1 lis 2015

"To przez ciebie!" - powieść o trudnym wyborze najmilszej przyszłości.


   Zdarza się niekiedy, że dobra książka zostaje rozreklamowana w zły sposób, przez co tylko traci. I taką książką jest „To przez ciebie!” autorstwa Mhairi McFarlane. Okładka obiecuje, że podczas lektury będziemy wybuchać głośnym śmiechem. Cóż, humor może i w książce występuje, ale wybuchać nie miałam zamiaru ani razu. Czytając recenzje innych blogerów na temat tej powieści zauważyłam, że wiele z nich zarzuca właśnie ten rozłam między obietnicą ogromnego humoru a tym, co znajduje się w środku.
  Gdyby jednak zareklamować „To przez ciebie!” troszkę inaczej...

   Główna bohaterka, Delia, ma trzydzieści trzy lata i od dziesięciu lat pozostaje w szczęśliwym związku z Paulem; razem mieszkają, mają psa ze schroniska i piorą nawzajem swoje skarpetki. Podczas randki z okazji okrągłej rocznicy Delia postanawia zachować się jak kobieta nowoczesna i oświadcza się swojemu chłopakowi, bo uważa (i słusznie), że po 10 latach pora na ślub jest jak najbardziej odpowiednia. Nieco niemrawo, ale Paul zgadza się i by przypieczętować nowy układ udają się na jeszcze jedno piwo do pubu. Stojąc w kolejce przy barze świeżo upieczony narzeczony przez przypadek wysyła Delii sms-a przeznaczonego dla kochanki.

"Spaliłam za sobą mosty. Przybyłam, jestem twoja." 

   Jak łatwo się domyśleć, późniejsza część wieczoru nie jest słodka i miła. Poważna rozmowa, obietnice Paula, że z tym skończy i że przecież ciągle kocha Delię (a kochankę ma przez przypadek oczywiście i nie ze swojej winy), jej chłodne opanowanie i poranny wyjazd do domu rodziców, to dość niecodzienny obraz po-zaręczynowy. Nasza bohaterka wraca do panieńskiego pokoju i czuje, że straciła nieuchronnie to wszystko, na to pracowała przez ostatnie lata swojego życia; poczucie stabilizacji i bezpieczeństwa.

   Jednak oto Paul prosi ją, i to dość żarliwie, żeby do niego wróciła. Nawet, gdy ona wyjeżdża do Londynu i tam kogoś poznaje, niedoszły narzeczony błaga, by dała mu jeszcze jedną szansę. Zaklina się, że nigdy więcej nie spojrzy na żadną kobietę, że chce wziąć ślub tylko z Delią, że wszystko będzie dobrze. I co w tej sytuacji ma zrobić kobieta?

   Z jednej strony ma możliwość powrotu do dawnego życia, do mężczyzny, którego zna jak własną kieszeń, z którym stworzyła już dom. Może bezpiecznie schować się w znanych dobrze ramionach i pokazać wszystkim, że to ona jest tą najważniejszą. Może nie przejmować się swoim ciałem nie podobnym do ciał modelek, bo przecież Paul zna je doskonale. Jedyna cena, która się kryje za powrotem do niego jest strach czający się gdzieś z tyłu głowy, że może zdradzić po raz kolejny...

"Chcę zwykłego życia, wszystkich twoich dni i nocy, na dobre i na złe, w zdrowiu i w chorobie. Chcę mieć tę samą szansę, jaką miał Paul."

   Druga perspektywa to nowy związek, z nowym mężczyzną, którego zna krótko i który jest lekko nieobliczalny. I który otwarcie mówi, że nigdy nie był zakochany, mimo swoich 34 lat. Będąc z nim, będzie musiała układać wszystko na nowo, od początku się poznawać, nauczyć się akceptować swoje ciało i nie bać się pokazać go innemu mężczyźnie. I będzie musiała poczekać z założeniem rodziny a jej lata nieubłaganie lecą...

   Moim zdaniem, gdyby książka ta zareklamowana była jako „powieść o trudnym wyborze najmilszej przyszłości” to z pewnością byłaby lepiej odebrana. Każdy spodziewał się niesamowitej dawki humoru a tego niestety zabrakło, przynajmniej w ogromnych ilościach.

   Czy warto przeczytać tą książkę? Jak najbardziej tak. Nie jest może to szczyt literatury, niemniej jednak, czasami warto wspiąć się na pagórek, omijając Kilimandżaro i Górę Kościuszki.
„To przez ciebie” to książka, po której niejedna osoba będzie się zastanawiać, co zrobiłaby będąc w sytuacji głównej bohaterki? Zostałaby z mężczyzną, który ją zranił, ale którego kochała przez tyle lat, czy rzuciłaby się ze skały i spróbowała czegoś nowego?

"Był to jeden z najlepszych, najbardziej podniecających i najwięcej obiecujących pocałunków w jej życiu - smakował czerwonym winem, pastą do zębów i obietnicą przyszłości, w której będzie jej mężczyzną do grobowej deski"

   Osobiście powtórzę cytat z książki „Kuchnia na walizkach”: „Jeśli zdecydujesz się na skok, ziemia podniesie się, żeby cię przytrzymać.” Naprawdę warto puścić niekiedy to, co bliskie i co niesie ze sobą dużo wspomnień, żeby zrobić w życiu miejsce na coś nowego, na coś lepszego.


   A jeśli nie wierzycie, że uda się wam, jeśli porzucicie to, co już nie jest takie jak kiedyś, ale ciągle naiwnie wierzycie, że może się to zmienić, że może wrócić dawny ogień – dajcie sobie szansę i idźcie naprzód. Ziemia naprawdę podniesie się, żeby was przytrzymać. Wiem, bo skoczyłam. I nie spadłam. Lecę. 

   A jak wy postąpiłybyście na miejscu Delii? Zaryzykowałyście kiedyś i wybrałyście to, co nieznane? Czy jednak wolicie to, co sprawdzone, mimo, że zawodne?

Za książkę dziękuję wydawnictwu 


30 paź 2015

"Vip room" Jens Lapidus - nie taka piękna Szwecja.



Bohaterzy:

Emelie: to młoda prawniczka, która całe swoje życie poświęca karierze i pracy, wierząc naiwnie, że kiedyś zostanie kim więcej niż „młodszym prawnikiem” w jednej z najlepszych kancelarii w Szwecji. Pracuje po tysiąc godzin rocznie, zakopując się w coraz to i nowych dokumentach, papierach i wykresach dotyczących fuzji, zakładania firm i innych, tym podobnych.

Teddy: a właściwie Najdan Maksumic to główny bohater tej książki. Poznajemy go w momencie kiedy wychodzi z więzienia i chce zacząć nowe życie. Wbrew pozorom Teddy nie jest złym człowiekiem; znalazł się po prostu w złym miejscu o złym czasie, ale w ogóle tego nie kwestionował i w milczeniu przyjął karę, która, w jego mniemaniu, mu się należała. Po odsiadce Teddy ma zamiar zacząć prawe życie u boku ojca, siostry i siostrzeńca, ale niestety kryminalna przeszłość nie daje mu odejść...

Philip: uprowadzony przez nieznanych sprawców milioner, który cierpi w tej książce największe katusze; jest bity, odcinają mu palce i trzymają go skrępowanego w zamknięciu, bez jakiekolwiek nadziei, że kiedyś stamtąd wyjdzie.

   Ich ścieżki łączą się w momencie, gdy rodzina porwanego Philipa dzwoni do zaufanego adwokata z prośbą o pomoc. Nie chcą zawiadamiać policji, bo wiedzą, że wiąże się to z możliwością, że informacja ta przedostanie się do mediów a wtedy porywacze zazwyczaj podbijają cenę okupu, po czym tak czy siak zabijają porwaną osobę w zemście za powiadomienie policji. 
   Adwokat, który akuratnie jest szefem Emelie, zleca jej tą sprawę, nie bacząc na to, że dziewczyna zajmuje się prawem gospodarczym i finansowym a nie porwaniami. Do pomocy dziewczynie rekrutuje Teddy'ego, który mimo swojej niechęci do szemranych interesów, jest postawiony pod ścianą i musi podjąć się tego zadania.

   Dwójka obcych sobie ludzi, rodowita szwedka i syn imigranta, muszą stanąć ramię w ramię i pomimo wszystkich różnic, jakie ich dzielą, odnaleźć porywaczy jednego z bogatszych mieszkańców Szwecji.
   To, co najmocniej uderza w tej książce to rozłam między tym, co wiem o Szwecji z mediów, z Internetu a tym, co przekazał w powieści autor. Ten skandynawski kraj jawi się nam jako ostoja, gdzie powietrze zawsze jest czyste i rześkie, gdzie każdy zarabia wystarczająco dużo, by móc wybudować sobie piękny dom na klifie, gdzie jest zimno, ale mimo to ludzie są wiecznie szczęśliwi. Cóż, chyba sprawdza się tu powiedzenie, że trawa na drugim brzegu jest zawsze bardziej zielona.

   Szwecja opisana przez jednego z jej mieszkańców wcale nie jest taka piękna i taka dobrotliwa, jak mogłoby się zdawać. Faktycznie, ludzie dużo zarabiają, ale spędzają w pracy większość swojego życia, poświęcając cały wolny czas, weekendy, życie rodzinne i wszystkie emocje, by tylko do czegoś dojść. Pracują po 16 godzin dziennie, żeby pokazać, że mogą, że wyróżniają się spośród innych absolwentów, którzy razem z nimi uczestniczą w wyścigu szczurów.

   Imigranci, czyli rodzina naszego głównego bohatera, nie mają tam zbyt łatwego życia; ciągle oceniani, bacznie obserwowani muszą na każdym kroku podkreślać swoje przywiązanie do nowej ojczyzny i muszą wyzbyć się wszystkiego, co wnieśli wraz ze swoją kulturą.
Pan autor. 
   I tak, Szwedzi są mili, ale pod tą garsonką przyjaźni i uprzejmości kryje się nieprzyjemna ironia; nawet kiedy chwalą pracownika za pięknie zrobiony projekt, to między słowami ostrzegają go, że jeśli teraz nie da z siebie więcej, to będzie postrzegany jako ktoś, kto osiadł na laurach. A taką osobę łatwo jest przecież zwolnić.

   Wracając do fabuły, bo o nią tu przecież chodzi – jest to thriller, który niczym bagno, bardzo powoli wciąga czytelnika. Powoli, ale skutecznie, bo tak jak ciężko jest wydostać się z bagna, tak ciężko jest oderwać się od tej książki, kiedy już się w nią wsiąknie. Powolna, ale absolutnie nie nudna akcja, która oplata z każdej strony, tworząc zakończenie, które zaskakuje.
   I jest to także portret Szwecji, nie takiej wspaniałej jak wydaje się ona z perspektywy naszego kraju. Może to właśnie dowód na to, że swoje brudy widzi się najbardziej a obce już niekoniecznie.

   A i autor jest bardzo przystojny, więc jeśli nie zainteresowała was fabuła i zaskakujący obraz tego skandynawskiego kraju, to może przeczytacie „Vip room” dla Jensa Lapidusa. 

   Polecam serdecznie a za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu 

28 paź 2015

Wywiad z Adrianem Bednarkiem

Postanowiłam pobawić się w dziennikarkę i przeprowadziłam wywiad z pisarzem, który ostatnio wkradł się na listę moich ulubionych polskich autorów. Moi drodzy - przedstawiam Wam Adriana Bednarka i zapraszam na wywiad. 

Agata Kądziołka - Witam serdecznie i dziękuję, że zgodził się Pan na wywiad. Na początek pytanie na rozluźnienie atmosfery – gdyby miał Pan kogoś zamordować to jak by to Pan zrobił? 

Adrian Bednarek -  Również dziękuję za zainteresowanie moją książką i chęć przeprowadzenia wywiadu. Ojj rzeczywiście, bardzo rozluźniające pytanie. Wszystko zależy od sytuacji w jakiej bym się znalazł i od tego, kto miałby być ofiarą. Powiedzmy, że zrobiłbym to w stylu mojego bohatera- za pomocą noży, lub przy użyciu miotacza ognia :)


- Przyznam szczerze, że ciągle zastanawiam się jakąś drogę obrać po studiach – prawnika czy prokuratora. Pan w „Procesie diabła” wcielił swojego bohatera w postać w adwokackiej todze. Czy zatem według Pana lepsza jest obrona klienta niż atak? 

– Wcieliłem swojego bohatera w postać adwokata, ponieważ bronienie przestępców wydaje mi się dużo bardziej ekscytujące niż próba ich skazania. Przecież polega ono miedzy innymi na wyszukiwaniu kruczków, zaciemnianiu rzeczywistości i przedstawianiu faktów w specyficznym świetle. No i dochodzi ten dreszczyk emocji, że klient może być brutalnym mordercą… Osobiście polecałbym w tym przypadku obronę.

- Mówi się, że dobry pisarz potrafi napisać wszystko; czy Pan odnalazłby się w romansie bądź erotyku?

- Myślę, że tak. Jestem przekonany, że w wymienionych przez Panią gatunkach bym sobie poradził, co nie oznacza, że w najbliższej przyszłości planuję pisać jakiś erotyk. Zwyczajnie czuję, że tego typu książki wychodziłyby mi nie gorzej niż thrillery. Ale czy umiałbym napisać wszystko? Zdecydowanie nie. Strasznie ciężko byłoby mi się odnaleźć w dramacie lub fantastyce, że o komedii nie wspomnę.

- Wyczytałam w internecie, że pasjonuje się Pan biografiami seryjnych morderców. Który z nich – według Pana – był najbliżej „morderstwa idealnego”? Nie licząc oczywiście Kuby Rozpruwacza, bo kimkolwiek był popełnił zbrodnię idealną.

- Zdecydowanie Denni Rader BTK. Jego sposób mordowania był iście przerażający. Już sam fakt, że na swój „pierwszy raz” wybrał małżeństwo z dwójką dzieci, co automatycznie uczyniło z niego seryjnego mordercę mrozi krew w żyłach. Do tego dochodzą telefony na policję, listy wysyłane do gazet, rysunki do niedoszłych ofiar i kolejne morderstwa. Był nieuchwytny przez ponad 30 lat i pewnie nie zostałby złapany do dziś, gdyby nie przypadek a właściwie jego chęć chwalenia się przed światem o swoim istnieniu. Wpadł przez własną pychę w wieku 59 lat, czternaście lat po ostatnim morderstwie. Najlepsze lata życia spędził na bezkarnym mordowaniu, dopiero na starość skończył w odizolowanej celi jako wyjątkowo słynny morderca. Podejrzewam, że on chciał zostać złapany, żeby móc spojrzeć wymiarowi sprawiedliwości w oczy i powiedzieć „zobaczcie jaki jestem sprytny, nigdy się do mnie nie zbliżyliście, sam dałem się wam złapać, bo i tak od dawna jestem na zbrodniczej emeryturze”. Jego zeznania w sądzie przekonują mnie do tej teorii. Dla mnie ten człowiek był najbliżej morderstwa idealnego. Można oczywiście jako tego bezbłędnego wymieć Zodiaca, ale jego skala okrucieństwa i sposób zabijania bledną przy wyczynach BTK.

- A teraz z drugiej beczki – który z literackich detektywów, Pana zdaniem, poradziłby sobie z odkryciem prawdy o bohaterze Pana książek, Kubie Sobańskim?

- Bardzo dobre pytanie :) Myślę, myślę… Wertuję w głowie moich ulubionych detektywów i wciąż się zastanawiam, który byłby w stanie wpaść na trop Rzeźnika Niewiniątek. Kurt Wallander? Alex Cross? Myron Bolitar a może Lucas Davenport, bo na pewno nie porucznik Borewicz :) Najbliżej chyba Cross i Davenport, ale ponieważ kiedyś byłem totalnie uzależniony od książek Cobena obstawiam, że byłby to prywatny detektyw i agent sportowy Myron Bolitar. On miał do pomocy pewnego wariata nie mniej szalonego niż Kuba. I chyba właśnie pomoc Wina mogłaby okazać się bezcenna.

- Kuba Sobański, wyrachowany seryjny morderca, za nic mający zasady moralne i uczucia innych w większości czytelników wzbudził... sympatię. Jak Pan myśli, dlaczego?

- Bynajmniej nie starałem się pisać jego historii tak, żeby wzbudził sympatię czy niechęć. Po prostu chciałem przedstawić postać seryjnego mordercy tak jak go widzę. Czemu wzbudza u większości sympatię? Nie wiem. Może wielu czytelników lubi sadystycznych, pozbawionych skrupułów, narcystycznych, egoistycznych a zarazem inteligentnych bohaterów ukrywających swoje prawdziwe oblicze za maską kulturalnych, czarujących młodych ludzi. W każdym razie ja takie postacie uwielbiam.

- Każdy z nas ma w sobie choć odrobinę „złej natury”, która czasami przebija się przez naszą moralność i chciwie patrzy na świat. Czy miał Pan sytuacje, kiedy Pana „zła strona mocy” dała o sobie znać?

- Pewnie, każdemu czasami puszczają nerwy i przechodzi na „złą stronę mocy”, a po powrocie na ziemię często żałuje wcześniejszej wycieczki. Nie stanowię wyjątku.

- Tego pytania nie mogło zabraknąć – co będzie działo się w kolejnej części z Kubą Sobańskim? Czy całość zakończy się wygraną dobra i Kuba w końcu odpowie za dwoje czyny czy też raczej odejdzie w spokoju w stronę zachodzącego słońca?

- Na to pytanie nie odpowiem. Zepsułbym tylko zabawę czytelnikom. Kolejna część przygód Diabła została ukończona w zeszłym roku, na razie śpi spokojnie na moim twardym dysku, ale nie zamierzam zdradzać, co się w niej wydarzy. Liczę, że wszyscy fani Kuby Sobańskiego będą mogli się o tym przekonać czytając książkę.

- Czy to prawda, że z czasem bohaterowie książki zaczynają żyć własnym życie i pisarz kompletnie rezygnuje z pierwowzoru książki i w efekcie tworzy powieść, o której nawet nie myślał?

- Tak, to prawda. Niektóre postacie ożywają, zaczynają dochodzić do głosu ich charaktery, próbują wyprowadzić autora w pole. Zwykle przez takie nieszablonowe działania pakuję się w tarapaty, bo fabuła idzie nie tam, gdzie zamierzałem i przez to muszę się bardziej starać, żeby wymyślić jak sensownie pociągnąć dalej akcję. Uważam, że właśnie takie ożywienie postaci sprawia, że książka staje się lepsza.


- Istnieje książka, którą Adrian Bednarek chciałby mieć na swojej półce za wszelką cenę?

- Hmmm a istnieje książka, której nie da się kupić? Wydaje mi się, że nie. Przynajmniej nie zdarzyło mi się nie znaleźć poszukiwanej pozycji. Nawet jeśli są one „zakazane”, każdą można odnaleźć na aukcjach w sieci. Nie licząc oczywiście egzemplarzy z dedykacją od autora, ale to już zupełnie inna sprawa. Gdyby mógł wybierać chciałbym mieć „Ojca Chrzestnego” z podpisem Mario Puzo, ponieważ była to pierwsza książka, po którą sięgnąłem dobrowolnie. Nieodwracalnie zmieniła moje podejście do czytania.

- Ostatnio na blogu dodałam „typy czytelników”, a jakim czytelnikiem jest Pan?

- Przeczytałem wszystkie Pani typu na blogu i przyznam, że w pełni nie wpisuję się w żaden z nich. Odkąd zacząłem regularnie pisać, praca twórcza zabiera dużo czasu, który kiedyś przeznaczałem na czytanie. Obecnie najwięcej czytam późno w nocy, kiedy kończę pisanie a żona smacznie śpi :) Dużo czytam też w weekendy i na wyjazdach, a co do gatunków… Zwykle thriller, kryminał, akcja, powieść historyczna. Zawsze przeżywam historię razem z bohaterami. Lubię też gromadzić książki. Kupuję swoje, raczej nie pożyczam od kogoś. Czyli można powiedzieć, że według Pani typów posiadam pewne cechy Sprintera, Chomika i Zaangażowanego.


- Dziękuję serdecznie za wszystkie odpowiedzi i czekam na nową książkę. Będę stała po nią jako pierwsza w kolejce!

- Mam nadzieję, że kolejne moje historie dostarczą równie dużo rozrywki. Korzystając z okazji chciałbym podziękować wszystkim czytelnikom, którzy sięgnęli lub zamierzają sięgnąć po moje książki. Bez Was pisanie nie miałoby żadnego sensu!

 ***
   Kochani! Gorąco polecam Wam książki pana Adriana. 
   Co do naszego mini-konkursu z poprzedniego posta to zwycięzcą została... Angelika Ś. i to tylko dlatego, że mam w sobie duszę niepoprawnej romantyczki! Kochana, musisz mi opowiedzieć dokładnie jak to było! 

26 paź 2015

"Święta i śmierć" J.D. Robb - magia Świąt w październiku.


   Ah, co się będziemy! Październik zbliża się do końca, listopad już majaczy się za horyzontem a wszyscy doskonale wiemy co nastąpi 3 listopada.
    Nie ma chyba osoby, która nie wie, czego może spodziewać się zaraz po otwarciu porannej gazety, włączeniu telewizora czy wejściu do sklepu do bułki... 3 listopada zewsząd dopadną nas Święta!
Mikołaje, bałwanki, aniołki, choinki, śnieżynki, renifery, skrzaty i cała pozostała ferajna wpadnie do naszej rzeczywistości, powodując nikły uśmiech zadumy i radości na naszych zmęczonych pracą twarzach.

   Święta uwielbiam i jestem z tych, którzy cieszą się, że już od początku grudnia można posłuchać świątecznych piosenek w galeriach handlowych; z tych, którzy wierzą, że warto wydać 25 zł na bombkę przed świętami; z tych, którzy katują „Last christmas” to późnych godzin nocnych. I wcale się tego nie wstydzę!

   Żeby więc przybliżyć sobie magię tych świąt, sięgnęłam po najnowszą książkę J.D.Roob „Święta i śmierć” (tak, wiem, niezwykle świąteczny wybór – co jednak bardziej pozwala się cieszyć życiem niż świadomość, że mogło się w ciągu roku paść ofiarą mordercy? Przyznajcie szczerze – jest za co dziękować przy wigilijnym stole!)

   Kto z was czytał kiedykolwiek którąś z książek J.D.Robb, ten wie, że seria o porucznik Eve Dallas jest wspaniała, ponadczasowa i ciężko opisać ją słowami; jednak ja jestem nieprzewidywalna i spróbuję.

   Wyobraźcie sobie połączenie Herculesa Poirota, Blair Waldorf i osła. Ta dziwaczna mieszanka inteligencji, sprytu i uporu to cała porucznik, główna bohaterka całego cyklu. Eve Dallas przeszła w dzieciństwie naprawdę wiele i aż dziw bierze, że wyrosła na osobę, która chce chronić słabszych od siebie; jednak przeszłość odcisnęła na jej charakterze piętno, przez które Eve stała się osobą dość zamknięta w sobie i tylko niektórym udawało się poznać jej prawdziwe, bardziej delikatne oblicze.
Powieści o przygodach pani porucznik jest aż 42, ale to właśnie w tej, kiedy musi rozwikłać zagadkę śmierci przystojnego trenera z siłowni, poznajemy bardziej tkliwe oblicze bohaterki.

   Ciężko pisać jest o całej serii książek, zwłaszcza, kiedy jest ich tak wiele. To świat niedalekiej przyszłości, lat 50 XXI wieku, kiedy to rzeczywistość uległa lekkiej zmianie, jednak nie za dużej, co potęguje poczucie, że faktycznie tak może wyglądać kiedyś życie.
Nowojorska policja nadal łapie przestępców i morderców, tyle tylko, że ci stali się sprytniejsi, mądrzejsi i szybsi. Jednak Eve Dallas nie odpuści żadnemu z nich, póki ma dość kawy, by nie zasnąć. Świetnym przeciwieństwem pani porucznik jest jej partnerka Peabody – radosna, awangardowa, bezpośrednia i taka... cudownie zamotana. Ich charaktery są idealne jak kształty w tetrisie - doskonale się uzupełniają. 
  Drugą odskocznią głównej bohaterki jest jej mąż, Roarke, bogaty przedsiębiorca, który uczy swoją żonę, że każda kobieta zasługuje na piękną biżuterię, nawet taka, która cały dzień gania za przestępcami. A niektóre sceny z ich udziałem są gorętsze niż te z Grey'a, więc fanki takich książek, będą w pełni usatysfakcjonowane. 
   Z każdą kolejną częścią coraz więcej osób wkrada się do życia Eve, dając jej to, czego nie miała w dzieciństwie – poczucie przyjaźni. Nic więc dziwnego, że właśnie ta część przygód, najbardziej świąteczna, jest tą, przy której czeka nas najwięcej wzruszeń. A wzruszać się jest najmilej właśnie w święta.

   Jeśli jesteście pasjonatami dobrych thrillerów to sięgnijcie po którąkolwiek z książek J.D.Robb. Ale jeśli chcecie poczuć magię tych świąt, zapach pierników i barszczu z uszkami to zacznijcie od tej części. Jest niezwykła, świąteczna i ach... chcę już grudzień!

Za egzemplarz książki i magię świąt w październiku dziękuję wydawnictwu 


PS - A Wy tęsknicie już za choinką i Świętami? Czy tylko ja jestem uzależniona od świątecznej atmosfery? I czy tylko ja uważam, że pod choinką zawsze znajdują się najpiękniejsze prezenty?

A co tam - kochani, zróbmy sobie błyskawiczny konkurs!

Do wygrania książka-niespodzianka!

Co trzeba zrobić? Wystarczy napisać w komentarzu o najlepszym prezencie świątecznym jaki otrzymaliście! 
I podać adres mailowy.

Rozwiązanie konkursu nastąpi w środę za dwa dni, czyli 28 października. 

22 paź 2015

Typy czytelników, czyli Agata w swoim żywiole

Jeszcze nie tak dawno temu pokutował stereotyp, że osoba oczytana nosi okulary, ma pryszcze na twarzy, przerzedzone włosy i w ogóle jest jakaś taka brzydka i antyspołeczna. Dzisiaj, trochę za sprawą kultury, ale przede wszystkim za sprawą nas, blogerów (bo przecież jesteśmy piękni, mamy lśniące włosy, nosimy soczewki zamiast okularów i nie mamy pryszczy [zamiast tego mamy wągry])stereotyp umarł śmiercią naturalną.
    Jednak ludzie lubią stereotypy, bo dzięki nim możemy zapuszkować w nie osobę, za którą nie przepadamy i mamy święty spokój, nie musimy przejmować się uprzejmością i tym podobnymi bzdetami. Uwiodła chłopaka dziewczyny? Hop, do worka „kobieta, która rozbija małżeństwa”. Nie ważne, że małżeństwem nie byli, nie ważne, że już się nawet nie kochali, tylko kłócili, uwodzicielka już do końca życia będzie siedziała w worku ze stereotypem. 


   Dzisiaj jednak nie o uwodzicielkach męskich serc a o … typach czytelników. I pamiętajcie, żeby patrzeć na to z przymrużeniem oka. A, i mam dziś dość parszywy humor, więc wiecie... nie ponoszę odpowiedzialności za zgryźliwości wobec osób trzecich.


OWCA - „Wszyscy to czytają, czytam więc i ja!” - i nie ważne, czy jest to romans, horror czy thriller, którego nie cierpi od zawsze. Ważne, że to bestseller, że wszyscy o tym mówią. A co by było, gdyby rozmowa zeszła nagle na „Niezgodną” i delikwent nie wiedziałby co ma odpowiedzieć? Żenua. Lepiej więc czytać wszystko to, co czytają inni. Dla bezpieczeństwa.

SPRINTER - „Byle jak najwięcej, byle jak najszybciej” - i tutaj są dwa podtypy; sprinter, który czyta szybko, bo jest tylko książek wartych przeczytania, że aż żal, że nie zdąży się przeczytać wszystkich (ha! to ja, dlatego się usprawiedliwiam) i taki, który czyta dla samej liczby. Wiecie, żeby móc się później pochwalić, że „w tym roku przeczytałam czterysta książek, w międzyczasie urodziłam dziecko, zrobiłam awans zawodowy, pomalowałam cały dom, nauczyłam się gotować potrawy azjatyckie i obejrzałam cały serial 'Gotowe na wszystko'”. Heloł! Ktoś wierzy w takie gadanie? Bo ja znam osoby, które tak mówią.

KLASYKARZ - „Nowości są be, liczą się tylko klasyki” - gdyby Rowling liczyła sobie dwieście lat, to z pewnością skusiłby się na „Harry'ego Pottera”, ale w tej sytuacji szkoda jego czasu. Książka musi dojrzeć, żeby nabrać mocy, podobnie jak wino. Dlatego klasykarz jest zwykle odseparowany od reszty moli książkowych, bo mole mogą co najwyżej pogadać o Tołstoju albo Mickiewiczu a klasykarz zna takie nazwiska, które dla nas są tajemnicą.

CHOMIK - „Najważniejsze to książkę mieć. Czytanie jej jest opcjonalne” - biblioteka. Własna biblioteka. Taka wielka, przestronna, z pięknie ułożonymi książkami. Zachwycająca gości, wzbudzająca ochy i achy! Szkoda tylko, że chomiki zazwyczaj nie czytają. Oni książki mają dla ich posiadania.

ZAANGAŻOWANY - „ Płaczę razem z bohaterem, razem z nim się śmieję, umieram i przeżywam orgazm” - niekiedy zdarza się, że taki delikwent przeżywa wszystko publicznie, na przykład w autobusie. I nie oszukujmy się, większości z nas zdarzyło się przy ludziach uronić łezkę podczas czytania, czy zaśmiać się w głos w poczekalni pełnej ludzi. To naturalne u osób, które lubią czytać i czytają z zaangażowaniem. Jednak czasami, niektórzy, angażują się tak bardzo, że robi się to komiczne.

NAŁOGOWIEC - „Czytam wszystko, nawet etykietę z Domestosa” - tak, przyznaję się bez bicia, że wiem jaki skład ma Domestos. Ale co ma robić człowiek pozostawiony sam sobie w zamkniętym aucie, bez książki ani nawet malutkiej ulotki, którą można by przeanalizować? Cóż, czasami los wymaga od nas poświęcenia i trzeba wtedy czytać etykiety na zakupach. A że akurat było się w sklepie przemysłowym to wiecie... Ale poczytajcie, etykieta jest całkiem pomysłowa.

TRONOWIEC - „Czyta tylko tam, gdzie król piechotą chodzi” - czyli spora część zapracowanego społeczeństwa, która ma mało czasu na czytanie i wykorzystuje ku temu każdą okazję. Nawet dość śmierdzącą.

MĘCZENNIK - „Przeczytam, choćby mnie krwią zalewało i oczy wypływały na wierzch od tych głupot” - tej grupy nie rozumiem i chyba już nigdy nie zrozumiem. Jak książka jest słaba/głupia/denerwująca, to ją odkładam i spokój, widać nie moja liga. Czytanie na siłę, bo czytać się zaczęło jakoś do mnie nie przemawia. To jak być z kimś na siłę, kogo nawet nie lubimy, bo się z kimś zaczęło być przez przypadek. Nie ogarniam.

MYŚLICIEL - „Czyli każda książka, nawet „50 twarzy Grey'a” ma ukryty sens” - nie, nie ma. Niektóre książki są po prostu tym, czym widać – dobrą rozrywką, która zajmuje czas i tyle. Nie mają drugiego dnia, ukrytego znaczenia i patetycznego przesłania. Wiem, że są tacy, którzy by zanalizowali głębię charakteru Belli ze „Zmierzchu” (Anelise, znowu się Belli czepiam i wybacz!) i udowodnili, że była cierpiętnicą opętaną przez miłość, ale … nie. Po prostu nie.

MOJA MAMA - „Najpierw zakończenie, potem fabuła” - moja mama, kiedy zaczyna czytać książkę, zawsze najpierw patrzy jak się skończy. I nie, nie wiem jaki jest w tym sens i co ma się potem z czytania, ale jak sama mówi, czyta jej się później spokojniej, bo nie musi martwić się, że coś ją zakończy na końcu.
Jak widzicie, nie mogę być do końca zrównoważona. Takie geny.


A wy jakim typem jesteście? A może dopisalibyście do tej listy jeszcze jakiś typ czytelnika? Piszcie.