14 gru 2017

Pajęczyna, małpi ogon i puste miejsce przy stole. A jak Ty obchodzisz Boże Narodzenie?


   Ile ludzi, tyle zwyczajów, chciałoby się powiedzieć. I dotyczy to każdego aspektu życia, poczynając od pory jedzenia śniadania, poprzez sposób spędzania wakacji, kończąc na sposobie obchodzenia Świąt. Zapewne każda z rodzin ma swoje tradycje, które wyrosły z danej kultury. Dzisiaj przedstawię wam sposoby obchodzenia Świąt w innych krajach i … w innych czasach. Bo przecież to właśnie przeszłość kreuje teraźniejszość, a niestety dawne zwyczaje coraz częściej zanikają.

   Jestem przekonana, że każdy z was wie po co zostawia się puste miejsce przy stole – dla strudzonego wędrowca, który może pojawić się podczas Wigilii i którego należy ugościć. Równie mocno jestem przekonana, że większość z was nie wie, że kiedyś puste miejsce pozostawiało się dla tych członków rodziny, którzy zmarli i którzy – jak wierzono – w czasie wieczerzy wigilijnej powracali, żeby razem z bliskimi obchodzić ten ważny, rodzinny czas. Ponadto, palono dla nich na polach ogniska, by mogli się przy nich ogrzać.

   W naszych polskich domach uważano kiedyś, że zasiadając do wigilijnego stołu, nikt, oprócz gospodyni, nie może od niego wstać do czasu zakończenia kolacji. Co więcej, każda osoba musiała przez całą wieczerzę trzymać w ręce łyżkę; jej odłożenie albo co gorsza, upuszczenie na podłogę, oznaczało złą wróżbę. Wierzono, że osoba, której łyżka wypadnie z rąk, nie doczeka kolejnej Wigilii. W drugi dzień Świąt gospodarze szli z kolędą do koni, gospodynie zaś do bydła; zwierzęta dostawały opłatki, chleb i wigilijne potrawy, aby dobrze się chowały przez kolejny rok.

   Ze swojego dzieciństwa pamiętam, że mama i babcia kazały mi być szczególnie grzeczną, od Bożego Narodzenia do Święta Trzech Króli, ponieważ te dwanaście dni miało odpowiadać poszczególnym miesiącom w nadchodzącym roku. Jeżeli więc chcecie szczęśliwie przeżyć cały 2018 rok, to w tym czasie trzymajcie nerwy na wodzy i wiecie – uśmiech przede wszystkim. I nie pijcie dużo w sylwestra, bo jeżeli w Nowy Rok będziecie męczyć się z kacem, to taki sam będzie cały sierpień. Może to dlatego sierpień jest miesiącem abstynentów?

   A jak wyglądają Święta w innych krajach? Cóż, w Czechach przyjęło się, aby na początku grudnia ścinać gałązki czereśni, forsycji i jabłoni i wstawić je w domu do wody. Jeżeli przed świętami zakwitną, to oznacza to, że w rodzinie pojawi się dziecko, a później odbędzie się ślub. Gdy gałązki nie zakwitną, to w rodzinie nie będzie w przyszłym roku ani ślubu, ani dziecka.

   Choinki ozdabiamy przepięknymi bombkami, łańcuchami, aniołkami, a na Ukrainie przyozdabia się je… pajęczynami. Wszystko wzięło się z dawnej legendy o wdowie, która nie miała pieniędzy, aby udekorować to iglaste drzewko i pająk pod osłoną nocy zrobił na gałązkach ozdobną pajęczynę. Nasz „wdowi grosz” u wschodnich sąsiadów jest „wdowią pajęczyną”.

   W pewnym szwedzkim miasteczku od kilkudziesięciu lat buduje się ogromnego słomianego kozła, który symbolizuje Julbocka, czyli postać ze skandynawskiej bożonarodzeniowej tradycji. Natomiast u ich sąsiadów, Norwegów, w Wigilię wszyscy chowają… miotły. Miejsce musi być niebagatelne, bowiem wierzono tam, że czarownice i inne złe duchy właśnie w tej wieczór nawiedzają domy zwykłych ludzi i kradną im miotły, na których mogą latać. A wiadomo, że przemieszczająca się czarownica, to niebezpieczna czarownica.

   Jak się okazuje, ryby nie są jedzone we wszystkich krajach; ba, nawet w Polsce zagościły na wigilijnych talerzach stosunkowo niedawno, bo wcześniej biedni mieszkańcy miast i wsi nie mieli dostępu do ryb. W większości krajów w ten wieczór jada się pieczoną kaczkę, dziczyznę, owoce morza a w Chile pije się… małpi ogon. Napój ten jest zrobiony ze skondensowanego mleka, rodzynek, wódki, cynamonu i szczypty kawy. Inaczej mówiąc, wódka na słodko – nie wiem, czy bym się tam odnalazła…

   Z pewnością najważniejszym elementem wszystkich Świąt w naszych domach jest opłatek; na jego temat powstało wiele wierszy, piosenek i chyba każdy uwielbia jego smak, chociaż nie jest specjalnie wyszukany. W Hiszpanii rolę opłatka przejęła chałwa. Jeżeli już znajdujemy się w tym południowym kraju, warto wspomnieć, że po pasterce wszyscy wychodzą na ulicę i tam tańczą i śpiewają kolędy, aż do rana. Czyżby zapożyczyli ten małpi ogon z Chile i też go popijali?

   Bardzo spodobał mi się zwyczaj Filipiński. Tam przez określoną ilość dni przyjaciele i rodzina obdarowują się prezentami i każdego dnia wręcza się coś z innej tematyki (na przykład w czwartek wręczamy prezenty koloru zielonego, w piątek prezenty związane z muzyką). W dzień Wigilii dopiero można wyjawić, który prezent był od kogo.

   Ile krajów, tyle zwyczajów. Ile kultur, tyle sposobów obchodzenia tego specjalnego czasu w roku. Nie ważne, czy będziecie wypatrywać pąków na gałązce forsycji, czy zamiast karpia zjecie ostrygi, czy spijecie się małpim ogonem, czy wręczycie komuś jeden prezent czy dwanaście. Nieważne czym udekorujecie choinkę, czy podzielicie się opłatkiem z waszymi zwierzętami i z jakiego powodu pozostawicie puste miejsce przy stole – ważne jest, że w ten jeden, jedyny wieczór będzie inaczej. Bardziej spokojnie, bardziej rodzinnie, bardziej idealnie. I kto wie – może wasza rodzinna tradycja stanie się kiedyś obrzędem obchodzonym przez cały świat? Piszcie, jakie nietypowe zwyczaje mają miejsce w waszych domach! 


12 gru 2017

W końcu przeczytałam! "Rywalki"


   Muszę zapamiętać, że jeżeli los uparcie odciąga mnie od jakiejś książki, to robi to dla mojego dobra. Od przeszło dwóch lat polowałam na zachwalane przez większość blogosfery „Rywalki” autorstwa Kiery Cass. Byłam przekonana, że książka mnie zachwyci, zainspiruje, że będę nią po prostu oczarowana. I co? I jedno wielkie guano. Okazało się, że podobnie jak w przypadku „Pięćdziesięciu twarzy Grey’a”, „Hopeless” czy „Ognia i wody”, to co podoba się innym, nie podoba się mi.

   Iléa to państwo, które powstało po okrutnej, czwartej wojnie światowej, która zniszczyła całą znaną nam współczesność. Krajem rządzi król, społeczeństwo zaś podzielone jest na osiem kast – im dalszy numerek, tym ubożej żyją jej przedstawiciele. Główna bohaterka książki, America jest Piątką, a więc zajmuje się szeroko pojętym artyzmem, tak samo jak jej rodzice i rodzeństwo. Uważa się za osobę biedną, chociaż w domu mają telewizor, na przekąskę jadają popcorn a jedynym zbytkiem, którego Ami nie może kupić sobie od razu i na który musi oszczędzać są kosmetyki. Każdy inaczej biedę pojmuje.  

   Tradycja kraju stanowi, że ilekroć książę ukończy stosowny wiek życia, organizowana jest Selekcja, podczas której wybiera mu się żonę idealną. Ma to na celu zdobycie przychylności społeczeństwa, bo wybory organizowane są wśród zwykłego pospólstwa i każdy, chociażby najlichsza Ósemka może się zgłosić i zostać wybrana na królową. Kto dokonuje początkowej selekcji nie wiadomo, jednakże z grona dziesiątek tysięcy dziewcząt, które się zgłaszają, wybierane jest 35 „najwłaściwszych” z nich i umieszczane są one w pałacu, gdzie mają starać się o serce młodego księcia.

   America, wbrew sobie, została jedną z wybranych i oczywiście – czego mogłam się spodziewać już podczas zakupu książki – najbardziej przypadła księciu do gustu. Chociaż wcale tego nie chciała. Oh, i oczywiście uważa się za totalnie przeciętną dziewczynę, gdzie z kolei narrator opisuje ją jako piękną, rudowłosą młodą kobietę. Zauważyliście, że w książkach taka sytuacja występuje bardzo często? Bohaterka uważa się za „przeciętną”, albo nawet „brzydką”, a okazuje się, że wygląda tak oszałamiająco, że nie można oderwać od niej wzroku. Irytujące, doprawdy.

   Zastanawiacie się pewnie, dlaczego nasza słodka bohaterka nie chciała zdobyć książęcego serca, zabezpieczając przyszłość swoją i swoich potomków. Odpowiedź jest nad wyraz prosta – w swoim rodzinnym mieście zostawiła Aspena, chłopaka, którego kochała całym sercem, ale z którym nie mogła być, bo był Szóstką. To znaczy, jej to nie przeszkadzało, po prostu byłaby status niżej w drabinie społecznej, chłopak jednak cierpiał na zdecydowanie zbyt małe ego i co chwilę wypominał Ami, że nie mogą być razem, bo ona nie może go utrzymywać. W przeddzień jej wyjazdu do pałacu definitywnie zakończył ich znajomość a kolejnego dnia machał jej na lotnisku, przytulając się do innej dziewczyny. Ah, ta miłość. Jest taka trwała i tak ciężko jest się pozbierać po jej stracie.

„To było proste i genialne. Czasem, aby coś ukryć, najlepiej robić to na oczach wszystkich.”

   Cóż, dobra, powiedzmy, że byłam gotowa na jakiś miłosny trójkąt w końcu to książka dla nastolatek. Jednak nie byłam gotowa na … brak jakiejkolwiek akcji. Biorąc pod uwagę fakt, że fabuła przypomina współczesne reality show, gdzie grupa dziewczyn bije się o jednego mężczyznę (albo kobietę, pamiętam, było coś takiego!), byłam przygotowana na wszelkiego rodzaju intrygi, awantury, rzucania biustonoszami i bójki. Zamiast tego nie dostałam nic. Dziewczęta żyły spokojnie obok siebie, mało było między nimi interakcji, czasami tylko lekko się spięły i szczerze mówiąc, z tych 34 kandydatek zapamiętałam imiona trzech z nich; reszta była jedynie tłem, a ich główną rolą było „odpadanie” z konkurencji. W tej kwestii autorka mogła sporo zdziałać, miała przeogromne pole do popisu. Niestety, wolała skupić się nad dumaniami Ami, które nic odkrywczego do lektury nie wnosiły. Lekka iskierka nadziei zapaliła się w moim sercu, gdy rozpoczął się wątek rebeliantów, którzy sprzeciwiają się Selekcji i szturmują zamek, jednak już na kolejnej stronie autorka zdecydowanie i ochoczo tą moją nadzieję zdeptała, bowiem rebelianci atakowali zamkowe mury…  zgniłym jedzeniem. Doprawdy, straszna broń, jeszcze książę dostałby w głowę mandarynką i co wtedy? Która chciałaby księcia z guzem, co?

   „Rywalki” jednak, mimo tych minusów, książkę czyta się – o dziwo! – całkiem przyjemnie. Co oznacza, że autorka pisać potrafi, tylko może nie chciało jej się bardziej popracować nad pewnymi aspektami książki, a szkoda, bo wtedy naprawdę byłaby to współczesna opowieść o Kopciuszku. Pomysł miała genialny, wykonanie z kolei jest niestety mało ambitne. A szkoda.  


„Trudno przytulić kogoś nieprawidłowo.”

8 gru 2017

Tajemnice pachną mandarynkami. "Siedem dni razem" Francesca Hornak.


   Wszędzie teraz dookoła można usłyszeć, że święta to magiczny czas, który zbliża do siebie rodziny i sprawia, że na nowo zaczyna czuć się tą magiczną więź, która łączy ludzi. Zapach mandarynek większości ludzi kojarzy się z bliskością, z domem rodzinnym i z ciepłem, które nieśmiało otula zmęczone codziennością serce. To moment, kiedy na chwilę zatrzymujemy się w biegu, wyłączamy smartfony, odłączamy Internet i dajemy się ponieść spokojnemu rytmowi życia, odmierzanego przez takty ckliwej kolędy. Co stałoby się jednak, gdybyśmy byli zmuszeni spędzić ze swoimi bliskimi nie kilka godzin, ale całe siedem dni? Gdybyśmy nie mogli włączyć telefonów, dostęp do Internetu byłby utrudniony, brak byłoby głosów płynących z telewizora, które zapełniają niezręczne momenty a dookoła byłaby tylko cisza, biała i puchata jak świeży śnieg?

   W takiej sytuacji znalazła się rodzina Birchów, rodzice i dwie dorosłe już córki, Pheobe i Oliwia, która była „przyczyną” tej przymusowej kwarantanny, gdyż wróciła z Afryki, gdzie leczyła osoby zarażone wirusem haag. Dla bezpieczeństwa społeczeństwa musiała pozostać w odosobnionym miejscu, a jej bliscy zgodnie stwierdzili, że czas świąt muszą spędzić razem – chociażby ryzykowaliby tym samym swoje zdrowie i życie.

   Już na samym początku powieści okazuje się, że każdy z domowników ma tajemnicę, której nie chce wyjawić bliskim; głowa rodziny, Andrew ze strachu przez złością żony, ona ze strachu przed tym, że mogłaby popsuć wszystkim święta, a córki… cóż, one po prostu nie chcą dzielić się pewnymi informacjami ze swoimi rodzicami. W efekcie święta, który miały być magicznie spędzonym czasem, stają się spektaklem, odgrywanym przez głównych bohaterów bez jakichkolwiek emocji czy żaru. Czwórka pozornie najbliższych sobie osób, okazuje się być bardziej dla siebie obca niż spodziewaliby się sądzić. Jednak siedem dni spędzonych razem poniekąd wymuszają sytuacje, w których tajemnice wychodzą na światło dzienne. I kiedy można by stwierdzić, że nie może stać się nic gorszego, do drzwi puka osoba, która nieodwracalnie zmieni życie całej rodziny….

   Na początku zaznaczę, że nie polubiłam żadnej z postaci z „Siedmiu dni razem”. Olivia wydawała mi się zbyt zasadnicza, typowa dziewczyna, która zadziera nosa i czuje się lepsza od reszty rodziny, bo robi coś dla ludzkości. Jej siostra, Pheobe z kolei nie przejmowała się niczym, co nie dotyczyło jej osobiście, osoba dość egoistyczna. Ojciec, Adrew, krytyk kulinarny i niegdysiejszy korespondent wojenny zdaje się w ogóle nie zauważać swojej żony, która z kolei usługuje wszystkim, na siłę starając się zachować pozory normalności. Mimo wszystko miałam pewne perwersyjno-przyjemne uczucia czytając o tym, jak cała czwórka stara się udawać szczęśliwą rodzinę, jednocześnie kryjąc przed sobą nawzajem swoje największe sekrety. To chyba pierwsza książka, gdzie nie polubiłam się z żadną postacią, a jednak sama fabuła mi się podobała. I to bardzo.

   Jednak z pewnością nie zgodzę się z tym, że jest to dowcipna książka, co zostaje nam obiecane na okładce; humoru jest tam niewiele. Ja osobiście uznaję „Siedem dni razem” za dramat, który odkrywa pewną smutną prawdę współczesności – nie potrafimy być razem. Coraz częściej uciekamy do sieci, do telewizji, nawet do książek, oddalając się od drugiego człowieka. Po przeczytaniu tej lektury jakoś lepiej zauważyłam, że teraz to nawet przechodnie nie patrzą sobie w oczy; każdy jest zatopiony w ekranie smartfona, albo patrzy pod nogi, uciekając spojrzeniem od innych ludzi. Skoro nie potrafimy być ze sobą, to jak mamy tworzyć ludzkość? To pewnie jedna z niewielu książek, która pokazuje, że święta to nie tylko kolorowe lampki, choinka, opłatek i radosne, gromkie „Dzisiaj w Betlejem”, ale też niesnaski, żale i niedoskonali ludzie stłoczeni przy wspólnym stole. Nie mam pojęcia jaki był zamysł Francesci Hornak kiedy pisała tą książkę, ale wiem, że stworzyła prawdziwy, może nieco przesadzony, aczkolwiek szczery obraz typowej współczesnej rodziny, której przyszło przez siedem dni być zdanym tylko na swoje towarzystwo.

   Do świąt pozostało jeszcze nieco ponad dwa tygodnie, ale już teraz życzę i wam, i sobie – żebyśmy chociaż przez ten krótki okres czasu byli razem. Bez nowoczesności, współczesności i technologii. Po prostu – z drugim człowiekiem. 


5 gru 2017

Co jesteś gotów zrobić dla miłości?


   W momencie, kiedy matka po raz pierwszy bierze w ramiona swoje dziecko, tworzy się między nimi potężna więź; mówi się, że największą miłość życia trzeba sobie urodzić, że nie sposób jest pokochać innego człowieka tak mocno, jak własne dziecko. A jeżeli coś się kocha, to chce się to za wszelką cenę chronić. Mama musi walczyć z bolącymi kolkami u noworodka, wypędzać potwory z szafy swojego pięciolatka, oswajać straszną i skomplikowaną matematykę, sklejać złamane po raz pierwszy serce i ratować swoje dziecko, ilekroć się potknie. I każda mama powinna prosić wszystkie bóstwa – dawne i obecne – żeby tylko z takimi zagrożeniami musiała walczyć. Bo czasami, niekiedy, zdarza się, że w imię miłości trzeba zrobić o wiele więcej.

   Nina Frost jest prokuratorem i zajmuje się prawdopodobnie najtrudniejszymi z możliwych przypadków w sądach – przemocą wobec dzieci. Codziennie musi nakłaniać przestraszonych maluchów, by w obecności jej, sędziego i rodziców – gdzie niekiedy to właśnie oni są winni siniaków na ciele dziecka – aby opowiedziały, co im się przytrafiło.  Wie, że to dla nich traumatyczne przeżycie, ale wie też, że tylko w taki sposób może im pomóc uwolnić się od osoby, które je systematycznie krzywdzi. Prywatnie jest szczęśliwą mamą pięcioletniego Nathaniela i żoną Caleba, którego chyba nadal kocha. Chyba, bo po kilkunastu latach małżeństwa całą namiętność przykrył kurz codziennych obowiązków, trosk i kłopotów i trudno jest przypomnieć sobie uniesienia z pierwszych miesięcy związku.

„Wystarczy zmienić punkt widzenia, a perspektywa ulega całkowitemu przewartościowaniu.”

   Cały ich świat sypie się w posadach, kiedy okazuje się, że Nathaniel był molestowany seksualnie. Nagle okazuje się, że potworności, które Nina znała z sal sądowych staną się jej codziennością a ona, jako matka, w żaden sposób nie może pomóc własnemu dziecku uporać się z tym strachem. Nie pomaga przytulenie, pocałunek w czoło, zapewnienie, że jest już bezpieczny – nie ma żadnej sposobności, aby wymazać to przerażające wspomnienie małego chłopca i żeby na nowo przywrócić mu beztroskie dzieciństwo.

   Kiedy okazuje się kto stoi za tym przestępstwem, rozpoczyna się rozprawa sądowa. Jednak Nina nie łudzi się, że oprawca trafi na kratki; za dobrze zna realia sądowe i zbyt często widziała, kiedy pedofil miał rozkuwane ręce i wychodził z gmachu sądu jako wolny człowiek. Dlatego też decyduje się porzucić wszystko to, w co wierzyła, czego uczyła się przez lata, za co walczyła jako prokurator.  Pozbywa się wszelkich zasad moralnych i etycznych i zaczyna działać instynktownie; a instynkt zawsze mówi matce, aby zniszczyła zagrożenie, aby ratowała dziecko na wszelkie możliwe sposoby. Nawet jeżeli oznaczałoby to zbrodnię.

   Nina nie chciała wymierzyć sprawiedliwości, nie miała na celu odpłacenia za doznane krzywdy; jej celem było sprawienie, że ten człowiek nigdy już nie zbliży się do Nathaniela, że nie będzie sposobności, aby spotkali się chociażby przypadkowo za kilka lat na ruchliwej ulicy. Poświęciła swoją wolność, siebie i swoje człowieczeństwo, aby zapewnić synowi spokojne życie. Zrobiła to, czego nie mógł za nią zrobić żaden wyrok sądu, żadne prawo. Czy została więc wybawicielką dla swojego dziecka czy morderczynią? Cóż, o tym zdecydować musi już sam czytelnik, w swoim sercu.

   Picoult jak zwykle zachwyca swoją stylistyką, swoim kunsztem pisania; gdybym miała możliwość ukraść talent jakiemukolwiek pisarzowi w dziejach świata, bez wahania pokusiłabym się o jej sposób tworzenia historii. Bo jej opowieści zachwycają codziennością, a jednocześnie zapierają dech w piersi i zatrzymują krążenie krwi, gdy nagle okazuje, że zwykłych ludzi dotykają niezwykłe nieszczęścia. Autorka pokazuje, że człowiek potrafi sobie poradzić w każdej sytuacji, nawet jeżeli początkowo mogłoby się zdawać, że nie ma z niej żadnego wyjścia, że nie sposób jej spaść na cztery łapy jak zwinny kot czy uchylić się przed rykoszetem swojego nieszczęścia. Myślę, że książki Picoult są tak popularne, bo wbrew wszystkiemu dają nadzieję, że nadal najważniejsza na tym świecie jest miłość. Nie pieniądze, sława, kariera czy uznanie, ale właśnie to naiwne i stare jak świat uczucie, które potrafi nie tylko przenieść góry, ale i ruszyć cały świat.  

   „W imię miłości” to historia, która przyciąga jak magnez. Jeżeli reinkarnacja jest prawdą, to Picoult w poprzednich życiach z pewnością była bajarzem; siadała przy ognisku, wokół niej gromadziły się tłumy, a ona snuła opowieści, ze słów niczym z nici plotła piękne wzory i oplatała nimi wyobraźnię słuchających. Tak samo jest i dzisiaj; biorąc do ręki którąkolwiek z jej powieści, trzeba mieć na względzie fakt, że nie zostanie nam ona obojętna. Z pewnością coś w nas poruszy, sprawi, że zastanowimy się nad tym, gdzie tak naprawdę leży granica miłości i kiedy można ją przekraczać. Zastanowimy się, czy prawo ludzkie jest ważniejsze niż prawo uczuć, a jeżeli tak, to jak zahamować instynkty zmuszające nas do ochrony najważniejszych dla nas wartości? I w końcu odpowiemy sobie na pytanie, co gotowi jesteśmy zrobić dla miłości?

„Czasami, gdy się bierze w ramiona swoje dziecko, można wyczuć pod palcami układ własnych kości lub wciągnąć w nozdrza zapach własnej skóry, dobywający się z zagłębienie dziecięcej szyi. To właśnie jest najbardziej zdumiewające w macierzyństwie – odnalezienie kawałka siebie, który jest całkowicie odłączony od naszego ciała, a mimo to absolutnie niezbędny nam do życia. Gdy się dokona owego odkrycia, przeżywa się chwilę niesamowitego uniesienia i pełnego zdumienia zachwytu: jakbyśmy umieścili na właściwym miejscu ostatni element układanki, złożonej z tysiąca kawałków; jakby fotofinisz wykazał, że o włos zdołaliśmy wyprzedzić całą stawkę w sprinterskim biegu.”


30 lis 2017

Kobieto, jesteś niedoskonała i to piękne jest!


   Przyznaj szczerze – przynajmniej raz w życiu (jeżeli nie raz w miesiącu) popatrzyłaś na swoje lustrzane odbicie i skrzywiłaś się z niesmakiem. A to nie spodobał ci się twój za długi nos, a to rzęsy jakieś takie liche się wydały, to znowu cellulit zakrył całe twoje uda i sprawił, że przypominasz raczej egzotycznego cytrusa niż człowieka. Po urodzeniu dziecka płaski brzuch zmienił się nie do poznania a rozstępy zrobiły z ciebie mało erotyczną podróbkę tygrysa; zmarszczki na twarzy pojawiły się nie wiadomo, kiedy, jakby jednej nocy rozgościły się w kącikach twoich oczu i ust i rozpoczęły strajk okupacyjny, nieczułe na drogie kremy i zabiegi u kosmetyczki.

   Kobieto moja droga, starzejesz się. Nie ważne czy masz lat szesnaście czy trzydzieści czy pięćdziesiąt – każdego dnia toczysz się do momentu, gdzie już w ogóle nie będziesz przypominała roześmianego podlotka, gdzie twoje włosy nie będą lśniły, cera nie będzie pięknie i uroczo zaróżowiona a ciało jędrne i wysportowane. I wiesz co? To cudowne jest!

   My, ludzie, mamy tendencje do patrzenia na wszystko z negatywnej perspektywy. Widzimy zmieniających się siebie i krzywimy się na ten widok z niesmakiem. A przecież wszystko, każda zmiana wydarzyła się po coś. Czasami dla kogoś. Każda zmarszczka powstała dzięki interakcji z innym człowiekiem; o, ta na lewo od twoich ust powstawała już od maleńkości, kiedy tata bawił się z tobą w berka i śmiałaś się za każdym razem, kiedy udawał, że nie może cię złapać. Ta na prawo zaś to zasługa twojego ukochanego, który czasami denerwuje cię tak bardzo, że wykrzywiasz usta w nieprzyjemnym grymasie. Obwisły brzuch? A czy to za duża cena za te małe stopy, które biegają teraz po twoim domu? Nieapetyczne żyłki zaatakowały twoje niegdyś wypielęgnowane ręce? Bo pracowałaś, bo dbałaś o dom, myłaś te gary, gotowałaś obiady, prałaś tony ubrań, męczyłaś się – dla kogoś.

   Każdy ślad na twoim ciele to świadectwo, że pięknie przeżyłaś swoje życie. Do tego wpisu natchnął mnie w ogóle durny program w telewizji, gdzie pokazywali życie żon amerykańskich hokeistów czy innych mało u nas znanych sportowców. Każda z nich miała piękne długie włosy, gładką cerę, figurę jak mój wykreowany graficznie Sims, paznokcie profesjonalnie pomalowane, bez żadnego odpryśniętego lakieru i proste, duże białe zęby. I wiecie co? Wszystkie one były do siebie tak podobne, że wyglądały jak z jednej linii produkcyjnej. Rozróżnić je można było jedynie po kolorze skóry i długości włosów, chociaż to i tak słaby wyznacznik, bo kolor i długość zmieniały co drugi dzień – wiecie, doczepy robią magię na głowie! Doskonale rozumiem i pochwalam dbanie o siebie, ale bez przesady – w momencie, gdy zaczyna się przypominać osobę rodem z Photoshopa, to zatraca się trochę samego siebie. Przeglądając Instagram też coraz częściej widzę miliony podobnych do siebie osób, które mało co różni i trochę obawiam się, że za czterdzieści, pięćdziesiąt lat większość moich rówieśniczek będzie miało podciągniętą skórę we wszystkich możliwych miejscach i tyle kwasu wstrzykniętego w wargi, że pojawi się jego deficyt na rynku. Silikon, wypełniacze, liftingi, nici chirurgiczne – gdzieś w tym wszystkim zabrnęliśmy za daleko. W którymś momencie ludzkość stwierdziła, że woli wyglądać nie tak jak ją natura i geny stworzyły, ale tak jak kreują ją media; wszyscy zachwycają się nosem jak w Angeliny Jolie? Dzisiaj i ty możesz sobie taki nos zrobić, wystarczy zapłacić. Coś się złego z nami stało, bo parzymy z lekkim niesmakiem, kiedy ktoś nie jest perfekcyjny, idealny; krytykujemy tych, którzy wymykają się nowym standardom, którzy wolą mieć na głowie mało stylowe afro albo uparcie noszą okulary w drucianych oprawkach, zamiast zainwestować w soczewki albo popularne "kujonki". Zaczęliśmy pędzić w stronę doskonałości, zapominając, że doskonałe jest to, co wcale doskonałe nie jest. 

   Kobieto! Bądź piękna ze swoimi zmarszczkami, ze swoim zmęczeniem i ze swoimi włosami, które w tą pogodę wyglądają może mało ciekawie. Ciesz się swoim rozmiarem S, M, L i każdym innym, w którym przyszło ci mieszkać. Zachwycaj swoją niedoskonałością! Jeżeli ty sama poczujesz się piękna, to taka będziesz w oczach innych. Amen.