9 gru 2015

Kwiatuszki z wyszukiwarki


* Co to jest magia świąt

Odpowiednie pytanie dla odpowiedniej osoby! Magia świąt to wszystko to, co może być najlepsze - to renifery z czerwonymi nosami, ale bez kataru; to obcy, brodaty mężczyzna włamujący się do waszego domu przez komin; to fałszowanie najpiękniejszych kolęd przy wigilijnym stole; to obżeranie się plackami, bez wyrzutów sumienia, bo w święta przecież można. To puchaty zimny świat za oknem i naiwna pewność, że przez te kilka dni może być idealnie.
A według google magia świąt to chwyt marketingowy, który ma nas zmusić do wydawania stu złotych za jedną bombkę i do kupienia karpia, którego i tak nie lubimy. Ale ja wolę swoje podejście.

* ukłony dla żony

I tutaj mam dylemat, bo nie wiem czy jakiś mężczyzna chciał się dowiedzieć jak powinny takowe ukłony wyglądać, czy raczej zastanawiał się czy one w ogóle powinny mieć miejsce w małżeńskiej rzeczywistości. Cóż, jeśli zastanawiał się nad tym drugim aspektem, to biedna jego żona, skoro on musi w takich sytuacjach posiłkować się googlami (w końcu ona pierze jego gacie i paruje jego skarpety!) Oczywiście, że żonie ukłony się należą. Mężom też - w ogóle świat byłby radośniejszy jakby w małżeństwach takie ukłony były na porządku dziennym.
A jak owe ukłony należy wykonywać? Nie, nie trzeba wcale iść na przykładem starożytnych cywilizacji i padać na kolana; współczesne żony są mniej wymagające niż dawne bóstwa i im wystarczy niewielki kwiatek lub ładny nowy lakier do paznokci. Albo chociażby niewielki komplement burknięty podczas zasypiania.

* która z dziewczyn patrzyła czy pie...

Co może kryć się za tymi trzema kropkami? Naiwnie chciałabym wierzyć, że słowo "piekę", ale jakoś bliżej mi jednak do "pierdzę". Jeśli mam rację i o pierdzenie chodzi to zastanawiam się jaka to musiała być sytuacja, że było przy tym kilka dziewczyn a jedna wręcz na to patrzyła! Ma ktoś jakieś pomysły?

* czarne charaktery

Czarne charaktery są złe i lepiej ich unikać, bo mogą czasami zrobić ci bu-bu i nie będzie miał kto pociumać, żeby nóż wbity prosto w twoją śledzionę przestał boleć. My, książkoholicy, jesteśmy lekko spaczeni na tym guście, ponieważ dla nas czarne charaktery są tymi najmilszymi i najprzystojniejszymi, dlatego gdy spotykamy takiego delikwenta w rzeczywistości, to mamy omamy, że jest on naszym księciem wyśnionym i że zaraz porwie nas w ramiona i obdarzy pocałunkiem, który zwali nas z nóg!
A potem zostajemy w ciemnej uliczce z nożem w brzuchu i wielkim rozczarowaniem, że ten czarny charaktery nie przypominał jednak Deana z "Supernatural" (a może przypomniał, tylko wziął nas za demona?)

* czarodziejki czarne charaktery

Ale jak to?! Czarodziejki nie mogą być złe, bo mają skrzydełka i fruwają i mają takie milutkie, słodkie głosiki! Nie możliwym jest, żeby jakaś z nich była wredną istotą, nie i kropka.

* nie jesteś maminsynkiem dlatego że...

No to jakiś facet musiał szukać nie lada pocieszenia w internecie! Chłopie, jeśli to czytasz, to spokojnie, pomogę ci. Nie jesteś maminsynkiem, jeśli:
- dajesz mamie buziaka na pożegnanie / o ile nie dajesz go za każdym razem, gdy wychodzisz do sklepu na pięć minut i gdy nie jest on zbyt soczysty i mokry (fuj, sama siebie obrzydziłam.)
- mówisz do niej "mamusiu" / chyba, że robisz to podczas obowiązkowego szczepienia lub w sytuacji, gdy jesteś nagi a masz więcej niż piętnaście lat
- twierdzisz, że jej jedzenie jest najlepsze na świecie / chyba, że wiąże się to z wyrzucaniem do śmieci obiadu, który przygotowała ci twoja dziewczyna
- kupisz jej czasami coś ładnego / tutaj uwaga: jeśli mamie kupujesz prezent za tysiąc złotych, to wypadałoby, żeby twoja żona dostała coś przynajmniej za połowę tej sumy. Bo tak trochę głupio, że mamusi diadem a żonie skarpetki
- słuchasz jej rad i się do nich dostosowujesz / przynajmniej do momentu, gdy nie każesz zakryć swojej dziewczynie dekoltu, kupić dłuższej spódnicy i przefarbować włosy na delikatny blond, bo mamusia twierdzi, że tak jest lepiej
- dzwonisz do niej co wieczór / gorzej, jeśli robisz to w trakcie sexu...
- lubisz brzmienie jej głosu / sytuacja się zmienia, kiedy domagasz się, żeby co wieczór śpiewała ci kołysanki do snu a masz już włosy pod pachami
- chcesz, żeby twoja przyszła żona była taka jak ona / ale nie wymagaj, by też miała trwałą na głowie i chodziła w podomce i żeby mówiła do ciebie "syneczku".

(A teraz blogger nie chce ze mną współpracować i postanowiło mi pisać jedynie po niebiesku. To chyba szok po tym maminsynku.)

* która aktorka poddała się mastertoni

Trudne pytanie, bo pojęcia nie mam co to mastertonia... mastektomia to i owszem, już prędzej, ale mastertonia? Może to ma coś wspólnego z Mastertonem, pisarzem, ale że można się temu poddać to pierwsze słyszę. Za mało programów publicystycznych oglądam i to dlatego...

* skąd kwiaty na wesele miasto gorzów

Uwaga, będę strzelać! Pewności nie mam, może się mylę, wszak własnego wesela jeszcze nie miałam okazji planować, szczególnie w Gorzowie, ale myślę, że kwiaty można wziąć z ... KWIACIARNI! Lub z giełdy kwiatowej! Nie wpadlibyście na to, prawda? Niby to takie proste i oczywiste, ale w gorączce weselnej często takie proste informacje wydają się być niczym wzór na deltę, dla osoby która pisała maturę z matematyki kilka lat temu.
A co do kwiatów na wesele - hortensje są najpiękniejsze, przynajmniej dla mnie i będę miała cały kościół pełen hortensji! Tylko... skąd wziąć kwiaty na wesele w mieście Przeworsk? 

7 gru 2015

"I była miłość w getcie" - Marek Edelman, Paula Sawicka


 „Stoję tu samotny, stoję tu z przypadku, jak prawdopodobnie całe życie. Wszechświat prawdopodobnie też powstał z przypadku. A tu, na tej sali są ministrowie, ambasadorzy, profesorowie, posłowie, dyrektorzy, wychowawcy, nauczyciele, Za wami są instytucje, organizacje, rządy a nawet całe państwa. Za mną jest nicość. Nicość, w którą odeszły setki tysięcy ludzi. Odprowadzałem ich do wagonów.”

Getto nieodłącznie kojarzy się z bólem, upokorzeniem i śmiercią. W getcie ludzie głodowali, cierpieli i konali w męczarniach... Jednak ta otoczona murem dzielnica to coś więcej niż ból i śmierć. Tam ludzie prowadzili też normalne życie, starali się wyrwać śmierci chociażby jeden dzień normalności, chociażby jedną godzinę niezmąconego szczęścia. Mówiąc o getcie omija się ciągle jeden temat, jakby mówiąc o tym strasznym miejscu nie wypadało mówić o uczuciach, które kojarzą się z czymś dobrym, niezwykłym. Ale wiecie co? Tam była miłość.


Marek Edelman, przywódca powstania w getcie warszawskim, tuż przed śmiercią powierzył Pauli Sawickiej zadanie, by z jego wspomnień stworzyła książkę, która będzie dowodem na to, że to delikatne i dobre uczucie znajdowało się w tak strasznym miejscu. Zaręczał za tym swoim życiem i swoją pamięcią, w której zachowały się obrazy kradzionych w ciemnościach pocałunków, niewinnych uściśnięć dłoni i szczęścia z powodu narodzin dziecka.

Bohaterowie tej książki nie zawsze mają imiona; czasami są jedynie kobietą o blond warkoczu i mężczyzną o ciemnych, posępnych oczach; trudno było zapamiętać ich wszystkich, w końcu było ich tak dużo. Ciężko było pamiętać gdzie dana historia się wydarzyła i kiedy, ale sam Edelman twierdzi, że nie ważne kiedy to było, ważne co się wtedy wydarzyło. Czy było to zimą, czy wiosną, na rogu ulicy czy w ciemnym mieszkaniu, nie ważne. Ważne, że była tam ona i on i że przez moment mieli okazję poczuć, że ich serca biją jednakowo i że cały ten strach przed Niemcami, przez Hitlerem, przed komorą jest niczym w porównaniu z tą chwilą, kiedy mogli być sami i delektować się szczęściem.

Były tam też inne rodzaje miłości; była tam miłość do bliźniego, która wyrażała się poprzez podanie ręki osobie z wagonu, która też jechała na śmierć. Była tam też ta ponoć najsilniejsza z miłości, rodzicielska, która nie raz oddawała swoje życie, by ratować dziecko, by zapewnić mu kilka dni więcej życia, bo nie wiadomo co mogło się wtedy wydarzyć. Autor wspomina o pewnej kobiecie, która popełniła samobójstwo i swojej córce zostawiła „numerek życia”; czy takie poświęcenie nie jest przejawem tej miłości najsilniejszej, najtrwalszej? Opowiada też o młodej dziewczynie, która wsiadła z matką razem do wagonu, bo nie chciała, by ta umierała samotna, by w tych ostatnich chwilach nie bała się sama.

„Piękno polega na tym, że miłość istnieje, a ci, którzy żyli miłością, czy zginęli, czy przeżyli, byli wielkimi ludźmi.”

Te miłości były niezdarne, skazane na niepowodzenie, szybkie, bolesne i dlatego tak wyjątkowe; szczęśliwe zakończenie polegało w getcie na śmierci w tej samej chwili, by jedno nie musiało żyć bez drugiego.
Niewielu jest mężczyzn, którzy potrafią mówić o miłości. Niektórzy się wstydzą, inni nie potrafią układać pięknych zdań a jeszcze kilku z nich nie potrafi w ogóle kochać. Oczywiście zdarzają się wyjątki, jak Sparks czy Coelho; piszą kwieciście, podniośle, gloryfikują miłość tak bardzo, że wydaje się ona otoczona nabożną czcią. Edelman nie był pisarzem, nie skończył studiów, w młodości nie zaczytywał się w klasykach. Nie spędził życia przed maszyną do pisania, tworząc historie o niesamowitej miłości, która zwala z nóg. Edelman opowiadał o tym, co widział, a opowiadał w taki sposób, że ta „jego” miłość, nieumywająca się nawet do tej z książek Sparksa, była o wiele piękniejsza i o wiele bardziej wartościowa. Mówił o niej prosto, bez zbędnych ozdobników, bez metafor i bez widoku zachodzącego słońca w tle; jego historie, napisane przez życie, nie były tak doskonałe jak te, które powstały w umyśle pisarzy.

Jest jeszcze jeden mężczyzna, nie zbyt znany obecnie pisarz Jacek Bocheński, o którym warto wspomnieć. Napisał on przedmowę do tej książki i dwoma zdaniami sprawił, że dla mnie przewyższył on wspomnianych wcześniej autorów nie o głowę, ale o całą długość człowieka. „Otóż ja kochałem swoją starą, umierającą żonę. Traciłem ją i byłem bezsilny.” Tak nie wiele, ale jednak tak wiele.

I była miłość w getcie. Stała na baczność zaraz obok głodu i strachu, w równym rzędzie, nie wywyższając się, ale i nie chowając za złymi uczuciami. Egzystowała wśród brudu, ubóstwa, wśród wychudzonych ludzkich ciał i swoim istnieniem sprawiała, że na wyniszczonych twarzach na chwilę pojawiał się uśmiech, że zmęczone oczy na moment się roziskrzały, że utrudzone serce zaczynało mocniej bić. Nikt nie pytał tych, którzy przeżyli, czy kochali będąc w getcie. Nikt nie zastanawiał się czy tam można było się zakochać. I to Edelmana tak irytowało, to, że pytano tylko o ten głód, o ten strach, o tą śmierć a nie pytano o miłość, o przyjaźń i o radosne chwile. Bo tam gdzie są ludzie, jest i szczęście, pomimo tego wszystkiego, co dzieje się na około.

Książka obowiązkowa dla wszystkich tych, którzy sądzą, że wiedzą, co to znaczy kochać. Bo jak się okazuje, nie jest to wcale równoznaczne z dostawaniem kwiatów, z pięknymi przemowami i z dodawaniem wspólnych zdjęć na portalach społecznościowych. To milczenie razem, kiedy jest tak źle, że aż dusza boli; to szybkie spojrzenie mówiące "jestem tu dla ciebie". Miłość jest niczym i dlatego właśnie jest wszystkim. 


6 gru 2015

Informacja o konkursie!

Kochani!
Chciałabym polecić Wam konkurs, który trwa do dzisiaj do północy (ale ja wiem, że wy jesteście tacy zdolni, że zdążycie jeszcze rzucić wszystkich na kolana i wygrać!)

"Zasady zabawy są bardzo proste. Wymyśl cytat, sentencję i wygraj czytnik e-booków. 
W puli są także książki, które zwycięzcy wybierają sobie sami. Konkurs składa się z trzech etapów. 
Pierwszy… Napisz cytat, który zachwyci mnie oraz JURY (skład ogłoszę w najbliższym czasie). Najlepsze wejdą do drugiego etapu, w którym…

Najlepsze teksty zostaną przerobione na grafikę, którą sam się posługuję. Będzie umieszczony tekst wraz z imieniem i nazwiskiem autora. Pracę będą podzielone na cztery grupy, z której wyjdzie jeden najpopularniejszy cytat. Jak wybierzemy właśnie ten? Ze względu na trzy czynniki:
- Polubienie +1 pkt
- Udostępnienie +3pkt
- Punkty Jury.

Trzeci etap to zwycięzcy swoich grup plus jedna osoba, która uzyskała największa ilość głosów, ale nie dostała się bezpośrednio do finału. Reasumując pięć osób otrzymuję nagrody, a są to…
Miejsca 4-5 – Książka wybrana przez autora
Miejsca 2-3 – Książka wybrana przez autora. Do tego cytaty będą umieszczone w mojej książce, która niedługo wejdzie do sprzedaży na Amazonie oraz w nowym roku na terenie całego kraju.
Miejsce 1 – Czytnik e-book. Książka wybrana przez autora. Cytat umieszczony w książce.


Do tego chciałbym dodać, że wszystkie osoby, które dostaną się do drugiego etapu otrzymają ode mnie e-book powieści „Przepraszam za krzywdę” – Trzy wspomnienia z dzieciństwa, który wejdzie do sprzedaży na początku najbliższego roku, a także fizyczną wersje książki wraz z autografem tuż przed sprzedażą. 


Jeżeli posiadasz swoją stronę profil Fan Page proszę o dodanie go w e-mailu wraz z cytatem – mlvesku@gmail.com Chętnie pomogę Ci zareklamować Twoją twórczość. 
Pierwszy etap trwa do 6.12.15
Zachęcam do wzięcia udziału w konkursie i oczywiście… Życzę powodzenia.
Pozdrawiam Marcin."

3 gru 2015

"Małe wielkie odkrycia" i "What if? A co, gdyby?" - czyli dwie świetne propozycje na Mikołajki. Rozgrzewajmy neurony, fałdujmy mózg!

Mikołajki tuż-tuż i pewnie wielu z Was, zastanawia się co kupić swojej drugiej połówce, niezbyt lubianemu bratankowi czy wujkowi z bujnym wąsem. Swoją drogą, tu pewna dygresja, nigdy nie miałam wujka z bujnym wąsem, co, jak sądzę, wpłynęło na mój charakter i całe postrzeganie rzeczywistości; bo wujek z bujnym wąsem jest jakimś źródłem stabilizacji i życiowego osiągnięcia, tak przynajmniej sądzę... Pozbawiona wuja z wąsem wybrałam sobie na życiowego towarzysza chłopaka z brodą. Psychoanalityk na pewno by mi to wypomniał.

Wracając jednak do tematu; pomysłów na prezenty jest bez liku – zaczynając od skarpetek z podobizną Woody'ego Allena, poprzez zestaw do robienia sushi, na susłach kończąc (tak, nadal mam fazę na susła.) Ja przedstawię dwie propozycje książkowe, co by obdarowani mieli możliwość sfałdowania nieco swojego mózgu, bo mózg sfałdowany to mózg mądry!


 Pierwszą książką, którą chcę polecić są „Małe wielkie odkrycia” autorstwa Stevena Johnsona. Ta niewielka publikacja to prawdziwy rarytas dla tych, którzy lubią zaskakiwać ciekawostkami przy wigilijnym stole. Dzięki niej dowiemy się o zwykłych przedmiotach codziennego użytku i o ich historii, która dla wielu ludzi jest równie nieznana jak metryka ślubu sąsiadki z trzeciego piętra.
Czy wiedzieliście skąd wzięło się szkło? Ha, początek recenzji i już zaczynają się schody; bo czym jest szkło, każdy wie. Jak się je wytwarza – to też jest wiadome jakiejś części ludzkiej populacji. Ale skąd się wzięło – cóż, na to pytanie nie odpowie wam przypadkowy przechodzień ani przeciętny nauczyciel fizyki. Pierwsze szkło pojawiło się na ziemi a dokładniej rzecz ujmując na Pustyni Libijskiej jakieś 26 milionów lat temu, gdy ziarenka krzemionki zostały ogrzane temperaturą rzędu pięciuset stopni i zmieniły się w szkło. Ale droga od tamtego wydarzenia do produkowania luster czy szyb była długa i bolesna o czym można przekonać się czytając „Małe wielkie odkrycia”.
Niech podniesie rękę ten, kto wiedział, że pierwszym elementem świata materialnego, który udało się bezpośrednio przemienić w energię elektryczną był dźwięk. Zawsze zastanawiało mnie  w dzieciństwie, jak za pomocą drutu mój głos wędrował na setki kilometrów i był słyszany kilka sekund później na dalekim, jak dla mnie, Śląsku. Później, kiedy pojawiły się komórki i satelity łatwiej było mi to zrozumieć (chociaż i tak nie zrozumiałam nigdy tego fenomenu do końca) niż owy drut, który nijak nie kojarzy mi się z czymś, co pozwoli mojemu głosowi się przemieszczać.

Ta książka nie ma wielu rozdziałów, jednak widać, że autor włożył w nią dużo wysiłku, szczególnie w szukanie źródeł, z których czerpał swoją wiedzę. Bibliografia jest ogromna, lecz Steven Johnson przetworzył wszystkie teksty tak, że tchnie z nich ciekawością a nie stęchlizną i znużeniem.
Świetny pomysł na prezent dla tych, którzy pasjonują się fizyką, chemią czy informatyką lub po prostu są ciekawi jaką drogę przebyło światło nim znalazło się w żarówce świecącej nad naszymi głowami. Niebanalna lektura, polecam ją szczególnie dla młodszego rodzeństwa czy innych powinowatych i krewnych, co by zachęcić ich do nauki przedmiotów ścisłych. Kto wie, może gdybym przeczytała „Małe wielkie odkrycia” będąc w podstawówce, teraz byłabym fizykiem?



Drugą książką, którą chcę polecić jest „What if? A co, gdyby?” O ile pierwsza pozycja wyjaśniała nam historię lodu, światła czy telefonu o tyle ta odpowiada na najbardziej absurdalne pytania, które kiedykolwiek zostały zadane. Ale od początku.
Randall Munroe pracował kiedyś dla NASA, zajmował się robotyką. Pewnego dnia jednak postanowił rzucić to wszystko w diabły i zająć się rysowaniem komiksów. Założył bloga XKCK i zaczął odpowiadać na absurdalne pytania ciekawskich ludzi a dodatkowo swoje odpowiedzi urozmaicał śmiesznymi i ironicznymi rysunkami. Kiedy pytania zaczęły się powtarzać Munroe postanowił wydać książkę, która momentalnie stała się bestsellerem i podbiła światowe rynki.

Jak wyglądał Nowy Jork 10 tysięcy lat temu? A 100 tysięcy? A miliard lat temu? Cóż, mogę powiedzieć jak wyglądał około roku 1600 a raczej odesłać do strony welikia.org, gdzie zobaczycie wygląd Manhattanu nim stał się cóż... Manhattanem i nim zamieszkała na nim Carrie Bradshow wraz ze swoimi
butami.

Miliard lat temu Nowy Jork a raczej grunt, na którym kiedyś wyrośnie to wielkie miasto, znajdował się gdzieś pomiędzy obecną Angolą a Afryką Południową. Ciekawe czy gdyby wtedy kręcono filmy katastroficzne to meteoryt wiedziałby gdzie uderzyć? >bo to zawsze jest Nowy Jork!<

Ta książka to też pocieszenie dla tych, którzy szukają miłość albo tkwią w nieszczęśliwych związkach, bo wychodzą z założenia, że każdy ma tylko jedną drugą połówkę i trzeba z tym żyć. Absurd! Fizyka wam mówi, żebyście się opanowali i wzięli w garść. Gdyby każdy z nas miał tylko jedną bratnią duszę to prawdopodobieństwo jej spotkania wynosiłoby od 1 do 10 tysięcy a to oznacza, że miłość byłaby wtedy towarem tak deficytowym jak papier toaletowy w czasach PRL-U.

  Najzabawniejsze, według mnie, pytanie z tej książki brzmi: „Jak dużą Moc może wygenerować Yoda?” Po czym autor zaznacza, że nie ma zamiaru brać pod uwagę prequeli Gwiezdnych wojen (POWIEDZCIE, ŻE ROZUMIECIE TĄ IRONIĘ, BO JAK NIE TO WYJDZIE NA TO, ŻE ZAMIENIAM SIĘ W NERDA.) Oraz: „Jakie są szanse na to, że jeśli zadzwonimy pod przypadkowy numer telefonu i powiemy – na zdrowie – trafimy na osobę, która przed chwilą kichnęła?”

„What if?” to przezabawna, diablo inteligenta książka, która ucieszy każdego, od małego do starego, bo w każdym człowieku ciągle drzemią pytania, na które rodzice nie odpowiedzieli nam w dzieciństwie (i nie mam tu na myśli pytania o to, co stało się z pieniędzmi z Komunii.)



Jeśli nie wiecie jeszcze co kupić na nadchodzące Mikołajki to skorzystajcie z moich podpowiedzi. Nie dość, że będziecie wspierać czytelnictwo to dodatkowo pomożecie neuronom bliskich trochę popracować a to rzecz bezcenna. A przy okazji sami dowiecie się kilku ciekawostek i zaskoczycie ciotkę przy Wigilii pytając ją czy wie jak zwiększyć ilość pożarów w Ameryce o 15%, albo co by się stało, gdyby zaczęła pływać w basenie pełnym wypalonego paliwa jądrowego. Zabawna dyskusja nad karpiem gwarantowana!

2 gru 2015

"Zwyczajny dzień" Nina Majewska-Brown



    Nina Braun jest matką, chociaż trudno jest określić dla ilu dzieci. Na pewno jest nią dla małej Klary, która chodzi do podstawówki i jest aż nazbyt rezolutną dziewczynką; bez wątpliwości jest też mamą Antosia, niespodzianki, która zaskoczyła ją już po czterdziestce. Niektórzy bez cienia zawahania a niektórzy z powątpiewaniem, ale w końcu przyznają, że jest też mamą dla Jaśka, który zginął w wypadku i który na zawsze już pozostanie szesnastolatkiem, bez możliwości dorośnięcia.
Jest jeszcze czwarte dziecko, dla którego Nina musi stać się matką, chociaż jest to dla niej trudne i bolesne. Ale kto powiedział, że życie jest proste?

    Ninę niektórzy z Was znają z książki „Wakacje” autorstwa Niny Majewskiej-Brown. Jeśli macie w planach czytać tamtą książkę, to odpuśćcie sobie recenzję a przynajmniej kolejny akapit, gdyż nie da się opowiedzieć o tej części, nie zdradzając tajemnic poprzedniej. 

"Zaczęłam być na nowo zadowolona z życia, a tymczasem okazuje się, że szczęście jest jak puszysty kocur: przychodzi kiedy chce, i odchodzi, kiedy chce."

    W jednej chwili może zdarzyć się wiele; może przypiec się ciasto, w przygotowanie którego włożyło się masę czasu. Może zepsuć się samochód, który kosztował wiele pieniędzy, na które trzeba było ciężko pracować. Może stłuc się porcelanowa filiżanka, którą prababcia uratowała z wojny i która niosła ze sobą ogromny sentyment. Może zdarzyć się wiele. Ninie w jednej chwili zdarzyło się to, że straciła męża i syna i musiała szybko się pozbierać, bo do opieki została jej jeszcze córka i zalążek dziecka, który od niedawna tkwił w jej brzuchu i który rósł, nie zważając na żałobę. Gdyby tego było mało, już po pogrzebie, kobieta dowiaduje się, że jej mąż, ten wspaniały, szlachetny człowiek, którego tak teraz opłakiwała, zdradzał ją i z tego romansu urodziło się dziecko, Marianna.

   W „Zwyczajnym dniu” dowiadujemy się, że u Niny wszystko gra; zamieniła wielki dom na niewielkie mieszkanie, urodziła Antosia, wychowuje Klarę przy pomocy uroczej, młodej Anny a jej knajpa wspaniale prosperuje. Jednak autorka nie byłaby sobą, gdyby nie zaczęła podrzucać bohaterce kilku ciężkich kłód pod nogi.
   Na progu jej domu zjawia się była kochanka męża i prosi kobietę, by ta zajęła się jej córką, bo sama jest ciężko chora. A w głowie Niny kołacze się tylko pustka, bo nie rozumie tej prośby i sytuacji. Jak często w filmach czy w książkach zdarza się, żeby kochanka prosiła zdradzaną żonę o opiekę nad dzieckiem? Takie historie to tylko na średniowiecznym francuskim dworze, albo w teatralnej grotesce. 

    Ta książka w dużej mierze opiera się na poczuciu zdrady wobec kogoś, kogo już nie ma. Jak wybaczyć umarłemu, skoro nie miało się okazji nawet zapytać „dlaczego?”. Jak zrozumieć, skoro żadne pytania nie zostały zadane, skoro nie było okazji spojrzeć w oczy osoby, która tak mocno nas zraniła i zobaczyć, co w tym oczach się znajduje? Nie da się krzyczeć i kłócić z nagrobną płytą, nie da się wylać żalów marmurowemu kamieniowi, pod którym leży ten, co zawinił. Nina została sama z całym tym uczuciem żalu i niezrozumienia i kiedy już myślała, że się pozbierała, że stanęła na nogi – los dał jej obuchem w głowę po raz drugi i wystawił ją na ciężką próbę. Czy jakakolwiek kobieta zdecydowałaby się wychowywać dziecko swojego męża, o którym nie miała pojęcia? Szczególnie kiedy mąż nie żyje a na utrzymaniu ma się dwójkę własnych małych dzieci?

    Niektórzy zarzucają autorce, że ta część sagi nie była tak przejmująca, jak poprzednia. Ale ileż można wymyślić zwrotów akcji, by tragedia nie zaczęła się zmieniać w groteskę? Ta część jest o wiele spokojniejsza, ale to nie oznacza wcale, że mniej tragiczna; tutaj cały dramat nie polega na tym, że traci się kogoś bliskiego, tutaj wszystko zamyka się w decyzji, czy można czuć się odpowiedzialnym za czyny zmarłych. Kobieta wie, że zgadzając się na opiekę na dziewczynką, podpisałaby tym samym pakt, który zobowiązywałby ją do codziennego patrzenia na dowód zdrady męża. Do wychowywania, do okazywania sympatii i do pomocy osobie, której w idealnym planie, jaki Nina sobie założyła, nie było.


   Bardzo gorącą polecam tą książkę wszystkim tym, którzy chociaż raz zadali sobie pytanie, czy znaleźliby w sobie siłę, gdyby wszystko to, co mają, poszło w cholerę. Nina daje odpowiedź – tak. Wszyscy dalibyśmy sobie radę, bo jesteśmy silniejsi, niż się nam zdaje.