8 sty 2016

Odpowiadam szczerze, jak na spowiedzi!


Nie wiedziałam jakie zdjęcie wstawić do tej notki, więc - oto Pyza. Najsłodszy pies świata ze śliną na języku. I nie rozumiem dlaczego niektórzy się jej boją!
Odpowiadam dzisiaj na Wasze pytania; a że trochę ich było, to dzisiaj część pierwsza.
Jak zawsze nie bierzcie tych odpowiedzi zbyt poważnie, bo są ironiczne i złośliwe - jak ja.

1. Co sprawia, że jesteś szczęśliwa?
Pierwsze pytanie i od razu takie trudne... hm, życie chyba. To, że mam co jeść, że mój cellulit nie ma grubości podobnej jak skóra słonia (no, może małego słoniątka), to, że mam z kim dzielić się ważnymi i nieważnymi informacjami z mojego życia. To, że mam osoby, które są jakby połączone ze mną elastyczną linią – mimo że niekiedy oddalają się na kilka miesięcy, to zawsze gdy są potrzebne wracają.
Oh, no i mój narzeczony i moja Tosia, która sobie uroiła teraz, że będzie miała małe psy (nie będzie miała) i to, że mogę wam pisać te głupoty a wy je czytacie i nawet komentujecie.

2. Jak chciałabyś żeby wyglądał wasz ślub? 
Ha! To ja teraz się rozpiszę a wy możecie przejść w spokoju do kolejnego pytania.
Chciałabym, żeby była piękna pogoda, ale żeby makijaż nie spływał mi po twarzy (czyli optymalnie gdzieś tak 27 stopni); żeby czuć było lato (ale nie pot gości), żeby słychać było jak śpiewają ptaki (ale żeby nade mną nie latały, bo znając moje szczęście, to pewna substancja wylądowałaby na mnie.)
Chciałabym, żeby ludzie się dobrze bawili, żeby jedzenie im smakowało, żeby wódka była schłodzona, żeby – już wtedy mąż – z dumą mnie przeniósł przez próg, żeby zespół grał rewelacyjnie, fotograf robił piękne zdjęcia i żeby zabawa trwała do samego rana. 

Ale tak w sumie... najbardziej to bym chciała chyba jednej rzeczy. Zobaczyć dumę i szczęście w oczach narzeczonego jak wejdę do Kościoła; i żeby tą chwilę zapamiętać. I żeby był szczęśliwy
 (zna kto maila do zespołu Black Sabbath albo Trivium? Posikałby się ze szczęścia!)

3. Co dla Ciebie jest w życiu najważniejsze?
Rodzina, chociaż nie do końca ta genetyczna; ta, którą stworzę i ta, która „wytworzyła” się przez lata przyjaźni z niektórymi osobami.
Oh, no i pieniądze, żeby nie było zbyt podniośle.

4. Jakie są Twoje największe marzenia?
Ale z tych przyziemnych czy z tych górnolotnych?
Bo z przyziemnych, to chciałabym znaleźć dobrą pracę, w której się nie narobię, ale dużo zarobię; chciałabym być świetną żoną (i nawet skarpetki mogę mu prać, ot co!), mieć dzieci (córeczkę, żeby móc ją stroić i pleść jej warkoczyki!), labradora (nazywałby się Karmel), jamnika szorstkowłosego (Luffi), śliczny domek, piękny ogród (dzieci z psami muszą mieć gdzie biegać). I chciałabym dożyć emerytury, żeby móc z mężem siedzieć na tarasie, popijać herbatkę z cytryną i nie robić nic.
 Po prostu być.

5. Co lubisz robić w wolnych chwilach?
U mnie to jest problematyczne, bo jak mam wolną chwilę to od razu coś sobie muszę wymyślić do roboty, bo mnie szlag trafia. A jak mam robotę to narzekam, że nie mam nigdy dla siebie wolnej chwili.
Tak więc, odpowiadając na pytanie – nie umiem lubić wolnych chwil.

6. Czy jesteś zadowolona z tego kim jesteś? 
Czyli wredną choleryczką, która zmienia zdanie co pięć minut? Tak. Bo gdybym nie była sobą, to nie wiem czy byłabym kimś równie fajnym i czy wtedy byście mnie kochali.
I ciągle wierzę, że kiedyś Bill Gates odkryje tego bloga, zakocha się w moim pisaniu i założy wydawnictwo tylko po to, żebym mogła wydać książkę.
(Ta chuda szkapa na zdjęciu to ja.)

7. Kim chciałaś zostać będąc dzieckiem?
Weterynarzem.

8. Jesteś od czegoś uzależniona?
Od powietrza, zdecydowanie. Nie potrafię się bez niego obejść dłużej niż 30 sekund. Ćpun.

9. Za czym tęsknisz?
Za wygraną w totka bądź spadkiem od nieznanej ciotki z Ameryki.
 A tak na poważnie.... chyba za niczym. Dzieciństwo spędziłam jeżdżąc po lekarzach i szpitalach, więc specjalnie za nim nie tęsknie; młodość to z kolei było słuchanie „Farby” i narzekanie z koleżankami, że mamy pryszcze – to też dość słabo.
Teraz chyba jest ten czas, w którym lubię swoje życie najbardziej.

10. Wyobraź sobie, że wygrywasz 100 tys i możesz za to kupić tylko jedną rzecz, która zaczyna się na tę samą literę co twoje imię. Co to?
A.... A.... A.... Dlaczego mama nie nazwała mnie Ofelia? Bym kupiła obligacje bankowe!
Apartament nie, bo wolałabym mieszkać w domu. Autobus?- eee, nie potrzebuję, ja nawet auta prowadzić nie umiem. Akademik – za dużo użerania się ze studentami. Alpaka – jedna to jeszcze by przeszła, ale za sto tysięcy to musiałabym kupić Alpak Stado. Wiem! Kupiłabym Artystę! I on by tworzył i na mnie zarabiał. 


7 sty 2016

Książka niełatwa a potrzebna "Złamane pióro" Małgorzata Borochowska



    Każdy kto kocha książki, lubi czasami przeczytać powieść, która będzie wyróżniała się czymś niezwykłym. Każdy z nas potrzebuje niekiedy istnej „uczty dla duszy” i taką książką jest „Złamane pióro” Małgorzaty Borochowskiej.

   Fabuła z pozoru jest dość banalna; 25-letnia Emily, zraniona przez życie i przez bliskich postanawia przeprowadzić się na wieś, do starego domu swoich dziadków, który położony jest w malowniczym zakątku, rodem z malarskich pejzaży czy też ze snów. Tam spotyka nowych sąsiadów a wśród nich czarnoskórego Jacoba, z którym zaczyna łączyć ją szczególna, tajemnicza więź, silniejsza niż przyjaźń, lecz również silniejsza niż miłość. Niektórzy nazwaliby to duchowym połączeniem, spotkaniem się przyjaciół po kilku stuleciach tułaczki w różnych ciałach i w różnych wcieleniach. Jeszcze inni powiedzieliby, że takie porozumienie spotyka kogoś, kto kiedyś był jednym i teraz na nowo spotyka się ze samym sobą.

    Długie, godzinne rozmowy między Emily i Jacobem to właśnie to, co tą książkę najbardziej wyróżnia na tle innych; one nie są banalne, nie dotyczą najnowszego odcinka „Zbuntowanego anioła” ani wyższości schabu nad drobiem; ich rozmowy poruszają tematy tak trudne i tak ciężkie, że podczas ich czytania umysł pracuje na najwyższych obrotach. Ich podglądy są na tyle różnorakie, by czytelnik mógł sam się do nich odnieść, by mógł się z nimi zgodzić bądź im zaprzeczyć.
Mało jest powieści, które wręcz zmuszają do myślenia - „Złamane pióro” bezsprzecznie jest w pierwszej dziesiątce tych, które robią to najbardziej spektakularnie.

"Każdy człowiek potrzebuje marzeń i buntu. Tylko marzyciele i buntownicy popychają świat do przodu. Tylko z marzeń i buntu rodzą się wielkie rzeczy..."

    Inną, równie ważną charakterystyczną cechą tej książki jest „powieść w powieści”. Autorka na kartach przedstawia historię pisaną również przez Emily a więc autorka stworzyła postać, która również jest autorką. I niby z pozoru wydaje się to łatwe i banalne, lecz w gruncie rzeczy trudno jest pisać o dwóch fabułach jednocześnie i zachować między nimi zasadny i potrzebny odstęp, by wyróżniały się one między sobą i by dwojako zachwycały czytelnika. Pani Małgorzacie zabieg ten się udał.

   Żeby nie było zbyt kolorowo, powieść ma i swoje wady a szczerze mówiąc jedną, za to taką, która niebotycznie mnie irytowała. Główna bohaterka miała w zwyczaju wypowiadać słowa bliskoznaczne w jednym zdaniu, tak, by je zaakcentować i podkreślić:
„Odpowiedziałam trochę przestraszona swoją półprawdą, mitomanią, bigoterią i dezorientacją.”
„Dobre, nieposzlakowane, idealne, wymarzone, prawidłowe i celujące miejsce.”

"To tylko słowa ułożone w zdania albo rzeźby wykute ze słów."

    Patrząc na tą niezwykłą „zdolność”Emily z punktu widzenia trudności dla pisarki, to jestem pod wrażeniem, że pani Borochowska znajdowała tyle słownych odpowiedników dla przymiotników i czasowników, tudzież innych części mowy; jednak jeśli mam oceniać to pod kątem mojej przyjemności czytania, to niestety raziło mnie to bardzo i nudziło. W efekcie miałam niekiedy ochotę „przeskakiwać” kwestie mówione przez Emily, by nie zostać znowu zaatakowaną zbyt dużą dawką słów bliskoznacznych (co było praktycznie niewykonalne, jako że ona była narratorką.)

    Na pochwałę zasługują niebanalne sylwetki bohaterów; nie są to „standardowe” postacie, mają pewną dozę niecodzienności a co najważniejsze – posiadają wady, co powoduje, że są bardziej bliskie czytelnikowi, niż niejedna kreacja z filmów czy bestsellerów.
Usłyszałam kiedyś, że najbardziej denerwują nas tacy bohaterzy, filmowi czy też książkowi, którzy przypominają najbardziej nas samych. Emily niejednokrotnie doprowadzała mnie do furii, ale być może dlatego, że w gruncie rzeczy jest taka podobna do mnie, chociaż na co dzień tego nie widać; w razie problemów ucieka w świat słów i liter i tam stara się skorygować to, co złe i smutne. Prostuje rzeczywistość przenosząc ją w fikcję. Trochę jak ja.

    Zdecydowanie nie jest to książka odpowiednia na zrelaksowanie się po ciężkim dniu. „Złamane pióro” męczy mózg, fałduje go i powoduje, że neurony mają co robić. Ale to jest jak najbardziej w porządku, bo w dzisiejszej dobie „łatwości” wszystkiego warto postawić na książki trudne i nieschematyczne. Ot, tak, dla siebie. I dla swojej duszy.

"Wybacz sobie i innym. Jesteś wystarczająco doskonała."

5 sty 2016

Jak poprawić sobie humor, czyli niezawodne rady Agaty.

   Podły nastrój dopada każdego z nas; kiedy dopada mnie to jestem wredniejsza niż ustawa przewiduje i ogólnie wyglądam jakby rosomak zeżarłby mi całą rodzinę, łącznie z moim nieistniejącym rodzeństwem.
    Dlatego też przychodzę wam dzisiaj z pomocą i doradzę jak poprawić sobie nastrój! Zaczynamy!

Opcja „na bogato” - kup truskawki, zjedz truskawki i popij je szampanem. Po takim ekskluzywnym posiłku poczujesz się niczym Donald Trump a wątpię, żeby Trump miewał gorszy humor; miliardy na koncie powodują, że w jego organizmie ciągle wytwarzają się nowe pokłady endorfin. Nie martw się – truskawki mogą być mrożone a szampan za 5 złotych – chodzi o symbol, a Twoje endorfiny nie rozróżnią walorów smakowych i tak.

Opcja na gwiazdę rocka – włącz muzykę, rozbierz się do majtek (inaczej to nie działa), weź szczotkę w dłoń i szalej! Śpiewaj, rzucaj się niczym paralityk, wyj, podpal swoją metaforyczną gitarę (jednak dla bezpieczeństwa podpal ją tylko w myślach), rób salta, fikołki, wyj i krzycz do tłumu swoich fanów. Wyżyj się na szczotce i na swoich strunach głosowych. 
Tak dla ostrzeżenia – lepiej, żeby wtedy nie było w domu innych osób, gdyż mogliby opacznie zrozumieć twoje zachowanie i zadzwonić po pogotowie.

Opcja sportowa – odpal youtuba, włącz najcięższe ćwiczenia autorstwa Ewy Ch. Lub Anny L. (stracone kilogramy je poszukują listem gończym, stąd te skróty). Ale koniecznie muszą to być jak najcięższe z ćwiczeń i jak najdłuższe. Po czym rozsiądź się wygodnie z czekoladą w ręku, patrz jak ćwiczą i pomyśl, że ty nie musisz, bo i tak jesteś piękna i szczupła.

Opcja balonowa – ładnie się ubierz, umaluj, ułóż włosy, wyjdź w końcu z domu i skieruj się do najbliższego sklepu z balonami. Tam uśmiechnij się niczym gwiazda lat 20-stych i poproś grzecznie o dwieście sztuk balonów w najróżniejszych kolorach. Wróć do domu, nadmuchaj je wszystkie w swoim pokoju a kiedy skończysz już dmuchać wróć do opcji nr 2 i zacznij śpiewać i tańczyć – kolory pobudzą cię do działania i sprawią, że wszystko będzie bardziej radosne. 

Opcja zakupowa – czyli ta najbardziej znana; wystarczy tylko duża ilość gotówki, spore centrum handlowe i hulaj dusza. Niestety ta metoda po pewnym czasie (kiedy przychodzi rachunek z debetem) powoduje dalszy spadek nastroju, więc jej nie polecam. 

Opcja słoneczna – niestety działa tylko w lecie, bądź tylko w rejonach równikowych. Już sami naukowcy odkryli, że odpowiednia dawka promieni słonecznych pomaga w wytwarzaniu się endorfin a co za tym idzie – w poprawie nastroju.
W zimie pozostaje nam usiąść centralnie pod żarówką LED-ową i liczyć na to, że nasze endorfiny są lekko upośledzone i się na to nabiorą.

Opcja przyjacielska – kup alkohol i idź do przyjaciółki na ploteczki; o ile ona nie ma złego nastroju to pomoże ci odzyskać twój. Niestety, jeśli ona też jest w „dołku” to istnieje możliwość, że zaczniecie płakać i narzekać na chłopaków, facetów i mężczyzn. Następnie będziecie zarzekać się, że nigdy więcej nic wspólnego nie będziecie mieć z tymi ohydnymi gadami, po czym kolejnego dnia pobiegniecie przytulić się do swojego samca. Taka kolej rzeczy.

Opcja na zwierzaka – przytul zwierzaka! Psa, kota, chomika, kanarka, cokolwiek hodujesz ty bądź twoja mama, weź to i przytul, nawet jeśli zwierzak gardzi tobą bardziej niż zepsutym jedzeniem z puszki. Będzie lekko się wyrywał, ale zrzuć to na karb tego, że wije się ze szczęścia, że jest przytulony przez ciebie!
Jeśli nie masz w swoim pobliżu żadnego czworonoga pozostaje ci poszukać mrówki na trawniku i delikatnie ją utulić; trzeba tylko uważać, żeby mrówka przeżyła waszą integrację emocjonalną.

Opcja tradycjonalna – stary, dobry, tradycyjny sex. Nie muszę chyba tłumaczyć o co chodzi, bo wszyscy jesteśmy dorośli i czytaliśmy Grey'a, prawda?

Opcja reklamowa – jeśli macie zły humor, to wpadajcie do mnie; nie zawsze jest tu radośnie i cukierkowo, ale będziecie mieli świadomość, że nabijacie mi wejścia, co sprawia, że staję się szczęśliwsza. Wiecie, to taka pomoc bliźniemu i ponoć też dobrze działa na samopoczucie.

       A jakie są wasze sposoby na chandrę i zły humor? Może wy mi coś doradzicie.

Ah, zapomniałabym. Jest jeszcze jeden niezawodny sposób – planowanie ślubu. Na 99% nasz odbędzie się 1 lipca 2017 roku, więc już teraz zaczynam modlić się o piękną pogodę i świetną imprezę. 

4 sty 2016

"Układ" Janusz Koryl


    Książki wywołują w czytelniku różne uczucia; przygody trzydziestoletnich trzpiotek z nadwagą bawią, kryminały zaciekawiają, biografie znanych postaci interesują a książki fantasy pozwalają odpłynąć na chwilę do innej rzeczywistości.
    Powieść a raczej powiastka, bo książka ma ledwie ponad dwieście stron, którą przeczytałam wczorajszego wieczora mnie przeraziła; doszczętnie zmroziła mi krew w żyłach, tak, że teraz, kiedy to piszę, płynie sobie żółwim tempie i próbuje się rozmrozić.

    „Układ” to książka napisana przed mężczyznę, który mieszka niespełna 35 kilometrów ode mnie, w mieście, w którym studiuję. W sumie to dobrze, bo będę wiedziała kogo oskarżyć o dręczące mnie koszmary, gdy takowe się pojawią.
    Być może cała ta makabra wpłynęła na mnie tak bardzo, ponieważ znam osobiście większość z miejsc opisanych w „Układzie” - znam te ulice, znam ludzi którzy tam mieszkają. A to nadaje fikcji pewnej rzeczywistości....

    Miasto Rzeszów, województwo podkarpackie. Paweł Wolański i Tomasz Wieczorek to policjanci z miejskiego komisariatu, którzy zostali wezwani do samobójczego skoku z okna pewnego młodego chłopaka. Tragedia niebywała, ale jeden element był niepasującym puzzlem w całej układane – młody mężczyzna zostawił na ekranie monitora przyczepioną kartkę z tajemniczym napisem – Wj 21,24. Policjanci nie mieli pojęcia co to oznacza i w końcu zrzucili ten fakt na karb tajemnicy, której nigdy nie przyjdzie im odkryć.

   Jednak kilka dni później dostają kolejne wezwanie do ofiary samobójstwa; młoda mężatka, pracownica poczty wykrwawiła się na śmierć w swojej wannie, zdążywszy jeszcze własną krwią napisać w łazience złowieszcze i znane już policjantom – Wj 21,24.
    Rodzice chłopaka i mąż denatki twierdzą, że nie zauważyli u swoich bliskich niczego dziwnego, niczego niepokojącego a policjantom pozostało jedynie snucie domysłów rodem z angielskich kryminałów.

   Aż wtedy na scenę wkroczył on – wujek Google. Niezastąpione źródło wszystkich informacji. Gdy komisarz wpisał w wyszukiwarkę „Wj 21,24” dowiedział się, iż jest to nic innego, jak cytat z Biblii a konkretniej mówiąc z Księgi Wyjścia i brzmi on: „oko za oko, ząb za ząb, ręka za rękę, noga za nogę.”
    Odnalezienie rozwiązania tej zagadki sprawia jedynie, że cała sprawa przybiera jeszcze bardziej niepokojących wymiarów a w międzyczasie kolejne osoby decydują się pożegnać z życiem. Komisarz Paweł Wolański stara się za wszelką cenę, niczym Hercules Poirot, poukładać elementy układanki, jednak bez narracji Agathy Christie jest to diabelnie trudne. Cóż, XIX-wieczny Rzeszów to nie XX-wieczna Anglia i tutaj wszystko dzieje się szybciej i bardziej chaotycznie.

    W końcu jednak policjantom udaje się dotrzeć do miejsca, w którym znajduje się początek wyjaśnienia zagadki – do biblioteki....
    Więcej o fabule ode mnie nie usłyszycie, bo zepsuję wam cały smaczek strachu, który znajduje się w książce Janusza Koryla. A jak oceniam samą powieść?

    Cóż, nie jest to arcydzieło, ale niepokoi. Pomysł na fabułę autor miał świetny i nie obraziłabym się na niego, gdyby dopisał dodatkowych dwieście stron i lekko zagęścił akcję. Niemniej jednak, ta prosta, bezosobowa z lekka forma narracji sprawia, że cała książka przeraża jeszcze bardziej; odczłowiecza, całkowicie eliminuje ludzkie uczucia. Jest podobna do raportu policji czy z sekcji zwłok – suche fakty, proste i klarowne przedstawienie historii.

   Jest to także w pewien sposób hołd (lub przestroga) dla nas, czytelników. Koryl przekonuje, że zwyczaje, z pozoru niewinne przedmioty mogą niekiedy być dosłownie z piekła rodem... I że być może to, co uważamy za fart losu bądź szczęśliwy przypadek jest tak naprawdę pułapką, która na nas czyha a my z radością w nią wskakujemy.

    Czy boję się tej książki? Nie. Czy boję się tego, co może ona za sobą nieść? Tak. I to jak diabli.




PS- Wietrzymy z lubym swoje biblioteczki – TUTAJ możecie pooglądać co mamy ciekawego do oddania.  

2 sty 2016

"Krucha jak lód" Jodi Picoult


   Kiedy rodzi się dziecko, rodzice biorą je na ręce i szukają znaków, które mogłyby świadczyć, że to naprawdę część ich samych. Dlatego z takim roztkliwieniem porównują niewielki nosek do wielkiego, zakrzywionego nosa dziadka a mały podbródek do swojego własnego; szukają w tym dziecku siebie samych, żeby móc zrozumieć tą bezwarunkową miłość.

    Dzieci nosi się na barana, bawi się z nimi w chowanego, uczy się je jeździć na rowerze i chodzić po drzewach. Mamy uczą je zagniatać ciasto i piec ciasteczka a ojcowie pokazują jak wykręca się śrubkę. Niekiedy jednak ciało dziecka jest tak kruche, że każda z tych prozaicznych rzeczy jest niemożliwa do wykonania.

"To, co można złamać - czy to będzie kość, serce czy też przysięga - można złożyć z powrotem, ale to nigdy już nie będzie jedna całość."

   „Krucha jak lód” to kolejna z książek Jodi Picoult; być może jest właśnie tą, która porusza tematykę najczulszą w społeczeństwie, tą która powoduje kłótnie i protesty – aborcję.
Samobójcą i głupcem byłby ten kto wszedłby między szczęśliwe mamy i zapytał czy zdecydowałyby się na aborcję; zapewne zostałby zakrzyczany, wyzwany od potworów i wygnany dalej niż pieprz rośnie, bowiem żadna mama ani żaden tata nie myśli o aborcji, kiedy obok niego stoi istota idealna w każdym calu – własne dziecko.
   Ale gdyby owy człowiek dodał, że chodzi mu o sytuację, w której narodziny dziecka wiązałyby się z jego ciągłym cierpieniem? Gdyby zagniatanie ciasta i jazda na rowerze miałyby być jedynie płonnym marzeniem takiego dziecka? Gdyby każde utulenie matki mogło powodować nieopisany ból i cierpienie?

    Willow cierpi na chorobę zwaną osteogenesis imperfecta,charakteryzującą się bardzo kruchą strukturą kości. Wystarczy lekkie potknięcie, zbyt szybkie zgięcie łokcia bądź ubicie się o coś twardszego niż puchowa poduszka, by złamać kość. U Willow trzaskają one niczym witki wierzby, łamią się i kruszą, zabierając dziewczynce całą radość z dzieciństwa. Rodzice starają się robić wszystko, by zapobiec złamaniom, jednak w teorii jest to równoznaczne z walką z wiatrakami, które nigdy nie przestają wirować.

"Kiedy kogoś kochasz, to wymawiasz jego imię zupełnie inaczej. Słychać, że w twoich ustach jest bezpieczne."

   Po pięciu latach nadchodzi moment, kiedy rodzinie zaczyna brakować pieniędzy i wtedy Charlotte, matka Willow decyduje się na makabryczny krok – pozywa do sądu lekarkę, który prowadziła jej ciążę i oskarża ją o to, że za późno powiedziała jej o chorobie dziecka. Że gdyby wiedziała wcześniej z czym ma do czynienia, zdecydowałaby się na aborcję.
   Czy jest to ponadprzeciętna miłość matki, która chce wywalczyć dla swojego dziecka pieniądze na leczenie i zgadza się tym samym na publiczną chłostę? Czy może to wyznanie jest przyznaniem się do prawdziwych uczuć, które przez lata siedziały zamrożone, bo Charlotte wiedziała, że nie wypada jej tego mówić na głos?

   Czy aborcja w niektórych przypadkach jest słuszna? Czy są osoby, które potrafią zdecydować kto zasługuje na życia a kto nie? I czy są takie osoby, które potrafią zdecydować, że ich dziecko zasługuje na życie w ciągłym bólu? Być może niekiedy śmierć jest wybawieniem, łaską, wolnością; być może w pewnych wypadkach trzeba wziąć na siebie ten ciężar grzechu i pozwolić komuś odejść, nim trzask łamanych kości zagłuszy śpiew ptaków i słowa kołysanki śpiewanej przez mamę.

"- Chciałabym wiedzieć, czy istnieje różnica pomiędzy porządną matką a dobrą matką.
- Owszem. (...) Porządna matka zawsze podąża krok w krok za swoim dzieckiem (...) Za dobra matką dziecko chce iść samo."

   Bycie matką to nie przywilej a obowiązek; bierze się na siebie całą tą odpowiedzialność za drugiego człowieka, za jego charakter i za jego przyszłość. To, na kogo wyrośnie, zależy w wielkiej mierze właśnie od matki, która powinna zawsze i bezwzględnie stać za swoim dzieckiem i łapać je ilekroć się potknie lub ktoś je popchnie. Mama jest po to, by podejmować trudne decyzje i by brać odpowiedzialność za nieprzemyślane kroki swojego dziecka. Być mamą to obiecać dozgonną miłość drugiej osobie, od której nie ma rozwodów i separacji.

    Jodi Picoult jak zwykle zachwyca słowami i uczuciami, które z nich płyną. Nie znam drugiej pisarki, która potrafiłaby samymi literami malować tak piękne obrazy. Jeśli jeszcze jej nie znacie, to nadal was zachęcam - może w roku 2016 ją pokochacie. 

"Bo tak naprawdę każdy z nas pragnie tylko jednego: wiedzieć, że jest dla kogoś ważny. Że bez niego czyjeś życie byłoby uboższe."