9 wrz 2015

"Wyspa zombie"


   Zombie. Przerażające stwory, które żyją mimo tego, że części ich ciał zaczynają gnić, które wydają niepokojące odgłosy, chodzą niczym mumie ze starych horrorów i chcą nas ugryźć.

  Nasz główny bohater budzi się w obcym miejscu. Nie wie kim jest, nie wie jak się nazywa, skąd pochodzi, zapewne nawet gdyby powiedzieć mu, że pochodzi z takiego to a takiego państwa to i tak nie wiele by mu to powiedziało.
   Nie może płynnie poruszać swoim ciałem, ręce i nogi nie chcą słuchać jego poleceń a język zdaje się przyrósł mu do podniebienia. W sumie to bez różnicy, bo krtań i tak zapomniała jak artykułuje się słowa i pozostało mu jedynie chrapliwe rzężenie.
   Po czasie dowiaduje się, że znajduje się na wyspie Labofnii, gdzie wyszkoleni pracownicy postarają się mu pomóc na nowo mówić, wymawiać litery i dadzą mu pracę, biorąc pod uwagę szczegółową wiedzę na dany temat jaką posiada. Bowiem podobnych do naszego bohatera, nazwanego później Johannem, jest na wyspie wielu i każdy z nich otrzymał podobną pomoc.

   Nie wszystko jednak jest tak piękne, na jakie wygląda. Jednym z mieszkańców wyspy jest Pedro, który zna każde wydarzenie historyczne jakie miało kiedykolwiek miejsce. Nie wie skąd to wie, skąd te informacje zalęgły się w jego mózgu, ale Labofnia nie takie cuda widziała. Władze wyspy umieściły Pedra na stanowisku kontrolera biletów, mimo że co roku składał on odwołanie od ich decyzji, podając coraz to i nowe argumenty na to, że jest stworzony do pracy na innym stanowisku. Niestety, jego umiejętności były może i nietypowe, ale także sprzeczne z ideą wyspy; przed laty zdecydowano, że Labofnia nie będzie istnieć równolegle z pozostałą częścią świata i że tam nie będą liczyć się żadne wydarzenia historyczne.
   A jakiekolwiek postulaty wychodzące od "umarłych" są przez władze ignorowane i w ogóle nie brane pod uwagę. 

   Nie wiadomo skąd biorą się nowi mieszkańcy wyspy; po prostu o świcie znajduje się ich leżących w pozycji embrionalnej na środku plaży a oni sami też nie są w stanie powiedzieć, gdzie byli wcześniej. Te niewiadome, które krążą wokół ich istoty powoduje u zwykłych ludzi strach przed nieznanym i postawę obronną. Wolą z góry założyć, że to złe istoty i trzymać ich z daleka od "normalnych", niż znaleźć z nimi wspólny dialog. 

   Książka napisana jest dwutorowo; z jednej strony mamy historię asymilacji „naszego zombiego” a z drugie zaś możemy dzięki zapisom dokumentów, poznać dzieje wyspy, od pierwszych statków podróżniczych, które zawitały na brzeg, aż do decyzji amerykańskiego prezydenta i ministrów zagranicznych innych państw, którzy postanowili utrzymać istnienie Labofni w tajemnicy i którzy odcięli się od istot tam zamieszkujących, gdyż stwierdzili, że są oni prezydentami i rządami „żyjących” a nie żywych trupów.

   Szczerze żal mi było zombi, którzy ze swojej natury byli niezwykle potulni i nastawieni pokojowo a przez działania rządów i nagonkę, która objawiła się ukazywaniem w popkulturze wizerunku mięsożernych zombie, które nie mają żadnych skrupułów i nastawione są jedynie na mord, stali się agresywni tylko po to, by chronić samych siebie.

   Gdyby zombie istniało naprawdę to historia, którą stworzył autor „Wyspy zombie” byłaby rewelacyjnym wytłumaczeniem. Wszystko pięknie ze sobą współgra, tworząc naprawdę autentyczną historię. Nie mrożącą krew w żyłach, ale taką, która wzbudza współczucie wobec tych, którzy zostali skrzywdzeni przez silniejszych od siebie.  

   Za egzemplarz książki dziękuję wydawnictwu 

7 wrz 2015

"Dom w głębi lasu" - ulubiony horror.


   Leniwa, wietrzna i zimna wczorajsza niedziela okazała się bardzo przyjemna i niezwykle odprężająca. Po sytym obiedzie i zjedzeniu całego opakowania ciastek (muszę przytyć, żeby sukienka w sobotę na weselu ze mnie nie spadła!) zaległam z moim Drwalem przed laptopem i obejrzeliśmy film, który – ilekroć go oglądam – podoba mi się coraz bardziej. Wytłumaczenie wszystkich horrorów, świeże spojrzenie na produkcje filmowe i cięte, dowcipne dialogi - „Dom w głębi lasu”.

   Zaczyna się typowo i oklepanie – piątka przyjaciół postanawia wyjechać na weekend do lasu, by tam na łonie natury oddawać się typowo nastoletnim rozrywkom, czyli piciu piwa i paleniu nieco innych substancji smolistych. Po drodze mijają zapuszczoną stację benzynową, na której zostają ostrzeżeni przez podpitego sprzedawcę, że czeka ich rychła śmierć. Oczywiście nic sobie z tego nie robią i ciągle wesoło podśpiewując udają się w dalszą drogę.
Czyli wszystko przebiega tak, jak w większości znanych nam horrorów, prawda?
   Jest jednak jeden szkopuł, a raczej dwa, który powoduje, że standardowa historia nabiera innego znaczenia. Szkopułami tymi jest dwóch starszych panów w garniturach, którzy z nowoczesnego, pełnego chromowanej stali i pięćdziesięciocalowych ekranów nadzorują całą wyprawę naszych bohaterów i dążą do tego, by wszyscy zginęli.

   Twórcy filmu, Goddard i Whedon postanowili zabawić się schematami, poprzełamywać je i wyśmiać to, co w horrorach najczęstsze czyli schemat. Jako, że w takich filmach zawsze mamy do czynienia z stereotypową głupią blondynką, to stworzyli taką i w tym filmie, ale w sposób niekonwencjonalny – otóż tajemna organizacja sprawiła, że inteligentna brunetka kupiła taką farbę do włosów o kolorze blond, by po koloryzacji do jej krwiobiegu (poprzez włosy, oczywiście) dostawały się hormony, które będą ją... ogłupiały.
    Gorąca scena seksu? Kiedy dziewczyna nie miała ochoty na numerek w lesie, bo było jej za zimno i za ciemno, to dzięki nowoczesnym technologiom dzisiejszego świata, jeden przycisk z laboratorium sprawił, że temperatura skoczyła o kilka stopni a niewielką polanę zalała poświata księżyca, mimo że niebo było zachmurzone.

   Zastanawiacie się z pewnością co wspólnego ma piątka dzieciaków w lesie i naukowcy, którzy liczą na to, że młodzież zginie śmiercią bolesną i krwawą. Ostrzegam, że teraz czas na SPOJLER, więc w razie gdybyście chcieli dowiedzieć się tego z filmu to zapraszam do kolejnego akapitu – wszystko przez Przedwiecznych – tytanów, którzy zgodzili się żyć pod powierzchnią ziemi w zamian za składane co jakiś czas ofiary z dziwki, sportowca, naukowca, głupka i – opcjonalnie – dziewicy, bo ona akurat mogła przeżyć, jeśli miała na tyle szczęścia i samozaparcia. Owi mężczyźni w eleganckich garniturach mieli za zadanie sprawić, by wszystko przebiegło bez większych przeszkód i by Przedwieczni zostali nakarmieni i zapadli na nowo w sen.


I witam tych, którzy przeskoczyli akapit. Mamy więc piątkę nastolatków, mamy las, mamy śmierć czającą się w ciemnościach, ale brakuje nam jeszcze jednego elementu – potwora. Z tym akurat jest różnie, w zależności od mody jaka panuje w popkulturze i od pomysłów reżyserów; można trafić na film z duchami, wampirami, wilkołakami, lewiatanami, zombiakami i wieloma innymi. Goddard i Whendon zaś mieli taki zamysł, by w swoim filmie umieścić... ich wszystkich. Oczywiście nie narazili swojej piątki bohaterów na walkę z całą ferajną – mieli możliwość potencjalnego wyboru, poprzez wybranie jednego z rekwizytów w zakurzonej piwnicy – nie byli świadomi tego, że otwierając stary notatnik bądź zakładając na szyję naszyjnik dokonują wyboru, wszak to byłoby pójście na łatwiznę. Co mnie rozczarowało w tym filmie to właśnie potwory, które wstępnie miały ich zabić - „wsiowe zombi”. Kurczę, jest tyle dostojniejszych potworów a oni musieli trafić na „wsiowe zombi”.

   Gdyby podejść do tej ekranizacji głębiej, można by doszukać się argumentów, które sugerowałaby, że film ten miał na celu uświadomić nam, że tak naprawdę wszystko kontrolowane jest przez „górę” i już sporne byłoby czy chodzi o Boga czy raczej o rząd. Oczywiście mamy możliwość wyboru, podobnie jak mieli ją nasi bohaterowie słysząc ostrzeżenie na stacji benzynowej, ale ogół kierowany jest przez kogoś innego.
   Pragnąc jednak żyć w przeświadczeniu, że ma władzę nad własnym życiem i że nie jestem w chwili obecnej obserwowana przez tłum mężczyzn w garniturach, pozostanę przy tezie, że „Dom w głębi lasu” to pierwszy inteligentny horror z którym się spotkałam. I po prostu lubię go oglądać i polecam go wam z całego serca, szczególnie teraz, kiedy jest zimno i żal jest wychodzić z ciepłego domu.

   Jeśli zaś razi was to całe "ufabryczenie" filmu, sprowadzenie wszystkiego do nowoczesnych technologii, sprawienie, że kwintesencja horrorów została zastąpiona mdłą poświatą lamp halogenowych z podziemnego laboratorium to pozostaje mi tylko poprosić, żebyście dali szansę tej ekranizacji. 

   Mimo że film w zamyśle ma straszyć, dodatkowo miejscami i bawi świetnymi dialogami i scenami, które wyśmiewają się z tego jakie we współczesnych światach są produkcje filmowe. Z mojej strony należy się wielki ukłon w stronę reżysera i scenarzysty, że stworzyli taką dobrą produkcję, przy której nie da się nudzić.  



5 wrz 2015

"Zwykły człowiek" Graeme Cameron


   Jedziesz do swojego domu. Mijasz po drodze kilkadziesiąt samochodów. Wpadasz na pomysł, żeby wstąpić do sklepu na zakupy. Krążysz po alejkach pełnych najróżniejszego towaru, ale zamiast zachwycać się sklepowym asortymentem obserwujesz kobiety, które pchają wózki pełne jedzenia na kolejny tydzień lub które z uwagą studiują skład płatków śniadaniowych. Masz ochotę ich dotknąć, poczuć. Chcesz je zabić a później zjeść. W sosie pomarańczowym.


"Aha, dowiedziałem się jeszcze trzech rzeczy. Że jej ostatnim posiłkiem była lasagne, że zmarła z powodu uszkodzenia tętnicy i że jej język smakował jak esencja słodyczy."

   "Zwykły człowiek" to dziwaczna książka. Odmienna, nietypowa, taka, z którą większość z was z pewnością jeszcze się nie spotkała.
   Zwykle narratorem jest ofiara bądź zacny detektyw, który w pełen uroku sposób rozwiązuje zagadkę i zabija tego złego. W debiucie Camerona narratorem całej historii jest sam psychopata. Nie poznajemy jego imienia, nie wiemy ile ma dokładnie lat ani kim jest z zawodu.
   Mamy za to możliwość poznać jego psychikę, z urywków przeszłości układamy historię, która sprawiła, że stał się tym, kim jest. W swojej podłości nie jest do końca bezwzględnie okrutny - daje szanse niektórym ze swoich ofiar. Przetrzymuje je w klatce, karmi je, zachęca do jedzenia, bo chce, by były silne, ponieważ później wywozi je do lasu, położonego niedaleko autostrady i daje im dwie minuty na ucieczkę. Po tym czasie zaczyna na nie polować jak na dziką zwierzynę i autentycznie jest zmartwiony, kiedy znowu wygrywa a jego ofiara kończy życie przeszyta strzałą*.

   Z niektórymi dziewczętami ma bliższy kontakt, ba! niektóre nawet traktuje jak równe sobie i opowiada im o swoim życiu. Jedną z nich, Erickę, która po kilku tygodniach spędzonych w klatce zostaje wpuszczona do domu mordercy, tak do siebie przyzwyczaił, że w momencie, gdy zobaczyła policjantkę, nie prosiła o pomoc, ale udawała, że jest u niego w gościach.

   Niezmiernie dziwiłam się spokojowi, jaki przejawiał bohater w chwilach, kiedy ja zaczęłabym już dawno panikować, kiedy policjanci zaglądali do brytfanki pełnej mięsa kelnerki albo kiedy przeszukiwali  jego ciężarówkę, gdzie pod kocami leżały zwłoki innej zamordowanej.

"Każda istota ludzka zajmuje przestrzeń w martwy punkcie swojego wszechświata. Kiedy świat Ivy implodował [...] niezliczone odrębne światy jej bliskich i przyjaciół uległy przelotnej zmianie." 

   Nie jestem pewna jaki był zamysł pisarza, kiedy pisał tą książkę; czy chciał abyśmy poczuli litość do tego człowieka, żebyśmy bardziej zrozumieli, że całe to okrucieństwo to odpowiedź na zadany kiedyś ból, choroba, że nikt nie rodzi się zły? A może chciał nam uświadomić, że uśmiechnięty, sympatyczny starszy pan, który mruga do nas przyjacielsko na przystanku autobusowym może trzymać w swojej piwnicy młode dziewczęta? Że sąsiad, który co sobota kosi trawnik, mógł zamordować kiedyś Bogu ducha winną kelnerkę a później posmakować jej mięsa?

   Rodzice ciągle powtarzają dzieciom, żeby nie zbliżały się do obcych. Greame Cameron mówi to nam, żebyśmy nie byli zbyt naiwni i nie traktowali każdej nowo poznanej osoby jako kogoś zaufanego, bo nie wiadomo, kto jest gotowy wbić nam nóż w serce. Dosłownie.

   * Co trochę mnie zniesmaczyło to fakt, że pisarz na końcu stwierdził, że "książka jest wyłącznie moim dziełem" a wiem, że nie wszystkie pomysły były tylko i wyłącznie pomysłem autora. Otóż w 2013 roku powstał film "Polowanie na łowcę", gdzie pojawia się motyw całego tego wypuszczania kobiet w lesie i polowania na nie. Swoją drogą, polecam, bo jest wart obejrzenia.

Za książkę dziękuję wydawnictwu 


3 wrz 2015

TOP 10 - Bohaterki, z którymi umówiłabym się na wino!

Lubicie moje TOP-y, które dotyczą zazwyczaj dziwacznych i niecodziennych sytuacji? Jeśli tak, to dobrze dziś trafiliście, jeśli nie, to przykro mi, dzisiaj kolejne TOP10. Jaki dziwny temat znalazłam tym razem? Tego się nie spodziewaliście – dziesięć bohaterek, z którymi chętnie umówiłabym się na zakupy i wino!
W końcu to takie babskie zajęcia a nie oszukujmy się – babska to ja jestem w każdym calu.


Judyta „Nigdy w życiu” - z Judytą jest podobnie jak z Bridget Jones – albo się ją kocha, albo się jej nienawidzi. I chyba wiem dlaczego tak jest – obie panie pokazują całe spektrum kobiecych wad, a która z nas lubi, kiedy te nasze wady są wytykane? Złe decyzje, fochy za nic, obraza majestatu za nierówno ułożone skarpetki i wiertarkę w lodówce (zdarza się!), źle pomalowane oko, płacz na środku miasta – to wszystko część nas a że biedna Judyta przedstawia to nasze całe hormonalne nieszczęście to jej nie lubimy. A przynajmniej większość z nas, bo ja ją uwielbiam właśnie za to, że istnieje i daje sobie radę mimo tego wszystkiego, co Bóg dał nam w pakiecie do naszej płci.  


Monica Geller – Bing „Przyjaciele” - zawsze lubiłam ją najbardziej z tej barwnej ferajny, Pheobe mnie irytowała swoją głupotą a Rachel irytowała mnie tym, że była... cóż, sobą. Monica była zabawna, inteligentna, przejmowała się każdą, najmniejszą nawet głupotą i pokochała Chandlera, co na pewno łatwe nie było. Pewnie wyjście z nią na wino byłoby trochę dziwaczne, bo zaczęłaby czyścić stolik w barze, ale po pierwszym kieliszku na pewno odłożyłaby swój przenośny odkurzacz i poszłaby na parkiet. A tańczyć to ona potrafiła, jeśli pamiętacie jej układ choreograficzny z Rossem.


Bridget Jones – tak, wiem, wiem. Większość z was jej nie lubi i omijałybyście ją szerokim łukiem, ale pomyślcie przez chwilę, jakie radosne chwile można by było z nią przeżyć na zakupach! Czułabym się przy niej szczuplejsza, ładniejsza i oczywiście taka dobra i przyjazna, bo wspierałabym ją w jej walce z założeniem spodni o rozmiarze 42! A później poszłybyśmy do baru na wino, gdzie szybciutko obliczyłaby mi jednostki alkoholowe (których ja nie umiem obliczać do dnia dzisiejszego i nawet nie wiem co to są jednostki alkoholowe), które później radośnie byśmy spożyły, śpiewając obleśne piosenki o angielskich mężczyznach.


Ida Borejko – nawet nie wiecie jak trudno było mi wybrać jedną tylko postać z całej Jeżycjady! (dlatego wybrałam dwie.) Zdecydowałam się na Idę ze względu na jej ponadprzeciętną wieczną ironię i sarkazm – ale byśmy się dogadały! I obgadałybyśmy każdego, kogo byśmy mijały i buzie by się nam nie zamykały, bo Ida to gaduła pierwszorzędna. W sumie to mogłybyśmy założyć Ligę Ochrony Zwierząt Domowych i pilnować, żeby żadnemu psu czy kotu albo śwince morskiej krzywda żadna się nie stała. Jako broń stosowałybyśmy oczywiście zieloną farbę (kto czytał „Idę sierpniową” ten wie, kto nie, to goni do biblioteki po książkę.)


Melania Borejko – chociaż do Borejkowej mamy bardziej pasuje zdrobnienie jej imienia – Mila. Najcieplejsza i najcudowniejsza książkowa mama, jaką znam. Taka, która może nie zawsze przytuli i powie, że dobrze zrobiliśmy, ale która czasami krzyknie i da burę, bo widzi, bo popełniamy błąd. Ale zawsze będzie, co by się nie działo i będzie czekać w pogotowiu, żeby złapać swoje dzieci, kiedy spadają z piedestału, na którym się postawiły. I która hamuje upadek i która opatruje rany.
Zawsze czekam z niecierpliwością na nowe części Jeżycjady, ale w ostatnich latach i ze strachem, bo Mila i Ignacy są coraz starsi i boję się, że ich kiedyś autorka po prostu nam zabierze. A Jeżycjada bez Mili to już nie to samo.


Hana Marin „Słodkie kłamstewka” - zakupy z Haną to byłaby dopiero przyjemność! Przecież ona zna się na modzie jak nikt, doradziłaby mi tak dobrze, że na studiach wszystkim by oczy wypadły z orbit jakbym przyszła w nowej stylizacji! A przy okazji ktoś na pewno by nas śledził (bo Kłamczuchy były ciągle śledzone), więc i adrenalina by była i odrobina niebezpieczeństwa. Przygoda jak z filmu akcji po prostu.
  

Dorotka „Przyjaciółki” - jak ja uwielbiam tą kobietę! Jeśli oglądałyście premierę nowego sezonu to z pewnością słyszałyście jej najnowszy piękny tekst - „ja nie będę mieszać kaszy bez statusu narzeczonej!”. Ona jest taka zagubiona w tym swoim byciu najlepszą we wszystkim! Raz chce dziecka, kiedy znowu ma faceta z dzieckiem to narzeka, chce brać ślub, ale znowuż kto będzie chodził na randki jak nie ona?
Oj, z nią to i do klubu bym wyszła, mimo że nie lubię takich rozrywek. Ale z Dorotą? To nawet na koniec świata!


Tina Hakim Baba „Pamiętnik księżniczki” - bohaterka dwuplanowa, często pomijana, ale przecież Tina to kwintesencja nastoletnich amerykańskich zachowań; czytała romanse, zaplanowała, że straci dziewictwo po balu maturalnym (z tego co pamiętam to nie za bardzo jej ten plan wyszedł), miała ojca, który zabraniał jej chodzić na randki a w tym wszystkim była totalną romantyczką. Powiedzenie, że chciałabym z nią iść na zakupy i na wino to niedopowiedzenie – ja chciałabym zbadać jej mózg i odkryć, co się w nim kryło, że wierzyła niezachwianie w happy end i księcia na białym koniu.  


Ginny Weasley „Harry Potter” - ha! A każdy spodziewałby się, że wybiorę Hermionę, prawda? Otóż nie, z Hermioną raczej bym się nie dogadała, a Ginny mogłaby być ciekawą towarzyszką na całe popołudnie i wieczór. I przy okazji zapytałabym jaki jest Harry w te klocki, hym hym. I nie zapominajmy, że gdyby coś mi groziło to moja towarzyszka mogłaby palnąć kogoś upiorogancikiem. 

  
Bella Swan „Zmierzch” - powaga! Serio! Ale mam wobec niej niecne plany, spokojnie. Upiłabym ją tak, żeby wreszcie zaczęła żyć i przestała narzekać na wszystko, nawet na kształt swojego paznokcia. W sumie to byłoby dla jej dobra, w końcu gumka od majtek przestałaby jej się wrzynać w tyłek, bo na pewno z tego powodu ma ciągle tą swoją niezadowoloną minkę, i w końcu odetchnęłaby z ulgą. A może nawet i wybuchłaby w końcu szczerym, niepohamowanym śmiechem?


A na koniec słodkość! Nowy członek rodziny - Vuko. 


1 wrz 2015

"Polowanie na prezydenta" książka i film


   Oskari to dwunastolatek, który mieszka w niewielkiej fińskiej wiosce i który, podobnie jak kilkunastu innych chłopców, poddany będzie próbie odwagi i męstwa. Próba ta polega na wyruszeniu w fińską puszczę na jeden dzień i jedną noc, podczas których muszą upolować jakieś zwierzę, które będzie później świadczyło o tym, kim oni są. Niestety, w przeciwieństwie do kolegów, Oskari jest chuderlawy i słaby i niezbyt dobrze radzi sobie podczas polowań. Dodatkowo przytłacza go fakt, że jego ojciec przed laty upolował największą zdobycz w historii wioski – niedźwiedzia brunatnego – i teraz jego sława zostanie zweryfikowana przez poczynania jego jedynego syna.
Kiedy chłopcy przygotowują się do wyruszenia w puszczę, nad lasami przelatuje helikopter z mężczyzną o niecnych zamiarach, który chce zapolować na naprawdę grubego zwierza – na prezydenta Stanów Zjednoczonych. Niczego nieświadomy przywódca Ameryki leci w tym czasie swoim Air Force One i relaksuje się po ciężkim dniu.

   Po krótkim zamieszaniu, katastrofie lotniczej i ogólnej panice, prezydent w swojej kapsule ratunkowej ląduje pośrodku lasu i natyka się na niego nie kto inny jak Oskari, który pomaga mu się z niej wydostać. Mężczyzna zamierza w spokoju poczekać na żołnierzy, których wypatruje już na horyzoncie, jednak chłopiec przekonuje go, że nim ktokolwiek odnajdzie ich w tej gęstwinie miną długie godziny a ich życie znajduje się w niebezpieczeństwie. W co prezydent wierzy dopiero po kilku ostrzegawczych kulach, które przelatują mu koło głowy.  
   Rozpoczynają wtedy nierówny wyścig, bowiem goni ich nie tylko owy niecny zabójca, ale i jeden z zaufanych agentów przywódcy Ameryki, zdrajca przekupiony za duże pieniądze.

   Niekiedy wprawiało mnie to w zachwyt a czasami powodowało u mnie szyderczy śmiech, że dwunastoletni chłopiec zdołał uratować człowieka przed dwoma profesjonalnymi zabójcami, ale cóż... magia Hollywood nie takie cuda już tworzyła. Z pewnością postać Oskariego wzorowana była na typowym młodym człowieku sprzed kilku wieków, kiedy to chłopcy zamiast pokonywać kolejne poziomy w CS-ie i próbować po kryjomu jak smakują papierosy, uczyli się jak przetrwać w trudnych warunkach i jak radzić sobie bez pomocy rodziców. Być może twórcy filmu chcieli przekazać, że warto choćby w małym stopniu wrócić do tamtych tradycji, aby dzieci, wchodząc w dorosłe życie potrafiły zatroszczyć się o siebie same i żeby wiedziały, co to odpowiedzialność i odwaga. Albo po prostu chcieli zrobić dobry show i zarobić pieniądze.

   A czym różni się film od książki? Przede wszystkim tym, że w książce jedynym narratorem całej historii jest Oskari, nie mamy więc takiego szerokiego obrazu całych wydarzeń, jaki przedstawiony jest w filmie, gdzie znowuż każda postać jest bardziej rozbudowana i lepiej ją poznajemy. Wydawać by się mogło, że ta jednoosobowa narracja w książce jest wadą, ale pozory mylą - dzięki temu o ile film to przede wszystkim wartka akcja, pełna pościgów, złych chłopców i niebezpiecznych terenów górskich, o tyle książka skupia się bardziej na dorastaniu, na przemianie chłopca w dorosłego mężczyznę. A to dodaje jej wartości i sprawia, że jest czymś więcej niż tylko kolejnym zabijaczem godzin, o którym szybko zapomnimy. 

   Różnicę widać także w tym, że w filmie postać prezydenta była zdecydowanie bardziej męska i zaradna życiowo, w książce przedstawiony był raczej jako ciapowaty chłopina, który narzekał ciągle, że zgubił but. Samuel L. Jackson nadał tej postaci charakteru i sprawił, że uratował honor wszystkich przeszłych, obecnych i przyszłych prezydentów USA. Powinien z tej okazji dostać od nich bukiet kwiatów, albo przynajmniej dobrą whisky. 
Inaczej przedstawiona jest także postać Oskariego, który w filmie jest równie butny jak w książce, ale za to wydaje się być mniej opryskliwy. 

   Co zatem polecam? Jeśli liczycie na akcję i wybuchy to zdecydowanie film. Jeśli jednak szukacie czegoś więcej, jakiejś odrobiny pierwiastka mądrości to zdecydowanie sięgnijcie po książkę.