27 lut 2017

Jak zadowolić żonę?


   Kilka tygodni temu zaprezentowałam wam cudeńka, jakie znalazłam na pewnym portalu internetowym i które dotyczyły tego, jak przypodobać się mężowi. Kilka z was było oburzonych, że tylko my, kobiety, musimy się starać a pan i władca z pilotem i piwem zalega w fotelu. Otóż moje drogie, nic bardziej mylnego! Na tym samym portalu znalazłam listę porad dla mężów jak przypodobać się żonie!

   Uprzedzam, że te rady brzmią tak, jakby mężczyzna był człowiekiem nie potrafiącym samodzielnie myśleć i trzeba mu jasno wyłożyć wszystko, co dotyczy związku.

   Zauważ, że dzisiaj ma włosy inaczej ułożone niż wczoraj – gdyby mąż codziennie mi mówił, że dzisiaj mam inaczej ułożone włosy, to zaczęłabym uznawać to za podejrzane.

   Poświęć jej 5 minut, zanim zabierzesz się za gazetę – jaki dobry człowiek! Pięć minut na szybkie omówienie całego dnia a później hopla do prasy.

   Zrób czasem coś szalonego dla niej – na przykład poświęć jej osiem minut, zanim zabierzesz się za gazetę. Popłacze się ze szczęścia.

   Sprzątnij w pokoju i umyj po sobie łazienkę. To też do ciebie należy – naprawdę? Jestem zaskoczona.

   Zasuwaj szuflady do końca – zapomnieli wspomnieć, żeby nie trzaskał zamykając szafę.

   Jeśli masz problem z zapamiętaniem, wpisz sobie przypomnienie w telefonie, natychmiast po tym, kiedy coś obiecałeś – niech sobie wpisze, żeby kupić leki na poprawę pamięci, albo niech uda się do neurologa, jak ma z tym takie problemy. To może być guz mózgu. W Chirurgach tak było!

   Pochwal, że dobrze prowadzi samochód (jeśli faktycznie potrafi) – a jakie jest kryterium dobrej jazdy? Bo jeżeli mężowskie, to mało która kobieta temu podoła.

   Zaproponuj czasem żonie wolne 2 godziny, zostając w tym czasie z dziećmi – a dlaczego „czasem” i „2”? Z tego co wiem dzieci są wspólne a nie jedynie żony. W tym wypadku wygląda to tak, jakby żona była samotnym rodzicem a mąż nianią i łaskawie pomógł jej w opiece nad rozdartym nieletnim majestatem.

   Doceń hobby i zainteresowania żony – jak lubi gejowskie porno to oglądajcie je razem!

   Naucz się mówić „kocham cię" na migi – po co? Żeby jej migać podczas niedzielnej mszy?

   Kiedy wraca od lekarza, spytaj, co jej powiedział – nie no, naprawdę?

   Kup jej ulubione słodycze, chyba że postanowiła zadbać o linię – nawet jak dba o linię to kupuje się słodycze i się mówi, że wcale nie jest gruba!

   Jeśli jesteś zdenerwowany powiedz, a nawet krzyknij: "Jestem zdenerwowany!" A nie: "K... mać!". – albo najlepiej „uważam, że dzisiejszy układ planet nie sprzyja mojej numerologii, dlatego też nic mi nie wychodzi a to wywołuje u mnie skok adrenaliny, denerwuję się i mam ochotę krzyczeć.”

   Podtrzymaj ją przy wysiadaniu z autobusu – nóg swoich nie ma?

   Telefon od ciebie w środku dnia tylko po to, by powiedzieć jej: "Wiesz, kocham cię" czyni cuda – po takim telefonie istnieje szansa, że wybaczy Ci posiadanie trzech kochanek, jednego nieślubnego dziecka i kupno szympansa.

   Wypastuj jej pantofle – oczyma wyobraźni widzę, jak ten biedny mężczyzna pastuje futrzaste papcie „bo na Internecie kazali”.

   W wirze zajęć i obowiązków zatrzymaj się czasem i powiedz jej coś miłego – na przykład: mały puchaty króliczek.

   Dbaj o siebie, także w dni wolne od pracy! – nawet wtedy, gdy sekretarka Cię nie widzi!

   Powtarzaj dzieciom jaką fajną mają mamę, a ty żonę – chyba, że ich matka nie jest twoją żoną, wtedy ta zasada nie do końca będzie spełniała swoje zadanie.

   Zakończenia brak, bo nawet nie wiem, jak to skomentować. I zdradzę wam, że zastanawiam się, czy nie nadszarpnąć swojego zdrowia psychicznego i nie obejrzeć kolejnej części Grey’a, żeby móc napisać dla was zjadliwą i złośliwą recenzję. Co wy na to? 


21 lut 2017

Miłość.


   Załóżmy, podobnie jak starożytni, że miłość bierze się z serca – niewielki to mięsień, rozmiarowo podobny do pięści, mocny, pracowity, niestrudzony. Albo weźmy pod uwagę aspekt religijny, że wszystkie nasze uczucia mają swój początek w duszy – niematerialnym bycie, który jest tak naprawdę nami, centrum naszych sympatii i żalów. A może jednak uwierzmy nauce, że za wszystko odpowiada mózg i neurony, które pracują non stop w pocie czoła, tworząc coraz to i nowe wspomnienia dotyczące poszczególnych osób.

   Powiedzmy sobie – ale tak tylko między sobą – że miłość to najwyższe uczucie; sympatia tak silna, że człowiek byłby gotowy za tą drugą osobę wskoczyć w ogień. Która jednak miłość jest najważniejsza? Bo przecież kiedy miałam lat siedem i tuliłam swojego ukochanego psa, to byłam przekonana, że nigdy już nie pokocham bardziej żadnego zwierzaka. Dla małej mnie zimny nos psa i jego miarowy oddech przy mojej jasnowłosej głowie były uosobieniem miłości największej.

   A później trochę podrosłam, hormony zaczęły krążyć żwawiej w moich żyłach i nagle okazało się, że są i inne rodzaje miłości. Młodzieńczy wiek ma to do siebie, że każde zerwanie, każdą kłótnie traktuje się jak koniec świata. Pamiętam doskonale jak zachodziłam się płaczem nieziemskim po jednej z kłótni z ówczesnym chłopakiem. Jaka to była dla mnie katastrofa! Dzisiaj zbyłabym to śmiechem, prychnięciem, drwiną, bo chyba po prostu dorosłam i zrozumiałam, że tamte lata niewiele miały wspólnego z prawdziwym uczuciem.

   Ostatnio pewna znana żona znanego piłkarza, za którą osobiście nie przepadam, powiedziała, że po ślubie mąż i żona stają się jednością i że wtedy zaczyna się prawdziwe uczucie. Że dopiero wtedy zrozumiała co to znaczy czuć ból, kiedy ta druga strona cierpi. A więc znowu – inna definicja miłości, inny jej stopień.

   Koleżanki – i zresztą koledzy też – którzy mają dziecko uważają, że nic nie może równać się z miłością do dziecka. W sumie nic dziwnego, bo kto bez miłości wytrzymałby ciągłe noce bez snu? Mówią, trochę z dumą, trochę ze wstydem, że dopiero ta mała rozwrzeszczana istota nauczyła ich co to znaczy tak naprawdę mieć przy sobie cały świat, co to znaczy czuć się odpowiedzialnym za drugą osobę.

   Są kobiety, które uważają, że trafiły na miłość swojego życia i cieszą się, jak ich mężczyzna co drugi dzień wraca po pijaku do domu, bo to oznacza, że wie, gdzie trafić. Dla nich to wystarczająca miłość, dla mnie byłoby to nie do pomyślenia. Mam też znajomą, której mąż przynosi codziennie kwiaty i komplementuje ją co trzy minuty – ona pławi się w szczęściu a mi byłoby mdło od tych słodkości i w tym nadskakiwaniu.

   Są mężczyźni, którzy kochają wiele kobiet, każdą w inny dzień tygodnia. Są i tacy, którzy przytakują kolegom, że żenienie się to zło największe, ale po cichu marzą o tym drzewie, domu i synu. Jeden mój dawny znajomy opowiadał mi, że największym błędem jaki popełnił w życiu, to pozwolenie kobiecie, którą kochał, na odejście. Spotkał ją kilka lat później, z mężem, z dziećmi, taką jak dawniej a jednak kompletnie inną. I powiedział, że nigdy go tak w dołku nie ścisnęło jak wtedy, kiedy zobaczył jak wiele stracił. I tylko sosna do posadzenia mu została.

   Są pary, dla których szczytem szczęścia jest spędzenie niedzieli w łóżku a są takie, które każdą wolną chwilę starają się jak zapełnić jak najmocniej; są takie, które zamiast dziecka decydują się na papugę albo kota, są też takie pary, które żyją ze sobą dlatego, że mają dzieci. Są miłości tradycyjne, na kocią łapę, biseksualne, przyjacielskie, matczyne, ojcowskie, są takie miłości, których się nie rozumie i takie, które wstrzymały dech całego świata.

   Są i tacy ludzie, którzy skupiają się na miłości do samych siebie; poświęcają swoje życie  sobie i ich też nie można w żaden sposób negować, bo parafrazując kogoś mądrego – jeżeli sam się nie kochasz, to czemu oczekujesz, że ktoś inny cię pokocha?

   Która miłość jest właściwa? Jakie uczucie mieli na myśli ci wielcy filozofowie pisząc o jednej duszy w dwóch ciałach? Czy uczucie matki jest mocniejsze niż to, które łączy kobietę i mężczyznę? Albo dwie kobiety? Czy przyjaźń też ma w sobie pewien rodzaj miłości?

   Nie znam odpowiedzi na żadne z tych pytań. Prawdopodobnie i wy ich nie znacie. Wiem tylko, że kiedy patrzę w ciemne, mroźne niebo, nieśmiało okraszone zmarzniętymi gwiazdami czuję, że ktoś to wszystko dobrze wymyślił. 

19 lut 2017

Na dobry początek tygodnia - typy mężów, część pierwsza.


   Śniło mi się w nocy, że mam siedmiu mężów a każdy inny z charakteru! Wiecie co to był za koszmar? Kiedy jeden szeptał mi do ucha czułe słówka i obiecywał pełną wrażeń namiętną noc, to drugi krzyczał do mnie „Kobieto! Gdzie to piwo?!” a trzeci informował mnie, że mamusia przyjedzie do nas na weekend. Uznając, iż jest to sen inspirujący, postanowiłam opisać najczęstsze typy współmałżonków płci męskiej, jakie znam z obserwacji. Przymrużyliście oczy? To zaczynamy.

   Mąż zrezygnowany – jemu już na niczym nie zależy. Pytasz go, czy chciałby wyjść wieczorem na piwo a on smętnie wzrusza ramionami. Kumple proponują mu wypad w Bieszczady w męskim gronie a on pokutującym wzrokiem patrzy na swoją żonę i mówi, że nie może, chociaż ta nie miałaby nic przeciwko, gdyby w końcu pozbyła się go z domu na kilka dni. Mąż zrezygnowany jedynie egzystuje, powłóczy nogami, a kiedy wie, że ktoś go obserwuje, to powłóczy bardziej dramatycznie i wzdycha tak, jakby na swoich ramionach dźwigał całe zło swojego świata.

   Mąż kogut domowy – ugotuje, wypierze, naprawi lodówkę i jeszcze przy tym wszystkim znajdzie czas na opiekowanie się dzieckiem i zawiadomieniem teściowej, że w pobliskim warzywniaku są brokuły w promocji. Kogut domowy tym się różni od kury domowej, że nad jego ciężką pracą wszystkie kobiety wzdychają i podziwiają, jak on tak może i jak on sobie daje radę. To w żonie wywołuje fale zazdrości, które on zbywa szczerym śmiechem, bo jest taki idealny, że nawet na inną nie spojrzy, taki jest w swojej kobiecie zakochany!

   Mąż hulaka – jest, ale jakby częściej go nie ma. Tutaj kawalerski kumpla, tutaj wyjazd integracyjny suto zakrapiany, tutaj znowu impreza z okazji tego, że jego kolega z podstawówki przeszedł na kolejny poziom w Tibii. Aż dziw, że żona pamięta jak jej mąż hulaka wygląda, bo ich spotkania są raczej sporadyczne.

   Mąż Ferdek – czyli taki, który zalega na kanapie i pije piwo, chociaż niekoniecznie Mocny Full. Mąż Ferdek ma kilka atrybutów, które nieodłącznie mi się z nim kojarzą – dresy, koniecznie szare! Skarpety, koniecznie nie-czarne, bo to do męża Ferdka nie pasuje. I wąs. Taki mąż musi mieć wąs.

   Mąż autorytet – nazywany również „mężem ojcem”. On zawsze powie żonie jak powinna zrobić, gdzie powinna pójść i co ona powinna uważać o sytuacji w polskim rządzie. Nie żeby żona tej wiedzy łaknęła, po prostu taki mąż czuje się w obowiązku swoją żonę odpowiednio wychować i uświadomić jej, kto jest najmądrzejszy w tym związku. A niechby spróbowała w towarzystwie się wyrwać i wyrazić swój pogląd, którego wcześniej z mężem nie ustaliła! Kłótnia gwarantowana.

   Mąż, bez którego nie można się obejść – podobny do „męża autorytetu”, ale ten najpierw uparcie milczy, a kiedy żona ma jakiś problem to wkracza na scenę w czerwonych bokserkach, niczym Superman, i kiwając smutno głową nad błędami swojej żony wymienia tą spaloną żarówkę albo stwierdza, że bęben pralki faktycznie został zeżarty przez kamień. Mąż, bez którego nie można się obejść zawsze swoje wszystkie zasługi i sukcesy szeroko i głośno komentuje przy znajomych, żeby na pewno mieli okazję go odpowiednio podziwiać. Bo taki jest zaradny i codziennie ratuje swoją małżonkę i dzieci przed niechybną katastrofą. 

   Mąż ojciec nie-ojciec – ten typ męża pojawia się zawsze wtedy, kiedy rodzi się dziecko. Wtedy nagle mężczyzna uczy się szczególnego zdania i papla nim na prawo i lewo. To zdanie to: „patrz co zrobiło twoje dziecko!”. Bo oczywiście kiedy dziecko zrobi coś źle, albo wyprodukuje bardzo śmierdzącą kupę, nagle okazuje się, że ono nie jest jego, tylko żony. Za to kiedy nauczy się pierwszego słowa, albo wynajduje lek na raka, magicznym sposobem jest znowu jego dzieckiem. 

   Mąż mamusi – Jest nieomylna. Idealna. Wie, jak pocałować paluszek, żeby przestał boleć i co powiedzieć, żeby podnieść na duchu. Nigdy się nie myli i nie popełnia błędów. Nie ma dla niej spraw niemożliwych; jeśli trzeba to poruszy niebo i ziemię, i zawsze dostaje to, czego chce. Niczego się nie boi, za to wszyscy boją się jej. Pachnie świeżym chlebem i mieszanką najpiękniejszych kwiatów. Gotuje lepiej niż najznakomitszy szef kuchni i nie używa gotowych półproduktów. Jest dobra, kochana i wyrozumiała. Jedyna. Mamusia.
    Z pewnością każdy z nas przynajmniej raz w życiu spotkał się z Nim. Uwielbianym, stawianym na piedestale, jedynym i wyjątkowym chłopcem. Który jest zbyt inteligentny, zbyt przystojny i zbyt wartościowy, by spotykać się z byle jaką dziewczyną. Jeśli coś mu się nie udaje, to jest to tylko i wyłącznie wina niesprawiedliwego systemu i wrednych ludzi. On się nie myli, on myśli nieszablonowo. Nie popełnia błędów, to inni go do nich zmuszają. Nie rani, jest po prostu szczery i prawy. Gdyby tylko chciał, mógłby wszystko, ale jest zbyt skromny, bo startować na prezydenta i/lub modela. Wyjątkowy on. Maminsynek. 
   Nie pojmuję jak oni w końcu znajdują żony – pewnie mamusia jest wtedy na spotkaniu integracyjnym z kołem gospodyń wiejskich albo na pielgrzymce do Rzymu i nie ma czasu, żeby synka przypilnować.

   A jakie Wy znacie typy mężów? Panowie, jakimi mężami jesteście? Piszcie! 
I nie martwcie się, wersja z żonami także się pojawi, bo też mamy swoje za uszami.

18 lut 2017

"Podbój" Elle Kennedy. O seksie trzeba umieć pisać.


   Wiecie, dlaczego zawsze krytykuję „Pięćdziesiąt twarzy Grey’a”? Bo jest tragicznie napisany; styl autorki jest koszmary, kreacja bohaterów na poziomie napalonej gimnazjalistki a cała fabuła ma tyle sensu co kołtun na mojej głowie, gdy wstaję w sobotni poranek. 

   Są jednak erotyki, których krytykować nie chcę; ba! Których krytykować nie mogę, bo po prostu lubię je czytać. Które mają sensową fabułę, w których są emocje wychodzące poza majki głównej bohaterki i które sprawiają, że szeroki uśmiech nie schodzi z mojej twarzy.

   Taką książką jest „Podbój” autorstwa Elle Kennedy; pełna pasji, namiętności, dobrego humoru i miłości. Czy kobieta w piątkowy wieczór może chcieć czegoś więcej? Jak wiecie, bardzo trudno jest przekonać innych do takiej powieści, ale lubię wyzwania. I spróbuję was oczarować.

   Główny bohater - Dean to typowy kobieciarz; wiecie, taki książkowy przykład hulaki, który zalicza każdą dziewczynę, o ile jest chętna i wzbudza jego zainteresowanie. Jest diablo czarujący, inteligentny (chociaż tego nie pokazuje) i ma wspaniałe ciało (moja wyobraźnia dała mu twarz i ciało Ryana Reynoldsa). Jego życiowe motto sprowadza się do tego, aby czerpać z życia pełnymi garściami, nie przejmując się niczym, bo i po co? Uważa się za człowieka panującego nad swoim losem. Sytuacja zmienia się, kiedy pewnego wieczoru musi niańczyć przyjaciółkę dziewczyny swojego kumpla (skomplikowane, nie?) i przez zbyt dużą dawkę alkoholu, lądują razem z łóżku. Nie żeby Dean’owi to przeszkadzało.

   Przeszkadzało za to Allie, która dopiero co zerwała ze swoim długoletnim chłopakiem i pod wpływem emocji wylądowała w sypialni największej męskiej dziwki w całym kampusie. Było przyjemnie – dobra, więcej niż przyjemnie, ale takie zachowanie na pewno nie było w jej stylu i dziewczyna chciała o tym jak najszybciej zapomnieć. Tyle tylko, że boski Dean nie miał zamiaru poprzestać na jednym razie. Za bardzo podobało mu się to, co dostał od Allie. Kto uległ? Czy romans zakończył się związkiem? Czy Dean porzucił ot tak inne dziewczyny? Tyle pytań a wszystkie odpowiedzi znajdziecie tylko w książce.

„Nie można być całym światem dla drugiego człowieka. To nie jest zdrowe. Jeśli całe życie jest skoncentrowane na jednej rzeczy, na jednej osobie, to co ci zostanie, jeśli tej osoby zabraknie? Absolutnie nic.”

   W każdej babskiej książce i filmie przychodzi tak zwany moment zwrotny; jakieś wielkie nieporozumienie sprawia, że bohaterowie się nagle rozstają, czytelnikowi albo widzowi robi się smutno a później bach! Znowu się schodzą i można pić z radości szampana i ocierać łzy wzruszenia. Od początku wiedziałam, że i taki moment pojawi się w „Podboju”. Ale wiecie co? Autorka miło mnie zaskoczyła w tym, jaki był ten moment; nie można zarzucić mu, że był błahy czy groteskowy. A to, że autor potrafi wymyślić coś nowego, odmiennego od tego, co normalne, świadczy o jego wielkości. Zdecydowanie.

   „Podbój” jest pełny humoru; kilka razy wybuchałam niekontrolowanym śmiechem podobnym w odbiorze jak chichranie się szalonej norki. Biorąc pod uwagę fakt, że czytałam w nocy, moja mama niepokojąco zaglądała do pokoju, chcąc chyba sprawdzić, czy nie wciągam nosem niedozwolonych śnieżnobiałych proszków.

   Oczywiście, w książce znalazło się i pewne niedociągnięcie; autorka stwierdziła, że faceci znają się na trendach i kolorach i chyba dlatego Dean w pewnym momencie pomyślał:

„Dziś połączyła obie wersje – naturalny z odrobiną glamour. Nude lips, błyszczący cień na powiekach i tusz do rzęs niemożliwie je wydłużający.”

   Mój przyszły mąż i większość mężczyzn na tym świecie z pewnością nie wie, co oznaczają słowa „glamour” czy „nude lips”. Szczerze mówiąc, to w stylu glamour i ja sama niekiedy się gubię i tylko z grubsza potrafiłabym go trafnie określić. Tym trudniej jest mi pojąć, jak mężczyzna zaliczający co noc inną kobietę, grający w hokeja i pijący piwo litrami zna się na takich babskich sprawach. Ale to niewielkie potknięcie, więc można je autorce wybaczyć.

   Poza tym, Elle Kennedy potrafi pisać o seksie a to, moim zdaniem jest sztuka, bo osobiście nie potrafiłabym skleić takiego opowiadania a co dopiero całej książki. Sceny nie są przesadzone, ale też nie są egzaltowane; autorka wie, co chce napisać i robi to znakomicie. 

   Nie wiem, czy przekonałam kogokolwiek do tej pozycji, bo do erotyków trudno jest zachęcić (wszystko przez Grey'a, u większości kobiet sprawił, że przestały one wierzyć w to, że książki o seksie mogą być dobrą rozrywką na czytelniczy wieczór). Ale pomyślcie tylko – skoro ja, największa przeciwniczka Anastasii i jej ssanego ołówka, mówię, że to jest dobra pozycja i że warto ją przeczytać to chyba coś musi w tym być. Ufacie mi? To nie czekajcie, czytajcie. Jeżeli się wam nie spodoba, to biorę to na własną odpowiedzialność i kupuję wam cukierka. 

„Myślę, że potrzeba pewnego poziomu zaufania, by siedzieć obok kogoś i nie czuć palącej presji paplania.” 

15 lut 2017

A Ty jak masz na imię?


   Jestem w tym wieku, kiedy wszędzie dookoła pojawiają się dzieci; jednym z głównych problemów rodziców jest to, jak nazwać tą małą istotę, którą się przywołało na świat. Kolejne koleżanki zastanawiały się nad Adami, Stasiami, Frankami, Szymkami i Danusiami i zaczęłam trochę o znaczeniu tych imion czytać. Teraz wkręciłam się w temat i dzisiaj będę was nękać. Bo imiona naprawdę mają moc.

   Zauważyliście, że dużo osób mówi, że chcą nadać swojemu dziecku polskie, tradycyjne imię, jak Janek, Franek, Józef, Jerzy, Antoni, Urszula czy też Anna? Tyle, że żadne z tych imion nie jest pochodzenia polskiego. Sam Jan Miodek napisał, że nasze rodzime imiona to jedynie Stasiek, Bronek, Bogusław, Bolesław, Bogdan, Wojciech, Kazimierz, Sławomir, Mirek, Wacław, Władysław czy Bożena. Tyle, koniec, finito. Wszystkie inne imiona, jakkolwiek tradycyjnie by nie brzmiały, nie są imionami słowiańskimi.

   Narzeczony mój zawsze powtarza, że on syna chciałby nazwać Świętopełek, bo to piękne, słowiańskie, tradycyjne imię. Ja mu zawsze wtedy odpowiadam, że w takim razie doczłapię do tego urzędu stanu cywilnego zaraz po porodzie, cała zakrwawiona i obolała i sama wypełnię wszystkie dokumenty, bo za nic nie czuję się przyszłą matką Świętopełka.

   Bardzo popularne jest ostatnio nadawanie synom imienia Antoś; kiedyś było to imię, które brzmiało jak zaklęcie, chociaż przecież niezwykle religijne; jako że święty Antoni jest patronem rzeczy zgubionych, to osoba nosząca jego imię, powinna dobrze się odnaleźć na tym świecie, prawda? Mi zawsze się osoby o tym imieniu kojarzyły jako ktoś poważny, stateczny, ale jednak cicho drwiący sobie z życia i z rozmówców, którzy uważają, że oto dostąpili zaszczytu rozmawiania z kimś mądrym i wszechwiedzącym.

   Dużo jest też Franciszków i nic dziwnego, bo jak powiedział sam Michał Ogórek, Franciszek z Asyżu to najpiękniejszy święty, bo wolał się ogołacać niż ubogacać. I nie rozumiem fenomenu imienia Gabriel, bo mi jakoś dźwięczy ono w uszach i już bardziej podoba mi się jego rosyjski odpowiednik – Gawryła. Bardziej męsko, prawda?

   Mało jest za to ostatnio Sławomirów i być może to dlatego, że podobnie jak mi, to imię kojarzy się z PRL-em i traktorem. Nie wiem, dlaczego, nie pytajcie, po prostu taki mam obraz w głowie, gdy myślę o Sławkach. A przecież według znaczenia to osoby, które dokonują cudów, artyści o wszechstronnym umyśle, pewni siebie, ambitni i nie przejmujący się porażkami. Samo znaczenie imienia oznacza „ten, który zdobywa sławę poprzez pokój”.
Dla zainteresowanych tematem - polecam. 

   Seria książek Małgorzaty Musierowicz sprawiła, że pokochałam imię Ignacy, bo kojarzyło mi się zawsze z głową rodziny Borejków, oczytanym, miłym, sympatycznym panem, który zawsze miał coś mądrego do powiedzenia i który świat postrzegał nie poprzez pryzmat pieniądza, ale poprzez pryzmat rodziny. Igance są ponoć diablo niezależni, to indywidualiści, którzy śmiało kroczą swoimi ścieżkami, nie obawiając się ostracyzmu ze strony innych; być może dlatego, że tak zajęci są swoimi uczuciami i myślami, że po prostu go nie zauważają?

   A wiecie, że Mateusz oznacza to samo co Bożydar czy Teodor? Każde z tych imion tłumaczy się jako „dar Boga”, chociaż trzeba przyznać, że Mateusz brzmi jakoś milej dla ucha niż Bożydar, który mi obecnie kojarzy się tylko ze skeczem kabaretowym.

   Z kolei z imieniem Jakub związana jest taka anegdota, że jest to imię łączące wszystkich ze wszystkimi, ponieważ przed laty, kiedy Żydzi zamieszkliwali tłumnie Polskę, nadawano to imię chłopcom zarówno wyznania żydowskiego, jak i chrześcijańskiego. Żadne inne nie było tak często powielane, ale być może spowodowane jest to jego znaczeniem „Bóg go wspiera”. Bo kto nie chciałby być wspierany przez samego Stwórcę?

   A wiecie co jest najlepsze? Ludzie zaczytują się w znaczeniu imion, w cechach charakterystycznych dla osób, które je noszą. Szukają tam jakiejś wskazówki, jakimi są, jak powinni się zachowywać, jak powinni czuć. A później często okazuje się, że faktycznie coś w tym jest. Ja na przykład w swoim znaczeniu imienia widzę całą siebie, z wszystkim zaletami i wadami. Jak byk jest napisane we wszystkich tych opracowaniach, że Agaty to kobiety mądre, które potrafią dobrze pisać i mają dystans do siebie i do świata. Są też zaborczymi choleryczkami i czasami najpierw powiedzą, nim pomyślą. Zapomnieli wspomnieć o wielkich pokładach ironii, ale czy coś mogłoby mnie opisywać lepiej?

   Moja najlepsza przyjaciółka nosi imię Justyna i według znaczenia powinna być osobą praktyczną, żyjącą w zgodzie z własnymi zasadami – i tak jest, bo kiedy inni dookoła zajadają się niezdrową pizzą, oni zaparza swoje ziółka i wcina brukselkę.

   Natomiast moja mama, Magdalena, faktycznie jest dość impulsywną osobą, ale jednocześnie potrafi znaleźć rozwiązanie z niejednej sytuacji. Bywa zaborcza i pewnie to mam po niej, więc nikt nie może mi zarzucić, że to moja wina paskudnej cechy charakteru.

   A wasze imiona? Pasują do waszej osobowości? I jak myślicie – to my podświadomie przystosowujemy się do znaczenia naszych imion, czy faktycznie nasi rodzice zrzucili na nas dany los, nazywając nas tak a nie inaczej?