymyśliłyśmy taki oto motyw, który prezentuje wam poniżej. Będą idealnie pasowały do reszty a przynajmniej tak stwierdziło paznokciowe jury.


#Alkohol
   A tutaj muszę się pochwalić. Wino bierzemy z lokalnej winnicy i specjalnie pod nas tworzone było wino różowe, moje ulubione. I nawet sam właściciel dotąd nieprzekonany do smaku tego trunku stwierdził, że jest pyszne i idealne na upały -  półsłodkie z lekko kwaskową nutą. Będzie pysznie, będzie winnie.

#Obrączki
   Już dawno kupione, czekają grzecznie w pudełeczku, z tym, że swoją muszę jeszcze lekko poszerzyć, bo teraz mój zaobrączkowany paluszek wygląda jak mało apetyczna parówka. W tym tygodniu muszę w końcu odwiedzić jubilera i załatwić tę sprawę, bo jak jeszcze na upał palce mi spuchną to i narzeczony, i ksiądz będą mi wtykać ten krążek na serdeczny palec. Swoją drogą postawiliśmy na białe złoto, półokrągły kształt.

   Musimy roznieść jeszcze trzy zaproszenia, 17 czerwca czeka mnie próbny makijaż, fryzura i panieński (trochę się obawiam, co mi te moje dziewczyny wymyślą) a potem mogę już spokojnie usiąść i stresować się tym pięknym nadchodzącym dniem.

   A, i ciągle czekam na Niebieski Notatnik od was – jeszcze dwie dziewczyny muszą się do niego wpisać a potem wróci do mnie! ^^


15 maj 2017

Dzieci, dzieci, wszędzie dzieci.


   Jestem w tym wieku, kiedy wszędzie dookoła pojawiają się dzieci. Rozmawiając z rodzicami maluchów mogę poznać wiele sposobów przewijania, karmienia, wychowania i wszystkich innych czynności, które są w dziećmi związane. Zaczęłam się zastanawiać jakie metody stosowano kiedyś. I w tym celu – jak zwykle – sięgnęłam do źródeł historycznych.

   Zacznijmy od początku, a więc od ciąży. Niegdyś wierzono, że przy ciężarnych nie należy mówić o potrawach, na które ma ona ochotę a których nie może zjeść, ponieważ z niemocy mogłaby … poronić. Średniowieczni znawcy potrafili także rozpoznać płeć dziecka po piersiach matki. Jeżeli w czasie ciąży prawa pierś stawała się większa od lewej – miał urodzić się syn. Jeżeli odwrotnie – córka. Ciekawe co, jeżeli kobieta ma asymetryczne piersi już przed ciążą?

   A co kiedy dzieciątko już się urodziło? Cóż, przede wszystkim polecano, aby trzymiesięcznego noworodka sadzać już na nocniku, przynajmniej 12 razy w ciągu doby. Czyli średnio co dwie godziny- wtedy istnieje szansa, że dziecko nauczy się korzystać z nocnika i nie trzeba będzie używać pieluch. Patrząc na dzisiejsze ceny pampersów, ta rada to istna żyła oszczędności.

   Poradnik w 1943 roku zaznacza, że dziecko powinno przebywać na zewnątrz przynajmniej 8-9 godzin dziennie. Pół biedy, jeżeli masz przy domu piękny ogródek. Jeżeli mieszkasz w bloku będziesz musiała wystawiać dziecko na balkon, żeby oddychało zdrowym, świeżym powietrzem. Nie zapomnij założyć mu maseczki przeciw smogowi, jeżeli mieszkasz w Krakowie. Albo na Śląsku.
   Jeden z poradników podawał, że dziecko należy poić wódką, żeby zniechęcić dziecko do tego smaku. Wiecie, taka profilaktyka.

   Istnieje również szereg starych przesądów związanych z ciążą i dziećmi. Przedstawię wam te najbardziej absurdalne:

    Nie przypatruj się nikomu brzydkiemu, bo dziecko też takie będzie - a jeżeli akurat o szefowa nie jest zbyt urodziwa? Co wtedy? Urlop na żądanie by przeszedł, czy nie bardzo?

    Jeżeli jesz ostre rzeczy, urodzisz chłopca, słodkie - dziewczynkę. Jeżeli jesz ostre i słodkie, to po prostu zaczynasz się obżerać. 

   Dziecku trzeba nacierać kręgosłup szarym mydłem, żeby był mocniejszy – mydło Szary Jeleń będzie przeżywało swój renesans, kiedy matki zaczną je na gwałt kupować i nacierać nim swoje pociechy..

   Jeżeli dziecko po raz pierwszy zacznie jeść z lewej piersi – będzie leworęczne – kurka i teraz zagadka życia, czy chodzi o lewą z perspektywy matki, czy dziecka? Bo to jednak jest problem.

   Nie wolno całować śpiącego dziecka, żeby nie miał koszmarów – jak dla mnie, to nie powinno się całować śpiącego dziecka, żeby się nie obudziło i nie zaczęło płakać.

   Nie powinno się kłaść dzieci na stole, bo będą głupie – po co w ogóle kłaść dziecko na stole?

   Im bardziej dziecko jest niespokojne i płaczliwe podczas chrztu tym grzeczniejsze będzie w przyszłości – mój chrześniak był grzeczniutki jak aniołek, więc w przyszłości może pokazać spore rogi.

   Jeśli pierwsze dziecko najpierw powie „mama” to kolejny maluszek będzie dziewczynką, jeżeli „tata” to będzie chłopcem – a jak powie „kaczka” to będziecie rodzicem jedynaka.

   Na koniec dwa najlepsze, które nawet nie wymagają komentowania:

   Jeżeli pogłaszczesz barana, urodzisz syna.

   Nie kochaj się z mężem w dwóch ostatnich miesiącach ciąży, bo dziecku będą ropieć oczka. 


9 maj 2017

Polski Da Vinci


   Rozdawanie zaproszeń w pełni, więc z recenzją przychodzę do was z pewnym opóźnieniem, ale już jestem i mam dla was książkę nie byle jaką, bo samą polską wersję Kodu Da Vinci.

   Na Giewoncie znaleziono zwłoki nagiego mężczyzny. Widok to niecodzienny i przerażający, przynajmniej dla każdego normalnego człowieka. Komisarz Wiktor Forst jednak nie należy do najbardziej zrównoważonych pod słońcem osób i taki sposób morderstwa przyjął bez większych emocji. Zaintrygował się dopiero nieco później, gdy w jamie ustnej denata odnalazł starożytną monetę. A kiedy po dziesięciu minutach dowiedział się, że jest odsunięty od sprawy, uznał, że morderstwo to musi mieć nie tylko drugie, ale i trzecie dno. I zamiast potulnie podkulić pod siebie ogon i stawić się na komendzie, ten wziął pod ramię dziennikarkę jednej z największych stacji telewizyjnych i uciekł z miasta.

   Później akcja potoczyła się niezwykle szybko; Frost i Olga zostali uznani za zbiegów, musieli kryć się nie tylko przez policją, ale i przed funkcjonariuszami bardziej poważanych w naszym kraju służb. W końcu trafili za wschodnią granicę, gdzie nie spotkali się ze zbyt miłym przyjęciem a tajemnica, która rozpoczęła się dla nich na szczycie Giewontu stawała się coraz bardziej lepka i brudna.
Co mnie zaskoczyło to to, że Mróz pokusił się w „Ekspozycji” o wątek religijny. Czytając o związku monet umieszczanych w zwłokach ofiar z bratem Jezusa, Jakubem i sekretnym bractwem, nie mogłam nie myśleć o „Kodzie Da Vinci”. Ten zagraniczny tytuł stał się tak popularny i tak mocno wgryzł się w popkulturę, że obecnie każda książka jemu podobna narażona jest na dozę krytycyzmu, jeżeli nie podoła pierwowzorowi…

   To, co różni dzieło Browna od Mroza to przede wszystkim główny bohater. Tamten był zbyt… idealny, książkowy. Frost natomiast jest męską wersją Chyłki – inteligentny, ale niekiedy gburowaty tak bardzo jak panowie spoglądający łakomo na panie w krótkich spódniczkach. Introwertyczny, ale jednocześnie potrafił wykazać się wielką asertywnością i zjednać sobie ludzi. A co najważniejsze, przypodobał mi się jednym, często wypowiadanym przez siebie zdaniem –

PROSTA ZASADA MÓWI, BY GASIĆ TRWAJĄCE POŻARY I NIE PRZEJMOWAĆ SIĘ TYMI, KTÓRE DOPIERO WYBUCHNĄ.

   Idąc tym tropem rozumowania, Frost faktycznie mógł spać spokojniej, jednak nie raz narobił sobie o wiele większych problemów, skupiając się bardziej na tym, żeby przeżyć dane spotkanie z rosyjskimi agentami, niż przejmować się tym, co z nim zrobią za to, do czego się przyznał.

   Postać Olgi, dziennikarki, która podążała za Frostem była niestety zbyt blada; kontrast pomiędzy nimi był tak duży, że nagle zatęskniłam za Zordonem, który wprawdzie zachowywał się jak ciepłe kluchy z masłem, ale przynajmniej umiał powiedzieć coś sarkastycznego i pogrozić Chyłce palcem. Olga zachowywała się trochę jak zakochana nastolatka, co nie pasowało mi do tego, kim miała być – silną dziennikarką, która żadnej prawdy się nie boi. Poza tym zapach jej perfum był zaznaczany stanowczo za często.

   Podsumowując, „Ekspozycja” nie jest książką tak dobrą jak „Kasacja”, ale za to o wiele lepszą niż „Zaginięcie”. Dużo punktów dałam jej już na samym finiszu czytania, bo końcówka… cóż, mówiąc bardzo oględnie – wymiata.

Prywata
   Co do zaproszeń, to nie będę robić o tym osobnego postu, bo chyba szkoda. Napiszę tylko tyle, że osoby, które najmniej się spodziewały go dostać zareagowały najpiękniej, najserdeczniej i najszczerzej. Miód na serce, po maratonie irytacji. Zostało 52 dni, czekamy na słońce, bo w takie zimno to ja ślubu brać nie zamierzam!


2 maj 2017

Będę rolnikiem!


   W sumie powinnam powiedzieć, że jestem półkrwi rolnikiem, bo moja mama wychowała się na wsi a i ja miałam okazję przez sześć wspaniałych lat mieszkać w sielskim otoczeniu przyrody. Od małego budziło mnie pianie koguta o zbyt wysokim poziomie testosteronu, piłam mleko od naszej domowej, zdecydowanie za grubej krowy i miałam hopla na punkcie kóz. Naprawdę, ostatnio narzeczony oglądał moje zdjęcia z dzieciństwa i 25% z nich to byłam ja i kozy. Zdziwił się, lekko zaniepokoił, ale nadal mnie kocha, więc spokojnie, fotorelacji ze ślubu doczekacie.

   Teraz jestem mieszczuchem, chociaż nie ukrywam, że uwielbiam te chwile, kiedy wracam na wieś i na chwilę mam szansę powrócić do czasów dzieciństwa; sadzić w polu na wiosnę, zbierać na jesień, szukać jaj, które kury zniosły gdzieś w przytulnych i ciemnych zakątkach i sprawdzać czy małe kaczki – równie głupiutkie, co słodkie – nie postanowiły zanurkować w poidle dla kur. Przez pierwsze pięć lat życia byłam przekonana, że każdy ma swoje ziemniaki i cebulę i jak zobaczyłam, że ludzie kupują je w sklepie to przeżyłam niemały szok. Zresztą do dzisiaj zdarzyło mi się kupić ziemniaki jedynie raz w życiu. I czułam się z tym dziwnie.

   O pracach w polu wiem dość dużo. Wiem na przykład, że po zasianiu ogórków, trzeba je natychmiast przykryć włókniną, że kalarepa z pola smakuje o wiele lepiej niż ta sklepowa i że smak pomidora prosto z krzaka jest nieporównywalny z niczym innym.  Wiem, że maliny na zimę trzeba przyciąć, żeby na wiosnę pięknie wypuściły i że dorodne, soczyste owoce mają co dwa lata. Lato zaczyna się dla mnie wraz ze smakiem słodkich czereśni kończy się zaś smakiem śliwki.

   Kiedy otrzymałam możliwość przeczytania i zrecenzowania książki „Żyj jak rolnik. 100 sposobów jak żyć w zgodzie z naturą” ucieszyłam się, że pogłębię trochę swoją osobistą wiedzę. I co z tego wyszło? Ano nic, bo większość informacji była mi dobrze znana a te nieznane – jak suszyć mięso z własnej krowy czy samodzielny ubój – są mi kompletnie do życia niepotrzebne, bo wyznaję zasadę, że znajomych zwierząt nie zjadam. Moja rodzina jest pokrzywdzona z tego powodu, bo jeszcze za bajgla zrobiłam straszną awanturę jak ciotka zabiła domową kurę na rosół. Od tamtej pory „swojskich” zwierząt u nas w rodzinie się nie je. Jestem ich bohaterką, pewnie w kurniku mają powieszony plakat z moim zdjęciem a kurzy Marvel nagrał o mnie film.

   Wracając do książki; można znaleźć w niej informacje o tym jak suszyć trawę na siano, jak przycinać drzewa, szczepić drzewa owocowe, jak pozbyć się ślimaków z upraw, jak zrobić sok z własnych jabłek, jak zaplanować przydomowy ogródek i wiele, wiele innych. Dla kogoś, kto ze wsią ma mały kontakt, albo chce sobie przypomnieć to, co zakurzyło się w pamięci, zdecydowanie jest to właściwa książka. Mnie z nóg nie zbiła, aczkolwiek narzeczony stwierdził, że jak wygra w totka to przeprowadzimy się w Bieszczady i będziemy żyli w zgodzie z tymi zasadami. Wyłączając oczywiście ubój własny.

   Podobała mi się rada 81 na temat tego, dlaczego tak ważny jest płodozmian. Uwierzycie, że jak miałam 1 lat to byłam przekonana, że co roku sadzimy warzywa w innym miejscu dlatego, że moja mama jest niezdecydowana i zawsze musi coś zmienić? Dopiero gdzieś w okolicach gimnazjum dowiedziałam się, że to nie jej widzimisię, tylko tak powinno być.

   Czy dałoby się być rolnikiem znając tylko i wyłącznie tą książkę? Nie. Autor opowiada z perspektywy kogoś, to zna podstawy (chociaż niekiedy i te podstawy w swoich radach załącza). Jeśli więc z okazji majówki chcecie zmienić swoje życie, porzucić miasto i udać się na wieś, wybudować dom, kupić krowę i zaadoptować kota-przybłędę to musicie pokusić się jeszcze o inne pozycje. Ale tą też możecie w wolnej chwili poczytać. 

28 kwi 2017

Na weekend - odmowy ślubne.


   Na forach ślubnych można znaleźć masę narzekań przyszłych Panien Młodych. Niektóre są mniej absurdalne, inne bardziej, jednak ostatnio – jako że sezon ślubny ruszył pełną parą – króluje temat, dlaczego zaproszeni goście odmawiają przyjścia na wesele. Przedstawię wam dzisiaj te co bardziej smakowite. Wszystkie chyba autentyczne, bo nie wiem po co Młode miałyby wymyślać takie historie. Inna sprawa, że wymyślają je niedoszli goście…

   Nasze dziecko będzie wtedy chore – prorocy są nadal wśród nas! Dwa miesiące wcześniej rodzice wiedzą, że ich pociecha będzie chora. Ja rozumiem, że matki to mają szósty zmysł, ale nie przesadzajmy, żeby aż tak? Żeby aż z takim wyprzedzeniem?

   Nie mam zębów a na wesele musiałabym zrobić sobie całą szczękę – nie wiem nawet jak to skomentować. Naprawdę. Wcięło mi zęby.

   Nie zostawię kota samego w domu – no tak, mały futrzak nie może zostać sam a na zaproszeniu Mruczka wypisanego nie było… a może by tak warto było zorganizować i animatorkę dla kotów i psów, żeby też się mogły pobawić. Przecież to członkowie rodziny, jakby nie patrzeć.

   Gdyby wesele było u nas w mieście, to byśmy przyszli – idąc tym tropem, to wesel trzeba by było zrobić kilka, żeby każdy gość miał tam wystarczająco blisko. A najlepiej to zaraz koło ich domu, bo wtedy i kot nie czułby się samotny!

   Całą rodziną będziemy w sanatorium – nigdy nie słyszałam o grupowych, rodzinnych turnusach do sanatorium. Ale cóż, młoda jestem, niedoświadczona jeszcze.

   Nie chcę złapać welonu – bo nie wzięcie udziału w oczepinach to zbyt banalne rozwiązanie, lepiej w ogóle na wesele nie iść.

   Nie lubię wódki a na weselu trzeba pić – oczywiście! Znane są zwyczaje, kiedy to Pan Młody otwiera siłą szczęki gościa a Panna Młoda wlewa tam wódkę. A później orkiestra stoi nad delikwentem i każe mu pić litry, ba! Hektolitry wódki. I biedny gość odmówić przecież nie może…

   Nie zostawimy pustego domu, bo ktoś się włamie – czyli nigdy z domu nie wychodzą, co by się złodziej tam nie dostał. Pewnie mają rozpisany grafik, kto kiedy domu pilnuje i za żadne skarby nie opuszczają domostwa, bo złodzieje czyhają!

   Żona mi nie pozwala żona instancja wyższa, jej zawsze trzeba słuchać.

   Ukruszył mi się ząb – nie prościej iść do dentysty, lepiej zaszyć się w domu i cierpieć w samotności przez wiele tygodni. W ogóle problemy dentystyczne są często przez niedoszłych gości podejmowane. Jak ja będę chciała kiedyś odmówić to rzucę po prostu hasłem „ząb” i to będzie tłumaczyło wszystko.

   Nie znam tam wszystkich osób – o i tutaj moi drodzy warto wspomnieć o pomyśle pewnej przyszłej Panny Młodej. Otóż stwierdziła ona, że zrobi sobie przedślubek, żeby na ślubie właściwym miała już wszystko dopięte na ostatni guzik. Z fotografem oczywiście. Na takiej imprezie goście mogliby się poznać i wtedy chętniej przyszliby na samo wesele, bo jak zna się wszystkich to zawsze raźniej, prawda?

    Nie, bo będziecie mieć winietki a ja chcę sama decydować, gdzie będę siedzieć – i to akurat jest przykład, który ja usłyszałam, chociaż ciągle mam wrażenie, że to był żart a nie szczera prawda. Cóż, dowiem się tego już za miesiąc, to dam wam znać.
   
   Zapraszacie wujka Gienka, ja go nie lubię, jak go nie zaprosicie to ja przyjdę - ciągnijmy losy kogo zaprosić a kogo nie. Gienka czy może Stasię z Hameryki? A może powiedzieć obojgu, że tej drugiej strony nie będzie i niech się martwią, jak się na weselu spotkają? Jest jeszcze sytuacja w drugą stronę, kiedy przymusza się Młodych do zapraszania niektórych gości. 

   I hit Internetów, który krąży w nich od lat - Nie, bo się nam krowa cieli. Dziękuję, dobranoc, gasimy światła. 

    A jakie Wy słyszeliście lub sami wymyślaliście wymówki? Piszcie!