24 paź 2016

Przedpremierowo: "Sekta", czyli kolejny skandynawski kryminał.



   Ravn to dorosły mężczyzna, który jest właścicielem wiernego psa i demonów przeszłości, które krążą nad nim, spijając całą jego energię i wolę życia. Jednak Ravna przy życiu trzyma chęć zemsty za krzywdy, których doznała jego ukochana kobieta i dlatego egzystuje, mieszkając na łodzi, pijąc na umór i podejmując się prac, które przynoszą mu jakikolwiek dochód. A że w przeszłości – tej szczęśliwej, która została mu brutalnie odebrana – był policjantem, imał się zajęć, które w jakikolwiek sposób łączyły się z jego dawnym zawodem.

   Jego największym problemem jest to, że ma wokół siebie ludzi, którzy chcą mu pomóc i nie dają mu się całkowicie rozsypać; a Ravna to denerwuje i irytuje, bo nie przywykł do tego, aby ktoś o niego dbał.
   Pewnego dnia otrzymuje zlecenie od bogatego przedsiębiorcy, który pragnie odnaleźć swojego czterdziestoletniego syna. Jak później się okazuje, poszukiwania te nie są spowodowane tęsknotą za jedynym dzieckiem a potrzebą uzyskania jego podpisu na dokumencie, który przyniesie milionowe zyski dla firmy. Pewnie główny bohater zrezygnowałby z poszukiwań, gdyby wiedział od początku, jaki jest ich powód, jednak zabrnął już za daleko, gdy prawda ujrzała światło dzienne.
Okazało się bowiem, że Jakob, syn zleceniodawcy, był założycielem sekty, która zajmowała się czczeniem Boga i wypędzaniem demonów z ludzkich ciał. Napisał nawet książkę o tym, jak należy egzorcyzmować i jakie są rodzaje demonów. Przyjemniaczek, prawda?

   W pewnym momencie śledztwo, które miało na celu przyprowadzenie marnotrawnego syna przed oblicze ojca, zmienia się w walkę ze złem, które manipuluje ludzkimi umysłami. Rvan staje się nagle jedyną osobą, która może ochronić niewinnych ludzi przed religijnym fanatyzmem.

  Sam początek książki był bardzo mocny. Elektryzujący. Dlatego też nastawiłam się bardzo pozytywnie, wierząc, że powieść faktycznie mnie pochłonie i usatysfakcjonuje. Szczególnie, że z tyłu okładki można przeczytać, jakoby sam autor, Michael Katz Krefeld określał swoje kryminały jako espresso – mocne, stawiające na nogi, bez zbędnych opisów, z minimalną ilością wody. Z kolei książki pióra innych skandynawskich autorów kryminałów porównuje do kawy latte.
Cóż, niestety, muszę stwierdzić, że pan Krefeld albo nigdy nie pił dobrego espresso, albo pomylił się z oceną swojej twórczości.

   „Sekta” mi się dłużyła. Zbyt dużo czasu zajmowało samo śledztwo, które nie obfitowało w żadne zwroty akcji i skupiało się głównie na czytaniu przez Ravna raportu stworzonego przez poprzedniego detektywa, który się tą sprawą zajmował. A to – szczerze mówiąc – lekko mnie nużyło, szczególnie, że miejsce akcji na pierwszych 150 stronach ograniczało się do łódki głównego bohatera, baru i firmy zleceniodawcy.

„Może w świecie potrzebna jest dawka zła, żeby reszta mogła funkcjonować normalnie? Może to rodzaj wentylu bezpieczeństwa dla szaleństwa? Kac Pana Boga?”

   Z pewnością „Sekta” porusza tematy ważne, bo wszelkie organizacje, które skupiają ludzi słabych, niestabilnych emocjonalnie i zagubionych i nakazują im dane zachowania, są nadal żywe we współczesnym świecie. Nie raz w wiadomościach podawano o masowych samobójstwach w sektach, ponieważ ich mistrzowie, przewodnicy, namawiali ludzi do śmierci, twierdząc, że to pozwoli im dosięgnąć Bożej łaski.
   Co do samego rozwiązania tej sprawy nad którą pracował główny bohater, nie jestem przekonana. Coś mi zgrzyta w fabule, coś mnie uwiera, coś sprawia, że ta książka nie spodobała mi się w stu procentach. Chociaż możliwe, że to przez samo nastawienie pisarza, który przygotował mnie emocjonalnie na dobrą, mocną, męską książkę a później, pisząc ją, nie wywiązał się już z tej obietnicy. A przecież najgorsze co może zrobić mężczyzna, to okłamać kobietę. Nawet jeśli to pisarz okłamuje czytelniczkę.

   Nie czytałam poprzednich części przygód Ravna, ale moje blogowe koleżanki zachwalały go za brak „przegadania tematu” oraz za „dosadny język”. Nie wiem czy ja tego nie dostrzegam w twórczości autora, czy po prostu w tej części tych przymiotów zabrakło, Krefeld lekko się wypalił, spoczął na laurach, miał gorszy czas i nie wszystko wychodziło mu tak, jak zawsze.
Spróbuję przeczytać poprzednie części jego przygód i być może wtedy przyznam autorowi rację, że jego proza przypomina espresso. Teraz jednak – po lekturze tej książki – mogę porównać ją jedynie do kawy americano – gdzieś tam espresso się czai, jednak nadal jest zbyt dużo wody, aby rozbudzić moje wszystkie zmysły.

Książka będzie miała swoją premierę 3 listopada. Jeżeli lubicie tego autora bądź przepadacie za kawą americano – zachęcam was do przeczytania.

25 komentarzy:

  1. Lubię książki skandynawskie, z tym że nie kryminały. :) A autor chyba uważa się za lepszego od swoich kolegów po piórze...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też trochę poczułam to "zadufanie" autora :)

      Usuń
  2. Ostatnio wkręciłam się w kryminały, choć nie książki... mowa raczej o... serialach kryminalnych lub z nutą kryminału w tle. Jednak pewnie zaczęłabym najpierw od poprzednich części przygód :) Pozdrowionka cieplutkie :) :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, to z serialu polecam Ci gorąco "Blacklist" :) Wkręciłam się okropnie ;)

      Usuń
  3. Nie wiem czemu,ale jestem wielką,wielką fanką, skandynawskich kryminałów:)
    https://sweetcruel.wordpress.com/

    OdpowiedzUsuń
  4. Lubię literaturę skandynawską, ale kryminały to nie moja bajka.

    OdpowiedzUsuń
  5. Lubię literaturę skandynawską, ale kryminały to nie moja bajka.

    OdpowiedzUsuń
  6. Nie... mnie nie przekonało... Ale recenzja jak zawsze świetnie napisana! :) Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. zgadzam się, że recenzja jak zwykle mistrzowska, ale tym razem odpuszczę sobie lekturę tejże książki

      Usuń
  7. Nie znam tego cyklu kryminalnego, więc się nie wypowiem na temat stylu pisarza.

    OdpowiedzUsuń
  8. No cóż może sam miał kaca. A fabuła książki przypomina mi nieco niedawną premierę filmu ,,Colonia'' o podobnej tematyce. Chyba jednak obejrzę film, bo do książki mnie nie zachęciłaś.

    OdpowiedzUsuń
  9. Dla mnie to przypadek, kiedy autor w taki sposób zachwala własne książki, jest zabawny:) naraża się na to, że jeśli książka faktycznie nie będzie zrzucać z krzesła, wychodzi z takich dziwnych zapowiedzi tylko usmiech... zażenowania:)

    OdpowiedzUsuń
  10. Jakoś nie lubię skandynawskich kryminałów, po próbie przeczytania jednego jakoś mnie odrzucają. Poza tym ostatnio wolę coś lżejszego na przykład biografię muzyka jakiegoś czy coś podobnego.

    Na pewno praktyczne uwagi nałożone na teorię wzmacniają ją. Zwłaszcza dobre jest to przy przepisach prawa, które często same w sobie są ,,suche", a praktyczny komentarz nieco je ,,ożywia". :)

    Zacny pomysł z regulaminem na ślub, żeby narzekający zrobili lepiej tę uroczystość.

    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  11. Skandynawskie kryminały lubię najbardziej, tej książki jeszcze nie miałem przyjemności przeczytać. Czuje, że się nie zawiodę :)

    OdpowiedzUsuń
  12. Nie kojarzę autora, ale opis brzmi jak najbardziej intrygująco, szkoda że wykonanie lipne ;<

    OdpowiedzUsuń
  13. Lubię skandynawskie kryminały. Maja fajny klimat :)

    OdpowiedzUsuń
  14. Dawno już nie czytałam skandynawskiego kryminału, ale jednak Sektę na pierwszy ogien odpuszcze :)

    OdpowiedzUsuń
  15. Brzmi ciekawie, przez sekty kojarzy mi się z serialem "The Following" :)

    OdpowiedzUsuń
  16. Wątek sekty mógłby mnie zaciekawić, ale chyba jednak się nie zdecyduję na czytanie tej książki. Odstrasza mnie to ograniczenie akcji i jakoś mam wrażenie, że główny bohater to kolejna sztampowa postać.

    OdpowiedzUsuń
  17. Może wydać się ciekawą książką :)
    Egzorcyzmy grr ..

    OdpowiedzUsuń
  18. A ja nie znam tego autora - może będę miała chwilę czasu aby się z nim zapoznać :)

    OdpowiedzUsuń
  19. Życie jest chyba jednak za krótkie na byle jakie książki.

    OdpowiedzUsuń
  20. Takie teksty lubię, książka brzmi bardzo w moim guście, więc będę wypatrywał :)

    OdpowiedzUsuń