29 gru 2015

Hejt na Sylwestra i Q&A, czyli sama się zaprosiłam do zabawy



    Za bajtla Sylwester to było nie lada wydarzenie – można było nie spać do północy a godzina ta jawiła mi się równie oddalona od mojego dziecięcego świata co Biegun Północny. Nie musieć iść spać i móc oglądać telewizję przez pół nocy, toż to było spełnienie mojego dziecięcego snu o niezależności. Nie ważne, że wtedy nic ciekawego w owym elektronicznym pudle nie „leciało”, że oczy same się zamykały już od 22 i że było ogólnie nudnawo; i tak cieszył mnie smak Piccolo (uwielbiam, ale teraz mi nie wypada go pić z racji na wiek), bawiły mnie kolorowe fajerwerki za oknem i nawet Kiepscy w telewizji byli bardziej sympatyczni niż zazwyczaj.

    Później zaczęła się u mnie burza hormonów, więc obrażona na cały świat i na święta, przestałam obchodzić Sylwestra. A potem nadeszła era domówek wszelakich, które były słabe lub jeszcze słabsze i zawsze kończyły się u mnie potokiem łez (nie ze wzruszenia) i samotnym powrotem do domu. Magia Sylwestra zdechła niczym pchła zamknięta w słoiku, chociaż przyznać muszę, że niebo przecinane kolorowymi fajerwerkami co roku mnie w pewien sposób urzeka i zachwyca. Ale dzisiaj pozwolę sobie na hejt na Sylwestra, bo czemu by nie?


   Po pierwsze, obecnie Sylwester niczym się nie różni od zwykłej piątkowej imprezy (oczywiście dla tych, którzy co piątek imprezują.) A nie, błąd – różni się ceną. Bo w ten jeden dzień w roku okazuje się, że dwa gorące dania, sałatka i lampka szampana o północy kosztują 220 złotych za osobę a nie jedyne 50 jak na co dzień. Być może wtedy używa się magicznych składników, które są niebagatelnie drogie a w szampanie pływają drobinki szafranu, który przecież mało nie kosztuje?

   Po drugie fajerwerki. Są piękne, zachwycają, mamią, wzbudzają w ludziach pozytywne odczucia. Ale w zwierzętach już nie bardzo i biedactwa nie wiedzą co się dzieje – wyobraźcie sobie te wszystkie biedne susły, które trzęsą się ze strachu, żeby ludzie mogli sobie pooglądać spektakl na niebie. Swoją drogą, skoro jesteśmy takim rozwiniętym gatunkiem i wiemy jak pokonać większość chorób i jak pozabijać siebie nawzajem w ilości masowej, to czemu nie potrafimy wymyślić bezdźwiękowych fajerwerków? Wczoraj zasypiając znalazłam genialne porównanie fajerwerków – są jak czekoladowy tort – pyszny, soczysty, ale jak ważysz 180 kilogramów, to jest on złem. Jak puszczasz petardy na totalnym pustkowiu to w porządku, ale jeśli straszysz mniejszych, to tak jakbyś był 180-kilogramowym facetem wcinającym tort. Niesmaczny widok.

    Po trzecie postanowienia. Które i tak zostają zapomniane w okolicach Trzech Króli. Powiedzcie sobie szczerze – czy gdyby wszystkie wasze noworoczne postanowienia się spełniły, bylibyście szczęśliwi? Bo ja ani trochę; byłabym odizolowana od czekolady, łaziłabym na imprezy, żeby być bardziej towarzyską i w każdej wolnej chwili siedziałabym na siłowni, żeby w końcu wyrzeźbić sobie brzuch. Ha! Moje życie byłoby wtedy takie puste i smutne. Najlepszym postanowieniem noworocznym jest brak postanowień noworocznych. Los i tak wie swoje a nasze plany swędzą go tylko po tyłku.

    Czego wam życzę w 2016 roku? Niczego – wszystko przyjdzie samo przecież. I to co dobre i to co złe, bo czasami musi być źle, żeby człowiekowi za słodko w życiu nie było. Mam nadzieję, że za rok nadal wszyscy tu będziecie, że nikt nie zrezygnuje z blogowania, że znajomości będą głębsze (duchowo, oczywiście) i że może kiedyś spotkamy się w końcu na żywo.
   I mam nadzieję, że za dwa lata będę obchodziła sylwestra już jako żona. W końcu „żona” brzmi niezwykle dumnie, prawda?



    Nominowana nie byłam, ale się wepchnę z buciorami w Q&A, bo kto mi zabroni? (uprzedzam, że mam yorka, jak coś to mnie obroni.) Cała zabawa polega na tym, że pod tym postem możecie mi zadawać pytania wszelakiej maści a ja będę MUSIAŁA na nie odpowiedzieć (nawet jeśli będą one dotyczyć pejczy i kajdanek.) Zabawa przednia i dla was i dla mnie a dodatkowo możecie sprawić, że spłonę dziewiczym rumieńcem i zapomnę języka w gębie. Do roboty! Liczę na waszą niebywałą kreatywność zawstydzania mnie! 

27 gru 2015

Tak!

    Kevin przez najbliższy rok nie będzie sam w domu ani sam w Nowym Jorku i w spokoju będzie mógł cieszyć się rodziną w komplecie (chyba, że podli pracownicy Polsatu i innych stacji na nowo każą mu przeżywać jego koszmar w powtórkach.) My przez blisko 365 dni nie weźmiemy do ust karpia i nie zjemy raczej barszczu z uszkami, bo dziwnie tak jeść go bez towarzystwa rzadko widzianego wuja siedzącego na przeciwko. Święta się skończyły i czas wrócić do normalności. Jednak w moim przypadku normalność ta obróciła się o 360 stopni.

    Kto by pomyślał, że niektóre z życzeń spełniają się tak szybko i tak niespodziewanie? I kto mógłby przypuszczać, że cała rodzina mogłaby spokojnie bawić się w konspiratorów, bo udawać potrafią jak nikt inny? Rewelacyjnie przetrzymywali mnie na Wigilii, byle dłużej, bylebym później wróciła do domu; moja ciotka nigdy tak długo nie zmywała naczyń jak w tym roku. Ja na ich miejscu wygadałabym się pół godziny po tym, jak solennie obiecałabym nie pisnąć ani słowa. Jak nic, jestem adoptowana. Ale lepiej trafić nie mogłam.

    A, wy nie wiecie o czym ja mówię w ogóle. O tym.


   Było idealnie, romantycznie i jak z bajki. Sama lepiej bym tego nie zaplanowała, chociaż zawsze uważałam, że w romantycznych porywach jestem mistrzem - nie jestem. I cieszę się, że mogłam się przekonać, że w tym fachu jest ktoś lepszy ode mnie.

Jeszcze nie do końca otrząsnęłam się z szoku i co rano spoglądam z niepokojem na palec czy aby to nie był sen. Bo, oprócz mnie, wszystko było jak we śnie - tylko, że ja w nich zawsze zachowywałam się dystyngowanie, elegancko, z klasą i jak w filmach a jak przyszło co do czego to zachowałam się jak... cóż, ja.

Jako narzeczona czuję się wspaniale. I chyba nigdy nie byłam tak szczęśliwa.
Mam zdecydowanie najlepszego narzeczonego na świecie! 
    A nie mówiłam, że warto skoczyć?

22 gru 2015

Wesołych Świąt!


   Dla większości ludzi czasem podsumowania całego roku jest zwykle sylwester (a w Nowym Roku ludzie solennie obiecują sobie, że nigdy więcej nie wypiją litra szampana i nie pomieszają go z wódką.) Dla mnie czasem takich podsumowań jest zawsze chwila przed Wigilią; te kilka minut, kiedy jeszcze wszyscy dookoła się krzątają, znoszą jedzenie, poprawiają nierówno ułożone sztućce. Zawsze wtedy myślę sobie co zmieniło się w danym roku – i niestety przez ostatnie lata ze smutkiem notowałam, że nie zmieniło się nic. A jak wypadnie ten rok?

   To moje ostatnie święta jako studentki – w czerwcu będę już magistrem prawa, o ile wreszcie przysiądę i wezmę się za pisanie mojej pracy o dzieciobójstwie. Promotor zażartował kiedyś, że ankiet przeprowadzać nie muszę przy moim temacie, bo to może zostać źle odebrane jak zacznę pytań ludzi o ich stosunek do tego zjawiska.
Czy będzie mi tęskno za studenckim życiem? Cóż, imprezowiczką nigdy nie byłam, więc za tym tęsknić nie będę. Raczej za całą tą wolnością i beztroską jakie daje studiowanie.

    Zaczęłam zarabiać; konia z karocą za to nie kupię, ale mam swoje pieniądze i jestem chociaż trochę niezależna a to świetne uczucie. Mogę kupić sobie co chcę, bez żalu, że wydaję nie swoje pieniądze. Piszę teksty na zlecenie, opisy produktów, artykuły... Czyli robię to, co lubię, najprościej ujmując. A czy może być coś lepszego niż zarabianie na swoim hobby?


   Najwięcej jednak zmian zdarzyło mi się w życiu prywatnym. W tym roku czytałam książkę, w której było zdanie świetnie opisujące to, co zaszło u mnie w tym roku - „Gdy zdecyduję się na skok, ziemia uniesie się, by mnie podtrzymać.” Trudno mi było skoczyć, cholernie trudno, ale jednak się zdecydowałam i nie żałowałam ani przez sekundę. Dzięki temu mam teraz coś lepszego, coś bardziej stałego, coś prawdziwszego. Dlatego z uporem maniaka będę namawiać wszystkich tych, którzy czują, że osoba u ich boku nie jest tą, która ich uszczęśliwi, żeby odpuścili. Jeśli więcej jest kłótni niż miłych dni, jeśli trzeba uważać na każde słowo, żeby nie zostać zmieszanym z błotem, jeśli wasze marzenia są ciągle deptane – odpuśćcie. To co dobre znajdzie was samo, trzeba tylko skoczyć. I nic więcej.

   Czego życzę sobie w te święta? Magii i wiary, że w 2016 roku czekają na mnie same wspaniałości; że nawet jak będę musiała iść pod górkę to będę miała towarzyszy, którzy będą wędrować razem ze mną i pomogą mi się wspiąć, jeśli będzie bardzo stromo. Zdrowia i motywacji, żeby przejść się w końcu po wszystkich lekarzach i zadbać o to, co szwankuje. Przyjaciół, by nadal trwali i wysyłali mi o drugiej w nocy dziwne i niepokojące zdjęcia. Przychylności losu, żebyśmy wszyscy za rok spotkali się znowu przy wigilijnym stole, żeby nikogo nie zabrakło.

   A czego życzę wam? Tym, które w tym roku wychodzą za mąż (a kilka was jest!) pięknego ślubu, wspaniałego wesela i szczęśliwego małżeństwa; tym, które są w związkach - cudownych chwil; tym, które szukają – księcia bez konia, bo koń żre dużo i spać z nim w łóżku nie można. To już lepiej księcia z żółwiem bądź susłem. Mężatkom – żeby mąż sam z siebie okna umył i zrobił śniadanie do łóżka. Żebyście wszyscy byli szczęśliwi i żebyście przynajmniej przy wigilijnym stole poczuli tą chwilę krystalicznego uczucia wdzięczności wobec losu. Że mamy tak wiele, że tak wiele możemy ciągle zrobić. Życzę wam cudownych prezentów pod kującym drzewkiem i radości w oczach obdarowanych przez nas osób.


    Porządki zrobione, placki gotowe, zakupy sporządzone – jeszcze tylko ostatnie przygotowania, dekoracje, ostatnie chwile wyczekiwania i w końcu będą – Święta. Spędźcie je rodzinnie, spotkajcie się z dawno niewidzianymi przyjaciółmi, zwolnijcie na chwilę w codziennej gonitwie. Dajcie sobie czas zrozumieć i pojąć jak wiele dostaliście od życia. I nie bójcie się wysłać w przestrzeń tego jednego słowa: dziękuję.  


21 gru 2015

"Gwiezdne Wojny: Przebudzenie Mocy" - bez spojlerów, babskim okiem.


   Pierwsze wspomnienie z Gwiezdnymi Wojnami mam sprzed jakichś dwudziestu lat – jako trzyletni brzdąc widziałam tatę, który po raz kolejny oglądał przygody Hana Solo i Luke'a Skywalkera. Kojarzyłam, że w filmie są miłe misie w kapturach, wielki niedźwiedź, który nie potrafił mówić ludzkim głosem a jedynie mruczał i stękał po swojemu oraz, że być Rycerzem Jedi to zaszczyt. Ach, i uwielbiałam Yodę, bo był mały, zielony i śmiesznie mówił.

   Po raz kolejny, już świadomie, obejrzałam wszystkie filmy całkiem niedawno razem z chłopakiem – i muszę szczerze przyznać, że wtedy nie zakochałam się w historii Lucasa, nie zaczęłam piać z zachwytu nad fabułą i nie wyczekiwałam z zapartym tchem kolejnej części. Moja przygoda z odległą galaktyką tak naprawdę zaczęła się 19 grudnia tego roku. To wtedy dopiero poczułam w sobie moc fenomenu Gwiezdnych Wojen.

   Sala kinowa była pełna, jak nigdy. Kilka sekund przed pojawieniem się na ekranie napisu „Star Wars” i dźwiękiem charakterystycznej w całej galaktyce muzyki, wszyscy dookoła mnie wstrzymywali oddech. A kiedy się zaczęło, dało się słyszeć – naprawdę! - jak ludzie dookoła się uśmiechają. Starsi dlatego, że mogli znowu powrócić do odległej galaktyki, młodzi – bo w końcu będą świadkami jak legenda rodzi się na ich oczach.

   Nie jestem podłym Sithem, by zdradzać wam fabułę, dlatego też postaram się lawirować tak, by nie umknęło mi nic, chociaż wierzcie, że chcę z kimś podzielić się tym, co widziałam. Z chłopakiem nie mogę, bo był w takim szoku, że na pewne tematy nakazał mi milczeć, żeby się nie denerwować.
   Nie bez powodu cała fabuła była owiana taką tajemnicą – bo obraz zachwyca, bo są wątki, które na zawsze kończą coś, co wydawało się być stałe i pewne; jeśli czytaliście jakieś spojlery sprzed premiery, to mogę obiecać, że żaden z nich się nie sprawdził. Nikt nie odgadł pomysłu wielkiego J.J. Abramsa, bo umysł geniusza przejrzeć jest naprawdę trudno.

   Jeszcze przed premierą zarzucano Abramsowi, że chce on odejść od historii, która była w książkach i komiksach z tej serii, że decyduje się postawić na własny pomysł wizji przyszłości galaktyki i że może skończyć się to wielkim fiaskiem. Niektóre plotki głoszą, że jego wizja nie była nawet wizją samego Lucasa, że Abrams poprowadził całą fabułę w inną stronę. Jak dla mnie, była to jedna z jego najlepszych decyzji – zdecydowanie stanął na wysokości zadania i zrobił to, co reżyser zrobić musi – zachwycił, rozbawił, wkurzył do granic możliwości i zaciekawił widza. Obok tego filmu nie da się przejść obojętnie; każdy po seansie będzie miał coś do powiedzenia, do skomentowania. Wywierano na niego ogromną presję, miliony fanów zasiadło w kinowych fotelach, by rozliczyć go z jego pracy – i ja daję Abramsowi najwyższą notę i żałuję, że nie stanie już za kamerą w kolejnej części.

   Reżyser postawił na młodość; stara gwardia stoi jakby z boku i obserwuje poczynania kolejnego pokolenia, które jest bardziej nowoczesne, bardziej zróżnicowane, bardziej „nasze”. O ile Han, Luke i Leia byli już dorośli w „Nowej nadziei” o tyle bohaterowie „Przebudzenia mocy” to bardziej wyrośnięci nastolatkowie, niż poważni ludzie. Dzięki temu widać tchnienie nowości, na ekranie jest ten typowy dla nastolatków bunt i ironia. Pojawił się też humor, którego w dawnych częściach poskąpiono a szkoda, bo jak widać na tym przykładzie, w żadnym stopniu nie uszczknąłby on niczego z fabuły.

Ach i jeszcze jedno; w „Przebudzeniu Mocy” pojawił się bohater idealny – szybki, mądry, zabawny, odważny, odgrywający jedną z najważniejszych ról w filmie – robot BB-8. O ile C-3PO miał zabawne, lekko chamskie odzywki w „swoich” częściach, o tyle BB-8 mimo że nie mówi ludzkim językiem, był o wiele zabawniejszy poprzez swoje gesty (które i tak sprowadzały się jedynie do przekrzywiania okrągłej głowy) i wydawane dźwięki. Nie ma chyba osoby, której nie urzekłby ten mały, rezolutny robot.

   „Przebudzeniu Mocy” zarzuca się zbytnie powielanie poprzednich części – jak dla mnie jest to wyrazem szacunku dla tych, którzy właśnie za te poprzednie filmy pokochali całą serię. Gdyby całkowicie odejść od tamtego świata, to tak, jakby zapomnieć w naszej rzeczywistości, że kiedyś Ameryka była angielską kolonią, że istniał ktoś taki jak Hitler, że Rzym władał kiedyś większością Europy. Nie da się odciąć od przeszłości i nie da się nie powielać wzorców, bo po to się to robi, aby nie zapomnieć jak to wszystko się zaczęło, skąd się to wzięło i do czego się dąży.

    Co do czarnego charakteru – wiadomo, że trudno byłoby sprostać fenomenowi Lorda Vadera i jego mrocznemu życiorysowi. Kylo Ren stara się dosięgnąć do pięt mistrza, ale już teraz widać jego słabości, które kiedyś mogą stać się jego siłą. Za dużo emocji w nim wrze, by mógł stać się kimś potężniejszym niż Anakin, dlatego jego władza nie jest niepodzielna, tam nie ma absolutyzmu, jaki był 30 lat wcześniej. Tajemniczo, wiem, ale po poznaniu jego historii zrozumiecie o czym mówię. I przekonacie się, że tych dwóch łączy więcej niż tylko Ciemna Strona Mocy...

   Czy czegoś mi w filmie brakowało? Jednego. Brakowało tego krótkiego dialogu, który na zawsze zapisał się w historii kinematografii: - I love you. - I know.
   
    Wracając jeszcze do starych cytatów warto przytoczyć jeszcze ten, który padł z ust księżniczki Lei w „Powrocie Jedi”: Znaleźli się w niewłaściwym miejscu, o niewłaściwym czasie. Oczywiście zostali bohaterami.” Jak widać, księżniczka nigdy się nie myli, nawet po 30 latach.

    Dawno temu w odległej galaktyce zapewne nie wiedzieli, że potrzeba będzie Abramsa, BB-8 i szczypty Disney'owskiej magii, by Gwiezdne Wojny pozyskały nowego wiernego widza. Długo nie dałam się przekonać Mocy. W końcu uległam. A skoro ja mogłam, to wy też przejdziecie w końcu na Jasną Stronę Mocy.



18 gru 2015

Być kobietą.



   Być kobietą, być kobietą, marzę ciągle będąc dzieckiem... Przebój sprzed lat wpadł mi dzisiaj prosto do małżowiny usznej, stamtąd powędrował do neuronów i spowodował, że teraz oto popełniam ten felieton. Niech mi wybaczy, kto żyw!

   Na początku muszę zaznaczyć, że wcale nie marzyłam w dzieciństwie o tym, by być kobietą; myślałam raczej o byciu weterynarzem a mój dziecięcy umysł nie precyzował dokładniej jakiej płci. Księżniczką być nie chciałam zdecydowanie, to chyba przez niechęć do kokard, które mama upinała w moich włosach a należy zaznaczyć, że kokardy były wielkie i czerwone a moje blond włoski liche i rzadkie. Już wtedy wiedziałam, że z mamą jako projektantką daleko nie zajdę, dlatego wolałam porzucić zawód księżniczki, nim popadnę w niełaskę ludu.

   A propo mamy - pamiętam, że używała kiedyś mleczka do demakijażu, w takim niewielkim biało zielonym opakowaniu – pachniało niesamowicie! Kiedy tylko mogłam to zakradałam się do łazienki i je wąchałam i chciałam wreszcie używać szminki nie po to, żeby zachwycać tłumy linią swoich ust, ale żeby móc zmyć ją za pomocą tego pachnącego cuda! Więc można przyjąć, że w pewnym stopniu chciałam jednak tą kobietą być, chociaż powód miałam dość lichy.

   Ogólnie bycie kobietą jest trudne. Przede wszystkim, ma się problemy z podjęciem jakichkolwiek decyzji. U nas, kobiet, nie ma miejsca na „szast-prast i już, rozwiązanie gotowe.” My musimy analizować. Przezywać. Przegadać sprawę z przyjaciółkami. Zdajecie sobie sprawę ile czasu zajęłoby przeciętnej kobiecie poproszenie faceta o rękę? Dodając, że taka kobieta musiałaby wydać na niego z dobry tysiąc złotych, które on by nosił na paluszku. Ha! Taka zamiana miejsc, zdaje mi się, zmniejszyłaby drastycznie liczbę ślubów na świecie. Bo wiecie, facet, jak kocha i jest pewien to po prostu się zaręcza. A kobieta? Ona musi przemyśleć czy to na pewno Ten i czy czasem aby nie ma szans, że Brad Pitt zapuka do drzwi i porwie ją w swoje silne, hollywoodzie ramiona. Poza tym wybór pierścionka – trwałoby to latami; brzydki być nie może, bo wstyd, ale też nie za ładny, bo jakby to wyglądało, że on ma ładniejszą biżuterię jak ona?

   Inny problem. Cellulit. Dlaczego, do cholery, mężczyźni go nie mają? A z tego cellulitu (rodzaj męski, wiadomo, że zły i podły) to cwana bestia jest – wystarczy jedna czekolada za dużo, jeden przysiad za mało i hop! już macha nam radośnie z naszych ud, panosząc się na nich wygodnie. A wypędzić go trudno; kremy nie pomagają, ćwiczenia nie pomagają, zdrowa dieta nie pomaga – cellulit jest jak wierny jamnik, na którego mamy alergię i którego wstydzimy się przed chłopakiem. Dobrze chociaż, że nie szczeka.

   Z byciem kobietą łączy się oczywiście posiadanie przyjaciółek. Jak to ostatnio moja ukochana J. powiedziała mojemu chłopakowi „najlepsza przyjaciółka dziewczyny to twój najgorszy wróg.” Nie zrozumiał dlaczego, ale po kilku godzinach spotkania zaczął rozumieć (spokojnie, nadal się lubią. Chyba. Mam nadzieję. Błagam!) Przyjaciółki wiedzą wszystko, nawet jeśli kobieta zarzeka się, że nie wiedzą nic, ba, niekiedy mam wrażenie, że one wiedzą więcej niż ona sama. I z nimi się nie wygra, więc – mężczyzno, który przypadkiem to czytasz, bo zawędrowałeś w złe strony internetów – odpuść. Zdrowiej dla ciebie.

   Zauważyłam też, że kobiety wszystko mocniej przeżywają, chociażby jakieś głupstwa. Przed chwilą momentem mama mi opowiadała jak jej koleżanka szła z mężem do kościoła a ten ją pospieszał, bo „ksiądz przecież czekać nie będzie.” Jakby ksiądz był kobietą to by zrozumiał i poczekał. Spieszyła się więc i w pospiechu do tego auta wsiadła, później z niego wysiadła, weszła do kościoła, zaczęła się modlić i gdzieś w okolicach pierwszego czytania słyszy oburzony głos męża - „Kryśka! Ty masz jego oko pomalowane!”. Z reszty mszy nie wie nic, skupiła się na swym oku bez odzienia maskary i eyelinera.

   A co do przeżywania jeszcze to kto widział przez dwa lata jeden dzień planować? O ślub oczywiście chodzi, bo to głównie planujemy (napisałam, że dwa lata, ale wiadomo, że to od dzieciństwa się już planuje. Ale ciii, niech to będzie nasza babska tajemnica.) Znajoma mojej znajomej posunęła się w planowaniu do tego stopnia, że zdecydowała się przesunąć ślub na później, bo nie zdążyła wszystkiego zaplanować! To się nazywa poświęcenie dla sprawy, prawda?

   O byciu kobietą można pisać naprawdę wiele, ale jako przedstawicielka swojego gatunku muszę iść pomalować paznokcie - to moje kolejne podejście do hybryd, mam nadzieję, że tym razem się z nimi zaprzyjaźnię. A jutro idę do fryzjera, zmieniam całkiem image i z włosów brązowo-czerwono-Bóg-wie-jakich robię ombre. Żeby ładnie się na Święta prezentować, wiadomo, wypada. Gorzej jak paznokcie odpadną w czwartkowy poranek a włosy będą suche i zniszczone przez farbę. 
   

   A czemu piszę dzisiaj o kobietach? Bo jutro idę na „Gwiezdne wojny” i chcę poczuć w sobie te wszystkie kobiece hormony, żeby przetrwać napad testosteronu i Przebudzenia Mocy. 


17 gru 2015

"Nowy Jork" Edward Rutherfurd


Nowy Jork. Miasto, które nigdy nie śpi. Stolica mody, synonim luksusu i bogactwa. Jedno z najbardziej znanych miast świata, nieformalna stolica Ameryki.
Czym był Nowy Jork nim stał się Nowym Jorkiem? Jacy byli jego pierwsi mieszkańcy? Przed czym uciekali, za czym gonili, decydując się na podróż przez wielki ocean? Skąd wiedzieli, że tam, na obcej ziemi odnajdą wolność i stworzą miejsce, które stanie się kolebką wszystkiego co nowe, prekursorskie i nowoczesne?

Najpierw był Nowy Amsterdam, o czym obecnie pamiętają tylko nieliczni. Cała wyspa Manhattan należała do Holendrów, którzy jako pierwsi ją osiedlili. Dopiero po kilku latach wojen i negocjacji w Europie, ziemie tą przejęli Anglicy i na cześć księcia Yorku nadali jej nową nazwę, która istnieje do dziś i wprowadzili nowy język, który w połączeniem z holenderskimi naleciałościami stworzył amerykańską wersję angielskiego.

Edward Rutherfurd podjął się zadania stworzenia powieści opartej na historii tego wielkiego miasta leżącego na niewielkim terenie. Powołał do życia bohaterów z różnych klas społecznych, których łączyło tylko jedno – miłość do idei wolności. Cała historia zaczyna się w roku 1664, kiedy to holenderski kupiec, Dirk an Dyck wracał z jednej ze swoich licznych podróży do domu, do Nowego Jorku. Razem ze sobą przywiózł Białą Łanię, córkę, owoc zdradliwej miłości z pewną Indianką. Pewien czas później córka podarowała mu wampum – tradycyjny indiański pas, zrobiony z muszli, bogato zdobiony i niezwykle cenny. I właśnie ten wampum jest osią całej historii, gdyż to on będzie w rękach każdego kolejnego potomka Dirka i razem z nimi przetrwa do 2001 roku, gdzie rozsypie się w proch pod WTC, wraz ze swoją właścicielką i tysiącami innych, anonimowych osób.

Wszyscy bohaterowie i ich życiorysy ocierają się lekko o najważniejsze historyczne zdarzenia. Mimochodem, jakby niechcący, autor uczy nas historii nie tylko Nowego Jorku, ale całej Ameryki i całego świata. Wielkie konflikty, wojny, zniesienie niewolnictwa, wojna secesyjna – wszystko to ukradkiem przemyka przez karty powieści tworząc niezwykle barwne historyczne tło, które chłonie się z ciekawością.

Najbardziej wzruszyła mnie historia Qasha, czarnoskórego niewolnika, który służył u Dirka i który był uosobieniem marzeń wszystkich niewolników. Pracował ciężko, wytrwale, starał się wieść dobre życie, jednak jako „podrzędna” grupa społeczna czuł się gorszy od swoich panów. Był niezwykle mądry i sprytny i miał to szczęście, że spotkał w życiu takich ludzi, którzy pomogli mu odzyskać wolność. Jako pierwszemu z niewielu. Być może faktycznie istniał kiedyś taki Qash, który właśnie w Nowym Jorku dosięgnął swoich marzeń i stał się wolnym, niezależnym od nikogo człowiekiem.

Manhattan to fascynujące miejsce; to niewielka wyspa, położona jakby z boku, niezachwycająca niczym szczególnym, niewyróżniająca się specjalnie od innych ziem. A jednak to o Nowy Jork zawsze walczono, to do Nowego Jorku zawsze się dążyło. Współcześnie jest to mekka wszystkich ludzi, którzy pasjonują się modą, kuchnią, muzyką czy tańcem. To tam, na niewielkiej powierzchni można spotkać ludzi każdej rasy i każdego wyznania. Tam nie ma podziału na hetero- i homoseksualnych, tam każdy, nawet żebrak, może stać się kimś, o ile ma pomysł na siebie i chęć, żeby spróbować. W Nowym Jorku każdy staje się anonimowy, urywa się jego historia z przeszłości i powstaje biała kartka, którą można zapełnić wszystkim tym, o czym się marzy.

Skąd ten fenomen? Czy to przez połączenie krwi angielskiej i holenderskiej, która stworzyła ludzi wierzących w wolność i w siłę marzeń? A może to przez indiańską magię, która ciągle żyje w tej ziemi i pamięta siłę wiary swoich pierwszych mieszkańców?

Nowy Jork. Miasto nadziei, idei i marzeń. W tym momencie powinnam powiedzieć, że mam dla wybranej osoby podwójny bilet do tego miasta, ale niestety – takie rzeczy to tylko w książkach i filmach.


Jeśli interesujecie się tym miastem lub lubicie historię to zachęcam wam do przeczytania książki Edwarda Rutherfurda „Nowy Jork.”


14 gru 2015

Ludzkie gadu-gadu


   Miała być recenzja, ale niech mi chłopak mój wybaczy! (bo on uparcie czeka zawsze na jakąś recenzję a ostatnio więcej u mnie niby-felietonów niż recenzji), jechałam dziś autobusem i ludzie mnie natchnęli do pisania.

   Bo w autobusie to wiecie jak jest – droga monotonna, nic się nie dzieje, drzewa za oknem nie dostarczają żadnej rozrywki, więc co wtedy robią ludzie? Ano rozmawiają... A niektórzy to tak rozmawiają, że można by o tym i książkę napisać.

   Na przykład dzisiaj; dosiadł się do mnie pewien poczciwy facet, gdzieś około trzydziestki, rudy i blady i ewidentnie samotny, bo tyle co tylko usiadł, wyciągnął telefon i zaczął dzwonić do każdego z listy kontaktów po kolei i każdemu opowiadał to samo; że w nocy nie mógł spać, to oglądał w telewizji serial z 1982 roku i że akcja tego serialu się działa w Wesołej. A jaka była fabuła serialu to tego nie wiem, bo zwykle w tym momencie rozmówcy na tyle się ogarniali, że po pierwszym szoku wymyślali wymówkę i się rozłączyli. A on niezrażony dzwonił dalej i jak wysiadałam po dwudziestu minutach wspólnej jazdy to rozpowszechniał stary serial akurat u swojej ciotki, która notabene do Wesołej daleko nie ma, co chłopina zaznaczył w pierwszym zdaniu ich rozmowy.

   Innego znowu razu pewna pani dzwoniła do kogoś i kategorycznie zażądała „Kup Golców!”. Pomyślałam sobie, kurde, albo milionerka, że ją na nich stać, albo jakaś mafia handlująca żywym towarem, ewentualnie strunami głosowymi pierwszego sortu.
Pogróżki telefoniczne to zresztą norma, nie dalej jak tydzień temu szłam z mamą z zakupów a za nami typowy dresiarz krzyczał do słuchawki, że „Ewka na Wigilię wyląduje na pogotowiu!”. Chociaż w sumie nie wolno ludzi określać po łysej czaszce i dresach, więc może on po prostu jasnowidzem był i wiedział, że w Wigilię akurat jakiejś Ewce wyrostek pęknie i trzeba będzie jechać na pogotowie. Albo ma uczulenie na karpia i rokrocznie taką wycieczkę sobie dziewczyna organizuje, kto wie?

   A propo niedomówień to przypomniała mi się scena sprzed lat, kiedy jeszcze byłam kaczęciem a nie łabędziem, i koleżanki przyszły po mnie do domu. A że mieszkałam w bloku, to wiadomo, że dzwoni się wtedy domofonem, więc odebrałam, wyszłam i nawiązała się między nami taka rozmowa:

A[ngela]: Czemu nie odebrała Twoja mama domofonu?
J[a]: Bo była w łazience,
A[ngela]: Ma okres?
J[a]: Nie.
J[ustyna]: Twoja mama jest w ciąży?
A[ngela]: Czemu?
J[ustyna]: Bo nie ma okresu.
A[ngela]: Który miesiąc?

   Ludzkiego gadania miło się słucha i zawsze miałam ambitny plan, żeby pozbierać do kupy wszystkie usłyszane w autobusie rozmowy; a jeżdżąc lat pięć na studia to się trochę nasłuchałam a i na przystankach bywało ciekawie. Na pierwszym roku studiów miałam taką Andżelikę – tatuaże miała od szyi do stóp, włosy długie, czarne i traf chciał, że jechałyśmy zawsze z jednego przystanku. Pewnego więc zimowego wieczora (a więc ciemno było) rozmawiamy sobie o wstępie do prawoznawstwa i o tym jaki ciężki to będzie egzamin, gdy zagaduje do nas pan wyglądający dość specyficznie. Ale że dalej moje nieocenianie po wyglądzie było silniejsze niż pokusa ucieczki, to potulnie czekałam co pan powie. A zapytał czy byśmy mu nie dały na wino, bo dopiero z więzienia wyszedł i by się napił. Na co moja studencka koleżanka, którą znałam dość słabo, mówi do niego: „Ja panu dam, bo ja mam chłopaka w więzieniu, to ja się z panem zintegruję.”
   Na następny dzień zagadałam do niej, ciekawa szczegółów. Otóż poszła ona na studia prawnicze, by wyciągnąć z więzienia swojego chłopaka, który siedział tam za napad jakiś. Ale tak się złożyło, że po pół roku zrezygnowała ze studiów i chyba biedaczysko ciągle odsiaduje swój wyrok.

   Gadanie, gadanie... A najlepiej się gada z przyjaciółką przy winie, albo z chłopakiem przy nalewce siedząc obok choinki. Jeszcze tylko dziesięć dni i Święta! Czas zapakować ostatnie prezenty i zacząć dekorować mieszkanie, żeby było czuć tą magię, mimo że śnieg się gdzieś w tym roku zapodział. A później będzie Wigilia i siądziemy wszyscy przy stole i będziemy gadać i gadać i gadać...

   I znowu mi te Święta się zaplątały i znowu zacznę wypatrywać pierwszych gwiazdek. Ale co mam poradzić, że mnie grudzień nastraja dość nostalgicznie? I strasznie ciekawska się robię, bo mi chłop powiedzieć nie chce co dostanę pod choinkę a sekret z tego zrobił na miarę paktu Ribbentrop- Mołotow. 
   Chłopcy to w ogóle tak mają, że lubią robić z wszystkiego tajemnicę; tata mojej koleżanki zrobił tajemnicę ze swojego nowego miejsca zamieszkania i do dzisiaj nie wiadomo gdzie przebywa. A znowu jeden mój znajomy przez rok utrzymywał przed mamą w tajemnicy, że go ze studiów wyrzucili. I w sumie to ja ich podziwiam za to, że oni potrafią nie-gadać. Niektórzy nawet potrafią milczeć cały dzień, albo burknąć ledwo z pięćdziesiąt słów. Matko kochana, jak?! Przecież trzeba się komunikować, opowiedzieć o tym co się człowiekowi śniło, jakie majtki ma na sobie i co planował zjeść na śniadanie, ale nie zjadł, bo w lodówce nie było a do sklepu daleko.
A oni to wszystko kontemplują w sobie i tłumią te wszystkie emocje i potem nic dziwnego, że w związku jakieś nieporozumienia wychodzą, bo on milczał, gdy ona pytała o jego znajomą z liceum. Jak milczał, znaczy ma coś na sumieniu; chociaż w sumie jakby się o niej rozgadał, to też by nieciekawie było, prawda?


   Stereotyp jest taki, że kobiety gadają przez cały dzień a mężczyźni raczej milczą. Ale wystarczy ich wsadzić na pół godziny do autobusu i z miejsca się rozgadają – sprawdzone przez lata użytkowania tej formy transportu!  
   Uf. Pogadałam sobie i mi lepiej. 

9 gru 2015

Kwiatuszki z wyszukiwarki


* Co to jest magia świąt

Odpowiednie pytanie dla odpowiedniej osoby! Magia świąt to wszystko to, co może być najlepsze - to renifery z czerwonymi nosami, ale bez kataru; to obcy, brodaty mężczyzna włamujący się do waszego domu przez komin; to fałszowanie najpiękniejszych kolęd przy wigilijnym stole; to obżeranie się plackami, bez wyrzutów sumienia, bo w święta przecież można. To puchaty zimny świat za oknem i naiwna pewność, że przez te kilka dni może być idealnie.
A według google magia świąt to chwyt marketingowy, który ma nas zmusić do wydawania stu złotych za jedną bombkę i do kupienia karpia, którego i tak nie lubimy. Ale ja wolę swoje podejście.

* ukłony dla żony

I tutaj mam dylemat, bo nie wiem czy jakiś mężczyzna chciał się dowiedzieć jak powinny takowe ukłony wyglądać, czy raczej zastanawiał się czy one w ogóle powinny mieć miejsce w małżeńskiej rzeczywistości. Cóż, jeśli zastanawiał się nad tym drugim aspektem, to biedna jego żona, skoro on musi w takich sytuacjach posiłkować się googlami (w końcu ona pierze jego gacie i paruje jego skarpety!) Oczywiście, że żonie ukłony się należą. Mężom też - w ogóle świat byłby radośniejszy jakby w małżeństwach takie ukłony były na porządku dziennym.
A jak owe ukłony należy wykonywać? Nie, nie trzeba wcale iść na przykładem starożytnych cywilizacji i padać na kolana; współczesne żony są mniej wymagające niż dawne bóstwa i im wystarczy niewielki kwiatek lub ładny nowy lakier do paznokci. Albo chociażby niewielki komplement burknięty podczas zasypiania.

* która z dziewczyn patrzyła czy pie...

Co może kryć się za tymi trzema kropkami? Naiwnie chciałabym wierzyć, że słowo "piekę", ale jakoś bliżej mi jednak do "pierdzę". Jeśli mam rację i o pierdzenie chodzi to zastanawiam się jaka to musiała być sytuacja, że było przy tym kilka dziewczyn a jedna wręcz na to patrzyła! Ma ktoś jakieś pomysły?

* czarne charaktery

Czarne charaktery są złe i lepiej ich unikać, bo mogą czasami zrobić ci bu-bu i nie będzie miał kto pociumać, żeby nóż wbity prosto w twoją śledzionę przestał boleć. My, książkoholicy, jesteśmy lekko spaczeni na tym guście, ponieważ dla nas czarne charaktery są tymi najmilszymi i najprzystojniejszymi, dlatego gdy spotykamy takiego delikwenta w rzeczywistości, to mamy omamy, że jest on naszym księciem wyśnionym i że zaraz porwie nas w ramiona i obdarzy pocałunkiem, który zwali nas z nóg!
A potem zostajemy w ciemnej uliczce z nożem w brzuchu i wielkim rozczarowaniem, że ten czarny charaktery nie przypominał jednak Deana z "Supernatural" (a może przypomniał, tylko wziął nas za demona?)

* czarodziejki czarne charaktery

Ale jak to?! Czarodziejki nie mogą być złe, bo mają skrzydełka i fruwają i mają takie milutkie, słodkie głosiki! Nie możliwym jest, żeby jakaś z nich była wredną istotą, nie i kropka.

* nie jesteś maminsynkiem dlatego że...

No to jakiś facet musiał szukać nie lada pocieszenia w internecie! Chłopie, jeśli to czytasz, to spokojnie, pomogę ci. Nie jesteś maminsynkiem, jeśli:
- dajesz mamie buziaka na pożegnanie / o ile nie dajesz go za każdym razem, gdy wychodzisz do sklepu na pięć minut i gdy nie jest on zbyt soczysty i mokry (fuj, sama siebie obrzydziłam.)
- mówisz do niej "mamusiu" / chyba, że robisz to podczas obowiązkowego szczepienia lub w sytuacji, gdy jesteś nagi a masz więcej niż piętnaście lat
- twierdzisz, że jej jedzenie jest najlepsze na świecie / chyba, że wiąże się to z wyrzucaniem do śmieci obiadu, który przygotowała ci twoja dziewczyna
- kupisz jej czasami coś ładnego / tutaj uwaga: jeśli mamie kupujesz prezent za tysiąc złotych, to wypadałoby, żeby twoja żona dostała coś przynajmniej za połowę tej sumy. Bo tak trochę głupio, że mamusi diadem a żonie skarpetki
- słuchasz jej rad i się do nich dostosowujesz / przynajmniej do momentu, gdy nie każesz zakryć swojej dziewczynie dekoltu, kupić dłuższej spódnicy i przefarbować włosy na delikatny blond, bo mamusia twierdzi, że tak jest lepiej
- dzwonisz do niej co wieczór / gorzej, jeśli robisz to w trakcie sexu...
- lubisz brzmienie jej głosu / sytuacja się zmienia, kiedy domagasz się, żeby co wieczór śpiewała ci kołysanki do snu a masz już włosy pod pachami
- chcesz, żeby twoja przyszła żona była taka jak ona / ale nie wymagaj, by też miała trwałą na głowie i chodziła w podomce i żeby mówiła do ciebie "syneczku".

(A teraz blogger nie chce ze mną współpracować i postanowiło mi pisać jedynie po niebiesku. To chyba szok po tym maminsynku.)

* która aktorka poddała się mastertoni

Trudne pytanie, bo pojęcia nie mam co to mastertonia... mastektomia to i owszem, już prędzej, ale mastertonia? Może to ma coś wspólnego z Mastertonem, pisarzem, ale że można się temu poddać to pierwsze słyszę. Za mało programów publicystycznych oglądam i to dlatego...

* skąd kwiaty na wesele miasto gorzów

Uwaga, będę strzelać! Pewności nie mam, może się mylę, wszak własnego wesela jeszcze nie miałam okazji planować, szczególnie w Gorzowie, ale myślę, że kwiaty można wziąć z ... KWIACIARNI! Lub z giełdy kwiatowej! Nie wpadlibyście na to, prawda? Niby to takie proste i oczywiste, ale w gorączce weselnej często takie proste informacje wydają się być niczym wzór na deltę, dla osoby która pisała maturę z matematyki kilka lat temu.
A co do kwiatów na wesele - hortensje są najpiękniejsze, przynajmniej dla mnie i będę miała cały kościół pełen hortensji! Tylko... skąd wziąć kwiaty na wesele w mieście Przeworsk? 

7 gru 2015

"I była miłość w getcie" - Marek Edelman, Paula Sawicka


 „Stoję tu samotny, stoję tu z przypadku, jak prawdopodobnie całe życie. Wszechświat prawdopodobnie też powstał z przypadku. A tu, na tej sali są ministrowie, ambasadorzy, profesorowie, posłowie, dyrektorzy, wychowawcy, nauczyciele, Za wami są instytucje, organizacje, rządy a nawet całe państwa. Za mną jest nicość. Nicość, w którą odeszły setki tysięcy ludzi. Odprowadzałem ich do wagonów.”

Getto nieodłącznie kojarzy się z bólem, upokorzeniem i śmiercią. W getcie ludzie głodowali, cierpieli i konali w męczarniach... Jednak ta otoczona murem dzielnica to coś więcej niż ból i śmierć. Tam ludzie prowadzili też normalne życie, starali się wyrwać śmierci chociażby jeden dzień normalności, chociażby jedną godzinę niezmąconego szczęścia. Mówiąc o getcie omija się ciągle jeden temat, jakby mówiąc o tym strasznym miejscu nie wypadało mówić o uczuciach, które kojarzą się z czymś dobrym, niezwykłym. Ale wiecie co? Tam była miłość.


Marek Edelman, przywódca powstania w getcie warszawskim, tuż przed śmiercią powierzył Pauli Sawickiej zadanie, by z jego wspomnień stworzyła książkę, która będzie dowodem na to, że to delikatne i dobre uczucie znajdowało się w tak strasznym miejscu. Zaręczał za tym swoim życiem i swoją pamięcią, w której zachowały się obrazy kradzionych w ciemnościach pocałunków, niewinnych uściśnięć dłoni i szczęścia z powodu narodzin dziecka.

Bohaterowie tej książki nie zawsze mają imiona; czasami są jedynie kobietą o blond warkoczu i mężczyzną o ciemnych, posępnych oczach; trudno było zapamiętać ich wszystkich, w końcu było ich tak dużo. Ciężko było pamiętać gdzie dana historia się wydarzyła i kiedy, ale sam Edelman twierdzi, że nie ważne kiedy to było, ważne co się wtedy wydarzyło. Czy było to zimą, czy wiosną, na rogu ulicy czy w ciemnym mieszkaniu, nie ważne. Ważne, że była tam ona i on i że przez moment mieli okazję poczuć, że ich serca biją jednakowo i że cały ten strach przed Niemcami, przez Hitlerem, przed komorą jest niczym w porównaniu z tą chwilą, kiedy mogli być sami i delektować się szczęściem.

Były tam też inne rodzaje miłości; była tam miłość do bliźniego, która wyrażała się poprzez podanie ręki osobie z wagonu, która też jechała na śmierć. Była tam też ta ponoć najsilniejsza z miłości, rodzicielska, która nie raz oddawała swoje życie, by ratować dziecko, by zapewnić mu kilka dni więcej życia, bo nie wiadomo co mogło się wtedy wydarzyć. Autor wspomina o pewnej kobiecie, która popełniła samobójstwo i swojej córce zostawiła „numerek życia”; czy takie poświęcenie nie jest przejawem tej miłości najsilniejszej, najtrwalszej? Opowiada też o młodej dziewczynie, która wsiadła z matką razem do wagonu, bo nie chciała, by ta umierała samotna, by w tych ostatnich chwilach nie bała się sama.

„Piękno polega na tym, że miłość istnieje, a ci, którzy żyli miłością, czy zginęli, czy przeżyli, byli wielkimi ludźmi.”

Te miłości były niezdarne, skazane na niepowodzenie, szybkie, bolesne i dlatego tak wyjątkowe; szczęśliwe zakończenie polegało w getcie na śmierci w tej samej chwili, by jedno nie musiało żyć bez drugiego.
Niewielu jest mężczyzn, którzy potrafią mówić o miłości. Niektórzy się wstydzą, inni nie potrafią układać pięknych zdań a jeszcze kilku z nich nie potrafi w ogóle kochać. Oczywiście zdarzają się wyjątki, jak Sparks czy Coelho; piszą kwieciście, podniośle, gloryfikują miłość tak bardzo, że wydaje się ona otoczona nabożną czcią. Edelman nie był pisarzem, nie skończył studiów, w młodości nie zaczytywał się w klasykach. Nie spędził życia przed maszyną do pisania, tworząc historie o niesamowitej miłości, która zwala z nóg. Edelman opowiadał o tym, co widział, a opowiadał w taki sposób, że ta „jego” miłość, nieumywająca się nawet do tej z książek Sparksa, była o wiele piękniejsza i o wiele bardziej wartościowa. Mówił o niej prosto, bez zbędnych ozdobników, bez metafor i bez widoku zachodzącego słońca w tle; jego historie, napisane przez życie, nie były tak doskonałe jak te, które powstały w umyśle pisarzy.

Jest jeszcze jeden mężczyzna, nie zbyt znany obecnie pisarz Jacek Bocheński, o którym warto wspomnieć. Napisał on przedmowę do tej książki i dwoma zdaniami sprawił, że dla mnie przewyższył on wspomnianych wcześniej autorów nie o głowę, ale o całą długość człowieka. „Otóż ja kochałem swoją starą, umierającą żonę. Traciłem ją i byłem bezsilny.” Tak nie wiele, ale jednak tak wiele.

I była miłość w getcie. Stała na baczność zaraz obok głodu i strachu, w równym rzędzie, nie wywyższając się, ale i nie chowając za złymi uczuciami. Egzystowała wśród brudu, ubóstwa, wśród wychudzonych ludzkich ciał i swoim istnieniem sprawiała, że na wyniszczonych twarzach na chwilę pojawiał się uśmiech, że zmęczone oczy na moment się roziskrzały, że utrudzone serce zaczynało mocniej bić. Nikt nie pytał tych, którzy przeżyli, czy kochali będąc w getcie. Nikt nie zastanawiał się czy tam można było się zakochać. I to Edelmana tak irytowało, to, że pytano tylko o ten głód, o ten strach, o tą śmierć a nie pytano o miłość, o przyjaźń i o radosne chwile. Bo tam gdzie są ludzie, jest i szczęście, pomimo tego wszystkiego, co dzieje się na około.

Książka obowiązkowa dla wszystkich tych, którzy sądzą, że wiedzą, co to znaczy kochać. Bo jak się okazuje, nie jest to wcale równoznaczne z dostawaniem kwiatów, z pięknymi przemowami i z dodawaniem wspólnych zdjęć na portalach społecznościowych. To milczenie razem, kiedy jest tak źle, że aż dusza boli; to szybkie spojrzenie mówiące "jestem tu dla ciebie". Miłość jest niczym i dlatego właśnie jest wszystkim. 


6 gru 2015

Informacja o konkursie!

Kochani!
Chciałabym polecić Wam konkurs, który trwa do dzisiaj do północy (ale ja wiem, że wy jesteście tacy zdolni, że zdążycie jeszcze rzucić wszystkich na kolana i wygrać!)

"Zasady zabawy są bardzo proste. Wymyśl cytat, sentencję i wygraj czytnik e-booków. 
W puli są także książki, które zwycięzcy wybierają sobie sami. Konkurs składa się z trzech etapów. 
Pierwszy… Napisz cytat, który zachwyci mnie oraz JURY (skład ogłoszę w najbliższym czasie). Najlepsze wejdą do drugiego etapu, w którym…

Najlepsze teksty zostaną przerobione na grafikę, którą sam się posługuję. Będzie umieszczony tekst wraz z imieniem i nazwiskiem autora. Pracę będą podzielone na cztery grupy, z której wyjdzie jeden najpopularniejszy cytat. Jak wybierzemy właśnie ten? Ze względu na trzy czynniki:
- Polubienie +1 pkt
- Udostępnienie +3pkt
- Punkty Jury.

Trzeci etap to zwycięzcy swoich grup plus jedna osoba, która uzyskała największa ilość głosów, ale nie dostała się bezpośrednio do finału. Reasumując pięć osób otrzymuję nagrody, a są to…
Miejsca 4-5 – Książka wybrana przez autora
Miejsca 2-3 – Książka wybrana przez autora. Do tego cytaty będą umieszczone w mojej książce, która niedługo wejdzie do sprzedaży na Amazonie oraz w nowym roku na terenie całego kraju.
Miejsce 1 – Czytnik e-book. Książka wybrana przez autora. Cytat umieszczony w książce.


Do tego chciałbym dodać, że wszystkie osoby, które dostaną się do drugiego etapu otrzymają ode mnie e-book powieści „Przepraszam za krzywdę” – Trzy wspomnienia z dzieciństwa, który wejdzie do sprzedaży na początku najbliższego roku, a także fizyczną wersje książki wraz z autografem tuż przed sprzedażą. 


Jeżeli posiadasz swoją stronę profil Fan Page proszę o dodanie go w e-mailu wraz z cytatem – mlvesku@gmail.com Chętnie pomogę Ci zareklamować Twoją twórczość. 
Pierwszy etap trwa do 6.12.15
Zachęcam do wzięcia udziału w konkursie i oczywiście… Życzę powodzenia.
Pozdrawiam Marcin."

3 gru 2015

"Małe wielkie odkrycia" i "What if? A co, gdyby?" - czyli dwie świetne propozycje na Mikołajki. Rozgrzewajmy neurony, fałdujmy mózg!

Mikołajki tuż-tuż i pewnie wielu z Was, zastanawia się co kupić swojej drugiej połówce, niezbyt lubianemu bratankowi czy wujkowi z bujnym wąsem. Swoją drogą, tu pewna dygresja, nigdy nie miałam wujka z bujnym wąsem, co, jak sądzę, wpłynęło na mój charakter i całe postrzeganie rzeczywistości; bo wujek z bujnym wąsem jest jakimś źródłem stabilizacji i życiowego osiągnięcia, tak przynajmniej sądzę... Pozbawiona wuja z wąsem wybrałam sobie na życiowego towarzysza chłopaka z brodą. Psychoanalityk na pewno by mi to wypomniał.

Wracając jednak do tematu; pomysłów na prezenty jest bez liku – zaczynając od skarpetek z podobizną Woody'ego Allena, poprzez zestaw do robienia sushi, na susłach kończąc (tak, nadal mam fazę na susła.) Ja przedstawię dwie propozycje książkowe, co by obdarowani mieli możliwość sfałdowania nieco swojego mózgu, bo mózg sfałdowany to mózg mądry!


 Pierwszą książką, którą chcę polecić są „Małe wielkie odkrycia” autorstwa Stevena Johnsona. Ta niewielka publikacja to prawdziwy rarytas dla tych, którzy lubią zaskakiwać ciekawostkami przy wigilijnym stole. Dzięki niej dowiemy się o zwykłych przedmiotach codziennego użytku i o ich historii, która dla wielu ludzi jest równie nieznana jak metryka ślubu sąsiadki z trzeciego piętra.
Czy wiedzieliście skąd wzięło się szkło? Ha, początek recenzji i już zaczynają się schody; bo czym jest szkło, każdy wie. Jak się je wytwarza – to też jest wiadome jakiejś części ludzkiej populacji. Ale skąd się wzięło – cóż, na to pytanie nie odpowie wam przypadkowy przechodzień ani przeciętny nauczyciel fizyki. Pierwsze szkło pojawiło się na ziemi a dokładniej rzecz ujmując na Pustyni Libijskiej jakieś 26 milionów lat temu, gdy ziarenka krzemionki zostały ogrzane temperaturą rzędu pięciuset stopni i zmieniły się w szkło. Ale droga od tamtego wydarzenia do produkowania luster czy szyb była długa i bolesna o czym można przekonać się czytając „Małe wielkie odkrycia”.
Niech podniesie rękę ten, kto wiedział, że pierwszym elementem świata materialnego, który udało się bezpośrednio przemienić w energię elektryczną był dźwięk. Zawsze zastanawiało mnie  w dzieciństwie, jak za pomocą drutu mój głos wędrował na setki kilometrów i był słyszany kilka sekund później na dalekim, jak dla mnie, Śląsku. Później, kiedy pojawiły się komórki i satelity łatwiej było mi to zrozumieć (chociaż i tak nie zrozumiałam nigdy tego fenomenu do końca) niż owy drut, który nijak nie kojarzy mi się z czymś, co pozwoli mojemu głosowi się przemieszczać.

Ta książka nie ma wielu rozdziałów, jednak widać, że autor włożył w nią dużo wysiłku, szczególnie w szukanie źródeł, z których czerpał swoją wiedzę. Bibliografia jest ogromna, lecz Steven Johnson przetworzył wszystkie teksty tak, że tchnie z nich ciekawością a nie stęchlizną i znużeniem.
Świetny pomysł na prezent dla tych, którzy pasjonują się fizyką, chemią czy informatyką lub po prostu są ciekawi jaką drogę przebyło światło nim znalazło się w żarówce świecącej nad naszymi głowami. Niebanalna lektura, polecam ją szczególnie dla młodszego rodzeństwa czy innych powinowatych i krewnych, co by zachęcić ich do nauki przedmiotów ścisłych. Kto wie, może gdybym przeczytała „Małe wielkie odkrycia” będąc w podstawówce, teraz byłabym fizykiem?



Drugą książką, którą chcę polecić jest „What if? A co, gdyby?” O ile pierwsza pozycja wyjaśniała nam historię lodu, światła czy telefonu o tyle ta odpowiada na najbardziej absurdalne pytania, które kiedykolwiek zostały zadane. Ale od początku.
Randall Munroe pracował kiedyś dla NASA, zajmował się robotyką. Pewnego dnia jednak postanowił rzucić to wszystko w diabły i zająć się rysowaniem komiksów. Założył bloga XKCK i zaczął odpowiadać na absurdalne pytania ciekawskich ludzi a dodatkowo swoje odpowiedzi urozmaicał śmiesznymi i ironicznymi rysunkami. Kiedy pytania zaczęły się powtarzać Munroe postanowił wydać książkę, która momentalnie stała się bestsellerem i podbiła światowe rynki.

Jak wyglądał Nowy Jork 10 tysięcy lat temu? A 100 tysięcy? A miliard lat temu? Cóż, mogę powiedzieć jak wyglądał około roku 1600 a raczej odesłać do strony welikia.org, gdzie zobaczycie wygląd Manhattanu nim stał się cóż... Manhattanem i nim zamieszkała na nim Carrie Bradshow wraz ze swoimi
butami.

Miliard lat temu Nowy Jork a raczej grunt, na którym kiedyś wyrośnie to wielkie miasto, znajdował się gdzieś pomiędzy obecną Angolą a Afryką Południową. Ciekawe czy gdyby wtedy kręcono filmy katastroficzne to meteoryt wiedziałby gdzie uderzyć? >bo to zawsze jest Nowy Jork!<

Ta książka to też pocieszenie dla tych, którzy szukają miłość albo tkwią w nieszczęśliwych związkach, bo wychodzą z założenia, że każdy ma tylko jedną drugą połówkę i trzeba z tym żyć. Absurd! Fizyka wam mówi, żebyście się opanowali i wzięli w garść. Gdyby każdy z nas miał tylko jedną bratnią duszę to prawdopodobieństwo jej spotkania wynosiłoby od 1 do 10 tysięcy a to oznacza, że miłość byłaby wtedy towarem tak deficytowym jak papier toaletowy w czasach PRL-U.

  Najzabawniejsze, według mnie, pytanie z tej książki brzmi: „Jak dużą Moc może wygenerować Yoda?” Po czym autor zaznacza, że nie ma zamiaru brać pod uwagę prequeli Gwiezdnych wojen (POWIEDZCIE, ŻE ROZUMIECIE TĄ IRONIĘ, BO JAK NIE TO WYJDZIE NA TO, ŻE ZAMIENIAM SIĘ W NERDA.) Oraz: „Jakie są szanse na to, że jeśli zadzwonimy pod przypadkowy numer telefonu i powiemy – na zdrowie – trafimy na osobę, która przed chwilą kichnęła?”

„What if?” to przezabawna, diablo inteligenta książka, która ucieszy każdego, od małego do starego, bo w każdym człowieku ciągle drzemią pytania, na które rodzice nie odpowiedzieli nam w dzieciństwie (i nie mam tu na myśli pytania o to, co stało się z pieniędzmi z Komunii.)



Jeśli nie wiecie jeszcze co kupić na nadchodzące Mikołajki to skorzystajcie z moich podpowiedzi. Nie dość, że będziecie wspierać czytelnictwo to dodatkowo pomożecie neuronom bliskich trochę popracować a to rzecz bezcenna. A przy okazji sami dowiecie się kilku ciekawostek i zaskoczycie ciotkę przy Wigilii pytając ją czy wie jak zwiększyć ilość pożarów w Ameryce o 15%, albo co by się stało, gdyby zaczęła pływać w basenie pełnym wypalonego paliwa jądrowego. Zabawna dyskusja nad karpiem gwarantowana!

2 gru 2015

"Zwyczajny dzień" Nina Majewska-Brown



    Nina Braun jest matką, chociaż trudno jest określić dla ilu dzieci. Na pewno jest nią dla małej Klary, która chodzi do podstawówki i jest aż nazbyt rezolutną dziewczynką; bez wątpliwości jest też mamą Antosia, niespodzianki, która zaskoczyła ją już po czterdziestce. Niektórzy bez cienia zawahania a niektórzy z powątpiewaniem, ale w końcu przyznają, że jest też mamą dla Jaśka, który zginął w wypadku i który na zawsze już pozostanie szesnastolatkiem, bez możliwości dorośnięcia.
Jest jeszcze czwarte dziecko, dla którego Nina musi stać się matką, chociaż jest to dla niej trudne i bolesne. Ale kto powiedział, że życie jest proste?

    Ninę niektórzy z Was znają z książki „Wakacje” autorstwa Niny Majewskiej-Brown. Jeśli macie w planach czytać tamtą książkę, to odpuśćcie sobie recenzję a przynajmniej kolejny akapit, gdyż nie da się opowiedzieć o tej części, nie zdradzając tajemnic poprzedniej. 

"Zaczęłam być na nowo zadowolona z życia, a tymczasem okazuje się, że szczęście jest jak puszysty kocur: przychodzi kiedy chce, i odchodzi, kiedy chce."

    W jednej chwili może zdarzyć się wiele; może przypiec się ciasto, w przygotowanie którego włożyło się masę czasu. Może zepsuć się samochód, który kosztował wiele pieniędzy, na które trzeba było ciężko pracować. Może stłuc się porcelanowa filiżanka, którą prababcia uratowała z wojny i która niosła ze sobą ogromny sentyment. Może zdarzyć się wiele. Ninie w jednej chwili zdarzyło się to, że straciła męża i syna i musiała szybko się pozbierać, bo do opieki została jej jeszcze córka i zalążek dziecka, który od niedawna tkwił w jej brzuchu i który rósł, nie zważając na żałobę. Gdyby tego było mało, już po pogrzebie, kobieta dowiaduje się, że jej mąż, ten wspaniały, szlachetny człowiek, którego tak teraz opłakiwała, zdradzał ją i z tego romansu urodziło się dziecko, Marianna.

   W „Zwyczajnym dniu” dowiadujemy się, że u Niny wszystko gra; zamieniła wielki dom na niewielkie mieszkanie, urodziła Antosia, wychowuje Klarę przy pomocy uroczej, młodej Anny a jej knajpa wspaniale prosperuje. Jednak autorka nie byłaby sobą, gdyby nie zaczęła podrzucać bohaterce kilku ciężkich kłód pod nogi.
   Na progu jej domu zjawia się była kochanka męża i prosi kobietę, by ta zajęła się jej córką, bo sama jest ciężko chora. A w głowie Niny kołacze się tylko pustka, bo nie rozumie tej prośby i sytuacji. Jak często w filmach czy w książkach zdarza się, żeby kochanka prosiła zdradzaną żonę o opiekę nad dzieckiem? Takie historie to tylko na średniowiecznym francuskim dworze, albo w teatralnej grotesce. 

    Ta książka w dużej mierze opiera się na poczuciu zdrady wobec kogoś, kogo już nie ma. Jak wybaczyć umarłemu, skoro nie miało się okazji nawet zapytać „dlaczego?”. Jak zrozumieć, skoro żadne pytania nie zostały zadane, skoro nie było okazji spojrzeć w oczy osoby, która tak mocno nas zraniła i zobaczyć, co w tym oczach się znajduje? Nie da się krzyczeć i kłócić z nagrobną płytą, nie da się wylać żalów marmurowemu kamieniowi, pod którym leży ten, co zawinił. Nina została sama z całym tym uczuciem żalu i niezrozumienia i kiedy już myślała, że się pozbierała, że stanęła na nogi – los dał jej obuchem w głowę po raz drugi i wystawił ją na ciężką próbę. Czy jakakolwiek kobieta zdecydowałaby się wychowywać dziecko swojego męża, o którym nie miała pojęcia? Szczególnie kiedy mąż nie żyje a na utrzymaniu ma się dwójkę własnych małych dzieci?

    Niektórzy zarzucają autorce, że ta część sagi nie była tak przejmująca, jak poprzednia. Ale ileż można wymyślić zwrotów akcji, by tragedia nie zaczęła się zmieniać w groteskę? Ta część jest o wiele spokojniejsza, ale to nie oznacza wcale, że mniej tragiczna; tutaj cały dramat nie polega na tym, że traci się kogoś bliskiego, tutaj wszystko zamyka się w decyzji, czy można czuć się odpowiedzialnym za czyny zmarłych. Kobieta wie, że zgadzając się na opiekę na dziewczynką, podpisałaby tym samym pakt, który zobowiązywałby ją do codziennego patrzenia na dowód zdrady męża. Do wychowywania, do okazywania sympatii i do pomocy osobie, której w idealnym planie, jaki Nina sobie założyła, nie było.


   Bardzo gorącą polecam tą książkę wszystkim tym, którzy chociaż raz zadali sobie pytanie, czy znaleźliby w sobie siłę, gdyby wszystko to, co mają, poszło w cholerę. Nina daje odpowiedź – tak. Wszyscy dalibyśmy sobie radę, bo jesteśmy silniejsi, niż się nam zdaje.