8 lut 2018

Makabryczna książka dla dzieci, czyli czy można straszyć dzieci?


   Zaznaczę na początku - bo matki to stworzenia waleczne i lepiej z nimi nie zaczynać – ten wpis należy potraktować lekko ironicznie, lajtowo. W końcu jego autorką jest kobieta, która potomstwa jeszcze nie posiada.

   Wczoraj moja mam przyniosła do domu książkę. Nie byłoby w tym nic dziwnego, bo my obie znosimy do domu ciągle jakieś książki i dlatego mamy coraz mniej miejsca, bo nasze 48 metrów kwadratowych jest nieproporcjonalnie małe do wielkiej pasji czytania.
Ale nietypowa była książka – stara. Chociaż nie do końca wypada mówić o książce, że jest stara. To tak, jakby powiedzieć to kobiecie w twarz, szczególnie takiej, która faktycznie wygląda na swoje pięćdziesiąt czy sześćdziesiąt zim. Bo przyniesiony egzemplarz faktycznie na swoje lata wyglądał i pachniał – kurzem, starą szafą, w której był zamknięty i zapomnieniem.

   Ale teraz spróbuję przywrócić ją do żywych, bo warto. I jestem ogromnie zdziwiona, że nikt jeszcze nigdy o niej na blogach nie napisał – a przynajmniej ja nie zauważyłam. Proszę państwa, oto książka o przestrogach, bardzo makabrycznych!

   Obecnie istnieje pogląd, że dzieci nie wolno straszyć. Bo mają słabą psychikę, bo mogą się moczyć w nocy, bo są delikatne i w ogóle to lepiej obchodzić się z nimi jak z jajkiem. Cóż, jestem jeszcze z tego pokolenia, w którym można było wbić sobie w udo wielki patyk i nikt nawet nie pomyślał o jechaniu na pogotowie – tak, wbiłam sobie kiedyś patyk w udo, mam bliznę do dziś – a krew z rozbitego kolana była czymś normalnym i tylko patrzono, czy dziecko nie krwawi na wyjątkowo ładne ubranko, które było prezentem od cioci z Ameryki. 

    Dzisiaj się chucha, dmucha, uważa i przestrzega przed wszelkimi niebezpieczeństwami i może sama będę tak robiła, kiedy dorwie mnie już grom macierzyństwa. Nie wiem, dam Wam znać za kilka lat. W każdym razie ta książka, o której dzisiaj piszę, jest jak dla mnie lekturą obowiązkową dla każdego dziecka, które już mniej więcej rozumie co się do niego mówi. Bo w dość straszny sposób uczy dzieci jak nie powinno się zachowywać. A wszystko w formie dla dziecka miłej, a więc wierszyków.

   Jedna z historii dotyczy Zyzia, który nie posłuchał ostrzeżenia drwala i mimo to poszedł do rwącej rzeki – bo wiecie, Zyzio był niegrzeczny i za nic miał sobie to, co mówią dorośli. Kiedy doszedł już nad brzeg postanowił popastwić się na Bogu ducha winną rybą i chciał ją złapać w swoje małe, dziecięce ręce. Niestety – bo to książka makabryczna jest – Zyzio wpadł do wody i:

„Zniknął w wodzie Zyzio mały,
Ryby po nim zapłakały,
Drwal zapłakał też na brzegu
I rodzina z nim w szeregu.”

   Tak, wiem, nie ładnie takie historyjki wymyślać i recenzować, bo Zyzio jednak poszedł dramatycznie na dno i nigdy z niego nie wrócił, ale powiedzcie mi szczerze? Czy kiedy wiedzieliście, że w szafie czają się potwory, to zaglądaliście do niej w środku nocy? Nie, bo się baliście, że coś Was tam wciągnie i pożre kawałek po kawałku. Później pojawiły się „Potwory i spółka” i teraz dzieci non stop siedzą w szafie i czekają na miłego i futrzastego nie-potwora, z którym będą mogły się pobawić.
A czasami może lepiej się bać? Bo wtedy uniknie się popełniania głupstw, które mogą zaważyć na całym życiu. Dziecku nie wytłumaczysz, że skakanie z balkonu może ewentualnie rodzić pewne konsekwencje, które będą przykre dla jego zdrowia. Lepiej chyba powiedzieć, że skakanie z balkonu może spowodować, że kark mu się złamie.
    Tam nie chodziło o samo pójście nad wodę, tylko pójście tam bez opieki dorosłych, szczególnie, że oni przed tym przestrzegali. A lepiej żeby dzieci nie chodziły tam, gdzie jest niebezpiecznie i wiedzą, że tam chodzić nie wolno . 

   Jeżeli lubicie czarny humor – a większość z Was zapewne go lubi – to jest to książka dla Was. A jeśli dzieci mają Wasze geny i też rozumieją groteskę, albo po prostu chcecie je ustrzec – to możecie poczytać z nimi tą książeczkę. Ze swojej strony polecam. U mnie stanie na honorowym miejscu na półce. Najwyżej będę wyrodną matką. 


6 lut 2018

„Ci, którzy nie byli sami w obozie, niech nie sądzą tych, którzy tam przebywali.”

 

„W niemieckiej szkole nauczyciel pyta dzieci,u kogo w domu jeszcze nie ma portretu Hitlera. Wstało troje dzieci. - Dlaczego u Ciebie nie ma? Pyta pierwszego. - Ano, bo mój tatuś pracuje w ministerstwie wojny, to u nas wisi portret Goringa. - No dobrze - mówi nauczyciel - ale portret Hitlera też musi wisieć. A u Ciebie dlaczego nie ma? - Bo mój tatuś pracuje w ministerstwie propagandy, to u nas jest portret Gobbelsa.- Ale portret Hitlera też musi być. A u Ciebie dlaczego nie ma? - pyta trzeciego. A chłopak mówi z zażenowaniem: No, bo proszę pana profesora, mój ojciec jest teraz w obozie koncentracyjnym. Ale no nic - mówi szybko - powiedział, że jak wróci to wszystkich trzech powiesi.”

   Pamiętam jak miałam jeszcze mało lat, że zawsze podbierałam książki moim rodzicom i po kryjomu je czytałam. Spokojnie, nikt w moim domu nie przepadał za erotykami, za to na porządku dziennym były thrillery i kryminały, na których się wychowałam. Dlatego jestem taka, jaka jestem. Raz podebrałam tacie książkę, która wyglądała mało zachęcająco, ale spodobało mi się nazwisko autora – Grzesiuk. Tytułu książki z kolei w ogóle nie rozumiałam, bo mój dwunastoletni mózg nie ogarniał, co to jest „Pięć lat kacetu”. Ostatnio, pewne wydawnictwo postanowiło wznowić wydawanie tej książki, co przyjęłam z wielkim entuzjazmem. Bo to jedna z takich pozycji, których wstyd nie przeczytać.

   Wiele jest książek o wojnie i o obozach koncentracyjnych. Fenomen Grzesiuka polega na tym, że opisał on całą prawdę, nawet jeżeli była dla niego niewygodna. Spędził pięć lat w obozach; sam przyznawał, że to,że przeżył wymykało się statystykom. Pomyślicie pewnie, że to tylko kolejna powieść opowiadająca o tym, jak kiedyś było źle, jakimi bestiami okazali się ludzie. Jednak „Pięć lat kacetu” znacząco różni się od innych tego typu pozycji. Przede wszystkim, Grzesiuk pisze tak szczerze, tak dosadnie, że można zauważyć nie tylko bestialstwo esesmanów, ale i bestie wychodzące z samych osadzonych. Bez ogródek Grzesiuk pisze, że w takich warunkach nikt nie mógł być dobry i uczciwy, a ci którzy chcieli tacy być, szybko umierali. Aby przeżyć trzeba było nauczyć się kłamać, kombinować i oszukiwać – co niekiedy oznaczało przekroczenie tej granicy moralności, po której nie można już wrócić. Tych ludzi nie można jednak oceniać, bo z perspektywy współczesności, z perspektywy ciepłego mieszkania i pełnego żołądka nie mamy takiego prawa. Jak mówił sam przyjaciel Grzesiuka, S. Nogaj: „Ci, którzy nie byli sami w obozie, niech nie sądzą tych, którzy tam przebywali.” Ludzie robili wszystko co mogli i nawet nie po to, aby doczekać wyzwolenia, ale po to, aby doczekać następnego wschodu słońca. Jaki niebywały hart ducha musiał tkwić w tych ludziach, którzy znosili głód, zimno, bicie i codzienny strach a mimo to chcieli dalej żyć, nie poszli na skróty i nie odebrali sobie życia. 

    Aby przeżyć jedzono glinę, węgiel, zbierano wszystko, co wyrosło z ziemi. Chleb traktowano z ogromną czcią; kiedy dostawało się wieczorem swoją porcję, ścielono na kolanach ściereczki i chusteczki, aby żaden okruszek nie spadł na podłogę. Jedzono go w milczeniu, bo zawdzięczano mu kolejny dzień; dostarczał energii niezbędnej do katorżniczej pracy, zapełniał chociaż w niewielkiej części pusty i wyschnięty żołądek. To, co mną wstrząsnęło, to niezwykła solidarność osadzonych; mało kto decydował się na ucieczkę, bo wiedzieli, że gdy jeden ucieknie lub tylko spróbuje, reszta za to odpokutuje. Esesmani zabijali bez zastanowienia, kiedy byli źli czy zmęczeni strzelali, żeby rozładować nerwy. Po jakimś czasie, jak pisze Grzesiuk, stało się to taką codziennością, że przestano opłakiwać zabitych. 
 
   W obozach koncentracyjnych nie było mowy o humanitarnym traktowaniu kogokolwiek. Gdy więzień był umierający, kładziono go do szaletu, aby tam dokończył swojego marnego żywota. Inni współwięźniowie koło niego załatwiali swoje potrzeby fizjologiczne, bo nie było innego wyjścia, a on powoli gasł, w samotności, zimnie i smrodzie. W Gusen blokowi wybierali ze swoich rewirów codziennie po jednym z więźniów, prowadzili ich do „kąpieliska” a tam topili w beczkach. Po co? Żeby pozostali się bali, żeby nikt nie czuł się bezpieczny, żeby odreagować.

„W niebie musi być chyba lepiej niż w obozie, bo nikt jeszcze stamtąd nie uciekł.”

   Charakterystyczne dla autora jest to, że opisując swoje pięć lat za kolczastym murem, nie popada w żałobny ton. To, co się stało przyjął ze spokojem, szybko pogodził się z scenariuszem jaki napisało mu życie i postanowił zrobić jedno – żyć tak długo, jak będzie to możliwe. Opowiadając swoją historię wspomina kompanów, którzy polegli, zostali rozstrzelani, pobici na śmierć, albo skonali w męczarniach z głodu. W obozach śmierć nie oszczędzała nikogo, wolno płynęła za każdym żywotem, pilnując, aby nikt nie wydał o jednego tchnienia za dużo.

   Chciałabym, że ta książka trafiła do jak najszerszego grona odbiorców. Jest przestrogą, brutalną prawdą o tym, co siedzi w głębi człowieka, w jego najciemniejszych zakamarkach. Przestrzega, że jeżeli wojna znowu się zacznie, te bestie wyjdą na światło dzienne. I znowu zatracimy trochę naszego człowieczeństwa. 

2 lut 2018

Żegnaj styczniu, witaj luty!

 
Takie kwiaty dostałam od męża. Bez powodu!

  I po styczniu.
Dobra wiadomość jest taka, że do wiosny i do lata coraz bliżej. Zła, że musimy przetrwać jeszcze luty, który ponoć ma nas postraszyć śniegiem i mrozem. Styczeń o dziwo minął mi dość szybko, w towarzystwie bardzo dobrych książek i wspaniałego serialu, który zakończył się cztery lata temu, ale ja dopiero w grudniu zabrałam się za jego oglądanie. Czas na małe podsumowanie.

Mam.
   Po pierwsze, lat dwadzieścia sześć. Urodziny minęły szybko, bezboleśnie i całkowicie codziennie, pewnie dlatego, że w tym roku dopadły mnie w poniedziałek. Mąż sprezentował mi Kindla (kilka miesięcy temu, ale nie mogłam się go po prostu doczekać), mama za to uraczyła mnie wymarzonym ekspresem do kawy. Czyli mam co czytać i mam co pić – czego chcieć więcej?

   Po drugie, od czwartego stycznia mamy w domu nowego członka rodziny, małego psa, który początkowo miał być yorkiem, ale wraz ze wzrostem zaczyna niepokojąco przypominać shit-zu. Czyli trafił się nam piękny, jedyny i wyjątkowy egzemplarz kundelka, który – jak to szczeniak – gryzie wszystko i wszystkich, kradnie co popadnie a jego największym wrogiem, którego bezskutecznie pragnie wyeliminować jest zmiotka.

   Mam też niestety mało czasu, co przejawiło się moja tygodniową nieobecnością na blogu. Dzisiaj korzystam z wolnego dni i nadrabiam pisanie recenzji, ustawiam ich automatyczne pojawiania się i będę – chociażby niebo waliło się nam na głowy.

Oglądam.
   „Breaking Bad”. Zaczęliśmy z mężem w grudniu i już zmierzamy do końca. Tak się wciągnęliśmy, że nawet tegorocznego sylwestra spędziliśmy z Walterem, Hankiem i Pinkmanem. Jeżeli jeszcze go nie widzieliście – polecam. Jest to tak dobry i tak przewrotny serial, że nie podejmuję się nawet zrecenzowania go, bo wiem, że moje słowa nie oddadzą tego, co dzieje się na ekranie. Dodatkowo to chyba pierwszy serial, który podoba się zarówno mi, jak i mężowi a przebrnęliśmy przez naprawdę wiele tytułów.
Oglądam też namiętnie stand-up. Te zagraniczne dzięki obecności Netflixa w naszym domu (polecam, naprawdę świetna sprawa mieć tak dużo seriali, filmów i dokumentów w jedynym miejscu). Okazało się, że zagraniczny humor jest o wiele bardziej bezpośredni i ironiczny niż ten nasz.

Czytam.
   W tym miesiącu przeczytałam przede wszystkim „Cel” Elle Kennedy. Polowałam na tę książkę od pewnego czasu, w końcu kupiłam ją sobie z okazji urodzin i powiem wam, że to chyba najlepsza część z całej serii. Ale od zawsze przepadałam za Tuckerem, więc nie ma się co dziwić.
Za mną również „Ogród Zuzanny”, co do którego mam mieszane uczucia (recenzja w poniedziałek), „Okularnik” Katarzyny Bondy (który niestety nie przypadł mi do gustu) i „Pięć lat kacetu” Grzesiuka (czyli książka, którą powinien przeczytać każdy, recenzja w środę).

Czuję.
   Potrzebę wiosny. Tęsknie za słońcem, za ciepłem, za brakiem konieczności zakładania na siebie dziesięciu warstw ubrań, żeby móc wyjść do sklepu. Chciałabym wsunąć na stopy tylko baleriny, założyć zwiewną bluzkę i wyjść na rozgrzane powietrze. Najlepiej w górach, o, to też mi się marzy!

Mój zdjęciowy miesiąc.

   Tak, mam Instagrama i tak, wkręciłam się w ten zdjęciowy świat. Może nie macie swojego konta, więc na koniec, podsumowanie ze zdjęć, które pojawiły się w tym miesiącu. 


   1 stycznia obchodziliśmy pół roku naszego małżeństwa - pojęcia nie mam, kiedy to zleciało!  A w samym środku zdjęcie z wesela naszych znajomych - pięknie było, pięknie! Zabrałam się też za czytanie trylogii "Królowie przeklęci". Kupiliśmy ją zaraz po ślubie, później nie było okazji, żeby się za nią zabrać, więc w 2018 nadrabiam. Wydawca obiecuje mi kłamstwa, żądze, oszustwa, podmienianie niemowląt i upadek samych królów. Ciekawe czy ta trylogia może się równać z "Grą o tron"? 
   Wszyscy zachwycają się Mrozem i Bondą. Żeby móc zachwycać się z resztą ludzkości, postanowiłam sprawdzić czy faktycznie pani Kasia pisze tak rewelacyjnie (bo prozę Mrozowską już świetnie znam). W bibliotece mieli tylko drugi tom, ale kto by się tym przejmował 😂 Harry'ego Pottera zaczęłam czytać od czwartego tomu, Igrzyska Śmierci od trzeciego- widać taki już moj los, że nigdy nie zacznę od pierwszej części.
   Jak widać na zdjęciu - brakuje mi gór i upalnego lata! Dobrze, że są zdjęcia, to człowiek sobie powspomina. Byle do lipca i - Zakopane, witaj! 

25 sty 2018

26 świeczek na torcie.



   Stało się. Za cztery dni żegnam się z pierwszym ćwierćwieczem mojego życia i oficjalnie rozpoczynam drugie. Podsumowując poprzednie, to osiągnęłam dość wiele – wykształciłam się, znalazłam męża, prawdziwą przyjaciółkę, mam grono osób, które lubię i które lubi mnie, byłam nawet na dwóch okładkach książek. Nie swoich, to fakt, ale ten plan zrealizuję w kolejnym ćwierćwieczu, w końcu mam na to całe 25 lat.
   Z okazji godzenia się z rzeczywistością moich urodzin, mam dla was 26 faktów z mojego życia. Niektóre pokrywają się z ubiegłorocznymi, ale przecież to część mojej historii.

1. Moja babcia urodziła się 6.01, moja mama 16.01 a ja miałam być na 26.01. Niestety złamałam dziesięciodniową tradycję, bo byłam małym buntowniczym płodem i urodziłam się 29.01. Ale los nie dał się oszukać i mój chrześniak urodził się 26.01. Więc tradycja jak najbardziej zachowana.

2. 99% mojej rodziny pojawiła się na świecie w zimie. Chwała Bogu, że maż z grudnia, bo by tego starsze pokolenie nie przeżyło, że wprowadzam na łono rodziny osobę urodzoną nie w zimie. Jakby tego było mało, ostatnio dowiedziałam się, że planowanie ciąży muszę przełożyć na marzec/kwiecień, żeby dziecko moje mogło spełniać wymogi rodzinne.

3. Raz w życiu byłam świadkową, raz panną młodą i raz zostałam chrzestną. Czyli prawie wszystkie najważniejsze funkcje już za mną.

4. Mam wspaniałą przyjaciółkę, którą uwielbiam ponad wszystko. I mimo, że każda z nas ma już swoją rodzinę, swoją dorosłość to ciągle jak się spotykamy czuję się ja beztroska gimnazjalistka, której największym problemem było wkłucie do głowy słówek z niemieckiego.

5. Jestem ślepa – moja wada wzroku jest taka duża, że jak ściągnę soczewki to można mi włączyć w telewizji film pornograficzny i wmówić, że to komedia romantyczna a ja uwierzę (o ile dźwięk będzie wyłączony.) Biorąc pod uwagę, że i narzeczony dobrym wzrokiem nie grzeszy to przyszłemu dziecku będę musiała zawczasu kupić okulary, żeby zobaczyło jak matka z ojcem wyglądają...

6. Gdybym urodziła bliźniaki to nazwałabym je Patryk i Patrycja, Karol i Karolina albo Dominik i Dominika. Ot tak, bo razem to ciekawie brzmi. I na tą genialną myśl wpadłam już w wieku pięciu lat, jak bawiłam się lalkami.

7. Marzę skrycie o tym, żeby mieć susła. Nie wiem czemu, bo prawdę mówiąc susły nie są jakieś niesłychanie kochane i zwinne i inteligentne. Po prostu zobaczyłam je kiedyś w sklepie zoologicznym i pokochałam – ot, taka prawdziwa miłość od pierwszego wejrzenia. Podobnie mam z surykatkami.

8. A jak już jesteśmy przy temacie miłości od pierwszego wejrzenia, to moja i mojego przyszłego męża taka nie była. Znaliśmy się z pięć lat przed tym, nim zdecydowaliśmy się zostać parą. Raz nawet byłam u niego na sylwestrze i wkurzał mnie niemiłosiernie, bo wyśmiewał się z tego, że umarł mi królik, co ja z kolei przeżywałam. Zaraz po północy porzucił swoich gości, powiedział, że idzie się przespać na dziesięć minut i … nie zobaczyłam go przez kolejne dwa lata.

9. Chciałabym zarabiać pisaniem; ale wiecie, tak zarabiać godnie, porządnie jak J.K. Rowling. Żeby mnie było na wszystko stać (czyli na susła i jamnika. I na męża). I kurczę, wszyscy powtarzają, że trzeba w życiu robić to, co się kocha, więc heloł! Losie! Chcę być wziętą autorką książek!

10. Często w blogosferze książkowej pojawia się pytanie, jaką książkę zabralibyście ze sobą na bezludną wyspę. Zawsze, ale to zawsze miałam z tym pytaniem problem, aż ostatnio, całkowicie przez przypadek stwierdziłam, że byłby to „Harry Potter i Insygnia Śmierci”. Naprawdę, mogłabym to czytać raz po raz i ciągle zachwycać się na nowo.

11. Chciałabym kiedyś wydać książki, które zrobiłyby taką furorę jak Potter. Albo chociażby jedną taką książkę. Nowelkę?

12. Nie lubię rozmawiać przez telefon – okropnie się wtedy stresuje i zazwyczaj nie wiem co mam powiedzieć i jak się zachować i kończy się to tym, że tylko robię 'yhym' do słuchawki i wychodzę na osobę dotkniętą skazą umysłową.

13. A i – co zauważył mój mąż – nigdy się nie żegnam rozmawiając przez telefon, co ponoć jest irytujące. Szczerze mówiąc, to ja nawet tego nie zauważyłam, mówię po prostu, że kończę (albo robi to druga strona) i klikam w czerwoną słuchawkę. Ten sam fakt podałam wam w tamtym roku i wiecie co? Nic się nie zmieniło!

14. Jak się do kogoś uprzedzę to koniec, pies pogrzebany. Gdyby taka osoba uratowała mi rybkę z powodzi czy kupiłaby mi jacht, to nic by nie pomogło. Jestem cholernie pamiętliwa. Chyba po mamie.

15. Jestem śpiochem. Uwielbiam spać, a to chyba dlatego, że zawsze mam bardzo realistyczne sny, takie, które aż mnie samą zachwycają (taką mam świetną wyobraźnię, że mnie samą zachwyca.) Ile razy już śnił mi się świetny pomysł na książkę to nie zliczę, ale rano zawsze o nim zapominam!

16. Kiedy jestem okropnie zmęczona to zaczynam mieć głupawkę. Gdybym mogła to wisiałabym wtedy na lampie; mąż już zna te stany i wie, że jak wieczorem zaczynam podnosić dupkę wyżej głowy (próbując zrobić fikołka) to pora iść i położyć niunię spać.

17. Miałam na głowie już wszystkie możliwe kolory włosów. Przez pierwsze dwadzieścia lat życia byłam blondynką, później zafarbowałam się na brąz, kolejno na czarno, później zeszłam do czerwieni, po drodze było ombre i w końcu wróciłam do brązu. Możecie współczuć moim włosom.

18. Mimo, że swoje wesele wspominam bardzo miło i pozytywnie, to nie lubię być panną młodą. Zdecydowanie o wiele lepiej się bawię jako zwykły gość.

19. Płaczę na najbardziej banalnych i nostalgicznych momentach w filmach i serialach. Jestem typowym widzem, który zacznie ryczeć przy ckliwej melodyjce i dziecku, które tuli się do swojego ukochanego psa – scenarzyści połowę tych scen wymyślili specjalnie pode mnie.

20. Nie lubię się kłócić. Odpyskować potrafię, ale później przeżywam to przez pół dnia.

21. Moja mama twierdzi, że jestem uparta jak „stara oślica” i że powinnam studiować psychologię, bo zawsze wszystko odwrócę na swoją korzyść podczas kłótni. Ale mnie kocha.

22. Podobnie myśli mój mężczyzna. I też mnie kocha.

23. Nigdy nie przespałam bez przerwy całej nocy. Ostatnio mama opowiadała, jak jej koleżanki w pracy rozmawiały o swoich dzieciach, które wstają kilka razy w ciągu nocy. Wiecie – pielucha, butelka, lulanie i takie tam noworodkowe sprawy. Moja rodzicielka wtrąciła, że jej dziecko do tej pory nie przesypia całej nocy. Koleżanki zapytały, ile owo dziecko ma lat, a ona radośnie odparła, że 25. Czas chyba się przeprowadzić do innego miasta.

24. Jako dziecko chciałam być komputerażką i według mnie polegało to na siedzeniu w domu i graniu w gry. Co ciekawe, nienawidzę grać w gry.

25. Pasję czytania odziedziczyłam po swojej prababci. Do dzisiaj babcia i mama mi opowiadają, jak prababcia siedziała przy kuchni i gotowała mleko, czytając książkę. Mleko wykipiało, garnek się spalił a ona nic nie zauważyła, taka była pochłonięta treścią. Ja kilka tygodni temu spaliłam popcorn w mikrofalówce (da się!), więc zmysł kulinarny zdecydowanie mam po prababci Salomei.

26. Lubię siebie. A to chyba bardzo dużo znaczy. 

   Na koniec ja. Wietrząca pachy na moim ukochanym zdjęciu. 


21 sty 2018

Poważnie o zwierzętach.



 Ostatnie kilkanaście dni sprawiło, że opadły mi witki i postanowiłam dzisiaj napisać coś o tych najmniejszych i jednocześnie najukochańszych. O zwierzętach. To znaczy, ja zawsze jestem bardzo za wszelkimi naszymi „braćmi mniejszymi”, ale dzisiaj jakoś tak bardziej. 

Na początek taki tekst trochę na złość tym, którzy twierdzą, że zwierzę to „tylko” zwierzę a przecież ono jest „aż”. I czuje i odczuwa i potrzebuje. A jak w to nie wierzycie, to ja was nie lubię. Historia jest oczywiście prawdziwa.

   Bumbelotę i Białą zabrałyśmy z mamą z domu, gdzie nawet ludziom się nie przelewało, dlatego koty musiały radzić sobie same i ich jedynym pokarmem były złapane myszy i deszczówka pita z kałuż. U nas miały michy pełne jedzenia i mleka i w ciągu kilu miesięcy wyrosły na naprawdę duże, puchate i szczęśliwe kocice. Bumbelota jednak miała pewną „wadę” - była okropnie zapominalska; całe szczęście, że pamiętała, jak trafiać do domu, bo mieszkała u mojej babci na wsi i wiadomo – kot chadza czasami po polach i do domu musi wrócić.
W każdym razie przyszedł czas, że Bumbelot urodził małe puchate, kolorowe kuleczki w liczbie sztuk trzech. Cała rodzina odetchnęła z ulgą, że miało to miejsce w kąciku kuchni, gdzie miała przygotowane miejsce. Niestety, ulga nie trwała zbyt długo, bo po kilku dniach Bumbelota wyniosła gdzieś maluchy i ślad po nich zaginął a sama kocica przez kilka godzin chodziła po całym domu i szukała kociąt – zapomniała, gdzie je podziała i nie wiedziała co się dzieje.
Szukaliśmy ich wszędzie – na strychu, w stodole, po całym domu, nawet w sadzie, ale przepadły jak kamień w wodę. Oczywiście było smutno, z godziny na godzinę coraz bardziej a następnego ranka każdy stwierdził, że kotów już nie znajdziemy i że umrą gdzieś z głodu albo zimna, mała Agatka oczywiście zalewała się łzami rozpaczy.
Bumbelota też była przygnębiona, leżała na piecu i nawet jeść nie chciała. Wtedy przyszła do niej cała zakurzona i wybrudzona Biała, której nie było przez kilka godzin, i zaczęła do niej mruczeć w kocim języku. Po chwili wyszła z kuchni, „wołając” po swojemu Bumbelotę i zaprowadziła ją na strych, gdzie schowane były maluchy.
A później zawsze, kiedy zapominalska kocia mama siedziała w kuchni i miauczała żałośnie, przychodziła Biała i prowadziła ją do kociaków.

   Zwierzęta czują i rozumieją. To, że nie potrafią mówić jak ludzie, nie oznacza, że są gorsze.
Teraz czepię się trochę relacji rodzic – zwierzę. Nie rozumiem rodziców, którzy uczą swoje dziecko nieufności do zwierzęcia; a całkowicie już mi ręce opadają, jak słyszę hasło „idź ubij kotka, pieska, krowę” czy innego futrzaka. A uwierzcie, są takie matki, które uważają, że to przezabawne jest, kiedy ich dwu-, trzyletnie dziecko tłucze kota po głowie łopatką i zanosi się śmiechem.
Zapewniam was wszystkich, że dziecko może wychowywać się z psami, kotami, królikami i nawet żabami i nic się mu nie stanie. Jestem tego najlepszym przykładem – całe życie śpi ze mną w łóżku kot, pies albo królik (w zależności od momentu w życiu) i mam się dobrze. Łapałam żaby na łące i nosiłam je w podołku, karmiłam gęsi, które były u mojej babci i głaskałam stateczną i dostojną krowę, która dawała pyszne mleko. Ba, ja się na tym jej mleku wychowałam! Może jestem trochę bardziej ironiczna i złośliwa, ale to chyba sprawa genów a nie wpływu czworonogów.

   A wracając do tematu – dbajmy o zwierzęta. Szanujmy je i traktujmy tak, jak my chcielibyśmy być traktowani na ich miejscu. Nie porzucajmy ich dlatego, że zamiast rasowym labradorem nasz milusiński okazał się kundelkiem – one też potrafią kochać i odwdzięczać się za uczucie. Nie oddawajmy kotów do schroniska, bo ma za długie pazury i drapie nimi kanapę – to tylko kanapa, na Bogów, będziecie mieli pretekst, żeby kupić nową w Ikei. Nie udawajmy, że nie zauważmy, że chomik czuje się gorzej, bo szkoda nam pieniędzy na weterynarza. I pamiętajmy o jednym – jesteśmy odpowiedzialni za to, co oswoiliśmy. A jeśli nie jesteś na tyle dorosły, aby być odpowiedzialnym to kup sobie kaktusa, on przetrzyma więcej.

   A jakie wy macie relacje ze zwierzętami? Jakimi rodzicami wy jesteście? Wasze dzieci mają kontakt z milusińskimi, czy jednak trzymacie obie strony od siebie z daleka? I jak wy się wychowywaliście? Zasypialiście kiedyś przy akompaniamencie mruczenia? Budził was kiedyś skaczący po was pies? Piszcie, dzielcie się. Najwyżej przestaniemy się kolegować.  


"Ten dom jest pełen merdających ogonów, pocałunków mokrych nosów i miłości."