Położyłam się spać o trzeciej nad
ranem a o piątej obudziła mnie burza tak intensywna, że aż okna w
pokoju mi się trzęsły. Oczywiście nie mogłam później zasnąć,
bo wyładowanie atmosferyczne wpływają na mnie nieciekawie i się
wierciłam w łóżku aż do ósmej, kiedy to stwierdziłam, że nie
ma sensu i trzeba wstać.
Leżąc tak i słuchają uderzeń
deszczu o parapet wpadłam na pomysł, by z okazji weekendu podzielić
się z wami moimi ulubionymi serialami, które kiedyś oglądałam
i/lub oglądam nadal. Gotowi?
- „Zwariowany świat Malcolma” - tego serialu w ogóle na tej liście być nie miało, bo zaczęłam go oglądać ledwie kilka dni temu (przymuszona psychicznie przez roztapiające moją duszę spojrzenie chłopaka). To historia o typowym małżeństwie szczęśliwie obdarzonych przez Boga czterema synami – nie, nie przypominają „Rodzinki.pl”. Reprezentują sobą wszystko to, co dzieje się pod naszym dachem a wstydzimy się przyznać do tego publicznie, jak na przykład brak umiejętności wychowania dzieci czy też permanentny bałagan w całym domu. Ten serial to świetna rozrywka i ukojenie dla duszy nie-idealnych matek, które zadręczają się, gdy widzą perfekcyjną kuchnię pani Boskiej i porównują ją ze swoją.
- „House” - swego czasu, jeszcze w liceum, razem z koleżanką miałyśmy bzika na punkcie tego cynicznego doktora. Moja fascynacja sięgnęła zenitu, gdy za 49 zł kupiłam książkę o filozofii tego serialu. Oczywiście nigdy jej nie przeczytałam, bo nic fascynującego w niej nie było, nie mniej przyznać muszę, żem kochała go kiedyś miłością serialową. A może nie tyle jego, co jego chłodny, ironiczny umysł.
- „Arrow” - to historia o człowieku, który z złotego chłoptasia szastającego milionami stał się atletycznym i opanowanym wojownikiem sprawiedliwości (to zdanie powinno znaleźć się w opisie serialu.) Przebywając na wyspie pełnej skośnookich podejrzanych i uzbrojonych ludzi, nauczył się posługiwać strzałą i łukiem w taki sposób, że po powrocie do społeczności potrafi za pomocą jednego naciągnięcia cięciwy zaprowadzić spokój.Ze skruchą przyznaję, ze jestem sezon do tyłu, ale nadrobię. Kiedyś.
- „Przyjaciele” - kiedy bili rekordy popularności ja interesowałam się „Odlotowymi agentkami” i ani w głowie mi było podążać za tłumem i zakochać się w tym serialu. Później, kiedy o nim przycichło a Jen Ainston była bardziej znana z pełnometrażowych filmów, niż z roli wkurzającej Rachel, ja zaczęłam go oglądać (nie ma to jak umiejętność nie podążania za modą.) I dopiero wtedy się zakochałam w historii tych młodych nowojorczyków, którzy hodują kaczkę i kurę we własnym mieszkaniu i rodzą dzieci swojemu bratu. Chociaż nadal upieram się przy tym, że Rachel i Ross to najgorsza para wśród wszystkich par serialowych – ale spokojnie, i na ten temat powstanie ranking.
- „Pamiętniki wampirów” - sypię głowę popiołem i przyznaję, że to oglądam. Mimo że nie jestem nastolatką i mimo że nie lubię Eleny i Bonnie, ale kurczę, ten serial wciąga! Już dawno pogubiłam się kto kogo zamienił w wampira i dlaczego, czy z sympatii czy z zemsty. Moją ulubioną parą, która chyba nie ma szans już zaistnieć, jest Caroline i Klaus – oni są tacy... idealni razem a tacy niepoukładani osobno. Nie mogę doczekać się już nowego sezonu, bo końcówka poprzedniego była intrygująca i co najważniejsze – nie będzie już Eleny!
- „Słodkie kłamstewka” - tak się teraz zastanawiam od czego się to zaczęło. Jakoś na początku tego roku ja i moja koleżanka ze studiów zaczęłyśmy pochłaniać odcinek za odcinkiem. Egzaminy, zaliczenia, pisanie prac – wszystko to było nie ważne, my żyłyśmy tym, kim jest A. Potrafiłyśmy dzwonić do siebie o pierwszej w nocy z nową teorią, która przyszła nam do głowy. Takie stare kozy takimi bzdetami się zajmowały! Ale w sumie to dobrze, że trochę nastolatki jeszcze w nas siedzi, przynajmniej jest weselej.
- „Przyjaciółki” - naprawdę dobry, polski serial, przy którym i płakałam i się zaśmiewałam do łez. Chyba każda kobieta chciałaby mieć takie osoby jak te serialowe panie, które są zawsze obok siebie, chociaż nie widują się non stop i mają własne życia. Najlepsze w tym wszystkim jest to, że nawet jeśli nie widzą się przez miesiąc, dwa, trzy, to później i tak mają setki tematów do rozmowy. Ich kontakt nigdy się nie kończy, ich kłótnie nigdy nie są zbyt wielkie, by zniszczyć to, co je łączy. Takich przyjaciółek to ja sobie życzę. Tylko z lepszymi partnerami, niż ci serialowi.
- „Teoria wielkiego podrywu” - ten serial sprawił, że fizyka, matematyka i pozostałe nauki ścisłe stały się seksowne i podziwiane. Kto by pomyślał, że można zarobić miliony pokazując życie geek'ów, którzy jedyne dziewczyny widzą w rozszerzeniu .jpg a wyjście z kumplami oznacza u nich spotkanie się w interaktywnej grze komputerowej? Sheldon zawładnął światem i sprawił, że osoby jego pokroju mają w życiu łatwiej, ba! mają nawet szanse znaleźć sobie dziewczynę.
- „Kości” - wróciłam do tego serialu po dwóch latach i odkryłam jego magię na nowo. Nie dość, że nauczyłam się rozpoznawać z samego szkieletu płeć ofiary (a to może być niezwykle przydatne w życiu) to dodatkowo jeszcze mogę do woli powzruszać się oglądając zaloty Bones i Booth'a, którzy mimo trzydziestki na karku zachowują się jak podlotki wobec siebie. I tak drobią wkoło i drobią aż ma się ochotę krzyknąć na nich, żeby wreszcie ze sobą byli (jestem na 6 sezonie i tak, wiem, potem ze sobą będą.)
- "Grey's anatomy" - co tu dużo mówić – serial idealny. Zaraz po osiemnastych urodzinach wylądowałam na miesiąc w łóżku ( w celach zdrowotnych, zboczuchy!) i kiedy już po tygodniu, jako tako kontaktowałam i zaczęłam skakać po kanałach, trafiłam na emisję końcówki czwartego sezonu i przepadłam. Od tamtej pory zaczęłam rzucać na prawo i lewo medycznymi terminami, tequilla stała się moim ulubionym alkoholem a wizja przyszłości jawiła mi się w lekarskim kitlu. Niestety moja kariera (ha, zabawne.) potoczyła się zgoła inaczej i medycynę wielbię nadal jedynie na ekranach telewizora.
Dobra. Przemyślenia: studiuję
prawo a żaden prawniczy serial się tu nie znalazł. Za to medycyny
mam aż zanadto, ale w sumie trzeba być wszechstronnie uzdolnionym,
racja? Może dzięki tym wszystkim oglądanym tasiemcom zasiądę
kiedyś na stanowisku gracza w „1 z 10” i wygram, bo będę
wiedziała jaką długość na kość piszczelowa typowego Azjaty?
Seriale nie są takie złe – cichaczem uczą.
I odpowiadając na wasze pytania- nie śpię, nie jem, nie wychodzę z domu, nie studiuję, tylko siedzę i czytam i oglądam seriale. A tak na poważnie, to wystarczy dobrze zaplanować sobie czas. I znaleźć drugiego takiego co też lubi oglądać seriale i czytać książki.






































