29 lis 2015

List do Mikołaja.


Drogi Święty Mikołaju,

na początku chciałabym wspomnieć, że bardzo Ci współczuję tego wiecznego zimna, jakie panuje w Laponii; wiem, że musisz tam mieszkać, bo renifery są zimnolubne i nie czułyby się komfortowo na Majorce czy w innym miejscu, gdzie da się żyć i funkcjonować, bez potrzeby ubierania kożucha. Nawiązując do tego zimna, to dzięki temu rozumiem Twoją lekką nadwagę – tłuszcz pomaga utrzymać ciepło. Jednak wraz z listem przesyłam Ci płytę z ćwiczeniami Ewy Chodakowskiej, gdybyś chciał zaskoczyć i uszczęśliwić panią Mikołajową.

W tym roku byłam niezwykle wręcz grzeczna i nie słuchaj tych, którzy mówią, że to nieprawda, bo oni robią to specjalnie, żeby mi dokuczyć i żeby budżet z moich prezentów przeszedł na nich . No, może nie do końca byłam taka znowu dobra dla wszystkich, ale co ja poradzę, że geny rodziców tak się u mnie połączyły i wyszło, co wyszło? Trzeba mnie kochać taką jaką jestem. Zresztą słyszałam, że Mikołaj też ostatnio pomstował na Zająca Wielkanocnego, że za bardzo kręci ogonkiem i że podkradł Mikołajowi menagera.

Piszę ten list, żebyś wiedział co mi się marzy na tegoroczne Święta. Przede wszystkim – śnieg. Dużo, dużo białego puchu, takiego bielutkiego, nie ciapy, jak rok temu. Idealnych białych zasp, wielkich płatków lecących z nieba, mrozu, który przyjemnie szczypie w policzki i tego cudownego odgłosu trzeszczącego śniegu pod stopami, kiedy wędruje się na Pasterkę, z winem pod pachą.

Drugi prezent, który mi się skrycie marzy to suseł. Widziałam ostatnio susła w zoologicznym i był tak cudownie paskudny, że aż się w nim zakochałam! Nauczyłabym go siedzieć mi na ramieniu, chodziłabym z nim na spacery, razem robilibyśmy to, co susły lubią najbardziej, czyli jeszcze nie wiem co, bo susła nie mam, ale gdybym miała, to bym wiedziała, obiecuję! Moja Tosia pewnie chciałaby na początku susła zjeść, ale w końcu na pewno by się zaprzyjaźnili i razem by susłowali i tosiowali.

Trochę pieniędzy mógłbyś Mikołaju dorzucić. Nie to, że lubię je wydawać i kupować ciągle nowe rzeczy, oj nie. Nie lubię, ale muszę, żeby podratować polską gospodarkę, która ostatnio podupadła, więc w gruncie rzeczy ten prezent jest nie tyle dla mnie, co dla patriotyzmu. Albo chociaż mógłbyś przesłać mi sześć cyfr, które pomogą mi wygrać w totka – to przecież nic nie kosztuje a na pewno masz odpowiednie znajomości.

Czego jeszcze sobie życzę? Kolęd, wspaniałej atmosfery, jedynego w swoim rodzaju żurku mojej babci, który tylko w Wigilie wychodzi taki dobry. Choinki, która będzie mieniła się tysiącami światełek, prezentów od bliskich zapakowanych tak dokładnie, żeby otwieranie ich zajęło dużo czasu, bo to właśnie ta chwila niewiadomej co jest w środku, jest najpyszniejsza. Spaceru pod padającym śniegiem, rzucania się śnieżkami, mroźnego buziaka i jednej chwili poczucia, że wszystko jest tak, jak być powinno.
Żeby chociaż raz jeszcze przy wigilijnym stole spotkali się wszyscy ci, którzy byli tam jeszcze kilka lat temu a teraz porozjeżdżali się w różne strony i ich miejsca stoją puste i czekają cierpliwie na ich powrót. I żeby nowi ludzie zajmowali nowe miejsca i żeby siedzieli na nich długo, przez wiele śnieżnych, mroźnych Świąt. Chrupkiego opłatka i cichych życzeń składanych drugiej osobie, z nadzieją, że się spełnią. Uśmiechu i śmiechu, głośnego „Bóg się rodzi!” i cichego „Gdy śliczna Panna.” Pierogów z ziemniakami robionymi specjalnie dla mnie, bo nie lubię tych z kapustą; corocznej krzątaniny w kuchni, nowych łusek z karpia w portfelu i ślizgania się w pogoni za kotem, który wybrał wigilijny wieczór na ucieczkę z domu.
Życzę sobie jednego idealnego wieczoru, który doda mi energii na cały kolejny rok. I pomijam swoje życzenie, które miałam zawsze zasiadając do wigilijnego stołu – już nie chcę, żeby coś się zmieniło, żeby się coś wydarzyło. W końcu wszystko jest tak, jak być powinno i osoby są te, które być powinny. Życie mi się poukładało i coś czuję, że trochę w tym Twojej zasługi.

Pozdrowienia dla małżonki i dla reniferów – oprócz płyty podrzucam też specjalną maść na nosy kopytnych, co by im skóra z zimna nie złaziła i talon na tonę siana, z pewnością się przyda. Będę wypatrywać Cię wśród zasp!


Agata.  



27 lis 2015

Katarzyna Molęda "Szwedzi. Ciepło na północy" i zapowiedź.


   Kiedy wyobrażam sobie Szwecję, to przed oczami staje mi śnieżny kraj, pełen zasp i termometrów wskazujących wiecznie temperaturę ujemną. A wśród tego śniegu wyobrażam sobie wesoło pomykających ludzi o włosach białych niczym rzeczony puch spadający z nieba. Szwedzi w moim mniemaniu to ludzie, którzy uwielbiają zimno – bo jeśli nie, to po co mieliby mieszkać w takim mroźnym miejscu? A Hollywoodzie produkcie dodatkowo spaczyły mój pogląd na temat biustu Szwedek – według mnie każda nosi stanik rozmiaru co najmniej DD. A do tego włosy zaplecione w warkoczyki.

   Dzięki uprzejmości pani Katarzyny Molędy, która była Konsulem w Sztokholmie i napisała książkę „Szwedzi. Ciepło na północy”, moje stereotypowe myślenie zostało mocno nadwyrężone.
Po pierwsze - tam wcale nie jest tak zimno. To znaczy, jest, bo dla mnie mróz oznacza temperaturę niższą niż 15 stopni na plusie, ale pingwiny nie hasają wesoło po ulicach i czasami da się tam chodzić bez czapki! Po drugie – ludzie wcale nie pomykają wesoło po ulicach; Szwedzi to bardzo przyjazny naród, ale jeśli widzą, że ktoś siłuje się z walizką to nie pomogą, póki nie zostaną poproszeni o pomoc, gdyż uważają, że nie wolno naruszać intymności drugiej osoby. Może akurat ktoś chce się posiłować z walizką i czułby się urażony, gdyby mu przeszkodzono. 

   Po trzecie – potrafią i nie potrafią się kłócić. W zależności od sytuacji. Jeśli widzą, że ktoś udaje inteligenta i gada głupoty na jakiś temat, to nie zwrócą mu uwagi (a u nas zapewne taki delikwent szybko by stał się bohaterem dowcipów), ale odbędą z nim miłą konwersację, bo zawsze to przyjemnie jest z kimś porozmawiać. Nawet jak ten ktoś przedstawia inteligencję rzędu mało rozwiniętej ameby. Ale jeśli chodzi o pralnie – bo w Szwecji pralnie zazwyczaj są publiczne – o, to tutaj już zaczyna się jazda bez trzymanki. Bowiem ten zimno – ciepły naród jest przeczulony na punkcie swoich ubrań, co nie dziwne. A w pralniach niekiedy zdarza się, że ubrania giną w tajemniczy sposób i wtedy zaczynają się kłótnie i wzajemne oskarżenia. Ba! niekiedy zaczyna być tak brutalnie, że trzeba wzywać policję.
   Z pralnią jest jeszcze jeden szkopuł – jako, że ludzie mają zwykle tylko 3 godziny czasu na pranie po pracy (później są one zamykane), to można zapomnieć o wspólnym wyjściu na piwko z przyjacielem Szwedem. Nie pójdzie, bo musi trzymać kolejkę i wyprać swoje brudy – dosłownie.

   Czy Szwedzi mają jakieś wady? Cóż, w tej swojej otwartości wobec świata, niekiedy sami sobie rzucają kłody pod nogi. Autorka przetacza przykład, kiedy to w sklepie poprosiła o 20 dekagramów szynki a pani źle usłyszała i ukroiła jej dwa cieniuśkie plasterki o wadze 20 gramów. A w Polsce zapewne, gdyby taka sytuacja się zadziała, to pani sprzedająca popatrzyłaby z litością na kupującą i tylko nieznacznie popukałaby się w głowę. Bo kto to widział fatygować ją, biedną pracującą niewiastę, o taki mały kawałek mięsa?!

   Jako przyszła pani magister prawa (już w czerwcu, mam nadzieję!) muszę wspomnieć trochę o szwedzkim prawie – otóż tam, jeśli ktoś chce wziąć rozwód, to bez problemu go dostaje a wszystko odbywa się najczęściej korespondencyjnie. Nie trzeba, jak u nas, orzekać o winie, spowiadać się ze zdrad i impotencji; tam wystarczy sama informacja od jednej ze strony, że nie chce już być w związku małżeńskim. Raj, prawda?
   Autorka skupiła się raczej na samych plusach szwedzkiej codzienności, ale to może i lepiej. Powinno powstawać wiele takich ciepłych książek, które ogrzewałyby wizerunki państw; w końcu, po co czytać o tym, co negatywne?

   Dzięki Kasi Molędzie wiem, że Szwecja nie jest skuta lodem. Że Szwedzi to bardzo mili, ciepli ludzie, którzy wiedzą, że życie bez zbędnych spraw administracyjnych i prawnych, jest lżejsze. Że lubią jeść śmierdzące śledzie i bułkę z bitą śmietaną w środku i że każda okazja do biesiadowania jest dobra.
   W gruncie rzeczy to ta Szwecja całkiem miła się wydaje.

Za egzemplarz recenzencki dziękuję
PS – Zachęcam Was także do poznania książki „Małe wielkie odkrycia”

   To książka o najważniejszych wynalazkach. 

   Lektura obowiązkowa dla wszystkich, którzy są ciekawscy. 

   Recenzja książki już w przyszłym tygodniu. 

   Książkę można kupić  już dzisiaj – TUTAJ 

24 lis 2015

Dlaczego dziewczyny czytają romanse a chłopcy oglądają mecze piłki nożnej – czyli pokłońmy się stereotypom mówiąc o miłości. Coś na kształt felietonu.

 
   Test napisany w formie ironicznej i sarkastycznej, za wszelakie obrażenia i oburzenia społeczne autorka nie odpowiada.

   Przyjęło się, że kobiety lubią zaczytywać się w romansach. A o czym romanse są, wie każdy –zazwyczaj na początku, bo pod koniec byłoby dziwnie, poznajemy zwykle główną bohaterkę, która uważa się za brzydką babę, której nic w życiu nie czeka. Pół strony później przegląda się ona w lustrze bądź sklepowej witrynie i tajemniczy narrator wyjawia, że jest ona tak naprawdę piękna jak marzenie, ma cudne włosy i w ogóle to każdy się za nią ogląda na ulicy.
Czemu się przyjęło, że główne bohaterki romansów uważają się za brzydkie, to nie wiem. Wiem za to tyle, że jeżeli nie zmienię nastawienia, że wyglądam dobrze i ludzi nie straszę, to nie mam co liczyć na historię jak z harlequina.
   Wracając do romansu – gdy już się okaże, że brzydka główna bohaterka wcale brzydka nie jest, przychodzi czas na poznanie Tego Jedynego. Miłość wybucha fajerwerkami a łuna ich uczucia rozświetla pół globu, gołębie gruchają a bezdomni szczerzą zęby w szerokim uśmiechu, bo oto na ich oczach odnalazły się dwie połówki jabłka, bez GMO.
   Ale niestety, później zazwyczaj, kochankowie się rozstają. Zwykle chodzi o jakiś banał, niezrozumienie, które powoduje, że ona płacze przeraźliwie a on próbuje się tłumaczyć, chociaż ona przez swój lament i tak niczego nie słyszy. Później on odchodzi na jej prośbę a ona jeszcze rzewniej płacze, bo teraz znowu jest sama i znowu stała się szarą myszą.
   Mijają dni, tygodnie lub lata, w zależności od wyobraźni autorki i kochankowie, rozdzieleni kobiecą frustracją, dumą i łzami, spotykają się nagle przypadkowo na środku ulicy, tłumaczą sobie wszystkie nieporozumienia i znowu powtarza się scena z bezdomnym i gołębiami. I tak właśnie kończy się większość romansów – no, niektóre są jeszcze ukraszone zakończeniem mówiącym o liczbie ich dzieci (każde śliczne i mądre!) i szczęśliwym pożyciu małżeńskim. Istna sielanka.

   Chłopcy natomiast lubują się w meczach piłki nożnej. Jak zaczyna się Liga Mistrzów bądź nie daj Boże eliminacje jakieś, to kobieta może spokojnie chodzić naga po ulicach, nikt jej nawet nie zaczepi, bo każdy mężczyzna będzie wpatrzony w ekran telewizora. Z meczami piłki nożnej tak już jest, że nie mogą się one obejść bez obecności piwa. Nie ma piwa – nie ma meczu. Że też panowie jeszcze nie wpadli na to, że ich picie piwa przynosi pecha polskiej reprezentacji, to ja nie wiem; może gdyby soczek jabłkowy sączyli, to byśmy coś ugrali?
   Mecz. Jak każdy wie, nawet kobieta, mecz zaczyna się kilka dni przed meczem, kiedy to obstawia się wyniki; a samo obstawianie jest prawie tak ważne jak gra, bo każdy mężczyzna wierzy w to, że jego wynik sprawdzi się w rzeczywistości i chyba jeszcze świat nie zna przypadku, by któryś z nich obstawił, że Polska przegra.
   Kiedy już zacznie się część zasadnicza meczu, czyli gra, mężczyźni, zastygają przed telewizorem i nieznana nikomu siła trzyma ich tam przez 105 minut, z piętnastominutową przerwą przeznaczoną na siku i doniesienie piwa. Czy ich drużyna strzeli gola, wygra, przegra, strzeli samobója – nieważne, liczy się to, że trzydzieści lat temu wygrali i z tego trzeba być dumnym. A te niewielkie porażki (od kilkunastu lat) są niewarte wspominki przecież.

   Dlaczego panie tak łakną romansów a panowie futbolowych emocji? Cóż, mam na ten temat pewną teorię... dobra, nie mam. Pewnie tutaj mogłabym zacytować słowa swojej koleżanki „moje życie jest jak orzeszek. Do tej pory nie wiem dlaczego.” Teorii nie mam, ale widzę wyraźnie, niczym w szklanej kuli, że te romanse i mecze dają nam nadzieję na to, że kiedyś odbijemy się od dna i że osiągniemy szczyty swoich możliwości. Że przybiegnie do nas piękny kary koń z księciem na grzbiecie a za nim podjedzie limuzyna z teczkami pełnymi dolarów, które tajemniczy ktoś przepisał nam w spadku. Bozia da nam zdrowie, Budda spokój ducha a Latający Potwór Spaghetti świetną figurę. I gdyby nie ta wiara, że coś w końcu się w naszym życiu wydarzy, że warto jest na coś czekać, to biedna byłaby ludzka egzystencja.
   Kobiety czytają romanse, bo wierzą, że tak jak tam miłość, tak w życiu może pojawić się nagle świetna praca lub osoba, która okaże się tą najważniejszą. Mężczyźni oglądają mecze, bo chcą wierzyć, że ich życie może zmienić się na lepsze w jednej sekundzie, tak jak ma to miejsce w meczu, gdy nasi strzelają gola.

   A jak się to ma do miłości? Czy kobiety naprawdę oczekują księcia w ulizanych włosach, który będzie nosił bryczesy i sygnet na palcu prawej dłoni? Raczej każda z nas czeka na twojego Marka Darcy'ego (Bridget Jones), na Niebieskiego (Nigdy w życiu), na swojego Charlesa (Cztery wesela i pogrzeb), na takiego faceta, który będzie się starał i który będzie sprawiał, że będziemy czuły się przy nim bezpieczne, jedyne. Kobietom marzy się taki facet, który będzie ostoją pewności, który codziennie będzie sprawiał, że wszelkie niepewności rozpłyną się w powietrzu.
A mężczyźni? Czy naprawdę chcieliby mieć za żonę króliczka Playboy'a, który kicałby im po domu i zapamiętale wycierał kurze? Zdaje mi się, że bardziej kochaliby nadmierne kilogramy, humory i frustracje kobiety, która potrafiłaby sprawić, że zaczęliby się uśmiechać, nawet kiedy nasi przegrywają mecz. Taką, która przesoli zupę, ale będzie to najlepsza zupa na świecie, bo zrobiona specjalnie dla niego.

   Także więc kochani! Oglądajcie mecze, czytajcie romanse, wierzcie w to, że jutro będzie ładniejsze. Pal licho, że jutro może rzucać żabami i słońce zobaczymy ponownie dopiero na wiosnę; bez ładnej pogody też może udać się skraść jedną miłą chwilę. Ci z was, którzy szukają miłości bez GMO (wszak zdrowsza) być może podczas świątecznych zakupów spotkają kogoś, kto doprowadzi was do Tego Kogoś (za łatwo by było, gdybyście od razu spotkali miłość, tak pięknie to tylko w filmach jest). Jeśli w życiu się wam nie układa, to się nie martwcie – nie tylko wam! Tysiącom się nie układa, ale ich utyskiwania nic nie dają. A jakby wyszli z domu i się uśmiechnęli, to kto wie, może załapaliby się do „Trudnych spraw” a później ich życie nabrałoby rozpędu?

   Cyc do przodu, nawet, jeśli go brak (wizualizacja jest najważniejsza!) i banan na twarz – jeśli macie brzydkie zęby, to banan to zasłoni, spokojnie. Romans w dłoń, mecz w oko i wiara w umysł. Że jutro naprawdę może być lepiej.  


A jak się topić, to razem i z klasą. 

23 lis 2015

"Tworzywo" Zbigniew Chrząszcz. Kolejny dobry rodzimy thriller?



   Co może zrobić człowiek, który wygra kilka milionów w totolotka? Cóż, jest kilka opcji; może na przykład zacząć podróżować po całym świecie, albo kupić apartament w Nowym Jorku i cieszyć się tamtejszym życiem lub, w ostateczności, rozdać pieniądze rodzinie i znajomym i żyć tak jak dotychczas.
   Bohater książki "Tworzywo" miał zgoła inny pomysł na wykorzystanie swojej nowo nabytej fortuny - zaplanował Wielkie Wydarzenie, które wstrząśnie całym światem i na zawsze odmieni jego losy. Żeby jednak zszokować świat, musiał najpierw porwać kilka pięknych, młodych dziewcząt i... je utuczyć, karmiąc je frytkami polanymi świńskim łojem i gulaszem zrobionym z resztek zwierzęcego mięsa.

  Równocześnie, w rzeczywistym świecie, w którym żyjemy na co dzień, nikt nie jest w stanie znaleźć rozwiązania sprawy kilku porwań. Oczywiście, policja przypuszcza, że są one ze sobą połączone, jednak nie potrafią oni odnaleźć ewentualnego motywu ani sprawcy. Kiedy kolejne dziewczyny giną w niewyjaśnionych okolicznościach, do akcji wkracza profesor Koch, który jest fizykiem i wykłada na jednym z polskich uniwersytetów.
   I nie byłoby w tym niepozornym człowieku niczego dziwnego, gdyby nie to, że niekiedy doznawał on wizji. Z początku nieufny swojemu rozumowi, zaczął szukać rozwiązania u psychiatrów i psychoterapeutów, lecz z biegiem lat zaakceptował swoją ułomność a dodatkowo potrafił wyjaśnić ją za pomocą fizyki, co w zupełności już go uspokoiło, że nic niepokojącego się z jego mózgiem nie dzieje; po prostu był nieco bardziej wyjątkowy niż inni i potrafił dostrzegać rzeczy, które nas otaczają aczkolwiek są niewidoczne.
   Koch stworzył zespół, złożony z pary niewyróżniających się niczym policjantów, Marka i Gośki oraz informatyka Marcina. Mieli oni, innymi drogami niż te oficjalne, zacząć poszukiwać psychopaty nazywanego Kolekcjonerem. Ze swojej strony profesor zapewnił im niewyczerpane praktycznie wsparcie finansowe oraz swoje nietypowe umiejętności.

Zbigniew Chrząszcz. 
   "Tworzywo" przeraża. Przeraża nie tylko tym, do czego można zmusić człowieka i jak można go zmienić w kilka zaledwie miesięcy, ale także całą tą niewiadomą otoczką, która buzuje wokół wizji Kocha. Autor doskonale zna się na fizyce, ponieważ wywody profesora są imponujące i - jak ja fizyki nie lubię, tak muszę przyznać - diablo interesujące.
   Teoria kwantowa, liczba potencjalnie istniejących wymiarów i roli czasu w każdym z nich urzekła mnie niczym nieznana mi dotąd magia. Fizyka może być jednak ciekawa i można się tego dowiedzieć z - kto by pomyślał! - thrillera.

   Zbigniew Chrząszcz, autor, skupił się na niezwykle dużej ilości pobocznych wątków, które na początku nieco drażniły, ale później okazywały się niezwykle ważne w całej historii. Żadne zdanie w "Tworzywie" nie zostało napisane na próżno - co nie zdarza się zbyt często we współczesnej literaturze.
 
   Sama kreacja Kolekcjonera, czyli owego mężczyzny, który w nietypowy sposób zamierzał roztrwonić swoją fortunę, jest iście w stylu Kinga; mroczny, inteligentny, sprytny mężczyzna, który potrafi wprowadzić w pole prawie każdego. W dodatku doskonale wie, że nawet najmniejszy błąd może kosztować go naprawdę wiele a nie ma nic gorszego od psychopaty, który nie uważa się za samego Boga.

   Czy jest to książka bez wad? Cóż, nie. Okładka, według mnie, pozostawia wiele do życzenia a wiem, że wielu czytelników zwraca na nią dużą uwagę wybierając powieść. Mało mi było także scen z Kolekcjonerem i z porwanymi dziewczętami i nie wiem dlaczego autor je tak skromnie dawkował, skoro wychodziły mu one wyśmienicie i najbardziej przykuwały moją uwagę.
   Ogólnie jednak "Tworzywo" broni się i od dzisiaj będzie dumnie prezentowało się na mojej półce obok innych wspaniałych polskich thrillerów, które ostatnimi czasy kocham coraz bardziej. Trzeba przyznać, że nasi rodzimi pisarze, szczególnie panowie, ostatnio wspinają się na thrillerowskie wyżyny i mogliby z pewnością konkurować z największymi tego gatunku. A ja wierzę, że o naszym Bednarku, Rozmusie, Mrozie i Dardzie będzie jeszcze głośno w całym literackim świecie.

   Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie autorowi i życzę mu powodzenia w dalszej pisarskiej karierze.

20 lis 2015

"Kwiat kalafiora" Małgorzata Musierowicz


   Rok 1977. W pewnej poznańskiej kamienicy znajduje się niewielkie mieszkanie, którego sercem jest kuchnia. Mieszka tam mama Mila, ojciec Ignacy i cztery córki, każda z całkowicie odmiennym charakterem. Najstarsza, Gabrysia, uczennica liceum, jest poukładana i woli poczytać raczej, niż chodzić na prywatki, co w ogóle nie pasuje do panny w jej wieku. Druga z kolei, Ida, dwa lata młodsza, jest roztrzepana i ma w życiu jeden cel a mianowicie – podobać się mężczyznom. W tym celu nakłada zielone mazidła na powieki i czerwone szminki na usta, tworząc z siebie karykaturalny obraz. Kolejna jest Natalia, zwana Nutrią, uczennica pierwszych klas podstawówki; dziewczę płoche i wstydliwe. Peleton zamyka Pulpa w wieku przedszkolnym, która charakteryzuje się stoickim wręcz spokojem i optymistycznym podejściem do świata.
Ta cała ferajna tworzy rodzinę, którą zna pewnie większość czytających – Borejków.

   Borejkowie są bez wątpienia najcieplejszą polską rodziną; gdybym mogła zmaterializować jeden książkowy świat w rzeczywistości, to bez wahania wybrałabym ich kuchnię, w której zawsze przyjmowano gości i częstowano ich tym, co było – a najczęściej sprowadzało się to do herbaty i paluszków. Mimo że rodzina nie narzekała na nadmiar pieniędzy, to nigdy nie odczuwało się u nich z tego powodu jakiś trosk czy frustracji, bowiem Borejkowie wiedzieli, że inna wartość jest tą najważniejszą – rodzina.

   Wróćmy jednak do roku 1977, kiedy to wszystko dopiero się zaczynało – warto wspomnieć, dla tych, którzy nie wiedzą, że Jeżycjada jest pisana do dzisiaj i ciągle ma tych samych bohaterów, którzy razem z czytelnikami dorastają, zakochują się, przeżywają porażki i sukcesy.
W 1977 roku mama Borejko trafiła do szpitala, zostawiając swoje latorośle na pastwę wiecznie zaczytanego ojca, który nie miał głowy do spraw tak doczesnych, jak gotowanie obiadu. Dziewczęta zostały więc skazane na jadanie potraw zrobionych początkującą ręką Gabrieli, której zdarzało się mylić cukier z kwaskiem cytrynowym.
   Mylenie przypraw spowodowane być mogło również faktem, iż Gaba w końcu się zakochała, ale jako dziewczyna twarda i niezależna od jakiegokolwiek mężczyzny, wolała przypalać garnki niż to okazać, zwłaszcza, że obiekt uczuć zmieniał swoje partnerki równie często jak Gaba skarpetki. A że u Borejków higiena nie była obca u żadnej z córek, można więc śmiało założyć, iż Pyziak, bo tak się amant owy nazywał, był typem raczej rozwiązłym niż wiernym.

   „Kwiat kalafiora” nie ma wartkiej akcji, brak tu wybuchów, pościgów, namiętnych scen i dramatów rozrywających serce. To książka, która pokazuje zwyczaje rodzinne życie, ale jeśli sięgnie się po jedną z części Jeżycjady, to zaręczam, że tak się pokocha Borejków, że nie sposób będzie się od nich oderwać.
   Każdej kolejnej części wyczekuję z niecierpliwością, ale i z lekkim strachem, bo wiem, że Mila i Ignacy są już nie pierwszej młodości i przyjdzie taki czas, że trzeba będzie ich pożegnać. Teraz Gabriela ma już swoje dzieci, wnuki, siwe włosy i potrafi gotować, ale to, co przeszła przez wszystkie części Jeżycjady, zostawiło w niej trochę dystansu i smutku do rzeczywistości.
Pozostałe panny Borejko też już są po czterdziestce, ale nadal wracają do pewnej poznańskiej kamienicy, gdzie się wychowały i gdzie mieszkają ich najmilsi sercu rodzice. Wciąż lekko roztrzepany ojciec, rzucający łaciną i greką raz po raz i odpowiedzialna, zajmująca się wszystkim mama, która mimo niewielkiego wzrostu ma w sobie wielkiego ducha.

   Nigdy nie jestem zadowolona z recenzji, które pisze swoim ulubionym książkom, bo ciągle mam wrażenie, że napisałam o nich nie tak, jak powinnam, że czegoś zabrakło, że nie oddałam tej magii, która jest w środku. Bo jak oddać całe te pokłady ciepła i miłości, które znajdują się na kartach Jeżycjady? Jak opowiedzieć o przekomarzaniu sióstr, które w gruncie rzeczy wiedzą, że są dla siebie najważniejszymi osobami na świecie? Jak opisać Milę i Ignacego i ich miłość, która zawsze jest jakby w cieniu innych wydarzeń, ale wie się, że ona istnieje, po cichu, skromnie, nie narzucając się nikomu i powolutku dojrzewa do tego, aby rozstać się na chwilę, nim śmierć zabierze ich oboje? Tego się opisać nie da, to trzeba przeczytać, pokochać samemu.

A na koniec, dla zachęty, kilka Jeżycjadowych cytatów.

„Skup się (...) - oto moje ostatnie słowa, dopóki jestem jeszcze zdrów i przy rozumie. (...) Żyj tak, żebyś w żadnej minucie nie musiała się wstydzić tego, co czynisz. Postępuj tak, jakby przez cały czas patrzał na ciebie ktoś, kto cię kocha, szanuje i jest z ciebie dumny.”

„Tata twierdzi, że lody całkowicie mu wystarczają, bo zawierają wszelkie potrzebne do życia elementy, w tym selen, co wyczytał na opakowaniu. Boże kochany, popatrz, ledwie mama wyjedzie, a nasz ojciec już jest gotów zagłodzić się na amen. Wyobrażasz sobie – ona wraca, a on jest jednym chudym szkieletem. I co my jej powiemy? Że jadł selen?”

„– Mam wrażenie, że jesteś obecnie najlepszą uczennicą z całej rodziny.
– Najlepszy jest Ignaś.
– Wszelako on nie jest uczennicą.
– Wszelako gdyby on był uczennicą, to ona i tak byłaby lepszą ode mnie – bez cienia zazdrości stwierdziła Łusia. – Sam wiesz. Jest geniuszem. Ona by też była. Czy wiesz, że geniusze dostają często samozaparcia?”

„– Spełniłem twoje marzenia. Ja lubię spełniać twoje marzenia.
– Jak my się zgadzamy! (…) Mamy te same upodobania. Ja też lubię, jak ty spełniasz moje marzenia.”

„Otuliła się pelerynką, po czym utkwiła w małżonku ufne spojrzenie.
– Kochany, czy jest na to jakaś rada? – przemówiła głosem zbolałego pisklątka.
W trudnej sytuacji życiowej nie masz lepszego sposobu na znalezienie ratunku, niż zwrócić się do Prawdziwego Mężczyzny w tonacji Zbolałego Kurczątka. Szczebiotliwe i żałosne dźwięki pobudzają natychmiast odruch opiekuńczy, będący, jak wiadomo, najpiękniejszą z cech charakteru Prawdziwego Mężczyzny. Odruch ten, w połączeniu z naturalnym pragnieniem dominacji oraz instynktem łowieckim (tym motorem, bądź co bądź, postępu), może zdziałać cuda.”