9 sty 2017

Przedpremierowo - emocjonalne zakończenie jednej z moich ulubionych trylogii.


   Każda kobieta chciałaby wierzyć w tą prawdziwą, jedyną miłość. Podniosłą, czarno-białą, z piękną melodią w tle; taką, jaką mamią nas Hollywoodzkie filmy.  Każda z nas chciałabym mieć mężczyznę, który kochałby do utraty tchu, który – gdybyśmy żyli w średniowieczu – przyjeżdżał pod nasz balkon na białym koniu i deklamował nam pełne namiętności i miłości wiersze.

   Jednak prawdziwe życie, jeśli przypomina kino, to zgoła całkiem inne. Pełne jest niedomówień, czających się cieni i byłych miłości. I taka właśnie jest książka kończąca jedną z moich ulubionych serii o miłości.

   Olivia i Leah różnią się od siebie wszystkim, począwszy od kolorów włosów, poprzez upodobania polityczne, na temperamencie i osobowości kończąc. A jednak łączy je jedna wspólna rzecz, która sprawia, że muszą trwać w symbiozie, nienawidząc się i nie potrafiąc odejść. Łączy je miłość do jednego mężczyzny.

   Autorka zrobiła coś wspaniałego. Pokazała, że kij ma nie dwa a niekiedy trzy końce. Pierwsza część była opowiadana z perspektywy Olivii; ona i Caleb byli szczęśliwą parą. Przynajmniej do momentu zdrady chłopaka. Cicha myszka w ciągu kilku lat związku tak mocno zawładnęła sercem sportowca, że po zerwaniu nie mógł się pozbierać; stał się wrakiem samego siebie, cieniem swojej dawnej charyzmy, niewolnikiem dziewczyny, która już nie była jego. Jednak później znalazł nową dziewczynę, Leah, która otoczyła go opieką i która sprawiła, że Caleb znowu stanął na nogi. I wszystko dla Leah skończyłoby się jak w Disney'owskiej bajce, bo pierścionek już był kupiony i czekał schowany w szufladzie, gdyby nie to, że Caleb w wyniku wypadku stracił pamięć. A potem przypadkowo spotkał Olivię, która wykorzystała daną od losu szansę i na nowo chciała spędzić chociaż kilka dni z dawną miłością. Uważałam wtedy, że to podła i zła osoba i współczułam całym sercem Leah, nowej dziewczynie Caleba. 

   Później, w drugiej części, poznałam punkt widzenia Leah i stwierdziłam, że jednak jej nie cierpię. Kiedy urodziło im się dziecko - mała, cudowna, idealna dziewczynka – pierwszym uczuciem, jakie poczuła Leah była … zazdrość. Zazdrościła swojej córce tego, że Caleb bierze ją na ręce i patrzy na nią z troską i miłością. Piła, zostawiała dwutygodniowe niemowlę w żłobku i nie miała z tego powodu żadnych wyrzutów sumienia. I znowu zaczęłam się zastanawiać, że może faktycznie, Olivia nie była taką złą osobą?

   Wszystkie moje wątpliwości miały rozwiać się w części trzeciej, opowiadanej przez Caleba, winnego całego tego trójkąta. I muszę przyznać, że - podobnie jak obu dziewczyn – nie cierpię po prostu tego faceta!

„Zrobię wszystko, żeby cię chronić. Będę kłamał, oszukiwał i kradł, żeby niczego ci nie brakowało […] Nigdy nie odejdę, nawet jeśli będzie o to błagać.”

   W ostatniej części, Olivia jest już mężatką. Co oczywiście nie przeszkadza Calebowi – który jest świeżo po rozwodzie – walczyć o swoją wielką, życiową miłość. Szkoda tylko, że zorientował się o tym po tylu latach. Kobieta jednak chce być uczciwa i walczyć o swojego męża, jakkolwiek to brzmi. Bo walczy o niego sama ze sobą; wie że kocha Caleba, że to on jest jej wybrankiem, ale mimo to co wieczór wraca do męża i udaje przykładną żonę.

   W tej części przynajmniej nie miałam już problemów z odróżnieniem, czy kogoś lubię czy nie; wszyscy mnie irytowali. Olivia zgrywała przykładną żonę, kochając innego. Jej mąż doskonale wiedział, jak ma się sprawa, udawał wielce pokrzywdzonego, chociaż w gruncie rzeczy trudno było dostrzec w nim prawdziwy smutek z powodu tego, że żona kocha swojego byłego. Caleb chce zniszczyć małżeństwo, bo nagle oprzytomniał, a Leah … cóż, to nadal Leah, jej się nienawidzi z automatu po poprzedniej części.

   A wiecie co jest w tym wszystkim najgorsze? Mimo, że każda z postaci mnie irytowała, to ta seria skradła moje serce. Może właśnie dlatego, że miałam ochotę wedrzeć się między słowa i udusić ich wszystkich gołymi rękami. Autorka jako jedna od kilkunastu miesięcy sprawiła, że czytając, naprawdę czułam. Złość, irytację i inne negatywne uczucia, ale czułam. I chciałam to czuć, bo te uczucia sprawiały, że to, co czytałam wydawało się prawdą. Byłam Olivią, byłam Calebem, byłam każdą z postaci a niezwykle trudno jest sprawić, żeby czytelnik poczuł się częścią historii. W stronę autorki składam wielkie podziękowania, że poruszyła w moim zimnym, czytelniczym sercu nowe struny. 

 „Pozwól mi cię nieść. Nigdy nie dam ci dotknąć skrzydeł. Zostałem stworzony do noszenia cię. Jesteś ciężka z całym swoim poczuciem winy i nienawiścią do samej siebie. Ale mogę to zrobić.”

   Jeżeli szukacie trylogii, która was porwie, sprawi, że będziecie „czuli” książkę i wszystkich bohaterów to musicie sięgnąć po te tytuły. Rekomenduję i polecam. Najmocniej jak potrafię. Powinnam zrobić sobie znaczek z napisem "Naczytane rekomendują".


Schizofreniczna recenzja.


  Dzisiejsza recenzja będzie inna. Przede wszystkim krótka. Dlaczego, zapytacie? Bo czuję się jak schizofrenik, który ma dwa zdania, co do recenzowanej książki. Z jednej strony rozumiem jej nowatorstwo i wykraczanie poza bariery ogólnie przyjęte i dlatego ją lubię. Z drugiej jednak, razi mnie jej polityczny wydźwięk. To może najpierw skupmy się na dobrych stronach.

 Jaki powinien być metalowiec? Cóż, prawdopodobnie przystojny, niebezpieczny i pociągający – a przynajmniej w moich wyobrażeniach tak wygląda godny metalowiec. A jakie powinien być kot? Przyjemny, mruczący, przytulający się do człowieka i futrzasty. A jaka powinna być babcia? Kochająca, piekąca pyszne pierniczki i gotująca najlepszy rosół w świecie.

   Cóż. W tej książce jest zgoła inaczej. Bo metalowiec będzie fajtłapą z nadwagą, kot o imieniu Wikary posiadać będzie zdolność mówienia a babcia Euzebia ciągle będzie malować usta czarną szminką i będzie najstarszą metal girl w historii świata.
   Moi drodzy. Przedstawiam Wam „Orgazmokalipsę.”

   Podchodziłam do tej książki jak pies do jeża. I na początku faktycznie lekko się pokułam, bo bezpośredni styl nieco mnie zaskoczył i zniesmaczył. Jednak – zgodnie z powiedzeniem – z czasem człowiek do wszystkiego się przyzwyczaja i zaczęłam czerpać radość z czytania o przygodach tej nietypowej trójcy. A przygód mieli co niemiara.

   Jest to dla mnie polski zamiennik wspaniałego, wielkiego i niezastąpionego Terry’ego Pratchetta. Oczywiście, zamiennik trochę mniej doskonały, ale wierzę, że z czasem autor się „wyrobi”. Jeżeli czytaliście chociaż jedną z książek Pratchetta – a jeśli nie czytaliście w ogóle, to lepiej to zmieńcie, bo warto poznać tak dobry kawał literatury – to wiecie, że pisał on nietypowo, nieszablonowo a jego postać Śmierci przejdzie do kanonów najwspanialszych postaci książkowych. Krzysztof T. Dąbrowski z pewnością uczył się na mistrzu i przemienił się w „Pratchetta z polskiego podwórka”.
Te kilka opowiadań, łączy jedno – cięty, czasami trudny humor, na który należy się odpowiednio nastawić. 

I tutaj wkrada się moja druga osobowość, nastawiona nieco negatywnie.

   Liczne wycieczki polityczne mogą niekiedy zrażać, szczególnie, że występujące tam nazwiska – Gaczyński, Dusk i Drodzka – nie zostawiają zbyt wiele miejsca wyobraźni. Z reguły staram się o polityce i religii nie rozmawiać, ale kiedy ktoś podtyka mi pod sam  nos Duska i Gaczyńskiego, to trudno jest o tym nie wspomnieć. Poza tym, bardzo dużo jest w książce mateczki Rosji, państwa wielkiego, mocarnego i wiecznie upitego. 

„- Ratunku! Wysysają krew w premiera! – krzyknął ktoś.
- Nie, to premier wysysa krew z rodaków – perorował Gaczyński.”

   Jeżeli lubicie mocny, skojarzeniowy, polityczny humor, to ta książka jest jak najbardziej dla was. Ponadto, występuje tam pradawna magia, wampiry rodem z dawnej Rosji, koksy z siłowni i wszystko, czego tylko może sobie wymarzyć fan nietuzinkowych książek. Więc jeżeli lubicie politycznego Pratchetta, nie krępujcie się. Czytajcie. 

   PS – Z radością informuję, że ukończyliśmy nauki w poradni przedślubnej. Na ostatnim spotkaniu dowiedziałam się, że komórki do in vitro pobiera się poprzez masturbację i o ile w kwestii mężczyzn się z tym zgodzę, o tyle co do kobiet mam pewne wątpliwości. Ale ksiądz powiedział, że media są przekupione i nie mówią nam prawdy, także ten… uważajcie na swoje komórki, moje drogie!
   I nie wiem czy pisać post o całych tych naukach, czy lepiej temat przemilczeć. Ale chyba lepiej siedzieć cicho, prawda? 

7 sty 2017

Ślubne zabobony z całego świata


   Wiecie, organizacja ślubu to wspaniałe przedsięwzięcie, nie tylko dlatego, że szykuję się do najważniejszego dnia w moim życiu, ale również dlatego, że co i rusz uczę się czegoś nowego. A później mogę przekazać te światłe wiadomości Wam, więc teraz z chęcią zaprezentuję coś, czego ostatnio się nasłuchałam za wszystkie czasy – ślubne zabobony.

   Na początek coś z Polski; świadkami na ślubie nie powinna być para, bo to przyniesie im pecha i pewnie nie będą razem – patrzcie, jak genialnie. Jeśli jest ktoś, kogo po cichu nienawidzicie, to po prostu poproście ich na waszych świadków a potem uśmiechajcie się do nich błogo – zabobon sprawę załatwi i się rozstaną szybciej, niż przestaną grać wasze weselne dzwony.

   Im więcej szkła stłucze się w trakcie ślubu, tym szczęśliwsze będzie życie pary młodej – nic prostszego, będę tłukła każdą pustą butelkę po wódce. Trzeba w końcu szczęściu jakoś pomóc.

   W Szwecji istnieje przesąd, że kobiety, które na wesele przyszły ubrane w czerwone sukienki, mogą być posądzone o spędzenie nocy z Panem Młody – zapamiętam to sobie i będę miała oczy szeroko otwarte. Czerwona sukienka będzie stanowczo zakazana, a co!

   We Włoszech podczas wesela Młoda Para je wspólnie z jednego talerza zupę a następnie miód – za zupami nie przepadam, z kolei mój PM chyba nie łączyłby miodu z alkoholem. Także nie będziemy mieli życia pełnego rozkoszy.

   W Brazylii świeżo poślubiona żona rzuca figurką św. Antoniego – patrona zaślubin. Panna, która tę figurkę złapie, stanie wkrótce na ślubnym kobiercu – trochę niebezpiecznie, biorąc pod uwagę jej ciężar. Z moim wymierzeniem i szczęściem, to któraś z koleżanek miałaby rozkwaszony nos. Ale jeśli miałaby na sobie czerwoną sukienkę, to się należało krowie jednej.

   Fińskim rytuałem jest sauna dzień przed ślubem – ta, jasne. Żeby wszystkie syfy mi powyskakiwały na buzi na drugi dzień. Dzięki bardzo, Finlandio!

   W Danii podczas wesela Pan Młody zdejmuje skarpetkę, robi w niej dziurę a potem daje ją Pani Młodej. W ten sposób przekonuje ją do swojej wierności, bo żadna kobieta nie będzie chciała faceta z dziurawą skarpetą – to już wiem, dlaczego mój narzeczony ma wiecznie skarpetki z dziurą! On mnie chce zapewnić o wierności! Kochany!

   W Irlandii moc poślubną spędza się w towarzystwie kury przywiązanej do łóżka – znając moją miłość do zwierząt wszelakich to ja bym próbowała odwiązać kurę a potem szukałabym dla niej jedzenia. I po namiętności.

   We Francji Panna Młoda idzie pod figurkę Matki Boskiej, by pożegnać się z dziewictwem i zapewnić sobie wierność męża – u nas na Podkarpaciu też jest zwyczaj modlitwy pod figurką Matki Boskiej. Na szczęście o wierność nie muszę się martwić, bo wiecie – skarpetki.



Jutro wybieramy się oglądać obrączki, więc może kilka przesądów i o nich?

   Gładkie obrączki oznaczają spokojne życie, rzeźbione zaś – przeciwności losu w małżeństwie – i już narzeczonego na wierzchu, bo jemu się marzą gładkie a mi rzeźbione. Kruca fix.
   Obrączka wykonana ze złota żółtego oznacza wierność, złota białego – miłość, platyny – przyjaźń, a tytanu – trwałość związku małżeńskiego – my stawiamy na białe złoto, więc co jak co będziemy się kochać. A wierność, to wiecie – skarpetki.

   Ważny jest rozmiar obrączki. Za ciasta może oznaczać dominację jednego z partnerów, za luźna wróży szybki rozpad małżeństwa – jak się jest w ciąży to się tyje i wtedy obrączka jest za ciasna. Ha! Szach – mat, mogę wtedy dominować do woli i nikt mi nic nie powie.

   W małżeństwie będzie rządził pan młody tylko wtedy, gdy wsunie pani młodej obrączkę do samego końca palca – kochanie, także tego, no wiesz.

To już kiedyś pisałam, ale napiszę raz jeszcze, bo bardzo mi się podoba. Masajska przysięga ślubna:

"Niech się wykrwawię, niech mnie piorun roztrzaska, niech mnie zeżre krokodyl, niech ogłuchnę i oślepnę, niech stanę się żebrakiem, jeśli oszukam lub opuszczę żonę"

4 sty 2017

Pozytywne myśli


   Jeszcze przed świętami zostałam nominowana do tego, aby podzielić się w Wami moimi pozytywnymi wspomnieniami. Długo się zastanawiałam czy podejmować na blogu w ogóle taki temat, ale traktuję Was jak dobrych znajomych, więc postanowiłam poopowiadać Wam o trzech najwspanialszych chwilach w moim życiu.

   29.11.1999

   Wspomnienie nie do końca pozytywne a przynajmniej jego źródło pozytywne nie jest. Kiedy miałam siedem lat, okazało się, że jedna z moich nerek nie odwróciła się tak, jak powinna w życiu płodowym i zalegając mi poziomo, zamiast pionowo, leniła się i nie pracowała zbyt sprawnie. Postanowiono mnie więc zoperować – dwa tygodnie spędzone w szpitalu były chyba najgorszymi w moim życiu; szczególnie, że chłopak, który leżał na łóżku obok mnie miał nawiedzoną matkę, która zabraniała oglądać dzieciom Wieczorynkę, bo akurat „Paloma” była emitowana…
   W każdym razie po dwóch tygodniach, podczas których połapałam się w tej brazylijskiej telenoweli, miałam „naprawioną” operacyjnie nerkę i piękną długą rurę, która wyłaziła mi z ciała, wracałam do domu. Było zimno, śnieżnie i przecudownie. Uczucie wyjścia ze szpitala, ze świadomością, że w końcu położę się w swoim własnym łóżku było nie do opisania. Co z tego, że kolejny miesiąc spędziłam głównie w pozycji leżącej i że wyciągali mi na żywca tą rurkę – ważne, że pobyt w szpitalu dobiegł końca.
   A teraz mam seksowną bliznę, która zajmuje mi prawie połowę brzucha.

   Gdzieś pomiędzy 2008 a 2016

   Pamiętam, że było wtedy ciepło, wczesny wieczór, pewnie środek lata. Razem z moimi dziewczynami siedziałyśmy na świeżym powietrzu i jak zwykle rozmawiałyśmy o czymś mało istotnym, banalnym, nieważnym. W pewnym momencie – jak to często bywało – któraś z nas powiedziała coś śmiesznego, głupiego i wybuchnęłyśmy takim śmiechem, po którym boli brzuch.
   I tak pomyślałam, że co by nie było, one zawsze będą. Kłóciłyśmy się tysiące razy, obrażałyśmy się na siebie śmiertelnie, obiecywałyśmy sobie, że nigdy się więcej do siebie nie odezwiemy a i tak po miesiącu, dwóch, znowu byłyśmy we cztery, gadając o wszystkim i niczym i zajadając chipsy z Biedronki. Bo wiecie, są czasami takie relacje między ludźmi, których nikt inny nie zrozumie. Na przykład nasi mężczyźni, przeszli i obecni, nie rozumieją jak możemy non stop ze sobą gadać, dlaczego ciągle rozmawiamy, chociaż nie raz się raniłyśmy i dlaczego mówimy sobie o wszystkim.
   Nie są idealnymi przyjaciółkami i ja też nie jestem idealna dla nich. Są bardziej jak siostry, których się niekiedy się nie lubi i na które się po cichu narzeka. Ale są nieodłączną częścią życia i będą zawsze. I dobrze, bo bez nich chipsy z Biedronki w ogóle nie miałyby smaku.

   24.12.2015

   Tak więc, zacznę od tego, że oczywiście niczego się nie spodziewałam. Wigilię, jak co roku spędzałam u babci a później miałam się wybrać z moim najcudowniejszym mężczyzną na Pasterkę. Nic więc dziwnego, że chciałam przedtem jeszcze się odświeżyć i na nowo umalować, bo cały dzień stania przy garach spowodował, że mój zewnętrzny wygląd nieco podupadł. Kiedy w końcu dotarłyśmy do domu, moja mama stwierdziła, żebym poszła już na górę a ona przespaceruje się z psem. Więc zmęczona i z bolącą głową powlokłam się więc po schodach, gdyż mieszkam w bloku i co zobaczyłam? Nie, nie pięknie udekorowaną klatkę schodową, nie kucyka przywiązanego do moich drzwi ani nie mojego najwspanialszego ubranego w surdut. Zobaczyłam klucz w drzwiach!
   Moja pierwsza myśl brzmiała: „włamali się mi do domu i ukradli telewizor.” Wiem, głupie, bo skąd włamywacze mieliby klucze. I dlaczego akurat ten telewizor taki ważny się dla mnie zrobił? W te pędy chwyciłam za telefon i dzwonię do rodzicielki, co by mnie wspomogła, zanim maniakalny morderca wbije mi siekierę w czaszkę i informuje ją, że w drzwiach tkwi klucz i co ja mam robić i że panikuję. Mama kazała mi wejść do środka. Nie ma co, w tamtej chwili pomyślałam, że może to jakiś spisek i chce się mnie pozbyć. Więc weszłam, na lekko drżących nogach.  A w mieszkaniu było ciemno. Słychać było kolędę graną z radia, choinka świeciła na niebiesko a mój chłop stał ubrany elegancko z bukietem z biało- niebieskich kwiatów. I co ja mogłam pomyśleć w takiej sytuacji? Chcecie zgadywać? Lepiej nie. Moja myśl brzmiała - „matko moja, przecież ja smażyłam karpia!”.

  A potem to już się potoczyło niczym w komedii romantycznej, chociaż muszę przyznać, że człowiek w takiej chwili nie wie co ma zrobić i jak należy się zachować. Ogólnie to wszystko pamiętam jakby przez lekką mgłę. Wiem jednak, że na to bardzo ważne pytanie odpowiedziałam twierdząco i zostałam narzeczoną. Lekko oszołomioną i śmierdzącą karpiem, ale narzeczoną.

   Nominuję

   Do zabawy nominuję: Anelise, Angelikę, Agnieszkę i Emilkę. A na koniec coś o miłości.

3 sty 2017

To, co zostało.


   Rok 2017 chciałabym rozpocząć od niezwykle ważnej dla mnie książki. Po raz pierwszy pisałam o niej pod koniec 2013 roku; teraz trochę bardziej dojrzałam, trochę więcej rozumiem, więc spraw mnie boli. I chciałabym spróbować zachęcić Was po raz drugi do tego tytułu.

„Człowiek widzi cienie tam, gdzie ich nie ma, słyszy mysz i wyobraża sobie lwa.”

  II wojna światowa pochłonęła wiele żyć; wiem o tym ja, wiesz o tym ty i wie o tym zdecydowana większość ludzkości. W polskich szkołach uczą nas o największych bitwach, o postaciach, które ratowały ludzkie życia i o tych bezimiennych, którzy ginęli w bezsensownym konflikcie. Polscy reżyserowie kręcą rewelacyjne filmy związane z tamtym okresem; warto wspomnieć chociażby „Katyń” Wajdy czy ostatni „Wołyń” Smarzowskiego. Kina są wtedy przepełnione, ludzie chcą to oglądać i głośno o tym mówią. Polska pamięta. Europa pamięta.

„W historii nie chodzi o daty, miejsca, wojny. Chodzi o ludzi.”

   A co o II wojnie światowej wiedzą Amerykanie? Tyle, że wojna była i że ich żołnierze brali w niej udział. Było, gdzieś, kiedyś i minęło – trzeba żyć dalej. W sumie nie tak trudno się dziwić; ich ten konflikt nie dotknął aż tak głęboko, nie rozpruł ich kraju, nie pochłonął życia milionów obywateli. Oni mają swoje wojny do zapamiętania, swoje straty do składania im hołdu. A jednak są tam osoby, które próbują dotrzeć do społeczeństwa i pokazać masakrę II wojny światowej.
   Jodi Picoult odgrzebuje arkana przeszłości i pisze przepiękną powieść o wszystkim co ludzkie- miłości, bólu, nadziei i śmierci.

   Sage jest młodą dziewczyną, która w niewielkim odstępie czasu straciła oboje rodziców; przez to wycofała się do wnętrza gorącej piekarni, pachnącej mąką, masłem i świeżym pieczywem.
   Pewnego dnia poznała sympatycznego staruszka Josefa, który był wdowcem, a jego jedynym kompanem w życiu była wdzięczna jamniczka Eve. Kilkanaście wspólnych spotkań sprawiło, że ta młoda, zahukana dziewczyna i starszy, samotny pan, zaprzyjaźnili się ze sobą. I mógłby być to już koniec tej historii, ale w pewnym momencie Josef prosił dziewczynę o czyn niezwykły- chciał, by Sage pomogła mu umrzeć. Przyznał, że w czasie wojny był wysoko postawionym SS-manem i bez skrupułów zabijał więźniów obozu koncentracyjnego. Przed śmiercią chciał od Sage jeszcze jednego- aby, jako Żydówka, wybaczyła mu jego zbrodnie.

„Oto paradoks straty: jak coś, czego już nie ma, tak bardzo może nam ciążyć?”

   Historia Sage i Josefa przeplatana jest retrospekcjami przeszłości a jej główną bohaterką jest babcia Sage, Minka Lewin. Przed wojną była zwykłą dziewczynką, jakich miliony. Miała starszą siostrę Basię, która była w ciąży, szwagra Rubina, mamę Hanę, przyjaciółkę Darię i ojca, który był piekarzem i który co rano piekł dla Minki bułkę czekoladowo-cynamonową. Zastała ich wojna a ich losy zaczęły zależeć od woli Niemców. Historia Minki jest przerażająca dlatego, że mogłaby być to historia tysięcy Żydów, którzy żyli w tamtych czasach. Przeraża świadomość, że to nie fikcja literacka, lecz przeszłość ludzkości. Strach Minki nie jest pisarskim wymysłem, podniosłą fantazją; to uczucie, które przez lata paliło od środka miliony osób. To stan, który sprawiał, że każdy poranek witany był bolesnym ściśnięciem się serca, bo nie było wiadomo, czy przyjdzie człowiekowi doczekać do wieczora.

   „To, co zostało” to powieść o pokucie. Wybaczaniu. Jak zwykle w książkach Picoult zakończenie sprawia, że człowiek wstrzymuje dech i zastanawia się jak to możliwe. A zaraz później sobie przypomina, że przecież nic nie jest wiadome na pewno. Że niekiedy możemy się słono pomylić, bezwiednie podjąć złą decyzję.
   O holokauście słyszałam wiele; w szkole, telewizji, od babci, która miała koleżankę żydowskiego pochodzenia. Jednak sposób, w jaki Jodi Picoult to opisała jest inny. Nie przebrzmiewa tam patetyczny ton i wielkie sztandarowe hasła. To zwykła historia życia pełnego strat.

   Jodi pisze książki, które z miejsca stają się bestsellerami. Jednak tym razem ta książka zasługuje na coś więcej niż stanie się „książką tygodnia, miesiąca”. To pozycja, którą każdy powinien przeczytać. Którą powinno się czytać dzieciom jako przestrogę a dorosłym jako przypomnienie, że zło istniało i to bardzo blisko nas. I że kiedyś, może bardzo niedługo, może powrócić.

„To dlatego, mówili, jej śmierć była taka cudna. Sfrunęła jak ptak z kładki nad Lutomierską, na drogę, gdzie nie wolno było chodzić Żydom. Mówili, że jej rozwiane włosy trzepotały jak skrzydła, a halki stały się wachlarzem ogona. Mówili, że kule, które ją dosięgły w powietrzu, trysnęły pióropuszem szkarłatu jak u Feniksa, co powstanie z popiołów.”