31 mar 2017

I znowu o imionach.


   Pisałam już wam raz o imionach, ale mój bzik na punkcie ich znaczenia i pochodzenia się pogłębił, więc uraczę was kolejną porcją wiadomości na ich temat. Przy okazji pochwalę się wam, bo jeszcze nie było okazji, że ostatnio zostałam mamą chrzestną małego Ignasia. A patrząc po znaczeniu jego imienia, wyrośnie mi na niezależnego indywidualistę i będzie śmiało kroczył przez życie. I dobrze, niech sobie bąbel mały radzi!

   Imiona obecnie są czymś oczywistym i pewnie zdziwi was fakt, że w starożytności sprawę tę traktowano nieco inaczej; w Egipcie wierzono, że imię należy zachowywać w tajemnicy, ponieważ osoba, która się go nauczy, będzie panowała nad daną osobą. Imię postrzegano wtedy jako źródło kierowania przeznaczeniem i dlatego też Egipcjanie posiadali dwa imiona – wielkie - tabu i małe - publiczne, które było używane przy innych.

   Znalazłam również informację, że pewne prastare wierzenia zakładały, że ilekroć człowiek wypowiedział swoje imię, oddzielał od siebie cząstkę swojej osoby i jeżeli powtarzał je bardzo często, to chudł. Chcecie szybko zrzucić kilka kilogramów? Powtórzcie swoje imię dziesięć tysięcy razy i efekt gotowy, bez głodówek i ćwiczeń! Aby zachować swoje ciało przy zdrowiu, bogaci obywatele – szczególnie Madagaskaru, bo stamtąd pochodził ten przesąd – zatrudniali niewolników, którzy wymawiali imię pana, w razie takiej potrzeby.

   Bez wątpienia imię miało funkcję swoistego rodzaju zaklęcia; według mnie nadal przejmuje się niektóre – nie wszystkie, w porządku – cechy swojego imienia, o czym kilkoro z was przekonało się na własnej skórze pod poprzednim postem tego typu. Nie zgodzę się z tym, że znaczenie imion ma taką właściwość jak horoskopy i każdy znajdzie tam opis własnej osoby. Czytając znaczenie imienia Monika, Klara czy Aniela kompletnie nie potrafię odnaleźć cech, które odnosiłyby się do mnie, jako do osoby.

   W XX wieku najczęściej nazywano córki Anna, Maria, Katarzyna, Krystyna, Zofia, Małgorzata, Agnieszka, Janina, Barbara i Ewa. Chłopców natomiast: Jan, Stanisław, Andrzej, Piotr, Józef, Krzysztof, Tomasz, Paweł, Tadeusz i Marcin. O ile w przypadku chłopców dwa pierwsze miejsca nadal świecą triumfy w dzisiejszych czasach, o tyle u dziewczynek ciężko już spotkać takie imiona. Sprawdziłam też, że od 2000 do 2008 roku najczęściej nadawanymi imionami dla dziewczyn były zawsze Julia i Wiktoria. Nieprzerwanie, przez osiem lat. Co więc musi się dziać teraz w klasach, gdzie jest po pięć Julek i po trzy Wiktorie? Po 2009 roku popularność Wiktorii upadła, ale nadal Julie i Jakuby tłumnie opuszczają polskie porodówki. Biorąc pod uwagę statystykę, ośmielę się wysnuć wniosek, że większość z was będzie miało zięcia/synową o takich imionach. Zobaczycie!

   Nie wiedziałam, że imię Marlena pochodzi zapewne z połączenia Marii i Magdaleny; co teraz łącząc ze sobą te imiona wydaje mi się to jasne jak słońce. Ostatnio jedna z was urodziła synka – Filipa. Sprawdziłam więc i znaczenie jego imienia; kobieto, Twój syn wyrośnie na pomysłowego i energicznego człowieka. Nie będzie bał się ciężkiej pracy, będzie umiał dogadać się z kobietami a te będą do niego lgnęły. Przygotuj się na bycie wspaniałą teściową!

   Natknęłam się ostatnio na piękne i mało spotykane imię Ilka – to osoby zdecydowane, tajemnicze, trochę nerwowe, ale przywiązujące dużą wagę do przyjaźni. W ogóle o tym imieniu jest dość mało wiadomo, a przynajmniej ja nie mogłam się dogrzebać do informacji.

   Katarzyny to bardzo nerwowe kobiety, które są bardzo inteligentne, ale mają skłonność brania wszystkiego do siebie. Nie mają zbyt wielu przyjaciół, ale starannie ich sobie dobiera, cieszy się szacunkiem tłumów a w życiu kieruje się szlachetnością i uczciwością. Nikodem fascynuje się tym, co niezwykłe i uparcie broni swoich racji, nawet jeżeli są one absurdalne. Jest pewny siebie, ambitny i energiczny i ma powodzenie wśród kobiet; samo znaczenie jego imienia oznacza ten, który zwycięża dla ludu. 

   Łukasz, a więc mój przyszły małżonek to – według znaczenia – osoba dokładna, pracowita i cierpliwa. Nie lubi hałasu, lubi pomagać innym, nie znosi konfliktów i jest niezwykle rodzinny. Jego życiową dewizą jest powoli, ale do celu i zawsze swoje cele osiąga. Ha, teraz możecie mi już zazdrościć jak dobrze trafiłam. Brawo ja!

   Nie zapominajmy jeszcze, że niektóre imiona mają swoje zagraniczne odpowiedniki. Polski Andrzej to oczywiście Andrew w Anglii, Andrea we Włoszech i Antero w Finlandii. Tka bardzo popularny Jakub to Jacob, Tiago w Portugalii i Jaakko u finów.

   Jeżeli jeszcze nie czytaliście o swoich imionach – polecam. Można nieźle się pośmiać i może trochę bardziej poznać siebie? 


28 mar 2017

PRZEDPREMIEROWO - Cela 7, czyli o tym jak kiedyś upadnie sprawiedliwość


  Zacznijmy od tego, że nie przepadam za książkami młodzieżowymi i zazwyczaj trzymam się od nich z daleka. Jednak czasami coś zainteresuje mnie na tyle, że wyciągam dłoń poza obrane schematy i sięgam po powieści, które teoretycznie nie powinny mnie interesować. A później to jest różnie – albo utwierdzam się w przekonaniu, że dany gatunek nie jest dla mnie, albo… no właśnie.

   Cela 7 to książka opowiadająca o tym, co może przytrafić się nam w przyszłości. Teraz każdy program telewizyjny zachęca oglądających do oddania swoich głosów, każda dyskusja publiczna okraszona jest napisem na srebrnym ekranie, który głosi zadzwoń, wyraź swoją opinię! Autora książki, Kerry Drewery poszła krok dalej i dała obywatelom władzę całkowitą. Władzę decydowania o życiu bądź śmierci.

   Martha ma szesnaście lat i z zimną krwią zabiła człowieka. A przynajmniej taką wiadomość podają wszystkie stacje telewizyjne. Dodatkowo, dziewczyna zabiła sławnego i cieszącego się sympatią widzów celebrytę. Znaleziono ją nad jego ciałem, z bronią w ręku, krzyczącą, że tak, to ona to zrobiła. Martha trafiła do więzienia, w którym ma przebywać tylko siedem dni. W ciągu ich trwania, wszyscy obywatele będą mieli możliwość zagłosowania czy nastolatka powinna zostać uniewinniona, czy zostać skazana i zabita. Oko za oko, ząb za ząb – starożytna zasada wraca jak bumerang, zmieniając tylko sposób decydowania o winie.

   Ta książka jest aż nazbyt autentyczna; patrząc na to, co obecnie dzieje się na świecie, wcale bym się nie zdziwiła, gdyby za kilka lat taka sytuacja stałaby się rzeczywistością. Przecież już teraz opinia publiczna ma wielką władzę i rządy nie raz uginają się pod jej naporem. Dlaczego więc nie zrzucić odpowiedzialności na zwykłych obywateli? Dlaczego nie dać im szansy, by poczuli się odpowiedzialni za czyjeś życie? Dlaczego nie umyć sobie rąk czyimś kosztem?

   Tyle tylko, że – pewnie jak byłoby to w rzeczywistości – władza, pozornie dając prawo obywatelom, sama wywiera na nich nacisk. Informacje przekazywane społeczeństwu nie są do końca prawdziwe. Manipuluje się faktami, przerysowuje się winy i przemilcza się zasługi osadzonego. W programie Sprawiedliwością jest śmierć, przedstawia się obywatelom taki obraz życia skazanego, żeby chcieli oni jego zguby. Żeby zaczęli czuć do niego nienawiść, obrzydzenie. Albo żeby poczuli potrzebę chronienia takiej osoby. Wszystko w zależności od tego, jakie rozwiązanie spodoba się władzy. Która, niczym aktor w teatrze, manipuluje marionetkami.

Teraz nie pytamy o dowody, nie pytamy nawet o motywy. To nie jest wymiar sprawiedliwości, tylko rzeźnia, otwarta na oścież dla korupcji, fałszerstwa, łapówkarstwa…

   To, co jeszcze mocno dręczyło mnie w tej książce to to, że każdy obywatel mógł wysłać tyle głosów za lub przeciw, na ile było go tylko stać – bogatsi mieli więc większą możliwość wydawania wyroku, biedniejsi, jeżeli chcieli chronić swoich bliskich, niesłusznie wtrąconych do Celi, nie mieli takich szans. A ceny też były niebagatelne, bo za połączenie telefoniczne obowiązywała najwyższa opłata (niesprecyzowana), SMS kosztował dodatkowo 5 funtów, głosowanie online to również koszt 5 funtów, po uiszczeniu wstępnej opłaty rejestracyjnej w wysokości 20 funtów. Czyli państwo dodatkowo zarabiało, a u nas z pewnością takie rozwiązanie w parlamencie świetnie by się przyjęło.

   Cela 7 to pozornie książka dla młodzieży, jednak jak dla mnie, powinien przeczytać ją i każdy dorosły. Przeraża, obiecując to, co kiedyś może się wydarzyć, jeżeli świat nadal będzie zmierzał w tym kierunku. Ludzkie życie będzie zależało od programu telewizyjnego, od nastawienia obcych ludzi. Nie od prawa, od jasnych reguł, ale od kaprysu osób trzecich siedzących w swoich ciepłych domach i bawiących się w Boga.
   Ciekawa jest również narracja, która przebiega w różnoraki sposób; raz jest prowadzona przez Marthę, raz przez doradcę dziewczyny a więc osobę, która ma jej pomóc pożegnać się z tym światem. Są jeszcze zapisy stenograficzne z programu telewizyjnego, w którym przeprowadza się wywiady i na bieżąco relacjonuje jak przebiega głosowanie. Dzięki temu książka jest bardziej dynamiczna, akcja wartka a to powoduje, że kartki przemijają jak szalone. 

   Premiera książki już jutro a na tej stronie - http://www.cela7.pl/ - można zgarnąć książkę aż 30% taniej, jeżeli wykona się kilka prostych zasad.

   Polecam i rekomenduję pełna nadziei, że kiedyś moja rekomendacja będzie tak ważna, jak rekomendacja samej Gesslerowej co do smaku pieczonej kaczki. 

26 mar 2017

Dzień dobry, północy. Dzień dobry, samotności


   Wyobraźcie sobie nagłą ciszę, która otoczyła świat. Nie ma telewizji, nie ma radia, o Internecie można tylko pomarzyć. Sklepy są opustoszałe, ulice również. Zostaliście tylko wy i zwierzęta, coraz bardziej przymierające z głodu. Temperatura osiągnęła minus trzydzieści stopni. Nikt nie wie co się stało. W sumie… nie ma kto wiedzieć. Zostaliście tylko wy i wasza samotność.

   Augustine i Sully to główni bohaterowie książki „Dzień dobry, północy.” W normalnych okolicznościach prawdopodobnie nigdy by się nie spotkali, ponieważ różniło ich wszystko – podejście do życia, nastawienie do ludzi, temperament i aspiracje. Augustine był naukowcem, w całości poświęconym swojej profesji. Gdzieś w dalekim świecie pozostawił kobietę i dziecko, które mu urodziła a którego nie widział nawet na oczy i wcale za nim nie tęsknił, bo jak można tęsknić za kimś, kogo się nie chciało? Siedemdziesięciolatek przeniósł się na Arktykę, gdzie badał kosmos i wszystkie jego tajemnice. Nie rozumiał ludzkich uczuć, miłość uważał za coś poniżającego i kompletnie niezbędnego, co tylko spowalnia ludzi w ich rozwoju. W chwili, gdy władze decydują się – nie wiadomo konkretnie z jakiego powodu – na ewakuację ośrodka badawczego, Augustine postanawia zostać. Nie chce się ratować, nie chce wracać do rzeczywistego świata. Nie obchodzi go co dzieje się z jego dzieckiem i jego matką, nie interesuje go los ludzkości. Pragnie tylko pozostać w tej ciemnej krainie skutego lodu i obserwować obsiane gwiazdami niebo. Jak się później okazuje, razem z nim w ośrodku pozostała mała dziewczynka, Iris. Augustin nie wie skąd się tam wzięła ani dlaczego o niej zapomniano. Potraktował ją jako oczywistości i trwali w tej zimowej ciszy, walcząc z własną samotnością.

   Sully jest astronautką, kobietą młodą i pełną nadziei na przyszłość. Właśnie wracała z misji na Jowisza, gdzie obserwowali Io – jeden z jego księżyców. Podczas misji powrotnej, razem z kolegami, próbowała skontaktować się z NASA, jednak ich wysiłki na nic się nie zdały – Ziemia milczała, otulona ponurą ciemnością. W radiowęźle słychać było tylko równomierny szum. Nie działały satelity, nikt nie próbował przekazywać nikomu wiadomości. Ziemia umarła a oni nie wiedzieli dlaczego.

   Ich losy się stykają; są jak rozbitkowie, którzy ostali się po wielkiej katastrofie i którzy stracili wszystko, chociaż już za „normalnych” czasów sami odsuwali się od bliźnich i szukali spokoju. W pewien sposób można więc powiedzieć, że ich najskrytsze marzenie się spełniło – nie było już nikogo do kochania, nie było nikogo, kto zajmował by im czas, nikogo, kto przeszkadzałby im obserwować niebo i trwać w bezruchu, chłonąć jego piękno i potęgę. Tyle tylko, że z czasem dotarło do nich, że samotność z wyboru a samotność przymuszona to dwie odrębne sprawy. Bohaterowie muszą zmierzyć się z samotnością a poprzez to i czytelnik zaczyna się zastanawiać, czy dałby sobie radę, gdyby nagle zabrakło wszystkich tych, którzy tworzą jego codzienność.

   Gdyby producenci zdecydowaliby się kiedyś nakręcić film na podstawie tej książki, to bez wątpienia byłoby to połączenie wspaniałego „Marsjanina” z nostalgicznym „Dawcą pamięci”. To piękna opowieść o tym, że człowiek tak naprawdę jest zwierzęciem stadnym, nawet jeżeli ucieka do swojej samotni i uparcie powtarza, że ludzie nie są mu do szczęścia potrzebni. To historia dwójki ludzi, których dopadło to, do czego zawsze dążyli – i nagle zdali sobie sprawę, że ich nirwana, ich sposób na szczęście absolutne jest szalenie zawodny.

„Biorąc pod uwagę jak długo żył, wydawało się zaskakujące jak niewiele przeżył.”

   Boję się samotności najbardziej na świecie. Szczerze, to boję się jej bardziej niż śmierci. Pewnie dlatego ta książka stanie się jedną z najważniejszych pozycji w moim domu. Dzięki niej będę pamiętała, żeby nigdy nie odtrącać nikogo bliskiego, bo kiedyś, w pewnym momencie może się okazać, że tych osób zabraknie a ja zostanę z taką ilością wolnego czasu, którego niczym nie zdołam zapełnić. Tylko wspomnieniami, które w takiej sytuacji staną się upiorne, bo uparcie będą przypominały o tym, co miałam w garści i co mi z niej wyleciało. 

21 mar 2017

Książka, która was otumani - "Obserwując Edie"

   
Edie i Heather były niegdyś najlepszymi przyjaciółkami, chociaż różniły się od siebie jak dzień od nocy; Edie była bardziej przebojowa, lubiana i odważna, Heather zaś pozostawała zawsze w cieniu i była uważana za dziwaka. Sama nawet uważała się za kogoś gorszego, obarczonego winą za śmierć jednej z najbliższych jej osób.

   Obie miały trudne relacje z rodzicami; o ile Edie miała tylko schorowaną matkę, zgorzkniałą w swoim kalectwie i niemożności bycia tym, kim była przed laty, to jej przyjaciółka miała oboje rodziców, ale żadne się nią nie interesowało – tęsknili za tragicznie zmarłą młodszą córeczką. W jej domu ciągle było słychać stukanie zegarów a były ich setki; oprócz nich po pokojach roznosiła się tylko cisza i niemy wyrzut matki, że to nie ona zginęła a mała i słodka Lydia.

   Ich przyjaźń nie trwała długo i zakończyła się burzliwie; toksyczna więź pełna zazdrości, zdrad i kłamstw pozostawiła w obu dziewczynach niezagojone blizny. Po wielu latach, kiedy każda próbowała ułożyć życie po swojemu – z dala od tej drugiej, wydarzyło się coś nieoczekiwanego. Ciężarna, samotna Edie, która nie mogła poradzić sobie z życiem otworzyła drzwi i zobaczyła tam Heather. Jej uczucia dalekie były od radości; czuła niepokój, strach i niezrozumienie. Nie miała pojęcia, dlaczego ta dziewczyna znowu ją zachodzi, czego od niej chce i dlaczego pojawia się właśnie w tym momencie… A Heather miała plan i powili, sukcesywnie wcielała go w życie…

   Powieść prowadzona jest dwutorowo – teraźniejszość opisywana jest przez dorosłą Edie i w tej opowieści Heather jawi się jako zła i psychopatyczna osoba, natomiast przeszłość opisuje młoda Heather – i tam to Edie jest tą złą, sprowadzającą na manowce i oszukującą. Muszę przyznać, że na początku byłam lekko pogubiona i nie mogłam zrozumieć przemiany tych dziewcząt – to tak, jakby z biegiem lat zamieniły się osobowościami. Trudno mi było zrozumieć jak taka dziewczyna jak Edie mogła się zapaść w sobie, jak mogła pokonać ją dorosłość i odpowiedzialność za małe życie. Z kolei ciężko było mi uwierzyć i w przemianę drugiej z kobiet; z zastraszonego, dziwacznego kaczątka miałaby wyrosnąć na poukładaną, odpowiedzialną kobietę?

   Jest to bardzo niepokojąca książka. Wywołuje w czytelniku drżenie emocji, niestabilność, przestrach i niepokój. Pokazuje również, że nikt nie potrafi tak dobrze i precyzyjne zranić, jak były przyjaciel, osoba, która zna wszystkie słabości drugiej strony i w furii i nienawiści nie zawaha się ich odpowiednio użyć. „Obserwując Edie” to thriller w najczystszej postaci; nagle zaczyna spoglądać się na swoich bliskich z uwagą i zastanawiać się, czy i oni byliby do tego zdolni, gdybyśmy ich dostatecznie zranili. Czy staliby się nagle naszymi największymi wrogami i próbowali zniszczyć nam życie, uśmiechając się przy tym serdecznie i udając, że podają nam pomocną dłoń? Czy ludzie zdolni są do takich czynów? Czy można zrozumieć tych, którzy się mszczą?

„Im dłużej Heather jest u mnie, tym trudniej mi sobie wyobrazić życie bez niej.”

   Jeżeli macie ochotę na pozytywną, radosną powieść, pełną mocnej i życzliwej przyjaźni, to nie sięgajcie po „Obserwując Edie”. To tytuł pełen kłamstwa, brutalności i realizmu w relacjach międzyludzkich. Po lekturze będziecie czuli, że wasza dusza się lepi od tego całego brudu pokrywającego niegdyś czyste uczucia sympatii i miłości. Książka was otumani, sprawi, że zaczniecie inaczej patrzeć na swoich najbliższych. Krew zacznie szybciej krążyć w waszych żyłach a każdy dzwonek do drzwi sprawi, że ogarnie was niepokój. Przygotujcie się. Będzie mocno. 

20 mar 2017

Jaka jest miara prawdziwej przyjaźni?


   Czytałam ostatnio książkę, w której od kobiety odszedł mąż, więc jej przyjaciółka bez zastanowienia rzuciła wszystko co robiła, zostawiła dzieci pod opieką teściowej, męża pod opieką samego siebie i wsiadła w najbliższy samolot, po czym przeleciała pół Ameryki, żeby móc potrzymać swoją przyjaciółkę za rękę. W pewnym serialu natomiast przyjaźń pomiędzy mężczyznami była tak silna, że gdy jeden z nich umierał na zdradzieckiego raka, drugi rzucił całe swoje życie – karierę, mieszkanie, związki – i wyjechał z nim w ciepłe kraje, aby mogli spokojnie się pożegnać przed nieuchronną śmiercią.  

   Co jednak wtedy, gdy nie ma żadnych katastrof, żadnych nadzwyczajnych okoliczności? Gdy brak jest otoczki dramatyzmu i toczy się zwykłe, powolne życie? Są pewnie takie pary przyjaciół, które widzą się codziennie. Które nie wyobrażają sobie dnia bez napisania do siebie chociażby jednego sms-a, zatelefonowania. Cóż, moja przyjaźń jest inna. Nie rzucamy wszystkiego, żeby się ze sobą zobaczyć co drugi dzień, nie wpadamy do siebie o północy z butelką wina, bo on powiedział, że jego była miała ładniejsze nogi. Bywa, jak teraz, że nie widzimy się przez miesiąc i tylko czasami wymienimy kilka słów. Nie oczekuję od niej, że wszystko rzuci i przybiegnie, bo nagle mam kaprys się spotkać i obejrzeć głupi babski film. Prawdę mówiąc, to my razem obejrzałyśmy tylko jeden film i była to ostatnia część Bridget Jones. Ale mimo, że odbiegamy od hollywoodzkiego wzorca to wiem, że jakbym zadzwoniła do niej kiedyś zasmarkana w środku nocy, to po tym jak by się już przebudziła, powiedziałaby mi, żebym poszła spać a rano wszystko będzie wyglądało inaczej, lepiej. I że ona to obiecuje.

   Najbardziej w przyjaźni uwielbiam to, że nie robi się z niczego problemów, wielkiej sprawy. Jestem złośliwa, lubię dogryzać a ona o tym wie i nawet się nie przejmuje, kiedy po raz kolejny powiem w żartach coś, o co ktoś inny strzeliłby focha jak stąd do samej Moskwy. Nie przeszkadza mi, że zawsze woła mnie po nazwisku, którego nie znoszę i zazwyczaj odebrałabym to jak zniewagę – ale w tym przypadku w ogóle mi to nie przeszkadza. Lubię w niej to, że nie jest mi głupio jak siedzimy i po prostu milczymy, nie staramy się na siłę wymyślać nowych tematów. Lubię to, że czasami wystarczy, że na siebie popatrzymy i już wiemy, co tej drugiej chodzi po głowie. Lubię to, że obie zaczynamy dorosłe życie i możemy sobie napisać, że mieszkanie z facetem to istne skaranie boskie, bo wszędzie walają się chipsy, kombinerki i skarpety, ale w sumie to nie mamy tak źle, że oni trafili gorzej. Lubię to, że nieważne jakie wino kupimy na babskie spotkania, każde będzie nam smakowało. Lubię to, że rozumiemy swoją indywidualność, to, że każda z nas ma swoje życie i że nas ono zajmuje. Lubię w końcu to, że ona po prostu jest i że mogę być w każdej ważnej chwili jej życia.

   Uwielbiam to, że jak spotykamy się w czwórkę, z naszymi facetami, oni próbuję coś opowiadać a my radośnie krzyczymy, że już to wiemy, już zdążyłyśmy sobie to opowiedzieć. Ostatnio jej mąż narzekał żartobliwie, że ona o wszystkim mi mówi i pewnie nie zdążyła jeszcze powiedzieć, że poprzedniego dnia kupili odkurzacz. Odpowiedziałam, że wiem, zielony, wysyłała zdjęcie.
Kiedy pracowałyśmy razem przy liczeniu towarów w nocy w markecie, była to raczej zabawa niż faktyczna praca. Jak wspólnie opiekowałyśmy się dziećmi na dmuchanych zjeżdżalniach, też traktowałam to raczej w kategoriach dobrej rozrywki, bo zawsze po pracy był czas na kilka minut głupiej zabawy.

   To do niej zadzwoniłam dwa lata temu i powiedziałam, że się cholera zakochałam i to ona pierwsza wiedziała o zaręczynach. Byłam świadkową na jej ślubie a za trzy miesiące to ona będzie pełniła tę rolę u mnie. Pewnie za kilka lat, kiedy ginekolog powie mi, że będę miała dziecko to do niej zadzwonię jako pierwszej i oznajmię, że zostanie ciocią. A dla jej dziecka będę najlepszą i najukochańszą ciotką jaką można sobie tylko wymarzyć.

   Wczoraj moja przyjaciółka miała 25 urodziny. I z całego serca, szczerze jak nigdy i nikomu, życzę jej spełnienia wszystkich marzeń, tych mądrych i tych głupich. Żeby musiała zbierać brudne skarpety męża z podłogi jak najdłużej i żeby zamieszkał z nimi ten mały mopsik, którego sobie wymarzyła. Żeby nigdy nie zabrakło jej wina i ciecierzycy, którą tak lubi.

   Justyna, kiedyś wybierzemy się we dwie nad to morze pociągiem. Obiecuję!