3 sty 2017

To, co zostało.


   Rok 2017 chciałabym rozpocząć od niezwykle ważnej dla mnie książki. Po raz pierwszy pisałam o niej pod koniec 2013 roku; teraz trochę bardziej dojrzałam, trochę więcej rozumiem, więc spraw mnie boli. I chciałabym spróbować zachęcić Was po raz drugi do tego tytułu.

„Człowiek widzi cienie tam, gdzie ich nie ma, słyszy mysz i wyobraża sobie lwa.”

  II wojna światowa pochłonęła wiele żyć; wiem o tym ja, wiesz o tym ty i wie o tym zdecydowana większość ludzkości. W polskich szkołach uczą nas o największych bitwach, o postaciach, które ratowały ludzkie życia i o tych bezimiennych, którzy ginęli w bezsensownym konflikcie. Polscy reżyserowie kręcą rewelacyjne filmy związane z tamtym okresem; warto wspomnieć chociażby „Katyń” Wajdy czy ostatni „Wołyń” Smarzowskiego. Kina są wtedy przepełnione, ludzie chcą to oglądać i głośno o tym mówią. Polska pamięta. Europa pamięta.

„W historii nie chodzi o daty, miejsca, wojny. Chodzi o ludzi.”

   A co o II wojnie światowej wiedzą Amerykanie? Tyle, że wojna była i że ich żołnierze brali w niej udział. Było, gdzieś, kiedyś i minęło – trzeba żyć dalej. W sumie nie tak trudno się dziwić; ich ten konflikt nie dotknął aż tak głęboko, nie rozpruł ich kraju, nie pochłonął życia milionów obywateli. Oni mają swoje wojny do zapamiętania, swoje straty do składania im hołdu. A jednak są tam osoby, które próbują dotrzeć do społeczeństwa i pokazać masakrę II wojny światowej.
   Jodi Picoult odgrzebuje arkana przeszłości i pisze przepiękną powieść o wszystkim co ludzkie- miłości, bólu, nadziei i śmierci.

   Sage jest młodą dziewczyną, która w niewielkim odstępie czasu straciła oboje rodziców; przez to wycofała się do wnętrza gorącej piekarni, pachnącej mąką, masłem i świeżym pieczywem.
   Pewnego dnia poznała sympatycznego staruszka Josefa, który był wdowcem, a jego jedynym kompanem w życiu była wdzięczna jamniczka Eve. Kilkanaście wspólnych spotkań sprawiło, że ta młoda, zahukana dziewczyna i starszy, samotny pan, zaprzyjaźnili się ze sobą. I mógłby być to już koniec tej historii, ale w pewnym momencie Josef prosił dziewczynę o czyn niezwykły- chciał, by Sage pomogła mu umrzeć. Przyznał, że w czasie wojny był wysoko postawionym SS-manem i bez skrupułów zabijał więźniów obozu koncentracyjnego. Przed śmiercią chciał od Sage jeszcze jednego- aby, jako Żydówka, wybaczyła mu jego zbrodnie.

„Oto paradoks straty: jak coś, czego już nie ma, tak bardzo może nam ciążyć?”

   Historia Sage i Josefa przeplatana jest retrospekcjami przeszłości a jej główną bohaterką jest babcia Sage, Minka Lewin. Przed wojną była zwykłą dziewczynką, jakich miliony. Miała starszą siostrę Basię, która była w ciąży, szwagra Rubina, mamę Hanę, przyjaciółkę Darię i ojca, który był piekarzem i który co rano piekł dla Minki bułkę czekoladowo-cynamonową. Zastała ich wojna a ich losy zaczęły zależeć od woli Niemców. Historia Minki jest przerażająca dlatego, że mogłaby być to historia tysięcy Żydów, którzy żyli w tamtych czasach. Przeraża świadomość, że to nie fikcja literacka, lecz przeszłość ludzkości. Strach Minki nie jest pisarskim wymysłem, podniosłą fantazją; to uczucie, które przez lata paliło od środka miliony osób. To stan, który sprawiał, że każdy poranek witany był bolesnym ściśnięciem się serca, bo nie było wiadomo, czy przyjdzie człowiekowi doczekać do wieczora.

   „To, co zostało” to powieść o pokucie. Wybaczaniu. Jak zwykle w książkach Picoult zakończenie sprawia, że człowiek wstrzymuje dech i zastanawia się jak to możliwe. A zaraz później sobie przypomina, że przecież nic nie jest wiadome na pewno. Że niekiedy możemy się słono pomylić, bezwiednie podjąć złą decyzję.
   O holokauście słyszałam wiele; w szkole, telewizji, od babci, która miała koleżankę żydowskiego pochodzenia. Jednak sposób, w jaki Jodi Picoult to opisała jest inny. Nie przebrzmiewa tam patetyczny ton i wielkie sztandarowe hasła. To zwykła historia życia pełnego strat.

   Jodi pisze książki, które z miejsca stają się bestsellerami. Jednak tym razem ta książka zasługuje na coś więcej niż stanie się „książką tygodnia, miesiąca”. To pozycja, którą każdy powinien przeczytać. Którą powinno się czytać dzieciom jako przestrogę a dorosłym jako przypomnienie, że zło istniało i to bardzo blisko nas. I że kiedyś, może bardzo niedługo, może powrócić.

„To dlatego, mówili, jej śmierć była taka cudna. Sfrunęła jak ptak z kładki nad Lutomierską, na drogę, gdzie nie wolno było chodzić Żydom. Mówili, że jej rozwiane włosy trzepotały jak skrzydła, a halki stały się wachlarzem ogona. Mówili, że kule, które ją dosięgły w powietrzu, trysnęły pióropuszem szkarłatu jak u Feniksa, co powstanie z popiołów.”

28 gru 2016

Idealny sylwestrowy film!


   Za kilka dni sylwester. Pożegnamy stary rok i powitamy nowy, który przyniesie wiele niewiadomych. Wiecie, że będąc dzieckiem, bardzo żałowałam odchodzącego roku? W jakiejś gazecie zobaczyłam rysunek, jak przemijające 356 dni w postaci siwego dziadziusia odchodzi w mrok a na jego miejsce przybiega bobasek zapowiadający to, co dopiero będzie. Żal mi było tego staruszka, którego nikt już nie chce, bo skończył się jego termin przydatności.

   Ale nie o moich dziecięcych myślach mowa.

   Gdybyście obudzili mnie o 2 w nocy i zapytali – uprzednio sprawiwszy, że przestanę krzyczeć ze strachu, bo ktoś obcy chodzi mi po domu – jaki film kojarzy mi się z Sylwestrem, be wahania odpowiedziałabym: „To właśnie miłość.”

   Film powstał już w 2003 roku, jednak zawsze omijałam go szerokim łukiem, uważając, że to głupi i naiwny film dla płaczek, które lubią sobie posmarkać w chusteczkę i poprzeżywać życie fikcyjnych bohaterów. Jednak pewnego dnia zobaczyłam przez przypadek w telewizji sam początek filmu i usłyszałam: „Ilekroć martwię się sytuacją na świecie, myślę o hali przylotów na lotnisku Heathrow. Ponoć żyjemy w świecie pełnym nienawiści. Moim zdaniem miłość jest wszędzie. Często niezbyt dostojna i widowiskowa, ale jest. Ojcowie i synowie, matki i córki, mężowie i żony, chłopaki, dziewczyny, przyjaciele… Rozejrzyjcie się a zobaczycie, że miłość jest w zasadzie wszędzie.”

   Ten film to dziesięć historii o różnych miłościach; tych całkiem nowych, świeżych, które sprawiają, że chce się krzyczeć i biegać boso. To historie o takich miłościach, które trochę się już zakurzyły, przykryte warstwą codzienności i problemów. To opowieści o miłościach straconych, odebranych, o miłostkach skupionych tylko na fizyczności. To również opowieść o miłości przyjacielskiej, tej pomiędzy rodzeństwem czy ojcem a dzieckiem.

   Najpiękniejsze w tym filmie jest to, że nic nie jest wyidealizowane; brak jest niekiedy happy endów, nic nie układa się w piękne, różowe puzzle. Niektórzy z nich wybiorą miłość, raniąc równocześnie innych bliskich. Niektórzy wybiorą życie w kłamstwie, aby móc dalej oszukiwać samych siebie, że coś jest nie tak, że nie jest tak kolorowo, jak mogłoby się z boku wydawać. Niektóre ze związków powstały tam, gdzie nikt by się ich nie spodziewał; w pracy, podczas nagrywania filmu pornograficznego (i była to jedna z najsłodszych par!), lub w czasie „ucieczki do wszystkiego.”

   Nie chciałam oglądać tego filmu, bo nie uważałam się za płaczkę. Obejrzałam, ryczałam przez jedną trzecią seansu i robię to ciągle, powracając do niego w okolicach Nowego Roku. To piękne historie, których nie trzeba się bać; nie ma w nich nic banalnego a jeżeli ktoś tak sądzi to powinno się go zapytać, czy w takim razie jego miłość, jego wybory też były banalne?


   Dla wszystkich fanów kina brytyjskiego, to też niezła gratka; w filmie można zobaczyć Hugh Granta, Emmę Thompson, Colina Firth’a, Rowana Atkinsona, Keire Knightley, Liama Neeson’a i wspaniałego Alana Rickama. Każdy z tych bohaterów ma w sobie coś niezwykłego, coś, co sprawia, że można albo ich pokochać, albo znienawidzić.

   Od kiedy obejrzałam ten film, faktycznie inaczej patrzę na lotniska. Tam ludzie okazują swoje najczystsze emocje. Jakby na chwile zapomnieli o tym, że są dorośli, że muszą się „jakoś” zachowywać, że im nie wypada. Kiedy się cieszą, to widać to w każdym ich calu. Uśmiechają się radośniej niż zwykle, tulą swoich bliskich mocniej niż zazwyczaj i płaczą jak wszystkie wrażliwe kobiety na głupich filmach o miłości.

    Życzę Wam w nowym roku miłości właśnie. Tej głupiej, banalnej, która zamyka w brzuchu motyle i sprawia, że unosimy się nad ziemią. Takiej, która sprawia, że zachowujemy się irracjonalnie, że cieszy nas padający deszcz, że głupia stokrotka potrafi dać tyle radości co tuzin czerwonych róż. Życzę Wam, żebyście mogli z całą pewnością powiedzieć, że miłość… jest w zasadzie wszędzie. 


27 gru 2016

Co mnie czeka w 2017, czyli przeczytałam horoskop.


Świąteczny czas nakłania do refleksji, do pewnych przemyśleń i do snucia ważnych planów. Jako kobieta zaradna życiowo, postanowiłam sprawdzić w horoskopie co będzie czekało mnie w 2017 roku; wszak lepiej być przygotowanym na nadchodzący rok. Chcecie wiedzieć co szykują dla mnie gwiazdy?

   „Ten rok zapowiada się całkiem interesująco dla Wodnika. Czekają go pewne zmiany, lecz one nie rozwiążą wszystkich jego problemów” – skubani, skąd wiedzieli, że ślub mi się szykuje w tym roku? I jak to, nie rozwiąże to wszystkich moich problemów? Przecież we wszystkich poradnikach mówią, że po ślubie to już tylko jednorożce, tęcze i garnki pełne złotych monet!

  „Horoskop na 2017 rok przewiduje, że w życiu Wodnika wydarzy się coś naprawdę niezwykłego, o ile nie przegapi on swojej wielkiej szansy. To wydarzenie będzie miało miejsce albo w marcu, albo we wrześniu” – będę musiała sobie te miesiące zaznaczyć w kalendarzu na czerwono. Mam tylko nadzieję, że słowo „niezwykłe” jest jak najbardziej pozytywne.

  „Prawdopodobnie ktoś zaproponuje Wodnikowi rolę lidera w branży, w której ten się rozwija” – zostanę królową blogów! W końcu, po tylu latach pisania postów, komentowania i odwiedzania innych, zostanę dostrzeżona i koronowana na lidera, który będzie wyznaczał trendy! Pierwszy trend, który wyznaczam – wszyscy jemy bigos! Nie wiem dlaczego, niespecjalnie lubię bigos, ale brzmi to ekstrawagancko.

  „Czy Wodnik tego chce, czy nie, w tym roku istnieje duże prawdopodobieństwo miłosnej przygody” – muszę sprawić, że miłosna przygoda odbędzie się z mężem. Moim własnym, osobistym, oczywiście.

  „W sferze życia rodzinnego czeka Wodnika kilka wyzwań. Zdecydowanie więcej niż w latach poprzednich” – true. W końcu nie na co dzień zaczyna się mieszkać z mężczyzną i jego skarpetkami, prawda? Powiem wam szczerze, że właśnie tych wszędobylskich skarpetek boję się najbardziej. Że będę się o nie potykać, znajdować je w lodówce i piekarniku. Może trochę przesadzam, ale wiecie… ja się brzydzę wszystkiego, co jest związane ze stopami. Naprawdę!

  „Jeżeli Wodnik jest gotów podjąć duże ryzyko, może zdobyć w tym roku bardzo dużą kwotę pieniędzy” – inwestujemy w hodowlę borsuków! Powinnam kierować się intuicją i czuję, że w 2017 roku borsuki odegrają ważną rolę w dziejach ludzkości.

  „Wodnik pracujący w małej grupie lub związany z branżą poradnictwa, może liczyć na bardzo duże zyski w tym roku” - w sumie to ja często wam doradzam, więc poradnictwem się zajmuję w pewien sposób. Kto wie, może w tym roku wydam książkę pod tytułem: „Jak wyjść za mąż i nie osiwieć?” Kupicie?

  „Im większe będą wpływy, tym bardziej Wodnik odczuje pokusę wydawania pieniędzy na ekstrawaganckie pomysły” – nie kupuj susła, nie kupuj susła, nie kupuj susła…

  „Od czerwca Wodnik zacznie jeszcze poważniej myśleć o swoim zdrowiu i stylu życia. Lepszy czas na rozpoczęcie nowej diety już się zbyt prędko nie pojawi, więc warto od razu wziąć się do pracy nad stylem żywienia” – racja, widzieliście kiedyś mężatkę, która zbytnio dbała o sylwetkę? Więc albo wezmę się za siebie teraz, albo później będę szczęśliwą, grubaśną kulką z obrączką na palcu.

Żeby nie było, sprawdziłam też horoskop chiński! Zgodnie z nim jestem kozą. Dobrze, że nie mam bródki.

  „W ciągu 2017 roku wiele osób urodzonych pod znakiem Kozy rozpocznie ważny projekt w domu. Może on dotyczyć remontu lub wymiany umeblowania” - albo wprowadzenia do domu świeżo upieczonego małżonka.

  „Kozy zainteresowane sztuką i lubiące tworzyć powinny aktywnie promować swoje dzieła. Początkowo mogą spotkać się z brakiem reakcji otoczenia, ale nie powinny się zrażać. Nawet zdecydowane odmowy współpracy nie mogą umniejszyć poczucia własnej wartości Kozy” – co się będę przejmować, jak ktoś mi powie, że się nie nadaję do pisania. Pf, wiem lepiej, że robię to dobrze i że ludzie chcą mnie czytać i kiedyś znajdzie się wydawnictwo, które z chęcią wyda moją twórczość.

  „To może być naprawdę kosztowny rok dla Kozy, zwłaszcza jeśli chodzi o wydatki związane z domem/mieszkaniem oraz rodziną” – byłoby miło, biorąc pod uwagę, że chcemy z przyszłym małżonkiem kupić własne M3. Takie wydatki to ja zniosę z prawdziwą radością.

  „Lipiec 2017 przyniesie gorącą atmosferę. Chodzi tutaj nie tylko o klimat, ale przede wszystkim o sprawy rodzinne. Miłość będzie kwitła i pojawi się szansa na naprawienie wszelkich problemów, które pojawiały się w poprzednich miesiącach” – kto by pomyślał, że i w Chinach wiedzieli, że biorę ślub. Wszak każdy ślub scala rodziny i naprawia się dawne niesnaski.

   Cóż, zwykle nie wierzę w horoskopowe wróżby, ale w tym wypadku… chyba zmienię podejście. Będę znaną blogerką, zarobię kupę forsy, którą później wydam na mieszkanie, w lipcu czeka na mnie coś ważnego (odkrywcze!), zmienię wystrój mieszkania poprzez wprowadzenie do niego małżonka i w dodatku stanę się Perfekcyjną Żoną, która wyda swój własny poradnik.

Roku 2017 – nadchodź!


19 gru 2016

Utkwiło mi w pamięci, czyli powoli żegnam rok 2016


   STYCZEŃ – początek roku oznaczał początek przygotowań ślubnych. Zamówiliśmy wtedy salę, fotografa, orkiestrę i załamaliśmy się, ile to wszystko kosztuje. Same zaliczki pochłonęły około trzech tysięcy, uwierzycie?! Również w styczniu razem z moją J. zapisałyśmy się do „nocnej pracy” – nie, nie chodziło o stanie pod latarnią, ale o liczenie towarów nocą w supermarketach. Zarwałyśmy w ten sposób trzy nocki, zarobiłyśmy z 250 złotych, które później wydałyśmy na mohito (no dobra, nie całość tylko pewną część) a wspomnienia z tych nocy pozostaną chyba na zawsze. Biedna J. ciągle była ochrzaniania, że za wolno liczy a ona jadła jabłko i odpoczywała. I nigdy, przenigdy się tak nie uśmiałam przy liczeniu skarpetek jak wtedy.

   LUTY – luty minął pod znakiem nauk przedmałżeńskich. Dowiedziałam się na nich, że mężczyzna jest po to, żeby zdobywać świat a kobieta ma na niego czekać w domu z obiadem. Cóż, jutro moje wielkie stracie z gołąbkami, więc zobaczymy, czy będę miała z czym czekać w domu na mojego zdobywcę.

   MARZEC – w marcu świętowałam 100 tysięcy wejść na bloga. Z tego wynika, że w ciągu dziewięciu miesięcy odwiedziliście mnie kolejne 50 tysięcy razy. Zaczynam się czuć jak Kim Kardashian polskiej blogosfery!

   KWIECIEŃ – szczerze się wam przyznam, że w kwietniu nie działo się chyba nic wartego uwagi, bo kompletnie nie pamiętam tego miesiąca w moim życiu…

   MAJ – w tym miesiącu oddałam moją najlepszą przyjaciółkę mężczyźnie jej życia. Znaczy się, ślub wzięła a ja miałam zaszczyt być jej świadkową, przez co czuję się lekko odpowiedzialna za to, żeby się im w związku udało. Za pół roku ona będzie świadkowała na moim ślubie i nie wyobrażam sobie na tym miejscu nikogo bardziej odpowiedniego.
W maju również byłam w Zakopanym i zdecydowanie jest to moje miejsce na Ziemi. Góry, rześkie powietrze, wspaniałe Krupówki i pyszne gorące oscypki. Chyba nic nie może temu dorównać.

   CZERWIEC – w dziewiątym dniu tego miesiąca zostałam panią magister. Moja praca o nie-wesołym temacie „Dzieciobójstwo w prawie polskim” komisji bardzo się spodobała albo tylko chcieli mi poprawić nastrój i mnie okłamali. Obrona przebiegła szybko, miło i przyjemnie, później wszystkie dziewczyny z roku wybrały się na wspólne piwo (niektóre pierwszy raz od rozpoczęcia studiów) i rozstałyśmy się pod koniec dnia – z niektórymi prawdopodobnie na zawsze. I chyba dobrze, bo jakoś nigdy nie byłam do nich przywiązana.

   LIPIEC – w lipcu zaczęłam być oficjalnie osobą bezrobotną i dorosłą. I przez pierwszy tydzień leniłam się niemiłosiernie, później miałam z tego powodu lekką depresję w wyniku czego obejrzałam wszystkie odcinki „Gry o tron”. Co znowu pogłębiło mój zły stan ducha. Teraz myślę nad otwarciem czegoś własnego i powoli działam w tym kierunku. Dlatego nie mam zbyt wiele czasu w życiu.
Lipiec minął również pod znakiem grilli z przyjaciółmi, spotkaniami z przyjaciółkami i narzekaniem, że do ślubu jeszcze tyyyyle czasu!

   SIERPIEŃ – jedyne co pamiętam z sierpnia to wycieczka do zoo i zakup sukni ślubnej. W zoo spotkałam przesłodką jednołapczastą surykatkę, którą nazwałam Małgosią. I prośba do Was- jeśli będziecie przypadkiem w zoo w Zamościu to zobaczcie jak się ten maluch czuje, bo ją pokochałam tak mocno, jak mocno można pokochać małe afrykańskie zwierzątko bez przedniej łapki.
Co do sukni – pisałam Wam już, że wybrałam model, o którym w życiu nie marzyłam. Naprawdę, to w ogóle nie jest mój styl! Ja na co dzień ubieram się całkiem inaczej a tutaj – nie wiem co to się stało, ale tylko w tym fasonie nie wyglądam jak biedny bezdomny koczujący pod kościołem. Jedna z Was (całusy Angela!) miała nawet zaszczyt mnie w niej oglądać i chyba nie jest źle, bo mnie nie skrytykowała ^^ A może chciała być po prostu miła?

   WRZESIEŃ – we wrześniu wpadłam na genialny pomysł z Ślubnym BookTourem i teraz mój niebieski notatnik wędruje gdzieś po świecie, zbierając w sobie Wasze rady jak być zoną idealną. Na chwilę obecną wpisało się do niego cztery + jedna nadprogramowa osoba, osiemnaście z Was ma jeszcze się tam wpisać a ja się już nie mogę doczekać, kiedy wróci on do moich rączek.

  PAŹDZIERNIK – w październiku zamówiliśmy zaproszenia, po wielkich i długich rozważaniach (sporach związkowych), które będzie odpowiednie i będzie pasowało do naszego ślubu. W końcu stanęło na tym, co zdecydował narzeczony i uświadomiło mi to, że jednak w naszym związku ostateczne decyzje będą należeć do niego. Asertywności u mnie totalny brak.
W tym miesiącu obejrzałam najlepszy film 2016 rok – „Wołyń”. Mimo że od jego premiery minęło już trochę czasu, nadal go przeżywam a fenomenalna muzyka mrozi mi krew w żyłach do dzisiaj.

  LISTOPAD – rozpoczęliśmy w tym miesiącu nauki przedślubne (tak, są i przedślubne i przedmałżeńskie), i niestety są one o wiele gorsze niż te wcześniejsze. Ostatnio na spotkaniu musieliśmy… tłumaczyć na własne słowa tekst przysięgi małżeńskiej, przy czym prowadzący i tak był ciągle niezadowolony z naszych odpowiedzi. Znaczy się, musimy chyba postrzegać to tak samo jak on. A może ja inaczej postrzegam miłość, wierność i uczciwość małżeńską?
Gdyby tego było mało, po naukach, które skończyły się ok. 19.30 nie mogliśmy wyjść z terenu kościoła, bo nikt chyba nie zauważył naszej obecności i zamknęli wszystkie bramy. Księża nie odpowiadali na domofony, kościelnego było brak. I w efekcie musiałam się przeciskać przez 10-centymetrową szczelinę w bramie.

   GRUDZIEŃ – smutny i śniegowy początek grudnia spędziłam na … koncercie Sławomira! Słyszeliście kiedyś o nim? Cudowny człowiek, wspaniały muzyk i ma w sobie taki urok, że nawet mój osobisty fan metalu zna na pamięć „Megierę”! Trochę niepokojące jest to, że nucąc ten utwór coraz częściej patrzy na mnie, ale cóż ^^ Póki mnie kocha, to jakoś to zniosę.


   I za kilka dni przyjdzie mi się pożegnać z 2016 rokiem. W końcu doczekam się roku 2017, który przyniesie w moim życiu wiele zmian, tych mniej i bardziej oczekiwanych. Mam nadzieję, że będzie to wspaniały czas, który będę na starość wspominać z rozrzewnieniem i dumą, że przypadło mi w udziale tak wspaniałe życie. 


16 gru 2016

"Pierwsze kłamstwo" - wszystkie winy trzeba odkupić. I prośba o gołąbki.



   Gwałt. Straszne, gryzące w gardło słowo, które przeraża i zniesmacza. Gwałt. Brutalna zbrodnia, wciąż zbyt pobłażliwie traktowana przez sądy i społeczeństwa; stulecia podczas których mężczyźni brali to, co chcieli sprawiły, że wielu trudno jest się przestawić na myślenie, że obecnie jest to zabronione. Że kobieta też ma swoje prawa, że krótka spódnica albo szorty nie są jednoznaczne z zaproszeniem do łóżka.

   Josefin miała szesnaście lat, kiedy wybrała się z przyjaciółką na wakacje życia. Planowały bawić się, imprezować, pić i spróbować żyć dorosłym życiem. Ja w wieku szesnastu lat mogłam pomarzyć jedynie o tym, aby rodzice przesunęli godzinę policyjną z 21 na 22 a co dopiero mówić o wyjechaniu na „wakacje życia”. To co miało być wspaniałe i beztroskie zamieniło się w koszmar, gdy dziewczęta spotkały Oskara, Jonasa i Rikarda, miło wyglądających studentów, którzy pod wpływem alkoholu i pod osłoną nocy zamienili się w oprawców. Prawdziwe bestie. Zgwałcili Josefin, włożyli jej szczotkę klozetową, ot tak, dla zabawy, bo uważali, że dziewczynie na pewno by się to spodobało. Gdyby nie była odurzona narkotykami i alkoholem.

   Gdy kilka dni później zgłosiła to na policji, była traktowana jak natrętna mucha. Policjant przyjął zgłoszenie, bo musiał. Przesłuchał chłopaków, bo musiał, chociaż ewidentnie zgadzał się z nimi, że to Josefin zgodziła się na ostrzejszy sex a później zmieniła zdanie i chciała zniszczyć życie Bogu ducha winnym porządnym młodym mężczyznom.

   Później odbyła się rozprawa, z której – jak to często bywa – nie wynikło nic. To znaczy, nic dla trójki gwałcicieli. Dla Josefin zmieniło się wszystko; była szykanowana, nazywana dziwką i puszczalską. Nie mogła się uczyć, nie miała przyjaciół, nikt nie chciał z nią chodzić. W końcu wyjechała do swojego ojca, który mieszkał w innym mieście. Słuch. o niej zaginął. Kilkanaście lat później Oskar - inicjator całego zdarzenia – stał się gwiazdą sportu, miał piękną żonę, dwójkę wspaniałych dzieci i ciągle lubił uprawiać brutalny sex z obcymi kobietami. Oczywiście wybranka jego serca nie miała o niczym pojęcia, Oskar dobrze się maskował. Janas ułożył sobie życie, mieszkał z ukochaną kobietą Mią, mieli razem dziecko, jednak wyrzuty sumienia nie dawały mu spokoju i mimo minięcia wielu lat, nadal było mu wstyd, że nie zeznał prawdy w sądzie, że stanął po stronie swoich kolegów.

   Ich spokojne życie zaczęło nagle walić się w gruzy, gdy jakaś tajemnicza osoba zaczęła przypominać im o tym, co zrobili przed laty… Zapomniane zdjęcia, fakty wychodzę na światło dzienne. Kto za tym stał? I dlaczego po tylu latach?

   Trudno uwierzyć, że ta książka jest debiutem młodej kobiety. Kunszt pisarski jest na tak wysokim poziomie, jakby pisarka tworzyła od wielu już lat – zresztą, mam cichą nadzieję, że teraz jej książki zaczną się ukazywać jedna po drugiej, bo naprawdę ma talent. Mało powiedzieć, że pisze ciekawie i „wciągająco”. Ważniejsze jest to, o czym pisze. Jakie ważne treści przemyca w swojej fabule. Bo z pozoru jest to thriller połączony z kryminałem – wszak szukają osoby, która im grozi, ale tak naprawdę jest to książka o odkupieniu. O winie, która pali gdzieś w głębi człowieczego ciała i której trudno jest się pozbyć. O wyrzutach sumienia, które skradają się najczęściej w nocy i atakują znienacka. O pysze, która niekiedy jest tak duża, że zasłania wszystko inne i sprawia, że człowiek zatraca całą moralność.


   Po tej lekturze wiem tylko jedno – każde winy muszą kiedyś zostać odkupione. 

   PS - Kochani moi niezastąpieni! Jako, że jestem kobietą ambitną i potrafię już ugotować: zupę gulaszową, pierogi, lasagne, spaghetti, bitki, pieczeń i kurczaka w sosie paprykowym, postanowiłam sięgnąć dalej i planuję nauczyć się robić ... gołąbki. Bo czymże jest prawdziwy dom bez gołąbków? Powiem Wam - niczym! Prawdziwy dom bez gołąbków nie istnieje. Więc, moje utalentowane duszyczki, jeśli macie sprawdzony, dobry i łatwy przepis to proszę o pomoc! Mój przyszły mąż z pewnością będzie wdzięczny.