9 mar 2016

PRZEDPREMIEROWO - "Były sobie świnki trzy" Olga Rudnicka


   Jakie jest największe nieszczęście kobiety, która jest żoną bogatego mężczyzny? Podpisana intercyza...
   I nie to nie żart. To kwintesencja fabuły najnowszej książki Olgi Rudnickiej „Były sobie świnki trzy.”

   Jolka, Kamelia i Marta to żony polskich prawników; mężczyzn bezwzględnych, zdradzających i niemających żadnych skrupułów. Kobiety łączy kilka wspólnych cech: przede wszystkim niechęć do swoich mężów. Jolka specjalnie przytyła kilkanaście kilogramów i zaniedbała się, żeby nie musieć sypiać z własnym mężem, który wydawał podczas upojnych chwil dźwięki podobne do świńskiego chrumkania.
   Kamelia dawno już przestała zabiegać o względy męża i poszukała pocieszenia w umięśnionych ramionach trenera fitness. Niestety z czasem okazało się, że i plemniki trenera były aż nadto wysportowane i przebiły się do jej komórki jajowej, tworząc nowe, niewidoczne jeszcze nowe życie.    Zdrowy rozsądek podpowiadał, że wykształcony mąż nie uwierzy w niepokalane poczęcie a zaciągnąć go do łóżka graniczyło z niejakim cudem.
   Marta natomiast miała lat trzydzieści i trzy i o niczym tak w życiu nie marzyła jak o dziecku; niestety jej światopogląd rozmijał się z mężowskim, który opuścić małżeńską sypialnię, bo nie wierzył w zapewnienia Jolki, że nadal zażywa tabletki antykoncepcyjne i wolał szukać pocieszenia w bezpieczniejszych ramionach udach.

„-On chrumka! - wysyczała Jolka, ściszając głos, ale nadając mu odpowiednią intonację.
- Co robi? - Kama zamarła.
- Chrumka! […] nigdy nie wiem czy przypadkiem nie dławi się własną śliną – wyjaśniła z nagłą urazą Jolka, jakby mając za złe mężowi, że się istotnie nie udławił.”
 
   Co więc mogą zrobić zdesperowane kobiety, które chcą odejść od mężów, ale przeraża je życie w biedzie, które z pewnością przypadłoby im w udziale, gdyby rozwiodły się, jak polskie prawo przykazuje? Cóż, trzy przyjaciółki postanowiły swoich mężów... zabić.
   Poglądów na idealną śmierć współmałżonka miały masę – poczynając od samobójstwa, poprzez tajemnicze zaginięcie, na wypadku samochodowym kończąc. Jednak każdy plan miał pewną dziurę, której nijak nie dało się załatać a ta dziura mogła spowodować, że wszystkie trzy wylądują w więzieniu na długie lata.

   Jakby w książce było za mało estrogenu, jest tam jeszcze jedna zdeterminowana kobieta; Sandra jest młodym prawnikiem i marzy jej się, żeby osiągnąć w tym zawodzie jak najwięcej. Aby zarobić, na studiach była profesjonalną call girl, czyli inaczej mówiąc panią do nieco intymnego towarzystwa; pech chciał, że kiedy przeniosła się do innego miasta i zaczęła pracę w kancelarii jej szef okazał się być jej dawnym klientem... Chcąc nie chcąc Sandra musiała upaść na kolana i to nie po to, aby błagać o zapomnienie...



   Jest to książka utrzymana oczywiście w formie komizmu; „Były sobie świnki trzy” to krzywe zwierciadło, które ukazuje, do czego mogą posunąć się kobiety, aby zdobyć to, czego chcą a więc upragnioną wolność okraszoną dość pokaźną gotówką.
   Książkę przeczytałam niezwykle szybko a warto wspomnieć, że miałam ją jedynie na czytniku, na którym zwykle czytanie idzie mi opornie i ciężko. Ta fabuła na tyle mnie zaintrygowała i zaciekawiła, na tyle Olga Rudnicka mnie zaskoczyła, że miałam ochotę czytać dalej pomimo że jedna z bohaterek – Marta – irytowała mnie tak bardzo, że sama z chęcią upozorowałabym jej zniknięcie. Gdyby była osobą rzeczywistą, rzecz jasna.

„- Nie możesz oczekiwać, że jedna z nas zabije człowieka, który w niczym nam nie zawinił – odparła Jolka. - Jestem zdecydowanie przeciwna zabijaniu kogokolwiek poza własnym prywatnym mężem. Nie jestem psychopatką.”

   W formie niezobowiązujących żartów można rozważać czy mężowie bohaterek zasłużyli na zastawiane przez kobiety ich życia pułapki, które miały definitywnie zatrzymać bicie ich serc. Nie ulega wątpliwości, że nie byli mężami idealnymi – już samo to, że zdradzali zasługuje na kocioł pełen smoły i wszędobylski zapach siarki – a dodając to, w jaki sposób je traktowali, można śmiało stwierdzić, że zaliczali się do grona łajdaków. Jednak nawet najgorszemu łajdakowi przysługuje prawo do obrony a tutaj prawa tego zdecydowanie zabrakło. Kobiety były oczywiście pewne, że gdyby próbowały powołać się na rozwód z orzeczeniem winy mężów, nic by nie wskórały – znajomości w polskich sądach robią niestety swoje. Zabraliby im wszystko, poczynając od kosztownej biżuterii, na ostatniej parze stringów kończąc (lub fig w przypadku Jolki) a panie skończyłyby czekając w kolejce do pośredniaka.

   Z czasem cała akcja zaczyna przypominać groteskę pokroju Gombrowicza i nie wiadomo czy czytać z zadumą i zdziwieniem co wymyślą bohaterki czy śmiać się z ich karykaturalnych błędów i głupich decyzji. Bez wątpienia książka wciąga i to tak głęboko, że trudno później wynurzyć się na powierzchnię.

   Ah i wiecie co? Jeśli wasz przyszły niedoszły mąż będzie żądał intercyzy to podsuńcie mu tą książkę- niech wie, że czasami lepiej pozbyć się połowy majątku aniżeli życia...


   Książka ukaże się w księgarniach całej Polski już 15 marca!

#Jeżycjada - "Opium w rosole". Rzecz o byciu dobrym.



„Do ludzi trzeba wyciągnąć rękę. Trzeba. Możemy się nie doczekać odzewu. Ale jeśli nie wyciągniemy ręki, to odzewu nie doczekamy się z całą pewnością.”

   Janka Krechowicz, zwana Kreską nie miała na świecie nikogo poza dziadkiem, emerytowanym nauczycielem języka polskiego. Pomimo nieszczęść jakie spotkały ją w ciągu tych osiemnastu lat bycia na świecie, Janka brała życie pełnymi garściami i smakowała je niczym najbardziej soczyste czereśnie.
   Nigdy nie narzekała; ani na brak pieniędzy, ani na to, że musiała opiekować się schorowanym dziadkiem ani też na to, że chłopak, w którym była zakochana i z którym uczyła się matematyki nie wiedział nawet jak Kreska ma na imię.

   Drugą bohaterką tej powieści jest kilkuletnia dziewczynka, która przedstawia się jako Genowefa Bombke vel Pompke vel Trombke. Jej cechą charakterystyczną jest wpraszanie się do domów całkiem sobie obcych ludzi; dzwoni do wypatrzonego przez siebie mieszkania i oznajmia z dziką radością, że oto przyszła na obiadek i że jest piekielnie głodna.
   Jej dziecięce szczęście albo Anioł Stróż pilnowali, by pukała tylko do tych drzwi, za którymi mieszkali ludzie dobrzy, wyrozumiali i otwarcie na nowe, dziwne znajomości. Strach pomyśleć co stałoby się, gdyby Genowefa trafiła do domu, gdzie dzieci nie byłyby mile widziane. Strach pomyśleć co stałoby się, gdyby Genowefa dzwoniła do obcych drzwi w roku 2016 a nie w roku 1983... Opieka społeczna byłaby zawiadomiona szybciej niż dziecko zdążyłoby spożyć pierwszy talerz rosołu. O ile rosół znalazłby się na stole w środku tygodnia w jakimkolwiek domu.

   Od poprzedniej części minęły już cztery lata, podczas których wiele spraw uległo zmianie. Ignacy Borejko od dłuższego czasu był internowany w dalekim zakątku Polski, lecz mimo to jego miejsce przy kuchenny stole było dzień w dzień nakrywane i żona, córki i wnuczka czekały z utęsknieniem na jego powrót.
   Mila Borejko postarzała się a troska o męża ukazała się w kolejnych siwych włosach i w nowych zmarszczkach, które nagle wykwitły obok tych, które były dowodem na to, że Mila często się śmiała. Te nowe były dowodem powstrzymywanych ciągle łez i niemych wyrzutów wobec losu. Janusz Pyziak zniknął niczym kamfora, pozostawiając po sobie mdłe słowa przysięgi małżeńskiej i kilkumiesięczną córkę. Profesor Dmuchawiec – notabene dziadek Kreski – zamknął się w sobie nie chcąc nikogo widzieć i zarzucał sobie, że jego wychowanków spotyka w życiu tyle nieszczęścia, że na pewno w jakimś stopniu on sam jest za to odpowiedzialny.

   Tylu nieszczęśliwych ludzi znalazło się w tej części Jeżycjady! Tyle narosło tam smutku! Jednak dalej – niczym w baśniach i opowieściach sprzed lat – dobro zaczyna walczyć ze złem, szerzyć się po Poznaniu i wyczarowywać uśmiechy na posępnych twarzach.

„Ludzie oddziałują na siebie nawzajem, jakby byli połączeni kręgami tajemniczej energii – a przez każdego z nas przechodzi przynajmniej kilka takich kręgów. Dzięki temu wszystko, co czynimy, każde nasze uzewnętrznione uczucie, a może i myśl – nawet te, którym nie dajemy wyrazu – zyskują nieskończony rezonans. Każdy z nas, nawet nieświadomie, wpływa na innych i staje się ogniwem łańcucha myśli, uczuć, reakcji i wydarzeń mogących zogromnieć wręcz do procesów historycznych.”

   Czy kiedykolwiek myślałaś o tym, że twoje zachowanie, gest, słowo może zmienić świat drugiego człowieka? Że twoja wczorajsza decyzja o zboczeniu ze stałej trasy do pracy spowodowała, że człowiek całkowicie ci obcy zmienił coś w swoim życiu? Nie mamy możliwości wiedzieć efektów swoich decyzji, które nie dotykają nas bezpośrednio. Może to dobrze, może źle, nie mi oceniać konstrukcję tego świata – i tak stanowczo zbyt niską prowizję płacimy temu, który go stworzył. Musimy pamiętać, że efekt motyla nie jest jedynie chwytliwym tytułem filmu - to realne zjawisko, zbyt rozpostarte, byśmy mogli go doświadczyć. Ale trzeba pamiętać, że jest. I że nasze słowa, myśli i działania mają wpływ na cały świat.

   Nie potrzeba wcale wiele, by dokonać wielkich zmian. Czasami wystarczy po prostu zamknąć w swojej dłoni czyjąś dłoń i po prostu być. Pomilczeń, popłakać albo pośmiać się z niczego, z powietrza. Stawiamy sobie wielkie wymagania, kiedy tak naprawdę wcale nie potrzeba wiele, aby tworzyć wielki i dobry świat.

„Maciek zaś w zadumie patrzył na salę i myślał, że skoro człowiek przesypia prawie jedną trzecią swego życia, to powinien starać się maksymalnie wykorzystać nieliczne godziny, kiedy to nie leży bez świadomości. Jak najwięcej zrobić, jak najwięcej przeczytać, jak najwięcej się nauczyć i jak najwięcej pojąć z tego świata, na którym jest tylko gościem. I jak najwięcej dać temu światu."


7 mar 2016

KONKURS - Wybierz sobie książkę!



   Powoli zbliżam się do magicznej liczy 100 tysięcy wyświetleń i z tej okazji chciałabym podarować Wam książkę - ale że niestety fortuny Hugh Hefnera nie posiadam, decyzję kto z Was otrzyma książkę oddam mojej osobistej maszynce losującej - Tosi.

    Każdy z Was może wybrać jedną z czterech pokazanych przeze mnie książek a dwie osoby wygrają i będą mogły cieszyć się swoim niebywałym szczęściem. Jeśli zastanawiacie się, która z książek jest najlepsza - dla przypomnienia - moje recenzje owych powieści.

Dotrzymana obietnica - klikacz 

Byłam tu - klikacz 

Niespodzianka na 6 liter - klikacz 

Ostatnie dni królika - klikacz 

   Nudny, ale potrzebny regulamin:
1. Konkurs trwa do 20 marca 2016 roku do północy czasu polskiego. Ogłoszenie wyników nastąpi dzień później na blogu.
2. Nagrody ufundowane są przez autorkę bloga naczytane.blogspot.com
3. Wysyłka nagród następuje do 5 dni roboczych po zakończeniu konkursu na koszt organizatora.
4. Każde zgłoszenie to jeden głos, aczkolwiek dodatkowe głosy otrzymuje się za:
- udostępnienie baneru konkursowego na swoim blogu lub fanpage'u + 1 zgłoszenie za każde jedno udostępnienie (możecie więc udostępnić baner w trzech różnych miejscach i wtedy przysługują wam trzy dodatkowe losy. Należy podać linki do miejsca udostępnienia)
- odpowiedź na pytanie - "czym byś mnie przekupił/a gdybyś miał/a do dyspozycji wszystko co istnieje?" + 1 zgłoszenie
- posiadanie mojego bloga w obserwowanych + 1 zgłoszenie (weryfikacja waszej prawdomówności będzie sprawdzana na bieżąco.)

WZÓR ZGŁOSZENIA

Imię/pseudonim - 
Wybrana książka - 
Baner - opcjonalnie
Odpowiedź na pytanie - opcjonalnie 
Obserwowanie bloga - opcjonalnie 

   Powodzenia! Maszynka losująca w tym momencie śpi na moich kolanach i nabiera sił do wykonania swojego zadania. Czekamy na zgłoszenia!


Maszynka losująca. Zdjęcie z poprzedniego konkursu.


6 mar 2016

Obsesja i śmierć - J.D. Robb



   Prześladowcy o psychice mordercy są niebezpieczni, to wiadomo. Wzbudzają strach, powodują szybsze bicie serca, w ich pobliżu adrenalina nagle rośnie, puls przyspiesza, skóra wydziela pot... chyba, że mózg nie wie, że przebywa właśnie w towarzystwie prześladowcy swojego organizmu...

   Wiele czytałam już książek o psychopatach, którzy nagle doznawali dziwacznego objawienia - które z Bogiem miało niewiele wspólnego - lub z żądzy czy nienawiści postanawiali dręczyć i prześladować ludzi, którzy w niczym im nie zawinili i nie mieli nic wspólnego z ich popsutymi od nadmiaru narkotyków neuronami. Najczęściej jednak owi psychicznie skrzywieni biedacy na cel brali sobie osoby cywilne a wybór podyktowany był wyglądem danej osoby bądź jakąś jej cechą szczególną (np. ktoś nie jadał zielonej sałaty wyhodowanej w Oregonie i psychopata postanawiał osobę taką zabić, bo była nieczysta wobec Boga. Zdarza się.)

   Po raz pierwszy jednak spotkałam się z sytuacją, gdzie prześladowca za cel obrał sobie wszystkie osoby, które... były niemiłe dla policjantki Evy Dallas, znanej z serii J.D. Robb. Nieznana osoba, nazwijmy go Miłośnikiem Evy, jest narratorem prologu, w którym deklaruje się, że będzie „mścicielem i obrońcą” pani Dallas i że pozbędzie się wszystkich ludzi, którzy w jakikolwiek sposób się jej narazili. Biorąc pod uwagę, iż jest ona oficerem policji, bez trudu można zauważyć, że Miłośnik będzie miał ręce pełne roboty i będzie musiał pozbyć się całej rzeszy prawników, dziennikarzy i policjantów, którzy odmówili kiedykolwiek Evie pączka.

   Miłośnik nie należy do tej grupy morderców-psychopatów, którzy są nieśmiali i lubią dawkować napięcie; już po pierwszym morderstwie policja, w tym sama Eva, znajdują na ścianie wyznanie, iż zabójstwo zostało popełnione tylko i wyłącznie dlatego, iż denatka ośmieliła się kilka miesięcy wcześniej dokuczyć pani porucznik na sali sądowej. I tutaj pewna dygresja – zabita nawet nie wiedziała dlaczego ginie; ba, nie była wtedy nawet przytomna i nie miała żadnej okazji aby pożegnać się z tym ziemskim padołem. Ja osobiście chciałabym wiedzieć za to i dlaczego jestem mordowana; w niczym by mi ta informacja wprawdzie nie pomogła, ale że należę do osób ciekawskich....

   W momencie, gdy bliscy zaczynając nadmiernie skakać wokoło pani oficer a wszyscy ci, którzy zaleźli jej za skórę w ostatniej dekadzie zaczynają przesyłać jej kwiaty, sama zainteresowana robi rachunek sumienia ze swojej przeszłości i zastanawia się kogo mogła w sobie tak „rozkochać”, że ta osoba gotowa byłaby dla niej zabić. Dodatkowo próbuje udawać silną kobietę, która w ogóle nie przejmuje się tym, że – bądź, nie bądź – z jej powodu giną ludzie, ale niestety ta gra aktorska jest dość słaba i po raz pierwszy w serii dostrzegłam, jak nieustraszona porucznik opuszcza gardę.
Nie będę liczyła, która to książka z kolei – liczba da dawno przekroczyła już magiczną dziesiątkę a nawet i dwudziestkę – i dopiero teraz, po tylu tragediach i przeżyciach coś złamało główną bohaterkę.

   Osobiście miałam nie raz wrażenie, że autorka wymyśla coraz to i gorsze scenariusze kolejnych morderstw, żeby „uczłowieczyć” i „uwrażliwić” stworzoną przez siebie Evę Dallas, ale nawet ona, kreatorka powieści, nie mogła poradzić sobie z jej trudnym charakterem. Dopiero teraz, po tylu latach uderzyła w czuły punt – Eva nigdy nie chciała niczego od innych. A na pewno nie tego, żeby oddawali życie za jej - umyślne czy też nie – winy.

   Pod żadnym pozorem nie bójcie się tego, że seria ta ciągnie się niczym makaron spaghetti; każdy tom można bez przeszkód czytać oddzielnie i bez problemu „połapać” się w fabule. Ostatnio moja rodzicielka stwierdziła, że te książki to jej ulubiony serial, którego nie musi oglądać w telewizji, ale może co jakiś czas „przeczytać” nowy odcinek.
   Coś w tym jest, bo losy Eve, jej męża, przyjaciółki i partnerki w pracy Peabody oraz innych, ciągle się rozwijają i z przyjemnością wraca się do tej dziwnej paczki znajomych, którzy żyją w roku 2060, kiedy to świat wygląda odrobinkę inaczej niż współcześnie. Dygresja numer dwa – mi do gustu najbardziej przypadł „autokucharz”, czyli urządzenie domowe, dostępne w różnych wariantach cenowych, które ma zaprogramowane w sobie menu i wystarczy wcisnąć guzik z „wątróbka z sosem żurawinowym”, żeby za chwilę je spożyć we własnej. Magia, prawda?

   Muszę szczerze przyznać, że tą część czytało mi się niezwykle szybko i sprawnie; J.D. Robb (znana bardziej jako Nora Roberts*) coraz chętniej oddaje „głos” w książce Peabody, partnerce Dallas, która – w przeciwieństwie do głównej bohaterki – jest szalenie emocjonalna, bardzo pozytywna i zabójczo zabawna. Jej cięte riposty i radosne podskakiwanie w różowym skórzanym płaszczu świetnie rozładowują napięcie, które gromadzi się co kilka stron. Jeśli więc szukacie dobrego, ale nie męczącego thrillera, to „Obsesja i śmierć” będzie dla was książka idealną.

   A co z zakończeniem? Cóż, zaskakuje. Może klapki z nóg nie spadają (wtedy to musiałoby się okazać, że sama Dallas morduje i tym sposobem odsuwa od siebie ślady), ale skarpetki lekko mi się zwinęły na palcach. Polecam zarówno tą książkę jak i całą serię. Lub książkowy serial, jak rzekła mama moja.


*Czy was też zadziwia ilość książek, którą napisała pani Roberts? Kobieta ma lat 65 i napisała (liczyłam!) 215 książek. Czyli rocznie pisze średnio (zakładając, że zaczęła pisać od razu po urodzeniu) 3,3 książki. 
A ja, cholibka! nie potrafię napisać jednej w życiu!


4 mar 2016

Dlaczego warto mieć zwierzaka?


Kotałki bure dwa

 Na pożegnanie tygodnia, który minął w mgnieniu oka – powody, dla których warto mieć czworonoga w swoim pobliżu.
   Liczba zwierzaków posiadanych przeze mnie jest względna i zależna od tego jak na to patrzeć; w domu mam yorka o wdzięcznym imieniu Tosia, która w poprzednim życiu z pewnością była damą na francuskim dworze i od wczoraj – a więc nabytek świeży – papugę nimfę o imieniu Zyzio. Razem z narzeczonym mamy jeszcze szczeniaczowatego psa rasy Husky, który wabi się Vuko – i nie, ja nie nadałam mu imienia, bo wtedy nazywałby się zapewne Gucio.
   U babci mieszka znana niektórym z was ze zdjęć Pyza, rasy „rottweiler mieszany z pobliskim kundlem”, oraz Misia – która miała być labradorem, ale coś w genetyce nie wyszło i kilka kotów, przybłęd, które znalazły tam swój dom.
Tosia

   Jak więc widać trochę tego zwierzyńca mam. A dlaczego? Co z tego mam? Oto kilka powodów:

   Nawet kiedy niebo jest zachmurzone, deszcz pada tak bardzo, że aż nie widać jak pada i kiedy nic się nie chce, trzeba wstać. Świątek, piątek, niedziela czy Wigilia wstać trzeba i ogarnąć całe to towarzystwo. Jeśli jednak depresja zaburza poczucie obowiązku to psi ciepły i wilgotny język przypomina o tym, że dzień się zaczął i trzeba działać, pomimo niechęci.

   Nagle uświadamiasz sobie, że twoje ciało potrafi niesamowicie się wyginać – ja przekonałam się o tym dzisiejszej nocy, kiedy to Tosia postanowiła kopnąć mnie zaszczytem i spała w moim łóżku a nie jak zawsze z rodzicielką. Nie miałam pojęcia, że potrafię mieć głowę odwróconą w jedną stronę, nogi w drugą a brzuch to w ogóle w powietrzu, bo mała psia dama zechciała się wyciągnąć na całą swoją długość i nie sposób było jej ruszyć.
Pyza

   Jeśli mieszkasz w bloku to wspaniale wyrzeźbisz sobie pośladki chodząc w te i z powrotem – szczególnie, jeśli masz takiego psa jak ja, który nie postawi stopy na zewnątrz w sytuacji, gdy chodnik jest mokry (deszcz), zbyt gorący (upał) czy zbyt zimny (śnieg). Mówiłam, kiedyś była francuską damą lub księżną.

   Poczujesz się jak na wsi – to akurat w przypadku posiadania papugi, bowiem o 5 rano z błogiego snu wyrwie cię uporczywe i głośne krzyczenie skrzydlatego przyjaciela, który oznajmia całemu światu, że oto właśnie teraz na niebie pojawiło się słońce. Informacja na wagę złota a dzień dzięki temu jakby dłuższy.

   Nikt niepostrzeżenie nie wejdzie do twojego domu – wyjątek stanowi Vuko, który w ogóle nie komunikuje, że ktoś przyszedł tylko leży jak zdechnięty karaś. Jestem pewna, że gdyby do domu nagle wtargnęli złodzieje to jedyną reakcją naszego kochanego sierściucha byłoby lekkie pomachanie ogonem, ziewnięcie i położenie się spać. Chyba, że widziałby w ich ręku smycze to domagałby się spaceru głośnym wyciem.

  Nowe znajomości – zanim zaczęłam spacerować niczym dama z pieskiem to nie znałam większości mieszkańców swojego osiedla. Teraz nie znam tylko tej większości, która zwierzaka nie posiada. Reszta macha do mnie radośnie i woła 'dzień dobry' prędzej niż zdążę się ogarnąć skąd ja tą osobę znam (kiedy brak jest dodatku w postaci psa, to trudno skojarzyć twarz. Serio – poznaję ludzi po ich zwierzaku.) Dodatkiem jest to, że wszystkie starsze panie, kiedy widzą mnie z Tosią, zaczynają traktować mnie jak ukochaną zaginioną wnuczkę i patrzą na mnie z miłością sięgającą samych niebios.
Misia

   Uczysz się nowej odmiany części mowy – ha, tego się nie spodziewaliście. Ale jak inaczej nazwać to, że ludzie zawsze wołają - „jaka śliczna piesa!”, albo „Pyzia taka pięknosia!”. Razu pewnego, w lecie, jak szłam dumnie z moją małą szczekającą księżną jakiś chłopczyk w wieku około lat trzech zobaczył ją i krzyknął do swojej mamy - „patrz, mamo, jaka piękna cholera!”.

   Masz o czym opowiadać, kiedy temat się nie klei – jeśli nie ma się dziecka, to należy mieć właśnie zwierzaka, co by móc potrzymać konwersację. Jeśli nie mam o czym mówić to zaczynam opowiadać jak to Pyza złapała razu pewnego kozę w polach (tak, ktoś porzucił kozę na pastwę losu i chciałabym zauważyć, że brak jest kampanii społecznych na temat nie traktowania kozy jak zabawki. Obecnie koza mieszka u babci i ma się dobrze.)

   Dzieci wspaniale wychowują się ze zwierzakami i nie wyobrażam sobie, żeby moje przyszłe dziecko było „ogradzane” od wszelkich czworonogów bo „to zarazki”. Jedna moja znajoma, która ma dwa koty persy, zaraz po tym jak dowiedziała się o ciąży wyrzuciła je na pole i biedaki wegetują tam do dzisiaj, a mała jest ciągle upominana, że koty są „be!” i trzeba je przeganiać. Najlepiej butem.
Można wychować się w towarzystwie zwierząt i przeżyć dzieciństwo; najlepszy przykład to Tarzan i ja.

   A najważniejszy powód? Kiedy jest czasami człowiekowi źle i czuje się jak przysłowia kupa to zwierzak pomaga. Przytuli się, popatrzy mądrze albo po prostu zaskrzeczy i już wiadomo, że jest na tym całym wielkim świecie ktoś, kto kocha nas bez warunków i bez ograniczeń.  

Vuko


   I jak podoba się wam mój zwierzyniec?