04.12.2016

List do Mikołaja.



Mikołaju!

   Na samym początku postanowiłam wylać do Ciebie wszystkie swoje żale, bo nie warto odkładać na później tego co nie miłe. A więc – chciałam rok temu pod choinką znaleźć susła i co? Susła brak a sprawdzałam, czy się gdzieś czasami w iglastych gałęziach nie zaplątał, ale nie! Przez cały rok było mi niezmiernie smutno z tego powodu, że nie spełniłeś mojego choinkowego życzenia. Wiem, że w zamian dostałam narzeczonego i pierścionek, ale Mikołaju, powiedzmy sobie szczerze – suseł to jednak suseł. I brak susła boli.

   Skoro mamy już za sobą tą nieprzyjemną część, możemy przejść do konkretów. Bardzo się cieszę, że Mikołajowa skorzystała z mojego prezentu (płyty Chodakowskiej!) i że straciła pięćdziesiąt kilogramów wagi. Jednocześnie bardzo mi przykro, że teraz zamiast Ci pomagać szykować prezenty, siedzi w willi Playboya i przywdziała króliczy ogonek – wiem, jak nie lubicie się z wielkanocnym zającem i rozumiem, że może być to zniewaga w Twoją stronę.

   Tak, jak w poprzednim roku, proszę o trochę pieniędzy.  Nie to, że lubię je wydawać i kupować ciągle nowe rzeczy, oj nie. Nie lubię, ale muszę, żeby podratować polską gospodarkę, która ostatnio podupadła, więc w gruncie rzeczy ten prezent jest nie tyle dla mnie, co dla patriotyzmu. Albo chociaż mógłbyś przesłać mi sześć cyfr, które pomogą mi wygrać w totka – to przecież nic nie kosztuje a na pewno masz odpowiednie znajomości. W najbliższej przyszłości trzeba będzie kupić jakieś mieszkanie i stworzyć swój mały przytulny świat, więc milion akurat się przyda.

   Czego mogę sobie życzyć na nadchodzący rok? Oczywiście idealnego ślubu, perfekcyjnego dnia, który rozpocznie przyszłe, banalnie idealne życie. Życzę sobie tego, żebym za kilka lat zrobiła wigilię u siebie, żebym dostała od męża śliczne malutkie kolczyki – może w kształcie susła – żebym pokazała dziecku jak zawiesza się bombki na choince, żeby przy stole zastawionym najnowszym kompletem talerzy, kupowanym dwa dni przez wigilią, bo stary się wyszczerbił, zasiedli wszyscy ci, którzy coś znaczą w moim życiu. Żeby z radia cichutko grała „Cicha noc”, żeby było przytulnie, ciepło, żeby nasz leniwy kot leżał rozłożony na kaloryferze a moja Tosia, która będzie już wtedy w podeszłym wieku, ścigała się po domu z Jagodą, buldogiem francuskim, którego będę kiedyś miała. Żeby chociaż raz jeszcze przy wigilijnym stole spotkali się wszyscy ci, którzy byli tam jeszcze kilka lat temu a teraz porozjeżdżali się w różne strony i ich miejsca stoją puste i czekają cierpliwie na ich powrót. I żeby nowi ludzie zajmowali nowe miejsca i żeby siedzieli na nich długo, przez wiele śnieżnych, mroźnych Świąt. 

   Życzę sobie głośnej, rodzinnej wigilii i późniejszej ciszy, która zapadnie, jak wszyscy już się rozejdą do domów, dzieci pójdą spać a ja zostanę sama na kanapie z mężem, w ciemnym pokoju, gdzie świecić będzie tylko choinka.
   I żeby na drugi dzień odwiedzili nas nasi przyjaciele, ze swoimi już rodzinami, ze swoimi dziećmi, swoja dorosłością. Chciałabym, żeby tak jak dzisiaj, byli i za kilka lat, żeby ubiegające lata nic nie zmieniły. Żeby niektóre przyjaźnie, te nowe, raczkujące, jeszcze się pogłębiły a te, które mają już kilka lat, trwały nadal i żeby nic się w nich nie zepsuło.

   I sielanki sobie życzę. I Tobie, Mikołaju, też. Bo cóż może być piękniejsze niż normalne życie?
Walcz o Mikołajową! Kup jej pączki, wyrzuć płytę z ćwiczeniami i kochaj ją z jej wszystkimi kilogramami. Pozdrawiam renifery, szczególnie Pyszałka, bo o nim zawsze mówi się najmniej. Każdego z osobna całuję w mokry, zimny nos.

   Do usłyszenia za rok! Nie myśl sobie, że po ślubie przestanę do Ciebie pisać. Przecież nadal pozostanę w środku małym dzieckiem, które wierzy, że pod poduszką znajdzie prezent od samego Świętego.

Agata. 

29.11.2016

Chcecie poznać prawdę o mężczyznach?


   Mówi się, że ciężko jest zrozumieć kobietę. Cóż, ja uważam, że jest coś trudniejszego do opanowania – zrozumienie mężczyzny przez kobietę. Bo jak zrozumieć nagłe milczenie, posępny wzrok i całkowite wyłączenie się z rzeczywistości? Po kobiecemu to nic innego jak wielki, ogromny, skierowany w stronę całego wszechświata FOCH. U mężczyzn jest to po prostu… odpoczynek. Naprawdę! Oni odpoczywają w taki sposób, w jaki my się obrażamy.

   Jako że niedługo zostanę pełnoprawną żoną, postanowiłam zainteresować się tematem i bliżej poznać mężczyzn. Żeby łatwiej się nam żyło.  W tym celu przeczytałam książkę „Czasem czuły, czasem barbarzyńca.” Jest to swojego rodzaju dialog pomiędzy dwoma mężczyznami. Dialog o tym, co to oznacza być mężczyzną. I już na samym początku panowie zaznaczają, że ich punkt widzenia nie spodoba się każdemu.

   Trudno jest stwierdzić, jaki powinien być współczesny mężczyzna. Kiedyś, to wiadomo było, że ma mieć maczugę, przepaskę na biodrach i kawałek mamuta w rękach. Obecnie wymagamy od nich brody, królewskiego szyku, czułości, zdecydowania, partnerstwa i siły. A później dziwimy się, że coraz więcej schizofreników na świecie.
   Książka porusza wiele tematów: relacji pomiędzy ojcem a synem, synem a matką, seksualności, pracy, męskiej przyjaźni, emocjach (tak, mężczyźni mają emocje!) i zdrowiu.

   Dużo miejsca poświęconego jest relacji matki z synami; Jacek Masłowski, jeden z autorów, wprost mówi, że, aby facet mógł stworzyć prawidłową relację z kobietą, musi odciąć pępowinę emocjonalną, która łączyła go z matką. Bo bezsprzecznie jest ona najważniejsza w pierwszych latach życia dziecka, ale później musi dać mu dorosnąć. Być obok, ale uczyć go, że nie jest najważniejsza w jego życiu. Musi umieć zrobić miejsce dla innej kobiety, która się kiedyś pojawi. Ha, już widzę siebie, robiącą miejsce dla kogokolwiek. Mój biedny syn. Moja biedna synowa.

   Biorę tę książkę całkowicie serio, ponieważ jest w całości stworzona przez mężczyzn. A oni z siebie bardzo rzadko mówią o takich ważnych aspektach, które nas – kobiety, w ich naturze szaleje intrygują. Tutaj podają nam 270 stron samej prawy o samych sobie. Prawdy brutalnej, bo kto by pomyślał, że oni boją się seksu? Że kiedy my zakrywamy swój cellulit i pojedynczego żylaka na łydce, on jest tak samo zestresowany i wciąga lekko wystający brzuch? Kto by się spodziewał, że mężczyźni obawiają się ojcostwa i że czują się odtrąceni, kiedy to my w nocy wstajemy do małego rozdarciucha a jemu dajemy spać? Dlatego u mnie będzie wstawał mąż, żeby się nie poczuł odtrącony!

   Co zawsze mnie fascynowało, to męska przyjaźń. Pewnie dlatego, że kobieca jest bardzo trudna i skomplikowana; bo baby ciągle się obrażają, bo się obgadują, bo przeinaczają rzeczywistość. U facetów jest łatwiej. Chociaż sam proces nawiązywania przyjaźni jest trudniejszy niż u nas. Bo wiecie, kilka przegadanych nocy, kilka wypitych butelek wina, kilka wspólnie wylanych łez i nić porozumienia sprawiają, że otwieramy się na tą drugą kobietę i po latach możemy nazywać ją przyjaciółką. U mężczyzn jest tak, że lata znajomości, rozmowy o meczach, pracy czy poziomu wredności dzieci wcale nie są równoznaczne z nawiązaniem prawdziwej, silnej, przyjaźni.

„Dzięki tym spotkaniom, tej bliskości, otwartości pojawia się świadomość, że jak w życiu cokolwiek trudnego ci się zdarzy, to masz kilka numerów telefonów, na które możesz zadzwonić, powiedzieć „Słuchaj, nie wiem, nie rozumiem, potrzebuję twojej pomocy”. I wiesz, że ją dostaniesz.”

   Myślę, że jest to pozycja nie tylko dla kobiet, które chcą zrozumieć mężczyznę, ale również książka idealna dla samej płci brzydkiej. Bo oni boją się – nawet między sobą – przyznawać, że potrzebują się wygadać. Że czasami samo pokopanie piłki i wypicie piwa nie wystarcza, że potrzeba wygadania się, interakcji, w której będzie można powiedzieć: „Stary, słuchaj, tracę ją i nie wiem jak sobie z tym poradzić.” I może jak zobaczą, że inni faceci tak rozmawiają i – wow! – nawet potrafią się przytulić, bez żadnych gejowskich podtekstów, to bardziej się otworzą w stronę swojego kumpla?

   Jeden z rozdziałów poświęcony jest ojcostwu a raczej jego dwóm obliczom: ojcostwu skierowanemu do synów i ojcostwu skierowanemu do córek. Bo inaczej wychowuje się córkę a inaczej syna. Jednak w obu relacjach najważniejsze jest jedno: obecność. To, od czego stroni wielu mężczyzn, bo boi się, że zrobi coś źle, bo „przecież matka zrobi to lepiej”, „bo co ja się będę wtrącał w wychowanie”. Trzeba być, żeby móc być rodzicem.

I, mężczyzno, pamiętaj:

„Jeśli się już zdecydowałeś wejść w relację z kobietą, mieć z nią dzieci, to musisz być świadomy, że decydujesz się również na to, że tego świętego spokoju będziesz mieć znacznie mniej. I to się nazywa odpowiedzialność.” 


28.11.2016

"Mimo twoich łez" - wspaniała, nieźle pokręcona książka.


   Żaden początek związku nie jest łatwy. No, chyba że mówimy o licealnej miłości, bo wtedy nie ma żadnych byłych, żadnych zobowiązań, żadnej przeszłości. Jednak w przypadku dorosłych ludzi najczęściej jest tak, że za każdym partnerem stoi szereg dziewczyn i facetów, którzy kiedyś byli dla nich ważni. I prędzej czy później, te byłe postacie wyjdą na światło dzienne. I albo się o tym po prostu porozmawia i zaakceptuje, albo… albo staniecie się tacy, jak bohaterowie trylogii Tarryn Fisher. Czyli nieźle pokręceni.

   Caleb i Olivia byli szczęśliwą parą. Przynajmniej do momentu zdrady chłopaka. Cicha myszka w ciągu kilku lat związku tak mocno zawładnęła sercem sportowca, że po zerwaniu nie mógł się pozbierać; stał się wrakiem samego siebie, cieniem swojej dawnej charyzmy, niewolnikiem dziewczyny, która już nie była jego. Jednak później znalazł nową dziewczynę, Leah, która otoczyła go opieką i która sprawiła, że Caleb znowu stanął na nogi. I wszystko dla Leah skończyłoby się jak w Disney'owskiej bajce, bo pierścionek już był kupiony i czekał schowany w szufladzie, gdyby nie to, że Caleb w wyniku wypadku stracił pamięć. A potem przypadkowo spotkał Olivię, która wykorzystała daną od losu szansę i na nowo chciała spędzić chociaż kilka dni z dawną miłością.

   Czytając poprzednią część, współczułam Leah. Była tą „zastępczą” ukochaną, musiała ciągle starać się zainteresować sobą Caleba, sprawić, że pokocha ją równie mocno, jak kochał Olivię. Nie ma chyba niczego gorszego, niż usłyszeć od miłości swojego życia, że jest nadal zakochany w dawnym partnerze. Trzeba mieć wiele odwagi i wiele samozaparcia, żeby wytrwać w takim związku i walczyć o to trudne uczucie. O znalezienie czynnika, który sprawi, że to co było przestanie mieć tak wielkie znaczenie, że ważne się stanie to, co jest teraz.



   Leah była dla mnie kobietą skrzywdzą. I nawet nie potrafiłam ocenić jej negatywnie, kiedy w pierwszej części pojechała do Olivii i zagroziła jej, że jeśli nie wyjedzie gdzieś daleko, powie prawdę Calebowi. Rozumiałam – walczyła o swoje. Moje zdanie zmieniło się po lekturze drugiej części trylogii. Zdecydowanie.
   Kiedy urodziło im się dziecko - mała, cudowna, idealna dziewczynka – pierwszym uczuciem, jakie poczuła Leah była … zazdrość. Zazdrościła swojej córce tego, że Caleb bierze ją na ręce i patrzy na nią z troską i miłością. I już wtedy pomyślałam jakim trzeba być człowiekiem, żeby czuć się zazdrosną o własne, kilkugodzinne dziecko?!
Później było już tylko gorzej; kiedy jej mąż wyjechał w delegację a ona została sama z małą Estellą, postanowiła … wysłać ją do żłobka. Nic to, że dziecko nie skończyło nawet tygodnia, Leah poinformowała opiekunki, że mała ma kilka miesięcy i tylko wygląda bardzo drobno a później wybrała się na lunch z przyjaciółkami. Mocno zakrapiany lunch, żeby była jasność. Bo przecież urodziła dziecko i się jej to należy!

„Miłość jest niedorzeczna. Wpadasz jak śliwka w kompot i nie możesz się wycofać. Prędzej umrzesz z miłości niż będziesz nią żył.”

   Później na scenę wkroczyła znowu Olivia. I Leah na nowo zaczęła walczyć, tyle tylko, że teraz już bez mojej aprobaty. Obserwowałam tą walkę o mężczyznę z lekkim niesmakiem. Ale i zaciekawieniem – wiecie, to tak jakby oglądać zapasy w kisielu. Niby wiesz, że to poniżające dla kobiet, ale ciekawi cię, kto w rezultacie wygra. I jak w ogóle można wygrać walkę w kisielu – wcierając go w oczy rywalki?

   Obserwując tę rywalizację z perspektywy Leah można dostrzec jej perfidię w całej okazałości; znam naprawdę dużo osób, ale nawet tym najbardziej podłym, daleko jeszcze do bohaterki „Mimo twoich łez.”

   Książka ciekawi. Intryguje. Styl autorki jest tak dobry, że wciąga niczym tornado i trudno jest odłożyć powieść przed zakończeniem historii. Wzbudza emocje, chociaż niekoniecznie te dobre. Irytację. Gniew. Niezrozumienie. Ale jednocześnie sprawia, że czytając o tych wrednych kobietach, jakoś bardziej się ceni samą siebie – bo wiecie, my, porządne kobiety, nigdy byśmy się nie posunęły do czegoś takiego. A wzrost samooceny jest zawsze mile widziany.
I muszę stwierdzić, że książka, cała trylogia, diablo mi się podoba. I trochę mnie to niepokoi, bo bohaterowie są tak pochrzanieni, cała ich historia jest tak dziwna i niepokojąca, że i u mnie nie wszystko musi być równo pod sufitem, skoro mi się to podoba. I skoro chcę więcej! To jak z tym kisielem.

   Jak to się skończy? Kogo wybierze Caleb? I czy on w tym wszystkim jest bez winy? Przeczytajcie. 


23.11.2016

Dziesięć faktów o mnie!


   Zostałam nominowana przez przemiłą Olę do zabawy, w której musze podać dziesięć faktów o sobie. I podobnie jak ona, początkowo myślałam, że nie ma nic łatwiejszego niż opisie dziesięciu rzeczy, które dotyczą mojego życia. Schody pojawiły się w momencie, gdy pomyślałam, że musza być to kwestie, które Was w jakikolwiek sposób zaciekawią. I tu zaczęły się schody. Ale spróbujmy.

Ćwikła i kanapka z pomidorem

   Jako dziecko byłam okropnym niejadkiem. I dlatego zawsze na szkolnych bilansach higienistka patrzyła podejrzliwie na moją mamę, czy aby mnie nie głodzi. Nie, nie głodziła, problem był tylko z tym, że mi nic nie smakowało. Żywiłam się ćwikłą, sznyclami (w niektórych rejonach Polski znanymi jako kotletami mielonymi) i kanapkami z pomidorem. W gimnazjum było jeszcze gorzej i przez cały dzień w szkole potrafiłam zjeść tylko i wyłącznie batonika Mars.
   A największym problemem były zawsze ziemniaki. Zwykle w polskich domach można usłyszeć magiczne „mięso zjedz, ziemniaki możesz zostawić”. Cóż, u mnie zawsze musiałam zjeść te cholerne ziemniaki i później przez kilka lat broniłam się przed nimi rękami i nogami. Teraz je jem w formie puree, ale tylko w niewielkich ilościach.
   Teraz, im jestem starsza, tym więcej potraw mi smakuje, dlatego musiałam zacząć chodzić na siłownię. Mój brzuch zaczął powoli żyć własnym życiem, zadowolony, że może w końcu zgromadzić trochę tłuszczu. I dlatego przy wadze 52 kilo wyglądałam jak kobieta na początku siódmego miesiąca ciąży. Teraz jestem tak hardcorowa, że potrafię zjeść i ogórki konserwowe i schabowego, chociaż bez większego entuzjazmu.

Film tylko z książką i krzyżówką

   Nie potrafię oglądać filmów. To znaczy – jeśli posadzicie mnie w kinie, to obejrzę i nawet będę się dobrze bawiła. Ale w domu kompletnie sobie z tym nie radzę; ciągle coś odwraca moją uwagę, poza tym uważam, że to czyste marnotrawstwo tylko siedzieć i oglądać, jeśli mogę równocześnie poczytać książkę, albo rozwiązać krzyżówkę. Ewentualnie poprzeszkadzać narzeczonemu, który chyba nie cierpi oglądać ze mną filmów.

Wredna? To o mnie!

   Zaczęłam być wredna jakoś w wieku czternastu, piętnastu lat. Wcześniej byłam cicha, nieśmiała i kiedyś ktoś coś do mnie mówił niemiłego, zamykałam się w sobie, zamiast wziąć i kulturalnie odpyskować. Później jednak nabyłam umiejętność ironizowania rzeczywistości i dzięki temu przeżyłam jakoś wiek młodzieńczy, wkraczając w dorosłość z dość dobrze zachowaną psychiką.

Kokardki

    Moja mama zawsze chciała mieć córkę. A to taki typ kobiety, że nawet los woli jej schodzić z drogi, to od razu spełnił jej życzenie i jestem ja. Strach pomyśleć co by się działo, gdyby zamiast słodkiej córeczki urodził się jej syn – pewnie ktoś nieźle oberwałby po tyłku.
W każdym razie, moja mama miała hopla na punkcie wielkich kokard w dziewczęcych włosach. Pech jednak, że moje liche blond włoski wyglądały dość komicznie w wielkich, niebieskich kokardach, które miała wiązane na czubku głowy. Obecnie stronię od wszelakich kokardowych kształtów i mogę z całą pewnością powiedzieć, że to moja największa trauma z dzieciństwa.

Za bardzo się przejmuję

   Zanim coś jeszcze się wydarzy, ja zdążę już wymyślić piętnaście negatywnych scenariuszy i martwię się co to będzie, jak któryś z nich dojdzie do skutku. Pewnie dlatego nie wychodzi mi prowadzenie samochodu, bo dojeżdżając do skrzyżowania zdążę zwizualizować sobie trzy wypadki, dwa potrącenia pieszego i jedno lądowanie UFO na samym środku jezdni.

Wolę zwierzęta od ludzi

   Strach o tym pisać, bo zawsze jak mówię to w towarzystwie, to wszyscy dziwnie na mnie patrzą. Co najmniej tak, jakbym przyznała się do tego, że lubię wieczorami wyjść przed blok i tańczyć nago salsę, smarując się przy tym majonezem.
   Od samego początku wychowywałam się z psami, kotami i jednym kanarkiem. Swojego ukochanego kota z dzieciństwa- Ciapka – nosiłam w kapeluszu (uwielbiał to), karmiłam go serkiem Hochland (to też uwielbiał) i czasami czyniłam z niego konia dla moich lalek Barbie (to uwielbiał mniej). Nie wyobrażam sobie domu bez żadnego zwierzęcia; w ciągu swojego prawie 25-letniego życia mieszkałam bez żadnego stworzenia jedynie przez trzy dni. Później się złamałam i teraz mam Tosię i Zyzia.
   Wczoraj podczas babskiego wyjścia koleżanki stwierdziły, że jestem tak uzależniona od zwierzaków, że po mężu będę miała i zwierzęce nazwisko. Z przeznaczeniem nie wygrasz.

 Gładkie nogi

   Ponoć każdy człowiek ma jakieś swoje dziwne nawyki. Niektórzy nie wyobrażają sobie dnia bez zaśpiewania „Aaaa, kotki dwa”, inni muszą co rano zrobić pięć pompek a jeszcze inni są nałogowymi palaczami. Ja mam tak, że muszę mieć zawsze gładkie nogi. I jest to schiza straszna, bo jak każda kobieta wie – włosy na głowie rosną bardzo wolno, za to na nogach jak szalone. I nie dla mnie motywacyjne obrazki, że w zimie nikt łydek kobiecych nie widzi i mogą wyglądać jak trzyletni bernardyn. Ważne, że ja wiem i już samo to mnie męczy. Więc walczę i zbieram na depilację laserową. A później znajdę sobie nową schizę.



30 stopni w cieniu? Tak, poproszę

   Razem z koleżanką ze studiów miałyśmy pewne powiedzenie: „idealna pogoda jest wtedy, gdy na termometrze jest więcej stopni niż mam lat.” I są to złote słowa, bo uwielbiam upały i czuję się wtedy w końcu szczęśliwa i spełniona. Nie lubię się opatulać milionem swetrów i kurtek, wolę dni, kiedy wystarczy wciągnąć szorty na tyłek, wsunąć stopy w baleriny i okulary przeciwsłoneczne na nos – wtedy dodatkowo nie trzeba malować oczu, więc upały są ekonomiczne.
   A to ciepłolubstwo mam zdecydowanie po mamie, bo ona też uwielbia afrykańskie, stojące w miejscu powietrze i skwar lejący się z nieba. I kiedy reszta ludzkości chłodzi się w lodowatej wodzie, my czujemy, że w końcu nadszedł nasz czas i można z uśmiechem na twarzy wyjść spod kołdry.

Ja pijana? Nigdy!

   Mam super moc. Może nie jest ona tak fajna jak niewidzialność albo strzelanie laserem z oczu, ale się przydaje. Otóż... nie widać po mnie, że jestem pijana. Mogę się ledwo trzymać na nogach a będę ładnie gawędzić o czymkolwiek, będę raźno szła i śmiała się z żartów.

Jestem w najlepszym momencie swojego życia

   I odpukać w niemalowane, bo los lubi być wredny i przewrotny. Ale faktycznie gdybym miała wybierać czas w swoim życiu, kiedy byłam najbardziej szczęśliwa, to musiałabym wskazać obecny rok. Mam fajnego faceta, przyjaciółki, które mimo kilku trudnych momentów nadal są, mam rodzinę, pasję, mogę się rozwijać.
   I bardzo chciałabym, żeby za rok, dwa, trzy, okazało się, że to wcale nie jest najlepszy okres w moim życiu – bo chcę żeby te kolejne lata były tymi najpiękniejszymi.

Ach, wymyśliłam, udało się, chociaż łatwo nie było. Do tej jakże trudnej zabawy nominuję:

Lenę – którą uwielbiam i która ma teraz całkiem nowy, wyremontowany pokój, więc będzie miała bardzo dobre miejsce, żeby usiąść i pomyśleć nad tym, co mogłaby nam napisać i czym nas zaskoczyć.
Emilkę – kolejna cudowna istota, z którą pewnie ukradłabym niejednego konia, gdybyśmy się znały prywatnie.
Angelikę – moja droga, młoda mężatka, kobieta na tyle odważna, że tydzień przed ślubem całkowicie zmieniła swoją suknię ślubną. Jakże trzeba być odważnym - lub szalonym-  żeby się zdecydować na ten krok?!
Anelise – mówiłaś kiedyś, że niczego w blogowych konkursach nie wygrałaś a u mnie bach! Bez brania udziału, wygrałaś nominację. 

22.11.2016

Premierowo "Zostaw mnie" Gayle Forman


   Kiedy dwoje ludzi postanawia założyć rodzinę, widzą wszystko w jasnych, radosnych barwach. Ich przyszłe życie jawi się jak sielanka; piękny dom, dobra, ośmiogodzinna praca, kochane dzieci i wieczory spędzane tylko we dwoje, kiedy psy są już po ostatnim spacerze a dzieci śpią grzecznie w swoich pokojach. W tych wizjach wspólne życie usiane jest bzami – bo róże są zbyt kiczowate, przytulaniem, bliskością i codziennymi chwilami szczęścia, dla których chce się co rano wstawać z łóżka.

   Później przychodzi rzeczywistość, praca często przeciąga się do dziesięciu, jedenastu godzin, garnki nie chcą magicznie same się pozmywać, pies sika w domu a dzieci o 22 dopiero zaczynają dokazywać, zamiast dać rodzicom chwilę dla siebie. Poza tym, nawet gdyby taka chwila była, to mąż woli posprawdzać co dzieje się w angielskich ligach a żona obejrzeć najnowszy odcinek „Gotowych na wszystko”, żeby móc o czym rozmawiać z koleżankami podczas przerwy w pracy.
Prawdopodobnie podobną wizję dorosłego życia miała Mirabeth, kiedy wychodziła za mąż za swojego ukochanego Jasona. Później jednak urodziły się im bliźniaki – słodka dziewczynka i cudowny chłopczyk – i trzeba było iść do pracy, żeby starczało im na dość wygodne życie. Praca, dzieci, ogarnięcie domu, ciągły stres – wszystko to spowodowało, że w wieku 44 lat Mirabeth przeszła poważny zawał serca i musiała zwolnić. Zrezygnować z tego, co najmniej zbędne, aby doceni to, co najważniejsze – siebie, swoją historię i swoją wartość.

   „Mój mąż zawsze powtarzał, że blizny są jak tatuaże, tyle że kryje się za nimi lepsza historia.”

   Było mi niewymownie żal Mirabeth. A przez to chyba jest mi niewymownie żal wszystkich kobiet, które muszą godzić ze sobą pracę, macierzyństwo i jeszcze opiekę nad domem, bo – nie oszukujmy się – w większości rodzin to na kobietę spada ten obowiązek. Mężczyzna jest zmęczony, bo ma takie prawo, kobieta już niezupełnie. Dlatego też kibicowałam jej przez całą książkę, widząc oczywiście jak jest kochana przez męża i dzieci, ale równocześnie tak bardzo niedoceniana.

   Mimo przejścia ciężkiej i skomplikowanej operacji, nikt jakby nie zauważył tego, że cokolwiek się stało. I o ile można z pełnym zrozumieniem stwierdzić, że czteroletnie dzieci mogą sobie pozwolić na takie traktowanie mamy, jak na co dzień, o tyle w przypadku jej męża i matki, zakrawa to o szaleństwo. Mąż uważał, że przesiadując ciągle w pracy pomoże i sobie i rodzinie, zaś matka Mirabeth opiekowała się bardziej sobą niż córką i wnuczętami. Poproszona o to, aby wyjść i kupić coś w aptece, stwierdziła, że na deszcz wychodzić nie będzie, bo przecież pada.  Swoją drogą, należy pogratulować jej logiki.

   Dlatego, kiedy bohaterka powzięła dość drastyczną decyzję, zaklasnęłam w podziwie dla niej. Zostawiła męża, dzieci, matkę, wsiadła w taksówkę i pojechała… do Pittsburgha. Odnaleźć swoją przeszłość, swoje korzenie, sprawdzić kim tak naprawdę jest, bo nie można być do końca sobą, nie wiedząc skąd się pochodzi i co drzemie w naszych genach, w samym środku naszej istoty.


   Do tej pory niezbyt przepadałam za książkami autorstwa Gayle Forman, ale to też jej pierwsza książka, która skierowana jest nie do młodzieży, ale do dorosłych. I to chyba jest jej właściwa pisarska droga – pisząc o poważnych sprawach skierowanych do nastolatków, zakrawała lekko o banał, patetyczne tony. W tej książce wszystko było wyważone, bo i problemy, o których opowiadała, były bardziej dorosłe, dojrzałe, realne. I może dlatego kupiłam tą książkę w całości. 

   Dzisiaj książka pojawiła się w księgarniach w całej Polsce. Polecam ją Wam serdecznie!