Zostałam nominowana przez
przemiłą Olę do zabawy, w której musze podać dziesięć faktów o sobie. I
podobnie jak ona, początkowo myślałam, że nie ma nic łatwiejszego niż opisie
dziesięciu rzeczy, które dotyczą mojego życia. Schody pojawiły się w momencie, gdy
pomyślałam, że musza być to kwestie, które Was w jakikolwiek sposób zaciekawią.
I tu zaczęły się schody. Ale spróbujmy.
Ćwikła
i kanapka z pomidorem
Jako
dziecko byłam okropnym niejadkiem. I dlatego zawsze na szkolnych bilansach
higienistka patrzyła podejrzliwie na moją mamę, czy aby mnie nie głodzi. Nie,
nie głodziła, problem był tylko z tym, że mi nic nie smakowało. Żywiłam się
ćwikłą, sznyclami (w niektórych rejonach
Polski znanymi jako kotletami mielonymi) i kanapkami z pomidorem. W
gimnazjum było jeszcze gorzej i przez cały dzień w szkole potrafiłam zjeść
tylko i wyłącznie batonika Mars.
A
największym problemem były zawsze ziemniaki. Zwykle w polskich domach można
usłyszeć magiczne „mięso zjedz, ziemniaki możesz zostawić”. Cóż, u mnie zawsze
musiałam zjeść te cholerne ziemniaki i później przez kilka lat broniłam się
przed nimi rękami i nogami. Teraz je jem w formie puree, ale tylko w
niewielkich ilościach.
Teraz,
im jestem starsza, tym więcej potraw mi smakuje, dlatego musiałam zacząć
chodzić na siłownię. Mój brzuch zaczął powoli żyć własnym życiem, zadowolony,
że może w końcu zgromadzić trochę tłuszczu. I dlatego przy wadze 52 kilo
wyglądałam jak kobieta na początku siódmego miesiąca ciąży. Teraz jestem tak
hardcorowa, że potrafię zjeść i ogórki konserwowe i schabowego, chociaż bez
większego entuzjazmu.
Film tylko z książką i
krzyżówką
Nie
potrafię oglądać filmów. To znaczy – jeśli posadzicie mnie w kinie, to obejrzę
i nawet będę się dobrze bawiła. Ale w domu kompletnie sobie z tym nie radzę;
ciągle coś odwraca moją uwagę, poza tym uważam, że to czyste marnotrawstwo tylko
siedzieć i oglądać, jeśli mogę równocześnie poczytać książkę, albo rozwiązać
krzyżówkę. Ewentualnie poprzeszkadzać narzeczonemu, który chyba nie cierpi oglądać
ze mną filmów.
Wredna?
To o mnie!
Zaczęłam być wredna jakoś
w wieku czternastu, piętnastu lat. Wcześniej byłam cicha, nieśmiała i kiedyś
ktoś coś do mnie mówił niemiłego, zamykałam się w sobie, zamiast wziąć i
kulturalnie odpyskować. Później jednak nabyłam umiejętność ironizowania
rzeczywistości i dzięki temu przeżyłam jakoś wiek młodzieńczy, wkraczając w
dorosłość z dość dobrze zachowaną psychiką.
Kokardki
Moja
mama zawsze chciała mieć córkę. A to taki typ kobiety, że nawet los woli jej
schodzić z drogi, to od razu spełnił jej życzenie i jestem ja. Strach pomyśleć co
by się działo, gdyby zamiast słodkiej córeczki urodził się jej syn – pewnie ktoś
nieźle oberwałby po tyłku.
W
każdym razie, moja mama miała hopla na punkcie wielkich kokard w dziewczęcych
włosach. Pech jednak, że moje liche blond włoski wyglądały dość komicznie w
wielkich, niebieskich kokardach, które miała wiązane na czubku głowy. Obecnie
stronię od wszelakich kokardowych kształtów i mogę z całą pewnością powiedzieć,
że to moja największa trauma z dzieciństwa.
Za bardzo się przejmuję
Zanim
coś jeszcze się wydarzy, ja zdążę już wymyślić piętnaście negatywnych
scenariuszy i martwię się co to będzie, jak któryś z nich dojdzie do skutku.
Pewnie dlatego nie wychodzi mi prowadzenie samochodu, bo dojeżdżając do skrzyżowania
zdążę zwizualizować sobie trzy wypadki, dwa potrącenia pieszego i jedno
lądowanie UFO na samym środku jezdni.
Wolę zwierzęta od ludzi
Strach
o tym pisać, bo zawsze jak mówię to w towarzystwie, to wszyscy dziwnie na mnie
patrzą. Co najmniej tak, jakbym przyznała się do tego, że lubię wieczorami
wyjść przed blok i tańczyć nago salsę, smarując się przy tym majonezem.
Od
samego początku wychowywałam się z psami, kotami i jednym kanarkiem. Swojego
ukochanego kota z dzieciństwa- Ciapka – nosiłam w kapeluszu (uwielbiał to), karmiłam go serkiem Hochland (to też uwielbiał) i czasami czyniłam z niego konia dla moich lalek
Barbie (to uwielbiał mniej). Nie
wyobrażam sobie domu bez żadnego zwierzęcia; w ciągu swojego prawie 25-letniego
życia mieszkałam bez żadnego stworzenia jedynie przez trzy dni. Później się
złamałam i teraz mam Tosię i Zyzia.
Wczoraj
podczas babskiego wyjścia koleżanki stwierdziły, że jestem tak uzależniona od
zwierzaków, że po mężu będę miała i zwierzęce nazwisko. Z przeznaczeniem nie
wygrasz.
Gładkie
nogi
Ponoć
każdy człowiek ma jakieś swoje dziwne nawyki. Niektórzy nie wyobrażają sobie
dnia bez zaśpiewania „Aaaa, kotki dwa”, inni muszą co rano zrobić pięć pompek a
jeszcze inni są nałogowymi palaczami. Ja mam tak, że muszę mieć zawsze gładkie
nogi. I jest to schiza straszna, bo jak każda kobieta wie – włosy na głowie
rosną bardzo wolno, za to na nogach jak szalone. I nie dla mnie motywacyjne
obrazki, że w zimie nikt łydek kobiecych nie widzi i mogą wyglądać jak
trzyletni bernardyn. Ważne, że ja wiem i już samo to mnie męczy.
Więc walczę i zbieram na depilację laserową. A później znajdę sobie nową
schizę.
30 stopni w cieniu? Tak,
poproszę
Razem
z koleżanką ze studiów miałyśmy pewne powiedzenie: „idealna pogoda jest wtedy,
gdy na termometrze jest więcej stopni niż mam lat.” I są to złote słowa, bo
uwielbiam upały i czuję się wtedy w końcu szczęśliwa i spełniona. Nie lubię się
opatulać milionem swetrów i kurtek, wolę dni, kiedy wystarczy wciągnąć szorty
na tyłek, wsunąć stopy w baleriny i okulary przeciwsłoneczne na nos – wtedy dodatkowo
nie trzeba malować oczu, więc upały są ekonomiczne.
A to ciepłolubstwo mam zdecydowanie po mamie, bo ona też uwielbia afrykańskie,
stojące w miejscu powietrze i skwar lejący się z nieba. I kiedy reszta
ludzkości chłodzi się w lodowatej wodzie, my czujemy, że w końcu nadszedł nasz
czas i można z uśmiechem na twarzy wyjść spod kołdry.
Ja pijana? Nigdy!
Mam super moc. Może nie jest ona tak fajna jak niewidzialność
albo strzelanie laserem z oczu, ale się przydaje. Otóż... nie widać po mnie, że
jestem pijana. Mogę się ledwo trzymać na nogach a będę ładnie gawędzić o
czymkolwiek, będę raźno szła i śmiała się z żartów.
Jestem w najlepszym
momencie swojego życia
I odpukać w niemalowane, bo los lubi być wredny i przewrotny.
Ale faktycznie gdybym miała wybierać czas w swoim życiu, kiedy byłam
najbardziej szczęśliwa, to musiałabym wskazać obecny rok. Mam fajnego faceta,
przyjaciółki, które mimo kilku trudnych momentów nadal są, mam rodzinę, pasję,
mogę się rozwijać.
I bardzo chciałabym, żeby za rok, dwa, trzy, okazało się, że
to wcale nie jest najlepszy okres w moim życiu – bo chcę żeby te kolejne lata
były tymi najpiękniejszymi.
Ach, wymyśliłam, udało się, chociaż łatwo nie było. Do
tej jakże trudnej zabawy nominuję:
Lenę
– którą uwielbiam i która ma teraz całkiem nowy, wyremontowany pokój, więc będzie
miała bardzo dobre miejsce, żeby usiąść i pomyśleć nad tym, co mogłaby nam
napisać i czym nas zaskoczyć.
Emilkę – kolejna cudowna istota, z którą pewnie ukradłabym niejednego konia, gdybyśmy
się znały prywatnie.
Angelikę – moja droga, młoda mężatka, kobieta na tyle odważna, że tydzień przed ślubem
całkowicie zmieniła swoją suknię ślubną. Jakże trzeba być odważnym - lub szalonym- żeby się
zdecydować na ten krok?!
Anelise
– mówiłaś kiedyś, że niczego w blogowych konkursach nie wygrałaś a u mnie bach!
Bez brania udziału, wygrałaś nominację.















