Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Prószyński. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Prószyński. Pokaż wszystkie posty

2 sty 2016

"Krucha jak lód" Jodi Picoult


   Kiedy rodzi się dziecko, rodzice biorą je na ręce i szukają znaków, które mogłyby świadczyć, że to naprawdę część ich samych. Dlatego z takim roztkliwieniem porównują niewielki nosek do wielkiego, zakrzywionego nosa dziadka a mały podbródek do swojego własnego; szukają w tym dziecku siebie samych, żeby móc zrozumieć tą bezwarunkową miłość.

    Dzieci nosi się na barana, bawi się z nimi w chowanego, uczy się je jeździć na rowerze i chodzić po drzewach. Mamy uczą je zagniatać ciasto i piec ciasteczka a ojcowie pokazują jak wykręca się śrubkę. Niekiedy jednak ciało dziecka jest tak kruche, że każda z tych prozaicznych rzeczy jest niemożliwa do wykonania.

"To, co można złamać - czy to będzie kość, serce czy też przysięga - można złożyć z powrotem, ale to nigdy już nie będzie jedna całość."

   „Krucha jak lód” to kolejna z książek Jodi Picoult; być może jest właśnie tą, która porusza tematykę najczulszą w społeczeństwie, tą która powoduje kłótnie i protesty – aborcję.
Samobójcą i głupcem byłby ten kto wszedłby między szczęśliwe mamy i zapytał czy zdecydowałyby się na aborcję; zapewne zostałby zakrzyczany, wyzwany od potworów i wygnany dalej niż pieprz rośnie, bowiem żadna mama ani żaden tata nie myśli o aborcji, kiedy obok niego stoi istota idealna w każdym calu – własne dziecko.
   Ale gdyby owy człowiek dodał, że chodzi mu o sytuację, w której narodziny dziecka wiązałyby się z jego ciągłym cierpieniem? Gdyby zagniatanie ciasta i jazda na rowerze miałyby być jedynie płonnym marzeniem takiego dziecka? Gdyby każde utulenie matki mogło powodować nieopisany ból i cierpienie?

    Willow cierpi na chorobę zwaną osteogenesis imperfecta,charakteryzującą się bardzo kruchą strukturą kości. Wystarczy lekkie potknięcie, zbyt szybkie zgięcie łokcia bądź ubicie się o coś twardszego niż puchowa poduszka, by złamać kość. U Willow trzaskają one niczym witki wierzby, łamią się i kruszą, zabierając dziewczynce całą radość z dzieciństwa. Rodzice starają się robić wszystko, by zapobiec złamaniom, jednak w teorii jest to równoznaczne z walką z wiatrakami, które nigdy nie przestają wirować.

"Kiedy kogoś kochasz, to wymawiasz jego imię zupełnie inaczej. Słychać, że w twoich ustach jest bezpieczne."

   Po pięciu latach nadchodzi moment, kiedy rodzinie zaczyna brakować pieniędzy i wtedy Charlotte, matka Willow decyduje się na makabryczny krok – pozywa do sądu lekarkę, który prowadziła jej ciążę i oskarża ją o to, że za późno powiedziała jej o chorobie dziecka. Że gdyby wiedziała wcześniej z czym ma do czynienia, zdecydowałaby się na aborcję.
   Czy jest to ponadprzeciętna miłość matki, która chce wywalczyć dla swojego dziecka pieniądze na leczenie i zgadza się tym samym na publiczną chłostę? Czy może to wyznanie jest przyznaniem się do prawdziwych uczuć, które przez lata siedziały zamrożone, bo Charlotte wiedziała, że nie wypada jej tego mówić na głos?

   Czy aborcja w niektórych przypadkach jest słuszna? Czy są osoby, które potrafią zdecydować kto zasługuje na życia a kto nie? I czy są takie osoby, które potrafią zdecydować, że ich dziecko zasługuje na życie w ciągłym bólu? Być może niekiedy śmierć jest wybawieniem, łaską, wolnością; być może w pewnych wypadkach trzeba wziąć na siebie ten ciężar grzechu i pozwolić komuś odejść, nim trzask łamanych kości zagłuszy śpiew ptaków i słowa kołysanki śpiewanej przez mamę.

"- Chciałabym wiedzieć, czy istnieje różnica pomiędzy porządną matką a dobrą matką.
- Owszem. (...) Porządna matka zawsze podąża krok w krok za swoim dzieckiem (...) Za dobra matką dziecko chce iść samo."

   Bycie matką to nie przywilej a obowiązek; bierze się na siebie całą tą odpowiedzialność za drugiego człowieka, za jego charakter i za jego przyszłość. To, na kogo wyrośnie, zależy w wielkiej mierze właśnie od matki, która powinna zawsze i bezwzględnie stać za swoim dzieckiem i łapać je ilekroć się potknie lub ktoś je popchnie. Mama jest po to, by podejmować trudne decyzje i by brać odpowiedzialność za nieprzemyślane kroki swojego dziecka. Być mamą to obiecać dozgonną miłość drugiej osobie, od której nie ma rozwodów i separacji.

    Jodi Picoult jak zwykle zachwyca słowami i uczuciami, które z nich płyną. Nie znam drugiej pisarki, która potrafiłaby samymi literami malować tak piękne obrazy. Jeśli jeszcze jej nie znacie, to nadal was zachęcam - może w roku 2016 ją pokochacie. 

"Bo tak naprawdę każdy z nas pragnie tylko jednego: wiedzieć, że jest dla kogoś ważny. Że bez niego czyjeś życie byłoby uboższe."

16 paź 2015

#pobandzie - taki mały wywiad i konkurs!


   Moi kochani! Niezachwianie wierzę, że wśród was jest osoba, która kiedyś napisze książkę niezapomnianą. Bestseller, który zachwyci pokolenia. Powieść, którą będą pokazywać obcym cywilizacjom, gdy te w końcu do nas dotrą.
   By wam w tym pomóc, razem z wydawnictwem Prószyński i S-ka, przygotowałam konkurs, w którym możecie zdobyć książkę, która pomoże wam... cóż, napisać książkę. Najpierw jednak krótki wywiad z autorem - zadałam takie pytania, które rozwieją wasze wątpliwości co do tego, czy opłaca się pisać, skoro napisano już wszystko.

Agata Kądziołka: Czy pisania można nauczyć, Pana zdaniem, każdego, czy trzeba jednak 'urodzić' się z talentem?

Jakub Winiarski: To zależy, jakie kto ma ambicje. Jeśli ktoś chce pisać dobre, rzemieślniczo zręczne powieści, które ludzie z chęcią będą kupować i czytać, to wystarczy chęć opowiadania historii i, proszę bardzo, można się tego nauczyć. Dobrym, cenionym autorem może zostać praktycznie każdy, kto chce pisać i pisze, ćwiczy pisanie. Uczyłem takie osoby i one publikują dziś dobre, doceniane przez czytelników powieści. Na mojej stronie www.literaturajestsexy.pl można znaleźć zarówno wywiady z moimi uczniami, którzy opublikowali powieść, jak i dział „Opinie uczestników”, gdzie blisko sto osób dzieli się wrażeniami z prowadzonych przeze mnie kursów. Ale, wracając do pytania. Jeśli ktoś nie chce pisać tylko rzemieślniczo sprawnie, lecz ma potężniejsze ambicje, powiedzmy około noblowskie, lub chciałby dokonać rewolucji w literaturze, to potrzebny jest na pewno już na starcie olbrzymi talent, który poparty musi zostać zdobytą specjalistyczną wiedzą, jakiej autorzy-rzemieślnicy mieć nie muszą. Ale i takiej ambitnej osobie, myślę, też można pomóc, pokazując sztuczki pisarzy bestsellerowych. Tyle że później byłaby to już innego rodzaju pomoc i nauka.

AK: Była Bridget Jones, był Harry Potter i był Hercules Poirot. Czy wierzy Pan, że da się stworzyć jeszcze postać, która podbije serca czytelników i zapisze się w historii literatury? 

J.W.: Każdego miesiąca pojawia się, czy to w książce, czy serialu jakiś fascynujący bohater, podbijający serca i umysły czytelników lub widzów. Nie wyobrażam sobie dnia, kiedy by się to miało skończyć i z ciekawością czekam na kolejnych takich bohaterów. Trzeba jednak pamiętać, że, jak w „Oszuście” stwierdził Melville, o czym wspominam w „Po bandzie”, prawdziwie genialna postać jest swego rodzaju cudem. A cuda rzadko dają się zaplanować. Choć znając techniki kreowania bohaterów, o czym sporo napisaliśmy z Jolantą Rawską w naszym poradniku, można sobie pomóc.

AK: Były wampiry, utopie, wielkie romanse... Czy jest jeszcze jakaś luka w literaturze, którą da się wypełnić?

J.W.: Świat się zmienia, powiem odkrywczo, i na pewno pisarze będą starać się pokazać nam w nim to, czego sami nie dostrzegamy. Lub zwrócić naszą uwagę na to, co im wydaje się istotne. Tak, jak ich poprzednicy pokazali lub zwrócili naszą uwagę (i wyobraźnię) na wampiry, utopie i wielkie romanse. Co będzie tym nowym odkryciem? Nie wiem. Ale nie wydaje mi się, żeby ludzka, pisarska wyobraźnia nie znalazła jeszcze jakiejś luki, jakiegoś tematu, dla którego warto czernić papier.  



1. Organizatorem konkursu jest właścicielka bloga naczytane.blogspot.com
2. Fundatorem nagrody "Po bandzie czyli jak napisać potencjalny bestseller" jest wydawnictwo Prószyński i S-ka.
3. Czas trwania konkursu to 16.10.2015 - 26.10.2015
4. Do 29.10.2015 na blogu naczytane pojawi się ogłoszenie wyników.
5. Zadanie konkursowe polega na... przekonaniu mnie, że macie pisarki potencjał. W tym celu musicie zachwycić mnie próbką swojego tekstu - może być to opowiadanie, wiersz, bajka, erotyk.... cokolwiek co wpadnie wam do głowy. Swoje propozycje umieszczajcie w komentarzach poniżej. 
 6. Nie musicie być obserwatorami bloga, nie musicie dodawać nigdzie tego baneru - szkoda waszego czasu, lepiej przeznaczcie go na napisanie czegoś, co mnie rozśmieszy bądź wzruszy. 
   
Czas start!

14 wrz 2015

PRZEDPREMIEROWO "Tajemnica rodu Sogliano" S. C. Modignani


   Na wstępie szczerze przyznam, że kiedy zobaczyłam propozycję zrecenzowania tej książki, nie byłam zbytnio zachwycona. Spodziewałam się nudnej historii o bogatym, zadufanym w sobie rodzie, która będzie ciągnęła się jak flaki z przysłowiowym olejem. Swoją drogą, kto lubi flaki z olejem?
   Bez zapału, ale zaczęłam jednak lekturę książki i po zaledwie dwóch rozdziałach wpadłam, zatraciłam się w tej historii i dałam się porwać całej opowieści.

   Książka faktycznie opowiada historię majętnej, włoskiej rodziny, która wzbogaciła się na imporcie koralu, czyli tak zwanego złota morza. Cały ród Sogliano wspólnymi siłami tworzy imperium koralowe, znane nie tylko w Europie, ale i na całym świecie. Żeby jednak nie było zbyt bajkowo i kolorowo, już na wstępie dowiadujemy się o rodzinnej tragedii - głowa rodu, Edoardo ginie w wypadku samochodowym. Wdowa po nim, pięćdziesięcioletnia Orsola, przeglądając jego dokumenty natrafia na zdjęcie kilkuletniego chłopca o azjatyckich korzeniach i dołączony do fotografii list, w którym czarno na białym napisane jest, że chłopiec ten, to nieślubne dziecko jej niedawno zmarłego męża. Męża, który wydawało się, był wierny przez cały okres trwania ich związku.

"-Tak bardzo chciałabym poradzić się mamy - westchnęła Orsola. 
- Mówiła ci o wszystkim i wiele cię nauczyła. Dała ci dwie solidne nogi, teraz musisz sama na nich iść przed siebie, moja droga." 

   Osobiście uważam, że nie ma nic gorszego, niż dowiedzieć się, że było się zdradzanym, gdy współmałżonek już nie żyje. Bo jak wtedy wyładować swoją złość, swój żal? Gdyby żył, to wściekłość i poczucie porzucenia byłyby krystalicznie czyste i pełne niezachwianej nienawiści a w tym przypadku wszystkie te uczucia mieszają się ze stratą i ze smutkiem spowodowanym tym, że ukochana osoba nie żyje i tłumią się w człowieku, który nie wie co ze sobą zrobić i jak sobie poradzić z zaistniałą sytuacją.

   Zrozpaczona Orsola zostawia firmę w rękach dorosłych już dzieci i wyjeżdża na kilka dni do Mediolanu, do miasta, w którym się urodziła i w którym czuje się najszczęśliwsza. Razem z mężem i dziećmi mieszkała na południu Włoch, Mediolan zaś to ich północna część. Dzięki tej książce dowiedziałam się jak bardzo różnią się od siebie Włosi mieszkający na północy i na południu, jak wiele ich dzieli i jak mało łączy. Wydawać by się mogło, że, podobnie jak u nas, położenie geograficznie nie ma znaczenia, że liczy się narodowość, jednak, jak się okazuje, w tamtych rejonach globu sytuacja ma się zgoła inaczej.

"Prawdziwi dżeltelmeni są nawet na tyle uprzejmi, że odchodzą z tego świata, kiedy żona wciąż jest na tyle młoda, że może ułożyć sobie życie na nowo."

   W swoim rodzinnym mieście Orsola poznaje kobietę, która spędziła pamiętną w skutkach noc z jej ukochanym mężem i wysłuchuje opowieści o jej trudnym, pełnym bólu życiu. Czy to pomoże kobiecie uporać się w niezachwianym bólem i żalem? Czy wybaczy swojemu mężowi? Czy zaakceptuje fakt, że jej dzieci mają brata, który nie jest jej dzieckiem? I czy odzyska sens życia?

   "Tajemnica rodu Sogliano" to nie jest mdła opowieść o wyższych sferach. Jest w tej książce coś takiego, co wciąga bez reszty, autorka pisze w taki sposób, że nie można oderwać się od lektury a po jej przeczytaniu czuje się ogromny niedosyt, głód chęci poznania dalszej, nieujawnionej już czytelnikom dalszej historii. Z autorką spotykam się po raz pierwszy i muszę przyznać, że jestem nią tak oczarowana, że w ekspresowym tempie wskakuje ona na listę moich ulubionych pisarek.

   Najśmieszniejsze w tym wszystkim jest to, że nie potrafię konkretnie określić co takiego sprawiło, że tak spodobała mi się ta książka; ale czasami tak po prostu jest, że jakaś historia chwyta nas za serca i nie rozumiemy dlaczego. Być może to przez te płynne przeskoki w czasie, które autorka nam zaserwowała; albo to dzięki niewyszukanemu, ale jednak eleganckiemu światu, który stworzyła w swojej powieści? Nie wiem i nawet nie chcę wiedzieć, wystarczy mi po prostu czysta radość jaka płynie z lektury "Tajemnicy rodu Sogliano".

   Premiera książki zaplanowana jest na 22 września i gorąco polecam Wam zapisać tą datę w kalendarzu i biec wtedy do księgarni po powieść. Póki będzie jeszcze gorąca.

   Za egzemplarz przedpremierowy dziękuję serdecznie wydawnictwu 


22 sie 2015

PRZEDPREMIEROWO "Szczęście do poprawki" Arleta Tylewicz


   Gdybym powiedziała wam, że pan X zdradził swoją żonę z o wiele młodszą od siebie panią Y, to chyba nikogo z was by to nie zdziwiło. Temat zdrady już nie szokuje, przejadł się i spowszechniał.
Ale gdybym pokazała wam parę staruszków, którzy są razem od sześćdziesięciu lat i którzy nadal się kochają, to pewnie bylibyście zaskoczeni, że takich ludzi da się jeszcze odnaleźć w zgliszczach tego, co kiedyś nazywano miłością.

   Jeśli się dobrze przypatrzymy to i książki nie kończą się już wyświechtanym frazesem „żyli długo i szczęśliwie”, ale raczej zaczynają się od tego, że bohaterowie kiedyś wprawdzie byli szczęśliwi, ale teraz zostało tylko przyzwyczajenie i wzajemny żal.

   Arleta Tylewicz, autorka powieści „Szczęście do poprawki” postawiła swoją bohaterkę, Jagodę, w niekomfortowej sytuacji, kiedy to przez czysty przypadek odkryła, że mąż od trzech lat sypia z inną kobietą. Jakby tego było mało, jej przyjaciółki i koleżanki o wszystkim wiedziały, ale nie miały odwagi, żeby jej o tym powiedzieć i pozwoliły, by dalej żyła w mydlanej bańce, naiwnie wierząc, że jest jedyną kobietą w życiu swojego męża.
   Jagoda, co dziwne, nie rzucała talerzami, nie wyrzuciła skarpetek niewiernego przez okno, nawet specjalnie nie krzyczała; po prostu chciała, żeby się wytłumaczył i zakończył romans. I tutaj, moje kochane, mąż Leszek powiedział coś, co ubawiło mnie niesamowicie – otóż on romansu kończył nie będzie, bo on kocha swoją kochankę. Żonę też kocha i nie rozumie dlaczego nie może być tak, jak dotychczas, bo on czuł się w takim trójkącie całkiem dobrze. A i kochance to przecież nie przeszkadzało. Tylko Jagoda miała jakieś wydumane obiekcje co do ich wspólnego pożycia.
 
   By przemyśleć sobie wszystko na spokojnie kobieta postanowiła wyjechać na jakiś czas na wieś, do pensjonatu prowadzonego przez miłe małżeństwo Kozubków. Tam niecierpliwie czeka na telefon od skruszonego męża, jednak ten ciągle milczy... Kiedy zaś Jagoda zaczyna stawać na nogi komórka nieoczekiwanie dzwoni a kochający nagle mąż prosi by wróciła do domu. Co zrobi kobieta? Czy będzie żałowała swojej decyzji?

   Zachowanie głównej bohaterki napawało mnie gorzkimi odczuciami... Z jednej strony czułam pogardę, że była gotowa „z marszu” wybaczyć zdradę, ale wiedziałam także, że co by nie zrobił mój były to też dążyłam do tego, by jak najszybciej wszystko się ułożyło. I czułam wstyd, bo skoro gardziłam takim zachowaniem Jagody to jak świadczy to o mnie? Na szczęście nauczyłam się na własnych błędach, że o swoje szczęście trzeba zawalczyć, nawet jeśli wymaga to drastycznych kroków. Czy i nasza bohaterka dojdzie do podobnych wniosków i zacznie w końcu żyć tak, jak chce? 

   Jeśli chodzi o pozostałych bohaterów "Szczęścia do poprawki" to niestety byli mdli i podobni do tysięcy innych książkowych postaci. Wyróżniał się tam tylko Leszek, który wzbudzał tyle negatywnych emocji, że miało się ochotę go ożywić a później zamknąć w piwnicy, żeby zrozumiał swoje zachowanie. Chociaż prawdopodobnie by nie zrozumiał. 


   Nie jest to może książka, która zmieni coś we współczesnej literaturze, albo taka, która zostanie zapamiętana przez dziesięciolecia. Może jednak zmienić życie tych dziewcząt i kobiet, które ciągle zbyt kurczowo trzymają się swojego partnera, nawet jeśli co chwilę przez niego płaczą. Jeśli po tej lekturze chociaż jedna z nich zrozumie, że nie warto poświęcać swojego szczęścia – ba! jeśli, choć jedna zrozumie, że szczęście nie polega na ciągłym wybaczaniu i odpuszczaniu i byciu na drugim miejscu – to pani Arleta może być z siebie dumna. Może przykład Jagody nauczy kogoś, że dobry związek to taki, w którym wprawdzie są spory i kłótnie, ale który nie polega na byciu na każde zawołanie i na kłamstwach, ale na wzajemnym szacunku. 

   Premiera książki już 25 sierpnia a ja za egzemplarz przedpremierowy dziękuję wydawnictwu


19 sie 2015

"We dnie, w nocy" Agata Kołakowska


    Zapewne większość z was była w dzieciństwie uczona modlitwy do Anioła Stróża. Babcia, mama czy też dziadzio opowiadali wam o niewidzialnym kimś, kto czuwa przy nas w dnie i w nocy i który pomaga nam w miarę bezpiecznie przejść przez życie.
   Co wieczór modliliście się do tego „kogoś”, kto nie był ani duchem, ani człowiekiem i prosiliście, żeby zawsze „był wam ku pomocy”. Teraz jesteście dorośli i wasza wiara w Anioła Stróża albo całkiem wyparowała, albo się umocniła i wiecie, że podmuch wiatru, który kazał wam się zatrzymać przed przejściem dla pieszych, przez które przejechało rozpędzone auto, to nie kto inny jak wasz osobisty, przydzielony tylko wam Anioł.

   W książce „We dnie, w nocy” Agata Kołakowska wykorzystała motyw Stróża i stworzyła historię, nie tyle o ludzkich krzywdach, radościach i codzienności, ale historię nieznanego nam bytu, który wcale łatwo z nami nie ma.
   Głównym bohaterem książki, przynajmniej moim zdaniem, jest Anioł, który nie podaje swojego imienia, bo, jak sam twierdzi, tylko ci najważniejsi, jak Michał czy Gabriel mogą się przedstawiać. Nasz bezimienny jest stróżem pewnej Ani, dorosłej już kobiety, w miarę szczęśliwej i spełnionej życiowo. Ale jak się musiał biedak napracować, żeby Ania spokojnie dorastała! Żeby nie złamała nogi schodząc z drzewa, żeby ją kot za mocno nie podrapał, żeby się rozbiła głowy o podwinięty dywan! Problem jeszcze w tym, że wcześniejszy podopieczny naszego bezimiennego nie miał z nim łatwo, bo Anioł... zasypiał i działy się nieszczęścia.

   Przy Ani jednak się przyłożył i nawet był chwalony przez szefostwo za swoje dobre sprawowanie. Niestety, nawet najlepszy i najbardziej oddany Stróż, nie zawsze może zapobiec nieszczęściu. Nastoletnia Ania, stojąca u progu dorosłości, dostała gorzką i bolesną lekcję, że powinno ufać się tylko nielicznym. I nawet te osoby mogą skrzywdzić. Wydarzenie z młodzieńczych lat odbiło się echem na całym jej życiu, zostawiło piętno na całą przyszłość.

   Cała historia toczy się dwutorowo, w 2013 roku, kiedy Ania jest już dorosłą kobietą, ma męża i córeczkę i w miarę spokojne życie. W tamtych latach poznajemy także Piotra, dziennikarza, szczęśliwie żonatego ojca dwóch córek. Z pozoru nic nie łączy tej dwójki, ani wspólni znajomi, ani miejsce pracy... Dopiero kiedy autorka przenosi nas do roku 1997, powoli odkrywamy, że losy Anny i Piotra były ze sobą tak mocno splecione, że zaważyły na losach obydwojga. 

   „We dnie, w nocy” nie jest lekką obyczajówką. To poruszająca książka, która niesie ważne przesłanie, szczególnie dla kobiet, żeby uważały. Żeby nie ufały za mocno i żeby nigdy nie straciły czujności, bo wtedy mogą otrzymać bolesny cios w serce. I wtedy nawet nasz Stróż nie pomoże i nie popchnie nas lekko w bok, żebyśmy uniknęły kolizji. Historia Anny to przestroga dla młodych dziewcząt, które dopiero zaczynają kochać i najczęściej wybierają starszych od siebie mężczyzn, nie wiedząc, że pod słodkimi słówkami i czułymi pocałunkami może kryć się oblicze tak mroczne, że aż przerażające.

   Książkę pochłania się w kilka godzin, rozdziały uciekają nie wiedzieć kiedy. Nadmiar emocji, które kłębią się w powieści wsiąka w czytelnika, we mnie cała ta historia wywoływała bunt i poczucie niezasłużonej krzywdy, niesprawiedliwość losu. Autorka w znakomity wręcz sposób opisuje ludzkie zachowania i uczucia, jakie towarzyszą kobietom i mężczyznom na różnych etapach ich rozwoju.
   Oprócz gorzkiej historii otrzymaliśmy od Pani Agaty także niezapomnianego bezimiennego bohatera, który przypomni wam wszystkim o tej naiwnej modlitwie z dzieciństwa. I może, jeśli o nim zapomnieliście, na nowo uwierzycie w Anioła Stróża. I podziękujecie mu za opiekę.

   Jak napisała sama autorka „był kiedyś taki Piotr i była kiedyś taka Anna”. Dodałabym, że takich Piotrów i Ann było tysiące i tysiące jeszcze będą po nas. Ale może dzięki Agacie Kołakowskiej i jej książce będzie o jedną szczęśliwą kobietę więcej i o jedno złamane życie mniej.

Polecam a za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu 

  

29 lip 2015

"A teraz śpij" Liane Moriarty. Naprawdę dobra książka o stalkingu.



    Związki niekiedy się kończą. Ludzie wyrastają z miłości, która kiedyś była dla nich tą największą i najpiękniejszą. Zmieniają się im życiowe cele, zdarza się, że obie strony pragną czegoś zupełnie innego i nie sposób żyć dalej razem nie unieszczęśliwiając jednej ze stron. Nagle priorytetem nie jest samo bycie w związku, ale znalezienie kogoś, kto będzie chciał od życia tego samego, zaprzestanie życia wspomnieniami i związanie się z kimś, z kim stworzy się cudowną przyszłość. 
Miłość się wypala i każdy odchodzi w swoją stronę zachodzącego lub wschodzącego słońca, szukać swojego miejsca na ziemi. 
Chyba, że jedna ze stron nie chce odpuścić.

   Tak jest w przypadku Saskii, byłej dziewczyny Patricka, bohatera książki „A teraz śpij” autorstwa Liane Moriarty. Patrick jest wdowcem, który wychowuje samotnie ośmioletniego syna Jacka. Przez cztery lata spotykał się z młodą, ambitną i inteligentną Saskią, która traktowała ten związek niezwykle poważnie, mimo że nie łączył ich ślub ani żadne długoterminowe obietnice; wystarczało jej zapewnienie ukochanego, że „zatrzymam cię na zawsze!”. Uczyła małego Jacka korzystać z nocnika, biegła do jego pokoju, gdy obudził go nocny koszmar i czytała mu bajki na dobranoc. Przez cztery lata była pewna, że nic ani nikt nie zburzy ich spokoju i rodzinnej sielanki. Jak się okazało cios w plecy zadała jej najukochańsza osoba; pewnego poranka Patrick ze stoickim spokojem stwierdził, że to koniec, że miłość się skończyła i że czas, aby każde z nich poszło swoją drogą.

   Kilka lat później mężczyzna zaczął spotykać się z trzydziestokilkuletnią hipnoterapeutką, Ellen. Już na samym początku ostrzegł ją, że jeśli ich związek wypali to będzie musiała zaakceptować kilka osób, które go otaczają: rodziców, brata, syna i stalkerkę, Saskię.

"Intelektem rozumiem, że śmierć rodziców to naturalny porządek życia, który trzeba przyjąć. Nikt nie nazwie śmierci schorowanej osiemdziesięciolatki tragedią. Na jej pogrzebie były ciche szlochy i czerwone, załzawione oczy. Żadnych bolesnych, rozdzierających krzyków. Teraz myślę, żę powinnam była pozwolić sobie na szloch, zawodzenie, uderzenia w piersi i rzucanie się całym ciałem na jej trumnę." 

    Porzucona kochanka prześladowała Patricka praktycznie od dnia ich rozstania; słała mu esemesy, listy, podrzucała mu do pracy ich ulubione wino, czasami nawet wysyłała mu kwiaty. Była wszędzie tam, gdzie był on, kilka kroków na nim, upajając się możliwością bycia świadkiem jego codzienności. Nie pomagały jego groźby, prośby ani sugestie, by zaczęła samodzielne życie. Saskia uparcie podglądała swoją dawną miłość. Kiedy dowiedziała się o Ellen posunęła się nawet do tego, że zapisała się do niej na terapię, by lepiej ją poznać.

   Niedawno głośno było o książce „Wiem o tobie wszystko”, którą większość z was zapewne przeczytała. Posiłkując się waszymi opiniami, bo ja sama nie miałam możliwości jeszcze jej poznać, stwierdzam, że była to dość przeciętna historia. Jeśli więc chcecie poznać naprawdę dobrą książkę o stalkingu, to polecam właśnie „A teraz śpij.”

   Jest to poruszająca historia dwóch kobiet, których łączy miłość do tego samego mężczyzny; miłość, która dopiero się rodzi i miłość, która nie potrafi umrzeć. Poznajemy punkt widzenia obu kobiet i muszę przyznać, że podobnie jak Ellen, żal mi jest Saskii. To, co robi jest bezsprzecznie niemoralne, jednak poznając jej historie, odczuwa się jedynie ogromne współczucie dla tej kobiety, która została porzucona miesiąc po śmierci ukochanej matki, której wyrwano z ramion chłopca, którego traktowała jak syna i którą wyrzucono z domu, którego doglądała przez ostatnie lata. W całej tej historii to właśnie Patrick jawił się jako potwór, który nagle, bez ostrzeżenia, zburzył cale życie kobiety, nie interesując się nawet jak wpłynie to na jej psychikę.

   Czytając „A teraz śpij” ma się nie mały problem, próbując ocenić kto tak naprawdę w całej tej historii jest winny - zimny Patrick czy udręczona stalkerka. Każdy może chcieć na nowo ułożyć sobie życie i odejść – to jasne, w końcu jesteśmy wolnymi ludźmi i niekiedy lepiej zerwać plaster szybkim ruchem, żeby rana szybciej się zagoiła. Z drugiej jednak strony nasz bohater mógł postąpić inaczej, mógł dać możliwość Saskii widywania się z Jackiem, co na pewno zneutralizowałoby jej ból. 

   Liane Moriarty znałam już wcześniej z książki „Kilka dni z życia Alice”, która była również problematyczna pod względem „który bohater jest tak naprawdę zły?”. Ta australijska pisarka ma niezwykły dar nakładania na siebie czerni i bieli, pokazując, że istnieją jedynie szarości, że nic nie jest ani dobre ani złe i nie można tak naprawdę stwierdzić, kto jest czarownicą a kto pokrzywdzoną księżniczką i że aby zrozumieć całą sytuację, to trzeba poznać nie wersję obu stron, ale i wersję osób pobocznych.

   Książka jest napisana prostym, przejrzystym stylem i miło się ją czyta. Widać, że autorka przed zabraniem się do pisania zebrała multum informacji na temat hipnoterapii i zgrabnie wplotła je w fabułę. Stworzyła kilkanaście postaci, z których każda czymś się wyróżnia; zaczynając od matki Ellen, Ann, która jest niezwykle szykowną i nowoczesną starszą panią, na zabawnym i uroczym bracie Patricka kończąc.   

   Podsumowując, "A teraz śpij" jest świetnie napisaną historią stalkerki, która doskonale wie, że źle postępuje, ale nie może przestać być częścią życia swoich dawnych ukochanych mężczyzn. To także opowieść o tym, jak w tej sytuacji trudno jest rozwijać się nowemu związkowi, wiedząc, że stara miłość ciągle depcze po piętach zakochanym. 
   To przestroga dla wszystkich tych, którzy kochają i są kochani. Bo niekiedy najpiękniejsza baśń może zamienić się w koszmar a ukochana osoba może nagle stać się prześladowcą. 

27 lip 2015

"Cudowna dziewczyna" Andrew Roe i trzy ważne informacje.


    Niewątpliwie dzieci są cudem. Kiedy się rodzą, do rąk rodziców wkładany jest cały ich przyszły świat, zamknięty w tym małym ciałku. Świat, o którego będą musieli się troszczyć, który przysporzy im wiele trosk, ale i masę szczęścia i radości. Chwil niezmąconej niczym idealnej harmonii, gdy będą patrzyli na swoje śpiące małe cudo.
Chyba że dziecko nigdy się nie budzi.

   Ośmioletnia Anabelle od roku istnieje w zawieszeniu pomiędzy życiem a śmiercią. Podczas podróży samochodem ze swoim ojcem uległa wypadkowi, którego skutkiem jest mutyzm akinetyczny - "stan, w którym chory jest przytomny, potrafi otwierać oczy, zachowuje zdolność wodzenia oczami i fiksacji wzroku, lecz nie jest w stanie nawiązać kontaktu z otoczeniem ani wykonywać ruchów dowolnych."

   Matka dziewczynki, Karen, zdecydowała, że nie chce oddawać swojej jedynej córki do żadnego specjalistycznego ośrodka i razem z całą potrzebną aparaturą i sprzętem zabrała ją do domu, gdzie cierpliwie pielęgnowała ją dzień po dniu. Pomagali jej w tym przyjaciele, w tym Meredith Stroman, u której badania wykazały początku białaczki. Po wizycie w pokoju Anabelle i modlitwie, wyniki Mer uległy drastycznej poprawie i kobieta ozdrowiała, tym samym dając świadectwo, że ta mała dziewczynka jest być może cudem nie tylko dla swojej matki, ale dla wszystkich, którzy potrzebują pomocy.

"Nauczyła się, że jeśli człowiek wierzy wystarczająco mocno, z czasem staje się wolny - od normalnie niejasnych, skłębionych myśli, w których gubi się jego ja." 

   Od tamtej chwili pod domem Karen ustawiają się tłumy, a każdy chory pragnie dotknąć dziewczynki i poczuć cud na własnej skórze. Całkowicie oderwany jest od tego ojciec Anabelle, John, który kilka miesięcy po wypadku odszedł od swojej rodziny, nie mogąc znieść niemych wyrzutów żony i widoku sparaliżowanej córeczki. Postanowił wieść życie mnicha i ograniczać się do suchego egzystencjonowania, wolnego od uciech codzienności, katując się tym samym za to, że nie potrafił przyjąć na siebie uderzenia drugiego samochodu i że to nie on leży podłączony do respiratora.

    Kiedy sięgałam po „Cudowną dziewczynę” spodziewałam się książki napisanej w stylu Jodi Picoult czy Diane Chamberlain, opowieści o niezwyklej sile miłości i o ludzkim uporze do życia. Zamiast tego dostałam powieść, która jest dla mnie miksem stylu Picoult i Coelho; Andrew Roe snuje filozoficzne dywagacje podobnie jak Paulo, ale potrafi też, tak jak Jodi, oddziaływać niesamowicie na ludzkie emocje.
   Książka ta nie jest w żadnym stopniu reklamą tego, że wiara wszystko zmieni; jest raczej studium przypadków, które pragną wierzyć i tych, którzy nie mają na tyle odwagi, by przyznać, ze nie wierzą. Bohaterowie „Cudownej dziewczynki” to zwykli ludzie – lekarze, sceptycy, pacjenci i księża – którzy stają twarzą w twarz z zjawiskiem cudu i sami muszą zweryfikować, czy chcą w niego wierzyć.

"Cuda nie przeczą naturze, a jedynie temu, co o niej wiemy." 

   Bez wątpienia jest to trudna książka, której trzeba poświęcić wiele energii i zaangażowania. W zamian za to Andrew Roe uraczy nas piękną historią okraszoną rozważaniami nad sensem tego wszystkiego, co spotykamy z życiu. Nad znaczeniem tego, jak dzisiejszy poranek może wpłynąć na pewne zdarzenie, które przeżyjemy za kilka lat; nad mocą wybaczania i nad tym jak silna potrafi być miłość matki.


Za egzemplarz książki dziękuję portalowi



Ogłoszenia blogowe, bo komu mam się chwalić jak nie wam? 
1. Wygrałam akcję #prawdziweobliczaraju i będę miała możliwość przeprowadzenia wywiadu z panią Tanyą Valko z czego jestem niezmiernie dumna. I lekko się boję jak podołam temu zadaniu.


2. Oficjalnie mogę już was poinformować, że zostałam jurorem w konkursie na polską powieść obyczajową. Jeśli ktoś z was chciałby spróbować swoich sił w tworzeniu polskiej literatury to odsyłam was do tej strony - KLIK


3. Trzecia, ale nie mniej ważna informacja - rozpoczęłam trzy nowe współprace - 


   Koniec chwalipięctwa, idę pracować dalej na sukces. A wam życzę miłego i pogodnego dnia. 

5 lip 2015

"Miłość na Bali" Tanya Valko

   Bali zawsze kojarzyło mi się z egzotycznymi wakacjami pełnymi słońca i krystalicznie czystej wody. Omamiona internetowymi zdjęciami i ułudnymi obietnicami z biur podróży wybrałam sobie tą wyspę na miejsce moich wakacji idealnych.

   Teraz trafiłam na książkę "Miłości na Bali", napisaną przez wspaniałą kobietę, Polkę, która na co dzień mieszka w krajach arabskich i w swoich książkach opisuje coś więcej niż tylko zalety i superlatywy krajów tam położonych.

   Mimo, że "Miłość na Bali" jest drugą częścią Azjatyckiej sagi, to można ją czytać jako książkę całkowicie osobną - autorka pokrótce wyjaśnia wszystkie przeszłe zdarzenia, które w jakikolwiek sposób wpływają na fabułę tej powieści. Głównymi bohaterkami są Dorota i jej córka Maria; Polki, które większość życia, podobnie jak autorka, spędziły w egzotycznych krajach i które tam układały, nie zawsze pomyślnie, swoje życia.

   Ciężko mówić jest o fabule, ponieważ opisane jest tam codzienne życie naszych bohaterek i ich znajomych na rajskiej wyspie; życie, które drastycznie różni się od tego, co możemy zobaczyć w folderach z biur podróży. Pokazane są trudności jakie ma każdy, kto tam zachoruje; że żeby dostać się na oddział i mieć zrobione podstawowe badania trzeba tam zapłacić i to nie małe pieniądze. Aż nasza służba zdrowia wydaje się idealna przy tym, co tam się dzieje. Ale jeśli ktoś ma pieniądze - ach! - to traktowany jest jak król, i to nie tylko w szpitalach, ale we wszystkich dziedzinach życia. Pieniądze w tamtej części świata otwierają wszystkie drzwi i wszystko - nawet gwałt - uchodzi płazem.

   A jeśli o gwałtach już mowa, to autorka w drastyczny i brutalny sposób przedstawiła na przykładzie Adindy, ekskluzywnej prostytutki, która nagle dowiaduje się, że w swoim kraju nie może być niczego pewna - nawet tego, że nie zacznie nagle być traktowana jak najtańsze ulicznice i na nic zda się jej uroda i bogactwo.

   Dorota, nasza główna bohaterka, zdecydowanie nie jest pozytywną bohaterką; jest na tyle ludzka, na tyle nieidealna, że trudno jest polubić ją od pierwszych stron. Jednak irracjonalnie, mimo wszystkich jej wad ciężko byłoby mi po lekturze tej książki jednoznacznie stwierdzić, że Dorota nie jest dobrym człowiekiem; jest przede wszystkim bardzo pogubioną osobą, która w dodatku źle lokuje swoje uczucia, ale mimo wszystkich swoich nieszczęść odważnie brnie do przodu i z podniesioną głową wita każdy dzień.

Bali
   Ogólnie żadna z występujących tam postaci nie daje się polubić od samego początku i to jest cudowne! Tak bardzo przypominają zwykłych ludzi, tak daleko odchodzą od literackich ideałów, że "Miłość na Bali" aż tchnie powiewem rzeczywistości i autentyczności.

   Autorka ma dar pisania lekkim językiem; przez ponad 650 stron snuje opowieść o nieidealnych ludziach żyjących w pozornie idealnym miejscu, i tej opowieści chce się słuchać i słuchać bez końca i chłonąć je całym sobą.  Atmosfera tamtego miejsca zawładnęła mną do końca, czułam powiew bryzy znad Oceanu, zapach mie goreng - zasmażanego specjalnego makaronu z kurczakiem, rybą czy też owocami morza lub warzywami - czułam tłok tam panujący i te ulotne chwile, kiedy człowiek ma czas, żeby przystanąć i nacieszyć się pięknem, które go otacza.

   Tanya Valko stworzyła cudowną powieść, która pozwala czytelnikowi samemu ocenić czy Bali jest oblubienicą bogów czy krainą demonów, jak napisała we wstępnie sama autorka. Ja po lekturze książki mogę stwierdzić, że Bali to wyspa zamieszkała przez demony, które czasami chcą być dobre i dają ludziom chwilę oddechu od codziennych nieszczęść. Zazwyczaj jednak plączą ludzkie losy a potem złośliwie chichocząc patrzą jak śmiertelnicy próbują wybrnąć z bagna i znowu być przez chwilę szczęśliwymi. Do następnego razu.

   Za książkę serdecznie dziękuję wydawnictwu 


Jeśli chcecie wygrać tą książkę, to przypominam o konkursie - "Miłość na Bali"

22 kwi 2015

"Urlop nad morzem" - takie wakacje tylko w Polsce

   Wspominałam już kiedyś, że większość polskich książek ma to do siebie, że ich bohaterki są nauczycielkami bądź dziennikarkami a fabuła zazwyczaj dotyczy ich miłosnych perypetii (co nie oznacza, że nie lubię ich czytać i nie będę ich broniła własną bujną piersią). Ostatnio w bibliotece, w dziale z nowościami wygrzebałam książkę Agnieszki Pietrzyk, która się z tego polskiego kanonu literatury kobiecej bardzo ładnie wybija.
   Beata i Marcin są małżeństwem od niedawna i nie stać ich na zagraniczne wakacje, dlatego postanawiają skorzystać z zaproszenia przyjaciółki Beaty (i byłej dziewczyny Marcina zarazem, ale to już osobna historia), Kaśki, która proponuje im pobyt w niedawno kupionym domku nad morzem. Mimo, że listopadowa pogoda nie sprzyja, małżonkowie wyjeżdżają do niewielkiego miasteczka o mało urokliwej nazwie Sztutów.
   Beata jest typową kobietą i już pierwszego dnia, zamiast nałożyć maseczkę na twarz i się relaksować, zaczyna myszkować po starym domu. Na strychu odnajduje list datowany na 1959 roku, w którym dziewięcioletni Staś pisał o tym, że ojczym zabił jego mamę a teraz ją zakupuje, podczas gdy on ukrywa się na strychu, ale wie, że czeka go niechybna śmierć.
   Od tamtego momentu rozpoczyna się amatorskie śledztwo Beaty, któremu wprawdzie daleko jest do metod Herkulera Poirota, ale ma swój specyficzny urok. Jej mąż to istne wcielenie Hastingsa (kto czytuje Poirota, ten wie) - wierzy w każde rozwiązanie, na które się napatoczą i nie rozumie swojej małżonki, która chce grzebać w tej tajemniczej historii jeszcze głębiej i głębiej. A rozwiązanie zagadki nie jest proste; szkielet odnaleziony w piwnicy domu wcale nie należy do kobiety ani tym bardziej do dziecka - kto więc kogo zamordował i dlaczego tak trudno jest odnaleźć Stasia z listów?

   Jedyne co mnie zastanowiło podczas czytania to fakt, że bohaterowi nie przeżywali zbytnio tego, że w domu, w którym śpią, najspokojniej leży sobie ludzki szkielet. Cóż, może jestem zbyt wrażliwa i nie lubię towarzystwa ludzkich szczątków a dla innych to normalność? Irytował mnie jeszcze fakt, że policja i Beata ciągle używali wobec szczątków słowa "kościotrupek" - no dobra, co do policjantów, to jeszcze bym to zrozumiała (nie obrażając władzy, oczywiście), ale dlaczego Beata, która tak przejęła się losem małego Stasia i przeżywała to przez cały pierwszy rozdział mówiła potem o domniemanej matce chłopca "kościotrupek"?  (Okey, wrażliwość przeze mnie przemawia, nie zwracajcie uwagi.)

   Oprócz tych dwóch szczegółów, nie mam do czego się przyczepić. "Urlop nad morzem" to połączenie książki obyczajowej i kryminału; jest i ironia, i groza i groteska a całość czyta się naprawdę przyjemnie i z ciekawością. Książkę pochłonęłam w kilka godzin, co nie zdarzyło mi się od bardzo dawna i to jej najlepsza rekomendacja. Daje też nadzieję, że kolejne wakacje nad polskim Bałtykiem nie będą nudne i monotonne i że wywieziemy z nich więcej niż puste portfele i oparzenia słoneczne... na przykład historię o szkielecie w naszym pensjonacie. Idealna historia do opowiadania na imprezie bądź na niedzielnym obiedzie z przewrażliwioną wujenką, która będzie dramatycznie mdlała nad naszym nieszczęściem do znajdywania noclegów.

   I zanim kupicie stary dom sprawdźcie piwnicę. Nigdy nie wiadomo kto jest tam pochowany.

(i powiało grozą)

* tekst pisany bez obecności napojów wyskokowych, wbrew pozorom. 

15 mar 2015

"Już czas" Jodi Picoult - moja książka roku

"Jeśli myślisz o kimś, kogo kochałeś i straciłeś, to jakbyś z nim był.
Reszta to szczegóły."

   „Już czas” to książka mojej ukochanej autorki, wydana w tamtym roku. Jednak czytam ją dopiero teraz, bo wystraszyłam się kilku negatywnych recenzji na jej temat; że to już nie ta Jodi, że czegoś w tej książce brakowało. I wiecie co? To faktycznie już nie ta Jodi – to Jodi na wyższym poziomie. 

   Jenna ma trzynaście lat i na własną rękę postanawia odnaleźć swoją matkę, która zaginęła tuż po tym, jak w rezerwacie dla słoni, prowadzonej przez ojca Jenny, została stratowana jedna z pracownic. Nastolatka szuka pomocy u byłego detektywa, który zajmował się tą sprawą i u upadłej jasnowidzącej, która utraciła swój dar. Rozważają wiele scenariuszy wypadków tamtej nocy a każde z nich liczy na coś innego; Jenna na odzyskanie matki, detektyw Virgil na zamknięcie sprawy, która pchnęła go na dno a wróżka Serenity chce po prostu podarować dziewczynce trochę ulgi. Razem odkrywają historię, która wygląda zgoła inaczej niż wydawało się im wszystkim. W międzyczasie stają się nie tylko towarzyszami podróży, ale i przyjaciółmi uginającymi się pod trudną i bolesną prawdą. 

„Słonie potrafią bezbłędnie określić kto im sprzyja, a kto wręcz przeciwnie. Tymczasem my, ludzie, nadal włóczymy się po nocach w ciemnych zaułkach, dajemy się nabierać na piramidy finansowe i pozwalamy wciskać sobie kit w komisie samochodowym.”

   Ostatnimi laty Jodi Picoult oddaje niezwykły pokłon w stronę zwierząt i wplata je w swoje książki. Pozwala nam je bliżej poznać i to dzięki niej wiem dlatego wieloryby śpiewają pieśni swoich matek, wilki wspólnie wychowują swoje młode a słonie odczuwają żałobę. 

   Picoult często w swoich książkach porusza tematy kontrowersyjne; w "Już czas" pojawia się coś, o czym pisała już w poprzednich częściach - ludzka dusza, życie pośmiertne, jasnowidzenie i czary. Trzeba przyznać, że jest ona niezwykle konsekwentna w tym temacie i odnoszę wrażenie, że szczerze wierzy w to, co kreuje w książkach. A mianowicie to, że każda dusza podlega reinkarnacji; istnieje by tylko na chwilę znaleźć się w ludzkim wcieleniu i w nim istnieć a następnie ruszyć dalej. Nie istnieje coś takiego jak niebo - po prostu wędrujemy dalej, rzadko spotykając kogoś z poszczególnych żyć. Czy wobec tego tak naprawdę wszyscy jesteśmy skazani na samotność? 

„Do tego tak naprawdę sprowadza się ludzki żywot. Same powtórki, szanse, aby wszystko naprawić. Albo przeżyć na nowo.”

   Nie wiem czy to prawda, że nasze dusze ciągle wędrują. Jeśli jednak tak jest, to dusza Jodi z pewnością wiele przeszła a teraz opisuje to wszystko w swoich książkach dając nam namiastkę żyć, których nie znamy z rzeczywistości. Pięknych żyć, pomimo wszystkich kłód rzucanych bohaterom pod nogi.
 
   Gdybym miała opisać książki Jodi jednym słowem to powiedziałabym, że są one delikatne. Czytając je, "słyszę" nad uchem miły głos opowiadający mi niezwykłą historię; głos aksamitny, przytulny, który mnie uspokaja i otula swoim ciepłem.
   Zauważyłam w jej książkach jeszcze jedno - zawsze stawia matki na piedestale, zaznacza, że bycie nią jest największym przywilejem od natury, chociaż często los rozdziela te dwie osoby, które są sobie na świecie najbliższe - matkę i jej dziecko. Uczucia macierzyńskie to nie tylko domena homo sapiens. Słonce grzebią swoje młode i odczuwają żal po ich śmierci; wilczyce gotowe są odłączyć się od stada, by pozostać przy swoim potomstwie. Naukowcy od lat badają DNA nasze i innych gatunków, próbując określić ile mamy z nimi wspólnych genów i jak bardzo się różnimy na poziomie biologicznym. Mówcie co chcecie, ale żadne wyniki DNA nie przekonają mnie, że ludzka matka bardziej kocha swoje dziecko niż słonica czy lwica. Uczucie do potomstwa wpisane jest duszę każdego gatunku.

„Podobnie było w Botswanie, gdzie zobaczyłam jak przewodniczka stada natyka się na lwicę leżącą obok ścieżki dla słoni, pośrodku której bawiły się jej młode. Zwykle na widok lwa słoń atakuje, gdyż postrzega to zwierzę jako zagrożenie, lecz tym razem przewodniczka odczekała cierpliwie, aż lwica oddali się wraz z potomstwem. Fakt, lwiątka nie były groźne, choć miało się to zmienić w przyszłości. Lecz chwilowo były tylko czyimiś dziećmi.”

   Nie potrafię napisać złego słowa o Jodi. Dla mnie to kwintesencja definicji wspaniałego pisarstwa. Zazdroszczę jej talentu, umiejętności dobierania słów i tworzenia z nich historii, które zapierają mi dech w piersi i zachwycają za każdym razem.
  Jeśli wierzycie w mój czytelniczy osąd, to sięgnijcie po jakąkolwiek książkę Jodi Picoult - jestem prawie pewna, że pokochacie ją równie mocno jak ja. 



19 sty 2015

Ogarnęło mnie przerażenie.



Od opowiadań stroniłam kilka lat. Nie podobała mi się koncepcja kilkustronicowej historii, która była zbyt krótka, żebym zdążyła przyzwyczaić się do bohaterów i miała w sobie zbyt mało akcji, by mnie zainteresować.
Zdanie zmieniłam kilka dni temu za sprawą Jeffrey'a Deaver'a, amerykańskiego pisarza thrillerów, który postanowił wydać zbiór opowiadań tak wspaniałych i przerażających, że mrożą krew w żyłach. Oczywiście, jak to w moim życiu bywa, książka trafiła do mojego domu przez niedopatrzenie; śpiesząc się w bibliotece sięgnęłam po nią z powodu ciekawej okładki (cóż, wąż na drucie nie jest często spotykany w naturze) i nie czytając opisu z tyłu wzięłam ją ze stosikiem innych książek (w tym serię książek Nory Roberts o czterech przyjaciółkach, które zajmują się organizowaniem ślubów. Całkiem pocieszne pozycje, pełne kwiatów, wypieków i miłości. Kto chce recenzję ręka do góry!)
Wracając do książki. Sam autor we wstępie (warto je czytać, bo zazwyczaj są ciekawe) wyznał, że ostatnio opowiadania pisał w szkole średniej jako pucołowaty, niezdarny chłopak i zwykle dotyczyły one pucołowatych, niezdarnych chłopców, którzy ratowali z różnorakich katastrof piękne cheerleaderki. Z niewiadomych powodów tamte opowiadania nie zdobyły zasłużonej chwały a Jeffrey z biegiem lat dopracował swój pisarski warsztat i zaczął wydawać takie bestsellery jak „Kolekcjoner kości” czy „Śpiąca laleczka”.
Za namową kolegi po fachu zdecydował się wydać antologię opowiadań, ponieważ, jak sam pisze:


Opowiadanie przypomina pocisk wystrzelony przez snajpera. Szybki i porażający. W opowiadaniu mogę uczynić zło z dobra, ze zła jeszcze większe zło, a największą przyjemność sprawia mi sytuacja, gdy coś naprawdę dobrego okazuje się naprawdę złe.”

„Spirale strachu” składają się z szesnastu genialnych historii. Nie są schematyczne i ciężko jest odgadnąć zakończenie każdego z nich (mi się to nie udało ani razu, niestety. Jaki będzie ze mnie prawnik?). Czternaście na te szesnaście razy kończyłam lekturę zbierając szczękę z podłogi, bo nie byłam przygotowana na taki obrót sprawy. Bo kto by pomyślał, że zrozpaczona po utracie męża kobieta, która umawia się na randkę, nie ma zamiaru spędzić miło wieczoru, ale zacząć niebezpieczną grę w której stawką jest ludzkie życie?

Jeffrey Deaver dał mi to, czego potrzebowałam; intrygi, zaskoczenia, zdziwienia, przerażenia, mrocznej strony ludzkiego oblicza. Nie spodziewałam się, że krótkie opowiadanie może wywołać ciarki u czytelnika i chociaż doskonale znam najkrótszą straszną historię:

to i tak wygrywają te napisane przez Deaver'a a to dlatego, że ani razu zło, w jego opowiadaniach, nie pochodziło od jakiegoś nadprzyrodzonego stwora. Bohaterami są tylko i wyłącznie ludzie, co czyni "Spirale strachu" jeszcze mroczniejszymi, bo co innego bać się wymyślonego wilkołaka a co innego trząść się w strachu przed własnym sąsiadem, który wygląda na miłego, kochającego wędkarstwo poczciwego pana (kurczę, ja faktycznie mam takiego sąsiada...)

Fanów „Kolekcjonera kości” uszczęśliwi na pewno fakt, że w jednej z historii mamy możliwość spotkać Amelię Sachs i Lincolna Rhymesa. W innym znowu spotykamy samego wielkiego Szekspira i razem z nim przenosimy się na kilka stron do średniowiecznego Londynu, by i tam przeżyć niemały szok.
Tak, to ten miły pan stworzył te przerażające opowiadania.
Jeśli miałabym opisać tą książkę jednym zdaniem to posłużyłabym się słowami samego autora
„czytajcie... i pamiętajcie, że nie wszystko jest takie, jakie się nam wydaje.”