4 paź 2015

"Ostatnie dni Królika" i 50 tysięcy wyświetleń!


  Kiedy umiera członek stada, zwierzęta zbierają się, by go pożegnać. Oddają mu hołd i pokazują, że są razem z nim do końca i że będą opłakiwać jego stratę. Później odchodzą, zostawiają zwłoki i wracają do swoich wędrówek, do rodzenia młodych i do zdobywania pożywienia. Pamięć o zmarłym zostawiają daleko za sobą, by nie wpływała ona na ich dalsze próby przetrwania.
   U ludzi sprawa ma się zgoła inaczej. Gdy umiera członek rodziny, ludzie krzyczą. Zamierają. Licytują się z Bogiem. Złorzeczą mu. Obiecują poprawę. Robią wszystko, by zatrzymać bliską osobę przy sobie. Wbrew logice, wbrew wynikom badań lekarskim, wbrew porządkowi natury, że każdy musi kiedyś odejść.

   Czterdziestoletnia Mia jest w terminalnym stadium raka, jednak ani ona ani jej rodzina nie są pogodzeni z jej rychłym odejściem. Jej przeprowadzkę do hospicjum traktują jako 'kupienie sobie czasu, by nabrała sił do dalszej walki'. Sama Królik, bo tak wszyscy nazywają umierającą kobietę, wie, że musi wyzdrowieć, żeby zająć się swoją dwunastoletnią córką, która jest za młoda, by zostać bez matki.

„Etap trzeci wygląda tak, że dorosłaś, a ja zachorowałem, choć przez jedną cudowną chwilę byłaś wystarczająco dojrzała, a ja na tyle zdrowy, że mogliśmy zaznać miłości.”

   Ciężko pisać jest o fabule tej książki, gdyż cała toczy się wokół łóżka umierającego człowieka, wyłączając retrospekcje Królika, która śni o swojej przeszłości i o miłości swojego życia, Johnny'm, z którym los nie dał jej szansy być długo. Zabrała go choroba, która powoli niszczyła jego ciało i umysł, zamieniając go w sam korpus, który nie potrafił czuć.

„- Moja matka również umarła na raka.
- Twoja matka miała dziewięćdziesiąt dwa lata.
- Miłość to miłość, Molly.”

   To nie jest fikcja literacka. Codziennie, w każdym kraju, w każdym mieście jakaś rodzina żegna członka swojego stada, który odchodzi. Czasami w niemej ciszy, czasami w okrzykach bólu i zaklinania losu. Niekiedy umierają z uśmiechem na ustach, niekiedy z grymasem niesmaku, że ich przygoda dobiegła już końca. 
   I czuję wielką niesprawiedliwość po przeczytaniu tej powieści. Bo Mii nie udało się żyć, tak jak chciała. Bo za prędko umarła. Bo zostawiła córkę. Bo cierpiała. Bo nikt jeszcze nie wpadł na to jak wyleczyć chorobę, na którą codzienne umierają setki ludzi!

   Niezwykle wzruszyła mnie matka Królika, żywiołowa i pełna przekonana o swojej wyższości nad śmiercią, Molly, która do końca poszukiwała terapii, która uleczyłaby jej dziecko. Jest tak zdesperowana, że w chwilach najwyższego gniewu wystawia środkowy palec samemu Dzieciątku Jezus i wymyśla lekarzowi od zaściankowych szamanów. Walczy z całych sił o to, co matka ma najcenniejszego – o swoje dziecko, o część siebie, która gaśnie na jej oczach. Molly dodatkowo czuje presję ze strony rodziny, bo to przecież ona, jak zwykle, powinna znaleźć rozwiązanie i sprawić, żeby wszystko było dobrze. Jak przed laty, gdy któreś z rodzeństwa rozbiło kolano, gdy zabrakło pieniędzy na spłatę raty, gdy mąż pokłócił się z sąsiadem – zawsze potrafiła sprawić, że wszystko się układało i życie wracało na stare tory. W tym wypadku jej magiczna moc nie ma żadnego zastosowania a rozbestwione komórki rakowe, które panoszą się w ciele jej dziecka za nic sobie mają jej prośby, groźby i utyskiwania.
   Ojciec Królika natomiast jest bierny, wycofany, całkowicie poddany myśli, że „przecież Molly sobie ze wszystkim świetnie poradzi”. Rodzeństwo przytakuje ojcu, czekając na niewątpliwy cud, który niedługo będzie miał miejsce a biedna kobieta walczy z wiatrakami, bo wszyscy tego od niej oczekują. I nie ma czasu pogrążyć się w swoim bólu i zaakceptować stratę. 

„Od początku małżeństwa obowiązywała cicha umowa – on zarabiał, ona ich chroniła”

   Anna McPartlin stworzyła niezwykłą książkę, w której pisze o tym, co dla każdego z nas jest najtrudniejsze – o śmierci i o pożegnaniu. I nie było to dla niej zadanie proste, bo mogła łatwo stworzyć żmudnego wyciskacza łez, który niczym nie różniłby się od setek podobnych powieści. Ona jednak dodała do całego smutku i żalu odrobinę humoru i rodzinnej miłości – i jak się okazuje, to wystarczyło, by stworzyć książkę, której nie zapomnicie na długi czas.
Jak dla mnie – arcydzieło.

Za książkę dziękuję wydawnictwu: 


   Iiii, wyprzedzając fakty – licznik wybił już 50 tysięcy wyświetleń! Dziękuję Wam i dobijajmy teraz do stu!

   Przypominam o mojej prośbie – i będę żmudnie robić to do 15 października – by Ci, którzy mnie kochają – albo przynajmniej lubią moje recenzje – zagłosowali na mnie w konkursie na Literacki Blog Roku. Odsyłacz znajduje się u samej góry po prawej stronie.


   I jeszcze raz dziękuję wszystkim tym, którzy już swoje losy oddali – dodajecie mi tym skrzydeł i energii. Uwierzcie, jesteście lepsi niż Red Bull!

2 paź 2015

"Ślad życia, ślad śmierci" P. L. Maier - coś o wiele lepszego od "Kodu da Vinci"


   O religii i polityce ponoć niekulturalnie jest rozmawiać w towarzystwie. Pozwólcie więc, że dzisiaj nie będę patrzyła na zasady dobrego wychowania i w swojej recenzji poruszę temat bardzo drażliwy w dzisiejszych czasach. Temat religii.

   Wszyscy słyszeli chyba o bestsellerowej książce Dana Browna „Kod da Vinci”, która poruszyła całym chrześcijaństwem. Autorowi zarzucano heretyzm, próbę podziału kościoła katolickiego i spisek mający na celu ośmieszyć całe chrześcijaństwo. Od tamtej pory autorów, którzy próbują zszokować czytelnika religijnymi spiskami i historiami, wyrosło jak grzybów po deszczu a niektóre ich powieści spokojnie zakrawać mogą na miano fantastyki.

   Są jednak takie pozycje, które szokują, ale jednak czyta się je ze smakiem. Mają za zadanie stworzyć pewien absurd wokół tego, w co wierzy ponad dwa miliardy ludzi na świecie, ale robią to w sposób nienachalny. Jedną z takich książek jest „Ślad życia, ślad śmierci” autorstwa Paula L. Maiera.

   Jonathan Weber, główny bohater, to profesor Harvardu, który wybiera się na zasłużony sabbatical, czyli roczny urlop przeznaczony na odpoczynek i prace badawcze, udzielany tamtejszym profesorom co siedem lat. Postanawia udać się do Izraela, by tam dołączyć do dawnego przyjaciela przy pracach wykopaliskowych. Nie jest świadomy tego, że jego jeden ruch łopatą zmieni całą zachodnią Europę...
Weber odnajduje sarkofag, który z pozoru wygląda na miejsce pochówku Józefa z Arymatei, który według Nowego Testamentu oddał swój grobowiec, by pogrzebano w nim ciało Jezusa. Profesor i cała reszta ekipy są niezwykle zadowoleni i podekscytowani tym, że oto na ich oczach, rysuje się historia, bowiem jeśli ich odkrycie okazało się prawdziwe, to byłyby to pierwsze szczątki postaci biblijnej odnalezione przez współczesnego człowieka. 
   Kiedy uporządkowali już cały grobowiec i zabrali z niego wszystko, co zdawać by się mogło, w nim było, Weber natrafił łopatą na miejsce, które wydawało dziwny dźwięk. Zaaferowany zaczął tam kopać i odkrył gliniany dzban z papirusem, którego treść w jednej chwili zmieniła wszystko...

   Cały chrześcijański świat wierzy w to, że Jezus zmartwychwstał dnia trzeciego a jego grób znaleziono pusty. Na tej wierze opiera się dwa tysiące lat zachodniej cywilizacji. Za tą prawdę umierali pierwsi męczennicy. W jej imię walczyli średniowieczni rycerze, chcąc odzyskać Jerozolimę. Co by się stało, gdyby nagle okazało się, że Jezus wcale nie zmartwychwstał, że jego ciało zostało po prostu w tajemnicy przeniesione przez przyjaciela w inne miejsce? Co by było, gdybyśmy jutro w gazetach zobaczyli informację, że wszystko to, na czym opieramy się od setek lat, jest spowodowane zatajeniem prawdy przez człowieka, który bał się zabić radość tych, którzy uwierzyli w Zmartwychwstanie?

„Kobieta taka jak Andrea była widomym znakiem, że Bóg istniał.”

   „Ślad życia, ślad śmierci” to opowieść o tym, jak w gruncie rzeczy, ważna dla dzisiejszych ludzi jest wiara, że Bóg istnieje. Że po śmierci czeka nas coś lepszego, że nie przestaniemy istnieć i nie pogrążymy się w nicości, ale że trafimy do miejsca, gdzie będziemy żyć wiecznie z najbliższymi. Wiele osób zaprzecza obecnie temu, że wierzy; kościół omijają szerokim łukiem, nazywają się ateistami i śmieją się w twarz tym, którzy w drodze do pracy odmawiają cichutko zdrowaśki. Gdyby jednak spadała na nich - na nas, bo ja przecież też do kościoła chodzę raczej okazjonalnie – wiadomość, że mieli rację ci, którzy mówili, że Boga nie ma, zapanowałby chaos. Ludzie zaczęliby się bać, nagle zatęskniliby za tym poczuciem pewności, że nie są sami i że jest ktoś ponad nimi.

   Nie brak w tej powieści i miłości, bo skoro jest historia o Bogu i o upadku cywilizacji, to musi być i trochę uczucia dla osłody i pokrzepienia. Profesor Weber to nieszczęśliwy człowiek, któremu lawina śniegu pogrzebała młodą żonę i ich nienarodzone dziecko. Od tamtej pory żyje tylko nauką, historią i archaicznymi językami, które zgłębia, by nie myśleć o dwójce najukochańszych istot, których już nie ma. Podczas wykopalisk spotyka Shannon, kobietę, którą pamięta z czasów, gdy była jeszcze małą dziewczynką a teraz nagle wyrosła i zaparła mu dech w piersi. Jest przekonany, że jego fascynacja jest wyłącznie jednostronna i nigdy nie ulegnie to zmianie, więc jak na naukowca przystało, podszedł do tego z chłodną logiką i zgodził się sam ze sobą podziwiać ją z daleka. Los jednak a może i sam Bóg miał co do tych dwojga zgoła inne plany...

   Styl autora wciąga, oplatuje; kiedy myślałam do czego go porównać na myśl przyszedł mi hinduista zaklinający grą na flecie węża. Autor grał a ja czytałam jak zahipnotyzowana, bo ta książka to także świetny thriller, pełen spisków, niewiadomych i zakłamania. Jeśli boicie się, że to bajadurzenie o chrześcijaństwie, to mogę was uspokoić, że tak nie jest; to pozycja, dzięki której podszlifujecie swoją wiedzę teologiczną, ale w sposób przyjemny, niewymuszony. Dowiecie się także sporo o archeologii i przekonacie się, że nie jest to tak nudne zajęcie jak mogłoby się wydawać – i nie polega jedynie na przesiewaniu ziemi i czekaniu miesiącami na znalezienie nic niewartego paciorka. Archeologia to nauka, która scala ze sobą ludzi tak bardzo, że odkrycie jednego jest naprawdę radością drugiego. Tam nie ma miejsca na rywalizację i zazdrość; liczy się okrywanie przeszłości, zanurzenie się w tym, co było i wydobywanie tego na współczesne światło dzienne.

   Jeśli do tej pory was nie przekonałam, to na koniec dodam tylko, że to jedna z lepszych książek, jaką czytałam w tym roku. I z pewnością podobała mi się bardziej niż „Kod da Vinci” i jest o wiele bardziej prawdopodobna niż tamto dzieło. A ponad to zakończenie... nie spodziewacie się go ani trochę.

  Za książkę dziękuję wydawnictwu 



   Mam też do was prośbę - pamiętacie, że nie raz klikałam wam tam, gdzie chcecie? Że byłam miła, sympatyczna i uprzejma? Dobra, nie byłam, ale ciii. Na samej górze, po prawej stronie macie taki ładny obrazek z napisem "Zagłosuj na mój blog". Jeśli uważacie, że zasługuje na wasz głos, że mój blog coś wnosi do waszego życia to bardzo proszę o ten jeden klik. Będę bardzo wdzięczna!

30 wrz 2015

Krótka recenzja, choroba, podsumowanie września i stos, czyli to, co blogerzy lubią najbardziej.

   Witam was kaszlem i zasmarkanym nosem! Jesień rozpanoszyła się w pełni także w moich oskrzelach, płucach tudzież innych narządach oddechowych. Wierzę, że hektolitry herbaty z cytryną i ciepły kocyk pomogą mi stanąć na nogi przed piątkiem, kiedy to zaczynam piąty, ostatni rok studiów. A zaczynam nie od byle czego, co od ... filozofii. Na co mi filozofia na prawie tego nie rozumiem, ale zapewne po dwudziestu godzinach wykładu zrozumiem. I wtedy wam powiem.

   Dwa tygodnie temu przyszła do mnie książka, która bierze udział w Booku Tour. Jako, że uwielbiam takie radosne blogerskie podawajki i zamiany książkowe, chętnie przyłączyłam się i do tej akcji. Teraz pokrótce napiszę wam, co sądzę o książce a później dam wam szansę przyłączenia się do nas.

Zestaw chorobowy.
   W Ameryce wszystko jest lepsze; jedzenie, kultura, najazdy kosmitów. Tego uczy nas dzisiejszy współczesny świat a my dajemy się temu omamiać, radośnie przyklaskując i patrząc z nostalgią na daleki zachód, gdzie ludzie się otyli i radośni. Bądź radośni i ze zmniejszonym operacyjnie żołądkiem.
   W wielkiej i wspaniałej Ameryce mają też przystojnych detektywów. Nie to co u nas, gdzie śledczy wygląda jak typowy wujek Franek w za dużej marynarce i przydługich spodniach, z niemodną od kilkunastu lat fryzurą. Tam detektyw jest męski, pociągający, hipnotyzujący. Wyróżnia się, ale jednak przemyka chyłkiem. Jest, ale go nie ma.
   Takim detektywem jest główny bohater książki Marty Bilewicz, Lucas Scarlett. Przyciąga do siebie kobiety niczym magnez i pozostawia je samym sobie po kilku upojnych nocach. Nie dlatego, że jest podły i nieczuły; on po prostu kocha wszystkie kobiety i nie wyobraża sobie życia przy boku tylko jednej z nich.
   Lucky, jak nazywają go przyjaciele, prowadzi wraz z Tomem i Laurą agencję detektywistyczną. Podczas jednej z akcji Tom zostaje postrzelony i na pomoc przychodzi im obca kobieta, która oferuje się zabrać rannego do swojego domu, by nie informować o całym zajściu policji. Spanikowany widokiem krwi przyjaciela i zachęcony urodą nieznanej przedstawicielki płci pięknej, Lucas zgadza się na ten dość nietypowy plan.
   A później już wszystko pędzi z prędkością światła. Oczywiście główny bohater i piękna nieznajoma o imieniu Chelsea, szybko nawiązują płomienny romans, bogato zdobiony łóżkowymi zabawami, przerywany szybką akcją pełnej tortur, pościgów, strzelaniny i niebezpiecznej jazdy samochodem (wszak Chelsea nie jest byle kim a postrzelenie Toma nie było przypadkowe). Pojawiają się bardzo źli panowie, którzy nie mają wobec Lucasa miłych zamiarów a i on nie zamierza im odpuścić. Muszę przyznać, że akcja może spokojnie dorównywać filmom z Brusem Willis'em czy też z Tomem Cruis'em.
   Autorka połączyła w jednej książce to, co lubią najbardziej mężczyźni i to, za czym przepadają kobiety, czyli piekielną akcję i wielki romans. Czy to połączenie wyszło udanie? Moim zdaniem tak, chociaż muszę z żalem przyznać, że skarpetki z zachwytu mi nie spadły ze stóp, może lekko się tylko zsunęły. To dobra książka na dwa wieczory, podczas których można stracić spędzić naprawdę miły książkowy czas.

   Trochę mierzwi mnie, kiedy polscy autorzy piszą o zagranicznych bohaterach. Gdyby Lucas był Łukaszem a Tom Tomkiem, to zapewne podeszłabym do tej książki z większym entuzjazmem. Chociaż gdyby Lucas był Polakiem, to pewnie nie byłby przystojny. Tylko wujkowaty.  

                                                                          ***

   Jeśli macie ochotę przeczytać tą książkę (naprawdę jest dobra, nie przejmujcie się moją zgryźliwością) to zostawcie w komentarzu swojego maila a ja skontaktuję się w ciągu 3 dni z wylosowaną przeze mnie osobą, która otrzyma tą książkę a później pośle ją dalej w blogerski świat. Zasady znajdziecie pod tym linkiem

                                                                          ***

   Co do podsumowania września to zamiast wyliczać wam co przeczytałam i ile to miało stron (nie mam pojęcia, nigdy nie wpadłam na to, żeby to policzyć) wolę pokazać wam jak szukaliście mnie w googlach:

- trupia woda - interesujące. Może ktoś chce kogoś zatruć trupią wodą i szuka u mnie inspiracji?

- miłosne słowa na sześć liter - kurczę i takie rzeczy da się u mnie znaleźć? Czekajcie, bo teraz myślę jakie są miłosne słowa na sześć liter... (7 minut później) mam! "kocham" - jakie to banalne!

- agata kądziołka wałbrzych - jak w stopę strzelił, w Wałbrzychu nigdy nie byłam. Chyba to znak, że trzeba się tam wybrać na wakacje.

- mam kocie oczy demotywator - a co! Jak pomaluję to mam i kocie. I psie też umiem robić i chomicze i każde oczy umiem zrobić. Gorzej, że to demotywator jest... 

   I, żeby wszystkiemu stało się zadość - stos, który mam nadzieję ogarnąć do końca w pierwszej połowie października:


   Trzymajcie kciuki, żeby mi się to udało! Na piątek czeka już cieplutka, gotowa recenzja książki "Ślad życia, ślad śmierci", więc miejcie oczy i uszy szeroko otwarte za dwa dni. Później, zapewne pod koniec weekendu pojawi się ostatnia książka serii "Wodospady cienia" C.C. Hunter i oficjalnie pożegnamy się z naszą fantastyczną bohaterką. A co po weekendzie? Zapewne "Ostatnie dni królika", "Byłam tu" i jeśli się uda, "Okupacja od kuchni". Resztę zostawimy sobie na smakowity deser. 

   Tymczasem żegnam was kichnięciem! I pamiętajcie o swoich mailach w komentarzu, jeśli chcecie przeczytać i zrecenzować "Goniąc cienie".

AKTUALIZACJA: Porywam się z motyką na słońce i biorę udział w konkursie na Literacki Blog Roku. Jeśli chcielibyście oddawać swój głos na mnie to zaraz na samej górze po prawej stronie znajduje się klik odsyłający. Będę wdzięczna bardzo, bardzo za każdy głos. 

29 wrz 2015

Wywiad z Tanyą Valko

Zapraszam was dzisiaj na wywiad, jaki miałam przyjemność przeprowadzić z autorką bestsellerowych książek, panią Tanyą Valko. Niektórzy z was znajdą ją znakomicie z jej "Arabskiej sagi", lub tej jeszcze się toczącej, "Azjatyckiej". Ci, którzy jeszcze jej nie kojarzą, mam nadzieję, zdecydują się sięgnąć po jej książki, bo naprawdę warto. Autora mieszka w miejscach, gdzie noga większości z nas nigdy nie postanie i tworzy historie, które jak sama mówi, oparte są na prawdziwych wydarzeniach.

A(gata) K(ądziołka): Witam serdecznie. Na początku chciałabym podziękować za tak wielkie wyróżnienie; nie spodziewałam się, że wygram, a tu taka niespodzianka!
Moje pierwsze pytanie będzie dotyczyło Pani podróży – zwiedziła Pani kawałek świata – czy jest jeszcze jakieś miejsce, które chciałaby Pani odwiedzić?

T(anya)V(alko): Świat jest wielki i taki ciekawy, a moją pasją są podróże. Moim marzeniem jest paromiesięczna wyprawa po Amerykach, a w regionie, gdzie teraz mieszkam, chciałabym jeszcze zwiedzić Japonię, Chiny i Indie. Aby dokładnie poznać te 3 kraje i zobaczyć ciekawe miejsca, potrzebowałabym paru urlopów.

AK: Gdzie chciałaby Pani osiąść na emeryturze?

TV: To jest właśnie dylemat. Miałam chętkę na Bali, ale trochę się boję (sama siebie przestraszyłam moją książką, a raczej poszukiwaniem i odkrywaniem prawdy o tej wyspie i Azji w ogóle). Kiedy pojechałam do Kambodży, stwierdziłam, że to cudny i niedrogi kraj, pyszna kuchnia i życzliwi ludzie. Nawet znalazłam drewniany domek na palach z internetem J, lecz ciągle nie mogę zapomnieć o Czerwonych Kmerach… Ostatnio zakochałam się w Gili Trawangan, małej wysepce w Indonezji, na której nie ma żadnych pojazdów mechanicznych, jest za to spokój, cisza i cudowne morze pełne kolorowych ryb i żółwi pływających w rafie. Ale ile ja bym tam wytrzymała??? Tydzień to było zdecydowanie za krótko, ale miesiąc może być aż nadto. Tak więc nadal szukam miejsca do życia na emeryturze. Jest też jeden zasadniczy problem – my Polacy nie mamy takich emerytur jak nasi unijni bracia, których spotykam. Ich stać na życie w azjatyckim ciepełku i ogrzewanie starych kości, a nas Polaków przeważnie na kefirek i kajzerkę, czasami okraszaną smalczykiem.

AK: Czy po zakończeniu azjatyckiej sagi pojawią się kolejne serie? Może saga afrykańska?

TV: Z wykształcenia, wyboru i fascynacji jestem arabistką i zapadła już decyzja, iż w następnej powieści powracam do arabskich klimatów. Zatem Afryka – tak, ale północna, arabska i muzułmańska.

AK: Co o Pani książkach sądzą azjatyccy i arabscy znajomi? Zgadzali się z tym, jak przedstawiła Pani ich świat?

TV: Arabom raczej się nie chwalę, że krytykuję ich święte prawo szariatu – nie po to piszę pod pseudonimem, żeby ustawiać się na świeczniku jako cel „do odstrzału”. To nie jest zabawa i mówienie głośno o muzułmańskich przywarach, błędach i okrucieństwie jest w obecnych czasach jeszcze bardziej ryzykowne niż kiedyś. Teraz może to kosztować głowę, bo ISIS jest wszędzie.

AK: Czy mieszkając tam, nosiła Pani abaję lub burkę, czy może jako turystka mogła Pani ubierać się zwyczajnie?

TV: W Arabii Saudyjskiej mieszkałam 5 lat i nie byłam tam turystką, bowiem do tego kraju nie ma wiz turystycznych. Poza tym Arabowie twierdzą, i to coraz bardziej zdecydowanie, że kiedy przyjeżdżamy do ich kraju, to musimy przestrzegać ich praw. Tak więc w Arabii nosiłam abaję, a gdybym pojechała do Afganistanu, zapewne musiałabym nosić burkę, przynajmniej na prowincji. Jeśli bym tego nie zrobiła, w najlepszym razie czekałyby mnie baty.

AK: Wielkie, negatywne wrażenie, zrobiło na mnie to, co dzieje się w balijskich szpitalach; zła opieka medyczna, patrzenie tylko na pieniądze... czy miała Pani jakieś doświadczenia z tamtejszą służbą zdrowia, czy opisała Pani jedynie to, co słyszała od innych?

TV: Moja rodzina nie lubi czytać moich książek, bowiem twierdzą, że za dużo w nich jest naszych prywatnych doświadczeń. Mąż zdecydowanie unika lektury moich powieści, gdyż nie chce się denerwować J Znając mnie od ponad 30 lat, wie, jak rozwinę temat, co napiszę i jak się do tego ustosunkuję. Tak więc… moje książki to moje życie, przedstawiam w nich osobiste doświadczenia oraz sytuacje, których byłam świadkiem. Wracając do meritum – balijska służba medyczna nie różni się tak bardzo od płatnej opieki medycznej na całym świecie – bez pieniędzy można sobie od razu wykopać grób. Denerwuje mnie to tak samo, jeśli dotyczy Azji, Europy czy Ameryki. Czy Pani próbowała kiedyś dostać się do polskiego państwowego szpitala poza kolejką i to bez skierowania od lekarza pierwszego kontaktu? Z guzem mózgu wyznaczają choremu półroczny termin na tomografię. Tego lata zetknęłam się z  taką sytuacją: człowiek chory na tropikalną zakaźną chorobę, który przyleciał do Polski na leczenie, został odesłany ze szpitala zakaźnego do swojego ośrodka zdrowia po skierowanie!!! Czy to nie jest absurdalne?! Niektórzy twierdzą, że NFZ przeprowadza holokaust na polskich obywatelach, zwłaszcza emerytach i rencistach. Czy znała Pani kogoś chorego na nowotwór i słyszała Pani o drodze przez mękę, którą tacy ludzie muszą przejść? To, co dzieje się w lecznictwie na Bali, nie jest niezwykłe, a przeraża mnie osobiście przede wszystkim dlatego, że ta wyspa jest daleko od Polski, od domu, od naszych bliskich, którzy nie mogą nam przyjść z pomocą w ciężkich chwilach.

AK: Czy jest coś, czego się Pani boi? Bo odnoszę wrażenie, że jest Pani kobietą nieustraszoną.

TV: Boję się chorób i niesprawności. Trzy lata temu miałam kontuzję kręgosłupa, rehabilitacja trwała pół roku – byłam wtedy ogromnie nieszczęśliwa. Boję się też okrucieństwa… wręcz go nienawidzę.

AK: W „Miłości na Bali” mamy motyw wspominający o wierzeniach Balijczyków dotyczących zmarłych. Czy wierzy Pani, że duchy mogą za nami podążać?

TV: Oczywiście że wierzę J Pochodzę z Krakowa, miasta magii i sztuki, w którym wszystko może się zdarzyć, a duchy cały czas przechadzają się starymi uliczkami Kazimierza i Podgórza. Mój dom rodzinny liczył sobie 250 lat – czy Pani sądzi, że dusze moich przodków chciałyby się wyprowadzić z takiego idealnego miejsca pełnego ciemnych zakamarków, pająków po kątach, czarnych kotów na cieknącym dachu, z piwnicy czy ze strychu? Wierzę, że moi najbliżsi, których straciłam za młodu, są nadal przy mnie, chronią mnie i wspierają. Łatwiej mi z taką wiarą żyć. 

AK: Wielu czytelników mojego bloga chce w przyszłości napisać własną książkę i stąd kolejne pytanie, zapewne banalne - kiedy poczuła Pani, że jest gotowa na to, by napisać pierwszą powieść?

TV: Może rozczaruję kogoś, mówiąc, że ja zawsze coś tam pisałam, a kiedy jeszcze nie umiałam pisać, układałam w głowie historyjki. Gdy je opowiadałam, to zawsze mnie karcono: „Nie kłam, Taniusiu”. Teraz zaś w moich powieściach mogę fantazjować do woli i koloryzować zwykłe historie, ile dusza zapragnie. W tej wersji nazywa się to licentia poetica, a nie bajdurzenie. Każdy, kto czuje potrzebę pisania, powinien chwycić za pióro i spróbować. Jeśli się tego naprawdę chce, to się uda. Ja czekałam na debiut jako powieściopisarka aż do czterdziestki.

AK: Szczerze muszę przyznać, że nie znam chyba żadnego pisarza arabskiego pochodzenia. Czy Pani, mieszkając w tamtych regionach, czyta książki tamtejszych pisarzy? I czy kobiety z krajów arabskich mogą pisać i wydawać książki?

TV: Jestem orientalistką i znam literaturę arabską dość dobrze. Szkoda, że Polacy do niej nie sięgają. Nie wiem czemu, spora grupa osób sądzi, że kraje arabskie są zacofane i prymitywne. Jest to krzywdzące, niczym nieuzasadnione uogólnienie. Powiem jedno – kiedy w Europie odziani w skóry myśliwi biegali za turami z drewnianymi włóczniami i łukami, balwierze wyrywali zęby palcami, a kobiety rodziły w drewnianych chatach, często przypłacając to życiem, w Persji czy na dworach kalifów kwitła literatura i sztuka, powstawały przepiękne wiersze o miłości zwane kasydami, pisano rozprawy filozoficzne i matematyczne, a w lazaretach wykonywano cięcia cesarskie i skomplikowane operacje. To właśnie kasydy wraz z ekspansją arabską dotarły do Europy i Prowansji, by później zasłynąć jako najpiękniejsza miłosna literatura prowansalska. Pisarze arabscy byli i są nagradzani i znani w świecie, począwszy od Egipcjanina Nadżiba Mahfuza, aż po Hishama Matara, współczesnego pisarza libijskiego. Kobiety również piszą i wydają zarówno poezję, jak i prozę. Znane są wstrząsające powieści autorstwa arabskich kobiet mówiące o ich ciężkiej doli w krajach rządzonych przez mężczyzn.

AK: Na koniec bardzo przyziemne pytanie- woli Pani naszą polską kuchnię czy raczej azjatycką lub arabską?

TV: Preferuję zdrową kuchnię, a polska do takich się nie zalicza. U mnie w domu jada się dania według przepisów śródziemnomorskich, arabskich oraz azjatyckich, wykluczając z nich wszystko co smażone. Nie jadam także wieprzowiny, nie ze względów religijnych, bo muzułmanką nie jestem, ale również zdrowotnych i przyzwyczajeniowych. Jednak czasami z sentymentu sięgnę po żurek, kaszankę z zasmażaną kapustą czy barszcz, lecz przeważnie takie wybryki odchorowuję.

AK: Bardzo dziękuję za poświęcony mi czas. I czekam z niecierpliwością na nową książkę!

TV: Również serdecznie dziękuję i życzę powodzenie w prowadzeniu bardzo ciekawego bloga.


27 wrz 2015

Moja książkowa jesień


O tej akcji słyszała już chyba większość z was. #jesienzfeeria zachęca nas do stworzenia i podzielenia się ze swoimi czytelnikami listy książek, do których wraca się w te deszczowe, pochmurne dni. Chcecie zobaczyć jak wygląda moja trójka faworytów?


"Ida sierpniowa" Małgorzata Musierowicz
Książka już samym tytułem zahacza o minione właśnie lato, ale ja lubię przeczytać ją właśnie wtedy, gdy ciepło ustępuje miejsca zimnemu a promienia słońca drastycznie się skurczą i schowają za chmurami. Lubię tę książkę za niezwykły humor i za ciepło, które drzemie w Borejkowej rodzinie - nawet nie wyobrażacie sobie, jak bardzo chciałabym kiedyś stworzyć taki dom. Gdzie nie liczą się pieniądze, gdzie nie patrzy się na kogoś przez pryzmat plotek i pomówień, ale siada się w malutkiej kuchni przy kubku z gorąca herbatą, całą rodziną i po prostu jest się razem, mimo, że nie zawsze jest to łatwe. 


"Ja wam pokażę" Katarzyna Grochola 
Główna bohaterka, Judyta, zawsze potrafi poprawić mi humor swoim roztrzepaniem i niezrozumieniem mężczyzn. Dodatkowo, dużo jest w tej książce ciepła i zrozumienia, czyli tego, czego ostatnio mi brakuje. 
Skoro w "Ja wam pokażę" wiertarka może leżeć w lodówce, to niby dlaczego ja mam się przejmować zimnej i pluchą? Zdecydowanie dzięki tej książce mam bardziej optymistyczne podejście do życia. 


"W imię miłości" Jodi Picoult
O ile poprzednie dwie pozycje były bardziej rozrywkowe, o tyle ta należy do tych tragicznych. Nie mogę jednoznacznie wam powiedzieć, dlaczego zawsze w jesieni sięgam po tą powieść, dlaczego właśnie wtedy staję naprzeciwko historii trudnej i tragicznej, która swój początek miała w miłości nieskończonej - czyli tej matczynej. 
Książka smutna, nostalgiczna, trudna. Ale niezwykle potrzebna. Kto wie, może gdybym czytała ją wiosną, kiedy wszystko rozkwita, to nie niosłaby ona ze sobą tyle bólu? Może właśnie to jesień jest dla niej odpowiednią porą roku?

#jesienzfeeria
Strona FB Feerii Young - KLIK 
Strona do wydarzenia - KLIK