17 sie 2017

Jak ochronić swoje dziecko?


   Przez kilka ostatnich lat nie cichną konflikty związane ze szczepieniem dzieci. Niektóre matki uważają, że szczepić się powinno, bo to pomaga chronić mały organizm przed chorobami, które mogą zaatakować znienacka i wyrządzić wielką krzywdę. Inne z kolei uważają, że to nienaturalne i wbrew powszechnemu obowiązkowi nie stawiają się na szczepienia. Jednak co się dzieje wtedy, kiedy niezaszczepione dzieci zaczynają zarażać te szczepione? Czy rodzice mają obowiązek informować innych, że ich dziecko nie ma w sobie przeciwciał na poszczególne choroby?

   Isobel jest matką jakich wiele; kocha swoje dzieci i chce, żeby były jak najzdrowsze. Dlatego też, kiedy przeczytała przed laty o doniesieniach, jakoby szczepionki powodowały u dzieci autyzm, zdecydowała się nie ryzykować. I nie stało się nic strasznego, maluchów nie zaatakowały żadne pneumokoki, nie chorowały częściej niż te, które były szczepione zgodnie z medycznym zaleceniem. I nikt by nawet nie pamiętał o tym, że lata temu podjęła taką, a nie inną decyzję, gdyby nie to, że jej najstarsza córka, nastoletnia Gabriella zachorowała na odrę. Przeszła ją dość lekko, jej organizm był już silny, jednakże zaraziła kilkumiesięczną Iris, córkę przyjaciół rodziny. Ta z racji wieku nie była jeszcze zaszczepiona, a gwałtowny przebieg choroby spowodował, że dziewczynka nieodwracalnie straciła słuch.

   Jej ojciec, Ben, postanowił skierować sprawę do sądu, zarzucając wieloletniej przyjaciółce, że nie poinformowała ich o zagrożeniu, że nie wspomniała ani słowem, że jej dzieci są niezaszczepione i co za tym idzie – są potencjalnymi nosicielami chorób, które mogą skrzywdzić ich dziecko. 

   Cała książka jest dość kontrowersyjna; osobiście jestem zwolenniczką szczepień i moim zdaniem rodzice, którzy z nich zrezygnowali, powinni poinformować o tym fakcie innych rodziców posiadających dzieci, szczególnie te małe, które nie zostały jeszcze zaszczepione na wszystkie choroby. Chociażby po to, żeby nie wydarzyła się taka sytuacja jak w książce, bo niestety nie jest to fikcja literacka, ale rzeczywistość przeniesiona na karty powieści.

   Autora książki porusza się dość swobodnie w tej trudnej tematyce, jednakże brak jej obiektywizmu; odniosłam wrażenie, że jest zatwardziałą zwolenniczką szczepienia, a moim zdaniem najważniejszą cechą autora jest brak stronniczości, brak opowiedzenia się po jednej ze stron. Dobry pisarz powinien pobudzić czytelnika do zajęcia jakiegoś stanowiska, samemu pozostając w cieniu. Tutaj niestety czułam, że jej zdanie jest mi narzucone i to dość ostro. Jednakże muszę ją pochwalić za sposób narracji; bardzo podobny do tego, który w swoich książkach prowadzi Jodi Picoult. Autorka dopuszcza do głosu obie strony konfliktu, zarówno Isobel, jak i Bena, dając im obojgu możliwość wypowiedzenia się, wyrażenia swojego stanowiska i swoich myśli. Także język jest lekki, miło się czyta całą książkę, nie pojawiają się żadne zgrzyty, ani „toporniejsze” kawałki.

   „Dawka życia” to powieść mówiąca o tym, że bycie matką wcale nie jest łatwe. To podejmowanie szeregu decyzji, które w późniejszych latach mogą zawarzyć na całym życiu dziecka. To poruszanie się pomiędzy minami rozrzuconymi przez los i dramatyczna walka o to, żeby jak najmniej odłamków trafiło w najważniejszą dla matki istotę – w jej dziecko. 


13 sie 2017

Stereotypowa babska książka.


   Jestem typową kobietą i czytam typowo babskie książki. Wiecie, takie o miłości. Czytałam już Norę Roberts, Danielle Steel, Nicholasa Sparksa, Susan Elizabeth Philips, Helen Fielding, Emily Giffin a także naszą rodzimą Magdalenę Witkiewicz, Katarzynę Grocholę czy Monikę Szwaję. Bez wstydu przyznam, że lubię taką tematykę, bo czasami i od thrillerów i kryminałów należy odpocząć i przeczytać coś lżejszego, poprawiającego nastrój. Jednak muszę stwierdzić, że schemat tych książek jest często dość podobny i dzisiaj opiszę wam fabułę, która występuje zazwyczaj w większości babskich romansów. Nie traktujcie tego zbyt serio, nie oburzajcie się, to tekst ku rozrywce.

   Główna Bohaterka w ośmiu na dziesięć przypadków jest dziennikarką albo nauczycielką. W pozostałych dwóch przypadkach to bohaterki książek Danielle Steel i są bajecznie bogate i nie muszą pracować bądź są bezrobotne i bezdomne i dopiero na końcu książki stają się bajecznie bogate. I nie muszą pracować. Najczęściej Bohaterka uważa się za brzydką osobę, a później nagle przegląda się w lustrze/wystawie sklepowej i następuje jej opis, który jasno wskazuje na to, że jest piękna. Ma sprężyste włosy, duże, błyszczące oczy, zgrabny nosek, a ostatnio coraz częściej mowa jest o pięknie zarysowanych brwiach. Oczywiście całe otoczenie widzi w niej piękną kobietę, a ona uważa się za szkaradztwo.

   Kiedy dochodzi do spotkania z mężczyzną, fabuła toczy się dwojako; albo od samego początku Bohaterka i spotkany przyszły królewicz się nie cierpią i dogryzają sobie na każdym kroku, albo ich znajomość jest sympatyczna i miła, aczkolwiek żadne z nich nie próbuje czegoś więcej. Życie Bohaterki nagle zaczyna się walić – zwalniają ją z pracy, odchodzi jej chomik, którego miała od dzieciństwa, kamienica, w której mieszka nagle została zalana przez wodę, albo ewentualnie ksiądz podczas spowiedzi nie daje jej rozgrzeszenia. W każdym wypadku, Bohaterka jest nieszczęśliwa i idzie pić. Tam spotyka nieświadomego swojej roli księcia, który postanawia dotrzymać jej towarzystwa i dochodzi do pocałunku. Później przez chwilę jest cudownie, co rano budzą ich ćwierkające wesoło wróbelki, dookoła jest zielono, a oni codziennie chodzą do łóżka. I to jak! Seks w książkach tego rodzaju zawsze jest namiętny, delikatny, dziki, niestosowny i przewspaniały, a bohaterowie zawsze i wszędzie mają ochotę, możliwości i siły.

   W końcu  nadchodzi kryzys i tutaj możliwości jest bez liku. Ktoś coś źle zrozumiał, ktoś nie miał ochoty na namiętny seks, ktoś wziął siostrę idealnego mężczyzny za jego kochankę albo po prostu w Bohaterce coś „pękło” (im często coś w środku jestestwa pęka) i musiała odejść. Następuje kilka(naście) stron smutku i chandry, gdzie nawet radosne wróbelki przestają śpiewać, a dotąd słoneczne niebo pokrywają ciemne chmury. Punkt kulminacyjny następuje w momencie, gdy ona i on spotykają się przypadkowo i okazuje się, że całe nieporozumienie można wyjaśnić w trzech zdaniach. Oczywiście nie mogli zrobić tego wcześniej, bo tak trudno jest dwójce dorosłych, dojrzałych ludzi wziąć i po prostu porozmawiać. Następuje szczęśliwe zakończenie, wspaniały i boski the end, a czytelniczki zamykają książkę z głośnym westchnieniem, patrzą na swojego Janusza i żałują, że takie rzeczy to tylko w książkach.

   Ten schemat można lekko modyfikować, dodać do postaci Bohaterki dziecko z nieudanego  poprzedniego związku, obarczyć idealnego mężczyznę skrywanym sekretem bądź dorzuć dla pikanterii kilkunastomilionowy majątek należący któregoś z nich. I mimo, że w 90% przypadku babskie książki opierają się na przedstawionym schemacie, to i tak miło się je czyta. Chyba taka już nasza natura. 

   Zgadzacie się ze mną? Czy ja po prostu trafiam na takie a nie inne książki? Piszcie!

10 sie 2017

A Ty? Czego się boisz?


   Mówią, że strach ma wielkie oczy. Że trzeba stawić mu czoła, bo tak naprawdę nie ma na tym świecie niczego, czego nie moglibyśmy udźwignąć. Od małego dzieci są uczone, że w szafach wcale nie mieszkają potwory, że to tylko wytwór ich nazbyt pracującej wyobraźni; koszmary senne rozpatrywane są w kategorii radzenia sobie z codziennymi problemami, uporządkowaniem i pozbyciem się złych myśli. Ale prawda jest taka, że wszyscy nadal się czegoś boimy.

   Teraz, kiedy mały człowiek mówi nam, że boi się Hulka, uśmiechamy się kpiąco, bo doskonale wiemy, że to tylko postać z komiksów. Ale przecież kilkanaście lat temu sami chowaliśmy się pod kołdrą, w strachu przed latającym psem z „Niekończącej się opowieści”. Nie pomagały tłumaczenia mamy ani babci, że to fikcyjna postać, że takich długich psów nie ma, że Panu Bogu najdłuższy wyszedł tylko jamnik, później zaprzestał już dalszych eksperymentów. Później ktoś w przedszkolu mówił, że w wiadomościach informowali o końcu świata; i dalej zaczynaliśmy się bać, no bo jak to mamy umrzeć, kiedy nie chcemy a poza tym na wtorek umówiliśmy się z koleżanką na zabawę z lalkami, a tutaj taka niesprawiedliwość, w poniedziałek koniec świata!

   Później, w czasach szkolnych przyszedł inny strach; przed sprawdzianami, kartkówkami, trudnymi pytaniami i pierwszymi kłótniami z rówieśnikami. Wtedy ważne było to, czy Kaśka albo Aśka będą chciały grać z nami w gumę i czy pan od matematyki zdecyduje się przełożyć sprawdzian z ułamków; bo jak nie przełoży to dostaniemy pałę i tata w domu będzie znowu miał pretensje, że się nie nauczyliśmy. Teraz już wiemy, że to były małe strachy, ale wtedy sprawiały, że nie mogliśmy zasnąć wieczorem, zastanawiając się, co to będzie.

   Paradoksalnie, im bardziej rośliśmy, im więcej rozumieliśmy, tym bardziej irracjonalny był nasz strach. Banie się potworów jest racjonalne, bo mogą zabić czy skrzywdzić. Banie się sprawdzianów czy matury jest równie prawidłowe i oczywiste. Później jednak przychodziły dziwne strachy. Jasne, nie od razu. Bo najpierw przychodziła młodość; wspaniały czas, kiedy ma się poczucie, że jest się tytanem, można wszystko, jest się niezniszczalnym, niepokonanym. Człowiek zaczyna się wtedy robić butny, wykrzywia twarz w stronę losu i ironicznie pyta: ‘ja nie dam rady?’. Później się zakochujemy, zakładamy rodzinę, uczymy się żyć z drugą osobą i jesteśmy przekonani, że wspólne picie kawy co rano i zajadanie jajecznicy w każdą niedzielę jest czymś, co się nam od losu się po prostu należy.

   Przed ślubem boimy się czy wszystko się uda, czy złośliwi krewni i znajomi będą komentować na głos wszystko to, co im się nie spodoba, czy wesele nie skończy się przed północą, czy poradzimy sobie w małżeństwie, czy spiszemy się później jako mama i tata.

   Kiedy przychodzą dzieci, a młodość powoli się kończy, zaczynamy się bać tego, czego nie znamy; choroby, samotności, śmierci. Jak litanię odmawiamy co roku podczas wigilii naszą własną modlitwę: ‘i żebyśmy za rok znowu wszyscy się tutaj spotkali’. Lawirujemy pomiędzy nieszczęściami i wypadkami, próbując chronić wszystkich tych, których kochamy, z mniejszą lub większą skutecznością. Tracimy bliskich, przez śmierć albo prozaicznie, przez nieporozumienia, niezgodność charakterów czy z braku czasu. Na ich miejsce przychodzą nowi, ale im jesteśmy starsi, tym trudniej nam w pełni zaufać drugiemu człowiekowi. Okazuje się, że życie wcale nie jest tak proste, jak wydawało nam się jeszcze kilka lat temu. Łatwiej jest, kiedy obok jest ta druga osoba, która co rano wypija z nami kawę a co niedziela je jajecznicę z sześciu jaj; to jest w porządku, to pomaga, to daje szczęście.

   Aż w końcu przychodzi moment, kiedy tęsknimy za latającym psem, za sprawdzianem z chemii i za kłótniami z koleżankami w podstawówce. Bo jedyne czego się boimy, to to, że przyjdzie chwila, kiedy wstaniemy rano, zaparzymy kawę, usmażymy jajecznicę a jego już nie będzie i nie spędzimy razem kolejnego poranka. I już nie będzie w porządku. 


8 sie 2017

"Po śniegiem" - zachwyciłam się czeską literaturą!


   Zazwyczaj w filmach i w książkach więź między rodzeństwem jest pokazana jako coś podniosłego, wspaniałego i wyjątkowego. Jednak w rzeczywistości często się zdarza, że osoby, których łączą wspólni rodzice, są dla siebie obcy, nie potrafią się dogadać, więcej ich dzieli, niż zjednuje. Blanka, Olga i Kristyna to siostry, które wcale nie są sobie bliskie, jednak pewnego zimowego ranka wsiadają razem do samochodu i ruszają do rodzinnego domu, uczcić urodziny ojca. Bo wypada.

   Blanka jedzie z dwoma córkami i niemowlakiem, Olga z kilkuletnim synkiem Olinkiem, a najmłodsza Kristyna jedzie z morderczym kacem, który rozbrzmiewa w jej głowie niczym młot pneumatyczny. Już od samego początku można zauważyć, że siostry za sobą nie przepadają; każda inaczej ułożyła sobie życie i mają do siebie ciągłe pretensje o to, że nie rozumieją siebie nawzajem. Blanka, najstarsza z nich, jest przykładną żoną i matką, chociaż ani jej mąż, ani dzieci, tego faktu nie doceniają. Nie rozumie, jak można karmić dziecko butelką, jakim cudem można pozwalać mu na wszystko i jak niby ma podobać się mężowi, kiedy ma na głowie cały dom i trójkę urwisów; Olga z kolei, która samotnie wychowuje syna nie rozumie tej wiecznej sztywności w domu siostry i tego olewającego podejścia do męża. Najmłodsza, Kristyna trzyma się na uboczu, obserwując tylko kłótnie starszych sióstr i uciekając przed ich ostracyzmem.

   „Pod śniegiem” to książka, która skonstruowana jest w niezwykły sposób; czyta się ją jak gonitwę myśli, brak tam miejsca na dialogi, cudzysłowie. Wszystko jest napisane chłodno, rzetelnie, jednakże nie brak tam emocji. Jest wprost magiczna w swej prostocie; autorka pokazała, że nie potrzeba wielkich zabiegów stylistycznych i gramatycznych, kiedy ma się co przekazać. Wprawdzie przez pierwsze kilka stron męczyłam się okropnie, próbując wczuć się w styl Soukupovej, później jednak tekst sam płynął mi przed oczami, a ja czytałam coraz szybciej i szybciej, chcąc wchłonąć w siebie całą tę historię. To jak ze spróbowaniem nowego smaku napoju – na początku jest dziwny, niecodzienny, jednak z czasem smakuje coraz lepiej i lepiej, człowiek zachłanniej go pije.

   To książka o wzajemnych pretensjach, o żalach, które nosimy w sobie, ukrywając je pod miłymi, sztucznymi uśmiechami i pozorną uprzejmością. To powieść, która pokazuje, że takie zachowanie jest jak rak; niepostrzeżenie rozwija się gdzieś w naszym środku, a kiedy w końcu go zauważamy, jest już za późno na bezbolesne leczenie. To również opowieść o tym, co boli kobiety, jak skomplikowana jest ich dusza, jak niewiele trzeba, aby je zranić i jak małe drzazgi tkwią w nich przez lata.

„Po prostu lepiej być samemu, bo samotny człowiek niczego się nie spodziewa, niczego nie oczekuje, a kiedy żyje z kimś, łudzi się, że ta druga osoba zachowa się w jakiś konkretny sposób, że do czegoś się przyda, że będzie czuć się lepiej tylko dlatego, że ta osoba jest przy nim. Ale tak nie jest (…) z czasem życie robi się nie do wytrzymania (…) po prostu nie da się swobodnie oddychać w towarzystwie tej drugiej osoby.”

   Autorka postawiła na obserwację zwykłego dnia, opisywanie szczegółów, detali, których zazwyczaj się nie zauważa. Lekkie skrzywienie ust, niepokojące chrząknięcie, rzucona ot tak sobie nieprzyjemna aluzja. U Blanki, Olgi i Kristyny takie niuanse narastają do rangi znieważenia, okropnego i bolesnego. Autorka ma gorzki, mocny jak poranna kawa humor, który wcale nie bawi, ale uwidacznia nieprzyjemną prawdę; brak w tej książce pretensjonalności, brak jest banałów, brak patosu. A jednak czegoś uczy, każe się nad sobą zastanowić i nad swoimi relacjami z bliższymi; szczególnie z tymi, z którymi blisko być nie chcemy.

   Historia trzech sióstr i ich rodziców, nie różni się niczym od tych historii, które toczą się w naszych domach, w naszych rodzinach; inne jest tylko natężenie konfliktów i inne są sposoby radzenia sobie z nimi. Soukupová pokazała co się dzieje, kiedy wszystko zamiata się pod dywan – pod śnieg - i próbuje się nie zauważać tego, co złe i niepokojące. Bo tak naprawdę śnieg przykrywa wszystko tylko na chwilę; później przychodzą roztopy i to, co było położone pod piękną, białą, aksamitną płachtą, wyjawia się na nowo. I nigdy nie daje o sobie zapomnieć.

   Zachwyciłam się czeską literaturą. Gdyby moje rekomendacje coś znaczyły, tej książce dałabym ją bez wahania. To trzeba przeczytać!