31 mar 2017

I znowu o imionach.


   Pisałam już wam raz o imionach, ale mój bzik na punkcie ich znaczenia i pochodzenia się pogłębił, więc uraczę was kolejną porcją wiadomości na ich temat. Przy okazji pochwalę się wam, bo jeszcze nie było okazji, że ostatnio zostałam mamą chrzestną małego Ignasia. A patrząc po znaczeniu jego imienia, wyrośnie mi na niezależnego indywidualistę i będzie śmiało kroczył przez życie. I dobrze, niech sobie bąbel mały radzi!

   Imiona obecnie są czymś oczywistym i pewnie zdziwi was fakt, że w starożytności sprawę tę traktowano nieco inaczej; w Egipcie wierzono, że imię należy zachowywać w tajemnicy, ponieważ osoba, która się go nauczy, będzie panowała nad daną osobą. Imię postrzegano wtedy jako źródło kierowania przeznaczeniem i dlatego też Egipcjanie posiadali dwa imiona – wielkie - tabu i małe - publiczne, które było używane przy innych.

   Znalazłam również informację, że pewne prastare wierzenia zakładały, że ilekroć człowiek wypowiedział swoje imię, oddzielał od siebie cząstkę swojej osoby i jeżeli powtarzał je bardzo często, to chudł. Chcecie szybko zrzucić kilka kilogramów? Powtórzcie swoje imię dziesięć tysięcy razy i efekt gotowy, bez głodówek i ćwiczeń! Aby zachować swoje ciało przy zdrowiu, bogaci obywatele – szczególnie Madagaskaru, bo stamtąd pochodził ten przesąd – zatrudniali niewolników, którzy wymawiali imię pana, w razie takiej potrzeby.

   Bez wątpienia imię miało funkcję swoistego rodzaju zaklęcia; według mnie nadal przejmuje się niektóre – nie wszystkie, w porządku – cechy swojego imienia, o czym kilkoro z was przekonało się na własnej skórze pod poprzednim postem tego typu. Nie zgodzę się z tym, że znaczenie imion ma taką właściwość jak horoskopy i każdy znajdzie tam opis własnej osoby. Czytając znaczenie imienia Monika, Klara czy Aniela kompletnie nie potrafię odnaleźć cech, które odnosiłyby się do mnie, jako do osoby.

   W XX wieku najczęściej nazywano córki Anna, Maria, Katarzyna, Krystyna, Zofia, Małgorzata, Agnieszka, Janina, Barbara i Ewa. Chłopców natomiast: Jan, Stanisław, Andrzej, Piotr, Józef, Krzysztof, Tomasz, Paweł, Tadeusz i Marcin. O ile w przypadku chłopców dwa pierwsze miejsca nadal świecą triumfy w dzisiejszych czasach, o tyle u dziewczynek ciężko już spotkać takie imiona. Sprawdziłam też, że od 2000 do 2008 roku najczęściej nadawanymi imionami dla dziewczyn były zawsze Julia i Wiktoria. Nieprzerwanie, przez osiem lat. Co więc musi się dziać teraz w klasach, gdzie jest po pięć Julek i po trzy Wiktorie? Po 2009 roku popularność Wiktorii upadła, ale nadal Julie i Jakuby tłumnie opuszczają polskie porodówki. Biorąc pod uwagę statystykę, ośmielę się wysnuć wniosek, że większość z was będzie miało zięcia/synową o takich imionach. Zobaczycie!

   Nie wiedziałam, że imię Marlena pochodzi zapewne z połączenia Marii i Magdaleny; co teraz łącząc ze sobą te imiona wydaje mi się to jasne jak słońce. Ostatnio jedna z was urodziła synka – Filipa. Sprawdziłam więc i znaczenie jego imienia; kobieto, Twój syn wyrośnie na pomysłowego i energicznego człowieka. Nie będzie bał się ciężkiej pracy, będzie umiał dogadać się z kobietami a te będą do niego lgnęły. Przygotuj się na bycie wspaniałą teściową!

   Natknęłam się ostatnio na piękne i mało spotykane imię Ilka – to osoby zdecydowane, tajemnicze, trochę nerwowe, ale przywiązujące dużą wagę do przyjaźni. W ogóle o tym imieniu jest dość mało wiadomo, a przynajmniej ja nie mogłam się dogrzebać do informacji.

   Katarzyny to bardzo nerwowe kobiety, które są bardzo inteligentne, ale mają skłonność brania wszystkiego do siebie. Nie mają zbyt wielu przyjaciół, ale starannie ich sobie dobiera, cieszy się szacunkiem tłumów a w życiu kieruje się szlachetnością i uczciwością. Nikodem fascynuje się tym, co niezwykłe i uparcie broni swoich racji, nawet jeżeli są one absurdalne. Jest pewny siebie, ambitny i energiczny i ma powodzenie wśród kobiet; samo znaczenie jego imienia oznacza ten, który zwycięża dla ludu. 

   Łukasz, a więc mój przyszły małżonek to – według znaczenia – osoba dokładna, pracowita i cierpliwa. Nie lubi hałasu, lubi pomagać innym, nie znosi konfliktów i jest niezwykle rodzinny. Jego życiową dewizą jest powoli, ale do celu i zawsze swoje cele osiąga. Ha, teraz możecie mi już zazdrościć jak dobrze trafiłam. Brawo ja!

   Nie zapominajmy jeszcze, że niektóre imiona mają swoje zagraniczne odpowiedniki. Polski Andrzej to oczywiście Andrew w Anglii, Andrea we Włoszech i Antero w Finlandii. Tka bardzo popularny Jakub to Jacob, Tiago w Portugalii i Jaakko u finów.

   Jeżeli jeszcze nie czytaliście o swoich imionach – polecam. Można nieźle się pośmiać i może trochę bardziej poznać siebie? 


28 mar 2017

PRZEDPREMIEROWO - Cela 7, czyli o tym jak kiedyś upadnie sprawiedliwość


  Zacznijmy od tego, że nie przepadam za książkami młodzieżowymi i zazwyczaj trzymam się od nich z daleka. Jednak czasami coś zainteresuje mnie na tyle, że wyciągam dłoń poza obrane schematy i sięgam po powieści, które teoretycznie nie powinny mnie interesować. A później to jest różnie – albo utwierdzam się w przekonaniu, że dany gatunek nie jest dla mnie, albo… no właśnie.

   Cela 7 to książka opowiadająca o tym, co może przytrafić się nam w przyszłości. Teraz każdy program telewizyjny zachęca oglądających do oddania swoich głosów, każda dyskusja publiczna okraszona jest napisem na srebrnym ekranie, który głosi zadzwoń, wyraź swoją opinię! Autora książki, Kerry Drewery poszła krok dalej i dała obywatelom władzę całkowitą. Władzę decydowania o życiu bądź śmierci.

   Martha ma szesnaście lat i z zimną krwią zabiła człowieka. A przynajmniej taką wiadomość podają wszystkie stacje telewizyjne. Dodatkowo, dziewczyna zabiła sławnego i cieszącego się sympatią widzów celebrytę. Znaleziono ją nad jego ciałem, z bronią w ręku, krzyczącą, że tak, to ona to zrobiła. Martha trafiła do więzienia, w którym ma przebywać tylko siedem dni. W ciągu ich trwania, wszyscy obywatele będą mieli możliwość zagłosowania czy nastolatka powinna zostać uniewinniona, czy zostać skazana i zabita. Oko za oko, ząb za ząb – starożytna zasada wraca jak bumerang, zmieniając tylko sposób decydowania o winie.

   Ta książka jest aż nazbyt autentyczna; patrząc na to, co obecnie dzieje się na świecie, wcale bym się nie zdziwiła, gdyby za kilka lat taka sytuacja stałaby się rzeczywistością. Przecież już teraz opinia publiczna ma wielką władzę i rządy nie raz uginają się pod jej naporem. Dlaczego więc nie zrzucić odpowiedzialności na zwykłych obywateli? Dlaczego nie dać im szansy, by poczuli się odpowiedzialni za czyjeś życie? Dlaczego nie umyć sobie rąk czyimś kosztem?

   Tyle tylko, że – pewnie jak byłoby to w rzeczywistości – władza, pozornie dając prawo obywatelom, sama wywiera na nich nacisk. Informacje przekazywane społeczeństwu nie są do końca prawdziwe. Manipuluje się faktami, przerysowuje się winy i przemilcza się zasługi osadzonego. W programie Sprawiedliwością jest śmierć, przedstawia się obywatelom taki obraz życia skazanego, żeby chcieli oni jego zguby. Żeby zaczęli czuć do niego nienawiść, obrzydzenie. Albo żeby poczuli potrzebę chronienia takiej osoby. Wszystko w zależności od tego, jakie rozwiązanie spodoba się władzy. Która, niczym aktor w teatrze, manipuluje marionetkami.

Teraz nie pytamy o dowody, nie pytamy nawet o motywy. To nie jest wymiar sprawiedliwości, tylko rzeźnia, otwarta na oścież dla korupcji, fałszerstwa, łapówkarstwa…

   To, co jeszcze mocno dręczyło mnie w tej książce to to, że każdy obywatel mógł wysłać tyle głosów za lub przeciw, na ile było go tylko stać – bogatsi mieli więc większą możliwość wydawania wyroku, biedniejsi, jeżeli chcieli chronić swoich bliskich, niesłusznie wtrąconych do Celi, nie mieli takich szans. A ceny też były niebagatelne, bo za połączenie telefoniczne obowiązywała najwyższa opłata (niesprecyzowana), SMS kosztował dodatkowo 5 funtów, głosowanie online to również koszt 5 funtów, po uiszczeniu wstępnej opłaty rejestracyjnej w wysokości 20 funtów. Czyli państwo dodatkowo zarabiało, a u nas z pewnością takie rozwiązanie w parlamencie świetnie by się przyjęło.

   Cela 7 to pozornie książka dla młodzieży, jednak jak dla mnie, powinien przeczytać ją i każdy dorosły. Przeraża, obiecując to, co kiedyś może się wydarzyć, jeżeli świat nadal będzie zmierzał w tym kierunku. Ludzkie życie będzie zależało od programu telewizyjnego, od nastawienia obcych ludzi. Nie od prawa, od jasnych reguł, ale od kaprysu osób trzecich siedzących w swoich ciepłych domach i bawiących się w Boga.
   Ciekawa jest również narracja, która przebiega w różnoraki sposób; raz jest prowadzona przez Marthę, raz przez doradcę dziewczyny a więc osobę, która ma jej pomóc pożegnać się z tym światem. Są jeszcze zapisy stenograficzne z programu telewizyjnego, w którym przeprowadza się wywiady i na bieżąco relacjonuje jak przebiega głosowanie. Dzięki temu książka jest bardziej dynamiczna, akcja wartka a to powoduje, że kartki przemijają jak szalone. 

   Premiera książki już jutro a na tej stronie - http://www.cela7.pl/ - można zgarnąć książkę aż 30% taniej, jeżeli wykona się kilka prostych zasad.

   Polecam i rekomenduję pełna nadziei, że kiedyś moja rekomendacja będzie tak ważna, jak rekomendacja samej Gesslerowej co do smaku pieczonej kaczki. 

26 mar 2017

Dzień dobry, północy. Dzień dobry, samotności


   Wyobraźcie sobie nagłą ciszę, która otoczyła świat. Nie ma telewizji, nie ma radia, o Internecie można tylko pomarzyć. Sklepy są opustoszałe, ulice również. Zostaliście tylko wy i zwierzęta, coraz bardziej przymierające z głodu. Temperatura osiągnęła minus trzydzieści stopni. Nikt nie wie co się stało. W sumie… nie ma kto wiedzieć. Zostaliście tylko wy i wasza samotność.

   Augustine i Sully to główni bohaterowie książki „Dzień dobry, północy.” W normalnych okolicznościach prawdopodobnie nigdy by się nie spotkali, ponieważ różniło ich wszystko – podejście do życia, nastawienie do ludzi, temperament i aspiracje. Augustine był naukowcem, w całości poświęconym swojej profesji. Gdzieś w dalekim świecie pozostawił kobietę i dziecko, które mu urodziła a którego nie widział nawet na oczy i wcale za nim nie tęsknił, bo jak można tęsknić za kimś, kogo się nie chciało? Siedemdziesięciolatek przeniósł się na Arktykę, gdzie badał kosmos i wszystkie jego tajemnice. Nie rozumiał ludzkich uczuć, miłość uważał za coś poniżającego i kompletnie niezbędnego, co tylko spowalnia ludzi w ich rozwoju. W chwili, gdy władze decydują się – nie wiadomo konkretnie z jakiego powodu – na ewakuację ośrodka badawczego, Augustine postanawia zostać. Nie chce się ratować, nie chce wracać do rzeczywistego świata. Nie obchodzi go co dzieje się z jego dzieckiem i jego matką, nie interesuje go los ludzkości. Pragnie tylko pozostać w tej ciemnej krainie skutego lodu i obserwować obsiane gwiazdami niebo. Jak się później okazuje, razem z nim w ośrodku pozostała mała dziewczynka, Iris. Augustin nie wie skąd się tam wzięła ani dlaczego o niej zapomniano. Potraktował ją jako oczywistości i trwali w tej zimowej ciszy, walcząc z własną samotnością.

   Sully jest astronautką, kobietą młodą i pełną nadziei na przyszłość. Właśnie wracała z misji na Jowisza, gdzie obserwowali Io – jeden z jego księżyców. Podczas misji powrotnej, razem z kolegami, próbowała skontaktować się z NASA, jednak ich wysiłki na nic się nie zdały – Ziemia milczała, otulona ponurą ciemnością. W radiowęźle słychać było tylko równomierny szum. Nie działały satelity, nikt nie próbował przekazywać nikomu wiadomości. Ziemia umarła a oni nie wiedzieli dlaczego.

   Ich losy się stykają; są jak rozbitkowie, którzy ostali się po wielkiej katastrofie i którzy stracili wszystko, chociaż już za „normalnych” czasów sami odsuwali się od bliźnich i szukali spokoju. W pewien sposób można więc powiedzieć, że ich najskrytsze marzenie się spełniło – nie było już nikogo do kochania, nie było nikogo, kto zajmował by im czas, nikogo, kto przeszkadzałby im obserwować niebo i trwać w bezruchu, chłonąć jego piękno i potęgę. Tyle tylko, że z czasem dotarło do nich, że samotność z wyboru a samotność przymuszona to dwie odrębne sprawy. Bohaterowie muszą zmierzyć się z samotnością a poprzez to i czytelnik zaczyna się zastanawiać, czy dałby sobie radę, gdyby nagle zabrakło wszystkich tych, którzy tworzą jego codzienność.

   Gdyby producenci zdecydowaliby się kiedyś nakręcić film na podstawie tej książki, to bez wątpienia byłoby to połączenie wspaniałego „Marsjanina” z nostalgicznym „Dawcą pamięci”. To piękna opowieść o tym, że człowiek tak naprawdę jest zwierzęciem stadnym, nawet jeżeli ucieka do swojej samotni i uparcie powtarza, że ludzie nie są mu do szczęścia potrzebni. To historia dwójki ludzi, których dopadło to, do czego zawsze dążyli – i nagle zdali sobie sprawę, że ich nirwana, ich sposób na szczęście absolutne jest szalenie zawodny.

„Biorąc pod uwagę jak długo żył, wydawało się zaskakujące jak niewiele przeżył.”

   Boję się samotności najbardziej na świecie. Szczerze, to boję się jej bardziej niż śmierci. Pewnie dlatego ta książka stanie się jedną z najważniejszych pozycji w moim domu. Dzięki niej będę pamiętała, żeby nigdy nie odtrącać nikogo bliskiego, bo kiedyś, w pewnym momencie może się okazać, że tych osób zabraknie a ja zostanę z taką ilością wolnego czasu, którego niczym nie zdołam zapełnić. Tylko wspomnieniami, które w takiej sytuacji staną się upiorne, bo uparcie będą przypominały o tym, co miałam w garści i co mi z niej wyleciało. 

24 mar 2017

Typy panien młodych - część pierwsza


   Dzisiaj, zaraz przed weekendem mam dla Was humorystyczne zestawienie typów panien młodych, jakie można spotkać na tym ziemskim padole. Jeżeli byłyście, jesteście lub będziecie którymś z tych typów, to nie czujcie się urażone, bo biorę z nich to, co najgorsze a nie to, co najlepsze.

   Panna Budżetowa – tnie koszty jak tylko się da. Paradoksalnie takie kobiety mają najczęściej pieniędzy jak lodu, ale oszczędzają dla samej frajdy oszczędzania. Do ślubu pójdą w starych szpilkach, bo po co inwestować w nowe, suknię ubiorą po kuzynce, która brała ślub przed dziesięciu laty, a Młodemu kupi nowy garnitur, ale z zastrzeżeniem, że będzie go miał od razu na chrzciny dziecka i do trumny, co by się inwestycja zwróciła…

   Princessa – już w przedszkolu zaczęła tworzyć notes z planami tego jedynego, najważniejszego dnia w życiu. Wie jaką ubierze suknię, wie, że do kościoła pojedzie bryczką zaprzęgniętą w białe rumaki i wie, że do ołtarz poprowadzi ją ojciec, ubrany w surdut. Już od gimnazjum rozglądała się za idealnym chłopakiem, który wpisze się w jej wizję. Byle nie rudy, bo jego włosy będą się gryzły z fuksjowymi dodatkami, które leżą już gotowe w szafie w jej pokoju.

   Perfekcjonistka – wszystko musi być idealne. Nawet księdza celebrującego mszę potrafi wysłać trzy dni przed ślubem do fryzjera, żeby wyglądał porządnie i ładnie prezentował się na zdjęciach. Perfekcjonistka niczego nie pozostawia przypadkowi – nad wszystkim panuje. Gdyby mogła, ubrałaby każdego z gości, żeby się kolorystycznie nie gryźli na zdjęciach…

   Pesymistka – ona wie, że coś się nie uda. Orkiestra się upije, zabraknie światła, pan młody zacznie obłapiać świadkową a ksiądz pomyli ich imiona… Dla niej dzień ślubu jest najtragiczniejszy w życiu, bo zamiast cieszyć się, że oto ma męża, ona wypatruje na horyzoncie potencjalnych katastrof. A jeżeli żadna się nie przytrafi to jest niepocieszona i nie wie, jak to mogło się stać!

   Oryginalna na siłę– może wcale nie lubić nowoczesnych form i może być fanką tradycyjnego rosołu i schabowego, ale na wesele wybierze pieczone polędwiczki z dzika w sosie szafranowym i ubierze suknię pełną geometrycznych wzorów i piór. Wszystko po to, żeby się wyróżnić i żeby cała rodzina zapamiętała, że to ona, właśnie ona, nikt inny, była oryginalna!

   Wspominkowa – zamiast skupić się na dniu wesela, ona wspomina. Zaręczyny, moment wybierania sali i orkiestry i opowieści babci, jak to jej rodzice się poznali. Chce, żeby cały ten dzień był ukoronowaniem wszystkich jej najpiękniejszych wspomnień, ale niestety często zamiast cieszyć się ślubem, spędza go na wspominaniu tego co już było.

   Wypominkowa – zanim kogoś zaprosi, zastanowi się czy dana osoba nigdy nie zrobiła jej nic złego. W tym celu cofnie się cztery pokolenia wstecz, przepyta całą wieś o dane personalne osoby oraz jej intencje i jeżeli taki delikwent nie będzie miał niczego na sumieniu – wręczy zaproszenie. A jeżeli stwierdzi, że taka osoba nie zasługuje na miejsce przy jej weselnym stole – skomentuje to na tyle głośno i dobitnie, żeby i w sąsiedniej miejscowości wiedzieli, że ktoś nie dostąpił zaszczytu otrzymania ręcznie tłoczonego zaproszenia ślubnego. Zresztą osoby uczestniczące w weselu muszą na wszystko uważać, bo inaczej zostaną srogo obgadani po uroczystości. I z pewnością zostanie im wypomniane ile włożyli w kopertę...

   Podziękujmy za wszystko – o matko moja, jak ja takich osób nie mogę. Podziękowania dla rodziców, chrzestnych i dziadków jakoś rozumiem – chociaż z trudem, ale niekiedy widziałam na forach pomysły z podziękowaniami dla kuzynki, bo tydzień prędzej obchodziła czwartą rocznicę ślubu, albo podziękowania dla księdza, za to, że odprawił młodym ślub. Obecnie dziękuje się już nawet za to, że osoby niezaproszone na wesele przyjdą do kościoła – serio! Sama byłam zdziwiona, więc zbierzcie paszczęki z parkietu. I uprzedzając pytania – takim osobom, które przychodzą tylko do kościoła, dziękuje się zazwyczaj butelką wódki i … migdałem.

   Roszczeniowa – największym przywilejem jej teściów i rodziców jest to, że mogą zapłacić za jej wesele. Ona nie rozumie tych, którzy chcą płacić sami, no bo jak to tak unieszczęśliwiać rodziców i nie zabrać im tych trzydziestu tysięcy złotych, które na pewno mają i pragną przeznaczyć na wesele swoich ukochanych dzieci? A dzieci w takim wypadku nie próżnują – zapraszają dwieście osób, zamawiają fotobudkę, trzech fotografów, ośmiu kamerzystów a do kościoła podjeżdżają samochodem za kilka tysięcy. A w podziękowaniu za to wszystko dadzą rodzicom wino, kawę i pudełko czekoladek. Ewentualnie statuetkę „jestem najlepszą mamą Magdy!” – jak gdyby ta przykładowa Magda miała więcej mam…

   Tych typów jest tak dużo, że chyba muszę je rozdzielić na dwie części… Poza tym – piszcie jakie wy znacie typy kobiet wychodzących za mąż. Z pewnością wezmę pod uwagę i wasze propozycje w dalszej części! Podsumowując zaś część pierwszą mogę powiedzieć tylko tyle: 


21 mar 2017

Książka, która was otumani - "Obserwując Edie"

   
Edie i Heather były niegdyś najlepszymi przyjaciółkami, chociaż różniły się od siebie jak dzień od nocy; Edie była bardziej przebojowa, lubiana i odważna, Heather zaś pozostawała zawsze w cieniu i była uważana za dziwaka. Sama nawet uważała się za kogoś gorszego, obarczonego winą za śmierć jednej z najbliższych jej osób.

   Obie miały trudne relacje z rodzicami; o ile Edie miała tylko schorowaną matkę, zgorzkniałą w swoim kalectwie i niemożności bycia tym, kim była przed laty, to jej przyjaciółka miała oboje rodziców, ale żadne się nią nie interesowało – tęsknili za tragicznie zmarłą młodszą córeczką. W jej domu ciągle było słychać stukanie zegarów a były ich setki; oprócz nich po pokojach roznosiła się tylko cisza i niemy wyrzut matki, że to nie ona zginęła a mała i słodka Lydia.

   Ich przyjaźń nie trwała długo i zakończyła się burzliwie; toksyczna więź pełna zazdrości, zdrad i kłamstw pozostawiła w obu dziewczynach niezagojone blizny. Po wielu latach, kiedy każda próbowała ułożyć życie po swojemu – z dala od tej drugiej, wydarzyło się coś nieoczekiwanego. Ciężarna, samotna Edie, która nie mogła poradzić sobie z życiem otworzyła drzwi i zobaczyła tam Heather. Jej uczucia dalekie były od radości; czuła niepokój, strach i niezrozumienie. Nie miała pojęcia, dlaczego ta dziewczyna znowu ją zachodzi, czego od niej chce i dlaczego pojawia się właśnie w tym momencie… A Heather miała plan i powili, sukcesywnie wcielała go w życie…

   Powieść prowadzona jest dwutorowo – teraźniejszość opisywana jest przez dorosłą Edie i w tej opowieści Heather jawi się jako zła i psychopatyczna osoba, natomiast przeszłość opisuje młoda Heather – i tam to Edie jest tą złą, sprowadzającą na manowce i oszukującą. Muszę przyznać, że na początku byłam lekko pogubiona i nie mogłam zrozumieć przemiany tych dziewcząt – to tak, jakby z biegiem lat zamieniły się osobowościami. Trudno mi było zrozumieć jak taka dziewczyna jak Edie mogła się zapaść w sobie, jak mogła pokonać ją dorosłość i odpowiedzialność za małe życie. Z kolei ciężko było mi uwierzyć i w przemianę drugiej z kobiet; z zastraszonego, dziwacznego kaczątka miałaby wyrosnąć na poukładaną, odpowiedzialną kobietę?

   Jest to bardzo niepokojąca książka. Wywołuje w czytelniku drżenie emocji, niestabilność, przestrach i niepokój. Pokazuje również, że nikt nie potrafi tak dobrze i precyzyjne zranić, jak były przyjaciel, osoba, która zna wszystkie słabości drugiej strony i w furii i nienawiści nie zawaha się ich odpowiednio użyć. „Obserwując Edie” to thriller w najczystszej postaci; nagle zaczyna spoglądać się na swoich bliskich z uwagą i zastanawiać się, czy i oni byliby do tego zdolni, gdybyśmy ich dostatecznie zranili. Czy staliby się nagle naszymi największymi wrogami i próbowali zniszczyć nam życie, uśmiechając się przy tym serdecznie i udając, że podają nam pomocną dłoń? Czy ludzie zdolni są do takich czynów? Czy można zrozumieć tych, którzy się mszczą?

„Im dłużej Heather jest u mnie, tym trudniej mi sobie wyobrazić życie bez niej.”

   Jeżeli macie ochotę na pozytywną, radosną powieść, pełną mocnej i życzliwej przyjaźni, to nie sięgajcie po „Obserwując Edie”. To tytuł pełen kłamstwa, brutalności i realizmu w relacjach międzyludzkich. Po lekturze będziecie czuli, że wasza dusza się lepi od tego całego brudu pokrywającego niegdyś czyste uczucia sympatii i miłości. Książka was otumani, sprawi, że zaczniecie inaczej patrzeć na swoich najbliższych. Krew zacznie szybciej krążyć w waszych żyłach a każdy dzwonek do drzwi sprawi, że ogarnie was niepokój. Przygotujcie się. Będzie mocno. 

20 mar 2017

Jaka jest miara prawdziwej przyjaźni?


   Czytałam ostatnio książkę, w której od kobiety odszedł mąż, więc jej przyjaciółka bez zastanowienia rzuciła wszystko co robiła, zostawiła dzieci pod opieką teściowej, męża pod opieką samego siebie i wsiadła w najbliższy samolot, po czym przeleciała pół Ameryki, żeby móc potrzymać swoją przyjaciółkę za rękę. W pewnym serialu natomiast przyjaźń pomiędzy mężczyznami była tak silna, że gdy jeden z nich umierał na zdradzieckiego raka, drugi rzucił całe swoje życie – karierę, mieszkanie, związki – i wyjechał z nim w ciepłe kraje, aby mogli spokojnie się pożegnać przed nieuchronną śmiercią.  

   Co jednak wtedy, gdy nie ma żadnych katastrof, żadnych nadzwyczajnych okoliczności? Gdy brak jest otoczki dramatyzmu i toczy się zwykłe, powolne życie? Są pewnie takie pary przyjaciół, które widzą się codziennie. Które nie wyobrażają sobie dnia bez napisania do siebie chociażby jednego sms-a, zatelefonowania. Cóż, moja przyjaźń jest inna. Nie rzucamy wszystkiego, żeby się ze sobą zobaczyć co drugi dzień, nie wpadamy do siebie o północy z butelką wina, bo on powiedział, że jego była miała ładniejsze nogi. Bywa, jak teraz, że nie widzimy się przez miesiąc i tylko czasami wymienimy kilka słów. Nie oczekuję od niej, że wszystko rzuci i przybiegnie, bo nagle mam kaprys się spotkać i obejrzeć głupi babski film. Prawdę mówiąc, to my razem obejrzałyśmy tylko jeden film i była to ostatnia część Bridget Jones. Ale mimo, że odbiegamy od hollywoodzkiego wzorca to wiem, że jakbym zadzwoniła do niej kiedyś zasmarkana w środku nocy, to po tym jak by się już przebudziła, powiedziałaby mi, żebym poszła spać a rano wszystko będzie wyglądało inaczej, lepiej. I że ona to obiecuje.

   Najbardziej w przyjaźni uwielbiam to, że nie robi się z niczego problemów, wielkiej sprawy. Jestem złośliwa, lubię dogryzać a ona o tym wie i nawet się nie przejmuje, kiedy po raz kolejny powiem w żartach coś, o co ktoś inny strzeliłby focha jak stąd do samej Moskwy. Nie przeszkadza mi, że zawsze woła mnie po nazwisku, którego nie znoszę i zazwyczaj odebrałabym to jak zniewagę – ale w tym przypadku w ogóle mi to nie przeszkadza. Lubię w niej to, że nie jest mi głupio jak siedzimy i po prostu milczymy, nie staramy się na siłę wymyślać nowych tematów. Lubię to, że czasami wystarczy, że na siebie popatrzymy i już wiemy, co tej drugiej chodzi po głowie. Lubię to, że obie zaczynamy dorosłe życie i możemy sobie napisać, że mieszkanie z facetem to istne skaranie boskie, bo wszędzie walają się chipsy, kombinerki i skarpety, ale w sumie to nie mamy tak źle, że oni trafili gorzej. Lubię to, że nieważne jakie wino kupimy na babskie spotkania, każde będzie nam smakowało. Lubię to, że rozumiemy swoją indywidualność, to, że każda z nas ma swoje życie i że nas ono zajmuje. Lubię w końcu to, że ona po prostu jest i że mogę być w każdej ważnej chwili jej życia.

   Uwielbiam to, że jak spotykamy się w czwórkę, z naszymi facetami, oni próbuję coś opowiadać a my radośnie krzyczymy, że już to wiemy, już zdążyłyśmy sobie to opowiedzieć. Ostatnio jej mąż narzekał żartobliwie, że ona o wszystkim mi mówi i pewnie nie zdążyła jeszcze powiedzieć, że poprzedniego dnia kupili odkurzacz. Odpowiedziałam, że wiem, zielony, wysyłała zdjęcie.
Kiedy pracowałyśmy razem przy liczeniu towarów w nocy w markecie, była to raczej zabawa niż faktyczna praca. Jak wspólnie opiekowałyśmy się dziećmi na dmuchanych zjeżdżalniach, też traktowałam to raczej w kategoriach dobrej rozrywki, bo zawsze po pracy był czas na kilka minut głupiej zabawy.

   To do niej zadzwoniłam dwa lata temu i powiedziałam, że się cholera zakochałam i to ona pierwsza wiedziała o zaręczynach. Byłam świadkową na jej ślubie a za trzy miesiące to ona będzie pełniła tę rolę u mnie. Pewnie za kilka lat, kiedy ginekolog powie mi, że będę miała dziecko to do niej zadzwonię jako pierwszej i oznajmię, że zostanie ciocią. A dla jej dziecka będę najlepszą i najukochańszą ciotką jaką można sobie tylko wymarzyć.

   Wczoraj moja przyjaciółka miała 25 urodziny. I z całego serca, szczerze jak nigdy i nikomu, życzę jej spełnienia wszystkich marzeń, tych mądrych i tych głupich. Żeby musiała zbierać brudne skarpety męża z podłogi jak najdłużej i żeby zamieszkał z nimi ten mały mopsik, którego sobie wymarzyła. Żeby nigdy nie zabrakło jej wina i ciecierzycy, którą tak lubi.

   Justyna, kiedyś wybierzemy się we dwie nad to morze pociągiem. Obiecuję! 

16 mar 2017

Mróz zelżał - Zaginięcie.


   Kiedy starzy znajomi odzywają się do ciebie po kilku latach, to nigdy nie wróży niczego dobrego. Albo dowiedzieli się, jak dobrze ci się powodzi i z chęcią pożyczą sobie piętnaście tysięcy na konieczną i niezbędną korekcję biustu, albo też dowiedzieli się, jak źle ci się powodzi i chcą się podbudować, patrząc na twoją biedę i brak kuchni indukcyjnej. Kiedy do Joanny Chyłki telefon dzwoni w środku nocy, wie, że nie są to dobre wieści. Tyle, że Chyłka – w przeciwieństwie do reszty ludzkości – lubi złe wieści, bo to oznacza dla niej pracę.

   Jej koleżanka z licealnych czasów, Angelika i jej mąż Awit, zostali oskarżeni o skrzywdzenie własnego dziecka. Mała Nicola zniknęła z ich pilnie strzeżonego domu i ślad po niej zaginął. Jako że małżeństwo włączyło alarm o 19 i od tamtej pory nikt z domu nie wychodził ani nie wchodził, co zarejestrował system komputerowy, nie było możliwości, by osoby trzecie były w to zamieszane. Sprawa wydawała się być prosta. Jednak śledztwo prawniczki i jej aplikanta, Kordiana, zwanego Zordonem, odkrywało nowe karty w tej nierównej grze z wymiarem sprawiedliwości.

   Poprzednią książką Kasacją byłam wprost oczarowana i połknęłam ją w kilka godzin; w tym przypadku nie było już tak dobrze. Zaginięcie na początku mnie zawiodło; wydawało mi się, że pierwsza część książki jest napisana jakby na kolanie, na siłę, bez konkretnego pomysłu. Na właściwe tory Mróz wskoczył dopiero w momencie, gdy Kordian zawiązał dziwną i niepokojącą chwilową przyjaźń z przemytnikami. W tym momencie poczułam, że to ten sam pisarz, który oczarował mnie w Kasacji. 

„Nikt ze sobą nie taszczy całej prawdy o swoim życiu.”

   Nie spodobało mi się jeszcze zbytnie odejście od faktycznego wizerunku sądów i przebiegu całej rozprawy; wprawdzie autor w posłowie zaznaczył, że było to niezbędne dla poprowadzenia fabuły, ale gryzło się trochę z tym, co tak mi się spodobało w Kasacji – że można napisać świetną fikcję, opierając się na faktach. Tutaj niestety tego zabrakło, chociaż osoby, które nie są zaznajomione z funkcjonowaniem sądów, prawdopodobnie nie będą się tym zbytnio przejmować.

   Wracając do tego, co w książce najlepsze, a więc postaci, muszę się z wami podzielić moimi przemyśleniami - Chyłka mogłaby być moją starszą siostrą – jej poziom ironii i sarkazmu jest szalenie podobny do mojego i myślę, że razem świetnie byśmy się dogadały. I wspólnie dogryzałybyśmy Zordonowi, który czasami faktycznie zachowuje się jak ciapciak a nie jak pełnokrwisty facet. Czekam na moment, aż Zordon odnajdzie w sobie coś na kształt wewnętrznej bogini – wewnętrznego boga? – i w końcu trzaśnie pięścią w stół, każe Chyłce się zamknąć i powie to, co myśli. Albo ewentualnie porwie ją w końcu w ramiona, bo jednak czekam na ten rozwój ich związku, którego niby nie ma, ale jednak jest.
   Drugim moim ulubionym bohaterem, zaraz po Joannie, jest McVay, którego w tej części też jest trochę mniej niż wcześniej, ale mam nadzieję, że jeszcze doczekam się jego wkroczenia na scenę w pełnej krasie i z całym jego angielskim spokojem i wyrafinowaniem. Nie lubię za to Żelaznego, bo mi się kojarzy mi się z nielubianym w dzieciństwie sąsiadem, który na moich pięcioletnich oczach zabił kaczkę i się śmiał, że jeszcze nigdy wcześniej tego nie widziałam. Chociaż Żelazny chyba nie z tych, co by kaczkę zabijali... 

   Podsumowując, Zaginięcie trochę mnie rozczarowało, ale cóż, mam nadzieję, że kolejna książka Mroza na nowo sprawi, że uznam go za jednego z lepszych współczesnych polskich autorów. Jak na razie, jestem nastawiona sceptycznie. Ale i Chyłka ma czasami gorsze dni, prawda?

14 mar 2017

Typy żon. Losie, mniej w opiece mężów naszych.


   Kilka tygodni temu przedstawiłam wam typy mężów. Niedawny remont, który przeprowadziłam w swoim niewielkim mieszkaniu sprawił, że miałam dużo czasu na dumanie. Wiecie, malując trzykrotnie listwy przysufitowe – bo oczywiście malowałam je totalnie krzywo i wychodziłam poza linię – człowiek ma czas zastanowić się nad różnymi ciekawymi aspektami otaczającego go świata. Dumałam nad tym, jakie istnieją typy żon. Z moich licznych obserwacji wynikła taka oto lista:

   Żona, która nic nie robi, ale robi wszystko – na co dzień zalega tylko na kanapie i przegląda wszelkie portale społecznościowe, nie przejmując się, że w domu bałagan, dzieci płaczą a mąż wrócił po czternastu godzinach pracy w kopalni. Przecież ona jest zmęczona! Sytuacja zmienia się diametralnie w momencie, gdy przychodzą goście – ah, wtedy taka żona to robi wszystko! Posprząta, przygotuje piętnaście sałatek, osiem zakąsek i jeszcze zaserwuje dwudaniowy obiad a później będzie brylować przy gościach, że ona to wszystko zrobiła sama i jeszcze zdążyła nauczyć młodsze dziecko rymowanki „Sroczka kaszkę ważyła” a starsze rozwiązywać równania całkowe. I mężowi koszulę wyprasowała!

   Żona, która jest wdzięczna mężowi za to, że może być żoną – inaczej mówiąc, przylepa. Jej życiową misją było zostać żoną i robi wszystko, żeby odwdzięczyć się małżonkowi za to, że założył jej obrączkę na palec.  Za ten kawałek metalu zrobi wszystko – od wstawania co rano i gotowania krupniku, bo mąż sobie zażyczył, od oddania nerki teściowej, bo stara się już jej znudziła.

   Żona, która żoną nie chce być – ona się w małżeństwie męczy, czuje się jak w klatce i głowi tylko, jakby się z tego wykaraskać. Myślała zapewne, że małżeństwo to wspaniała przygoda, porównywalna to zdobywania nieodkrytych terenów dzikiej Amazonii a w efekcie okazało się, że jest to spacerek po polnej polskiej drodze, gdzie nie ma nic pasjonującego.

   Żona-polka – trochę jak matka-polka, jednak w tym wypadku jej dzieckiem jest mąż. On nie potrafi sam niczego zrobić, przynajmniej w jej opinii. Obiad trzeba podłożyć mu pod nos, skarpetki i spodnie do pracy wyprasować i położyć w widocznym miejscu, żeby sobie nieborak poradził przed wyjściem na placówkę a w razie igraszek łóżkowych ona przejmuje całą inicjatywę, żeby się czasami facet nie przemęczył i nadwyrężył sobie kręgosłupa. Problem pojawia się w momencie, gdy rodzi się dziecko, bo wtedy mężczyzna jest odsuwany na bok i kompletnie nie wie, jak zrobić sobie herbatę.

   Żona chrząkająca – ona nigdy nie krytykuje, nigdy nie jest niezadowolona. Ona tylko znacząco chrząka. Kiedy śmieci zaczynają żyć własnym życiem i wędrować żwawym krokiem po kuchni, ona nie ma pretensji do męża, że ich nie wyniósł. Ona tylko stoi i chrząka a to chrząkanie roznosi się echem po całym domu.

   Żona- rebus – czyli nigdy nie wiadomo o co jej chodzi. W poniedziałek chce wybrać się do kina na film z Bradem Pittem, bo go uwielbia, jest taki męski i cudowny a w środę oznajmia, że Pitt (imienia już nie używa, żeby było bardziej oschle) to świnia i patafian w jednym. Przez pół życia uwielbia znajomych swojego męża aż pewnego dnia stwierdza, że jednak oni są dziwni i nie ma po co się z nimi spotykać. Jej humor nie zależy nawet od jej cyklu, ani od faz księżyca a jedynie od dziwnego, nikomu nieznanemu splotowi wydarzeń i myśli, które zakiełkowały w jej głowie.

   Żona, córcia tatusia – damska wersja maminsynka. Córcia tatusia ma zawsze ostatnie zdanie w kłótni i brzmi ono: powiem tacie! Jakoś zawsze bywa tak, że ich ojcowie to postawni, groźni wojskowi albo znawcy wschodnich sztuk walki a nigdy nie jest to pucołowaty, spokojny marzyciel. Dziwne, prawda?

   Żona „on nie pije!” – oh. Takich żon pojawia się ostatnio coraz więcej. Jej dłoń ma refleks strzelca wyborowego i jak tylko zobaczy kątem oka, że nad kieliszkiem mężowskim pojawia się butelka z wódką, zakrywa go i krzyczy „on nie pije!”. Nie, nie jest alkoholikiem, po prostu po co ma pić i się dobrze bawić, kiedy jest mężem? Niech pije co trzeci kieliszek, żeby całkiem nie zmarkotniał, ale resztę kolejek powinien odpuścić, bo jakie on daje świadectwo o niej, żonie, kiedy tak rubasznie się śmieje i żartuje? 

   Żona idealne - mityczny byt, który niczym Złoty Graal jest wiecznie przez mężczyzn poszukiwany, ale  zawsze okazuje się, że to co błyszczało się jak Graal okazało się marną podróbką okraszoną podpisem made in China. Żon idealnych nie ma, tak jak nie ma mężów idealnych, chociaż niektórzy lekko zbliżają się do ideału. I w tym cały sęk - trzeba odnaleźć taką osobę, która będzie w nas widziała chociaż odrobinę Złotego Graala Współmałżonka. Bo inaczej jak to wszystko ma się udać? 

   Aż strach pomyśleć jaką ja będę żoną. Miejmy nadzieję, że mitycznym Złotym Graalem. 
A może znacie jeszcze jakieś typy? Piszcie. 


8 mar 2017

Jestem kameleonem!

   Dzisiaj się uzewnętrznię i pokażę kilka swoich twarzy. Udowodnię wam, że jestem kameleonem.

   Czasami, kiedy spotyka się kogoś po latach mówi się niezbyt szczere: „ale się zmieniłaś!”. Cóż w moim wypadku taki okrzyk jest jak najbardziej na miejscu, bo w przedszkolu, podstawówce i w gimnazjum byłam znana jako słodka blondyneczka o włosach płowych niczym Szwedka. Tyle, że zimna nie lubiłam i nie lubię. Teraz zaś mam włosy ciemnobrązowe, co diametralnie zmienia mój wygląd. Ale żeby było ciekawiej, po drodze sporo, naprawdę sporo eksperymentowałam i aż dziw, że włosy nie spakowały walizek i nie wyprowadziły się z mojej głowy. Zapraszam na historię moich włosów.

Rok 1995. 
Miałam lat pięć, ukochanego psa i liche blond włoski, na których moja mama zawsze wiązała ogromne niebieskie lub czerwone kokardy i chyba dlatego do dzisiaj mam uraz do takich ozdób. Jasne jest, że wtedy w ogóle o nie nie dbałam, bo nawet nie wiedziałam, że powinnam, miałam dopiero trzy lata i ledwo ogarnęłam jak komunikować się ze światem zewnętrznym.

Rok 2009.
Pierwsze kombinacje z kolorem i w efekcie wyglądałam jak blondopodobny skunks. I jeszcze ta kredka czarna wokół oczu! Pojęcia nie mam, co ja wtedy miałam w głowie, ale byłam nastolatką, więc można mi wybaczyć taką prezencję.

Rok 2011.
Postawiłam na brąz i mogłabym już przy tym kolorze wtedy zostać, ale mi zamarzyło się kombinować dalej....

Lato 2015.
Co robi kobieta, kiedy obleje egzamin na prawo jazdy? Idzie z marszu do fryzjera i każe sobie zrobić grzywkę! Męczyłam się z nią przez kilka miesięcy, teraz na szczęście nie ma po niej śladu. Wyglądałam jak młoda pieczarka.

Wrzesień 2015.
Grzywka + czerwień. Miałam jakąś fazę przejściową, nie chcę o tym pamiętać.

Listopad 2015.
Zamarzyło się narzeczonemu mieć rudą kobietę, w efekcie miał czerwonowłosą. Kolor był ładny, jedyny minus był taki, że spłukiwał się bardzo szybko i wyglądałam strasznie - mam zdjęcie dla potwierdzenia, ale nie pokażę, bo byście się za bardzo wystraszyli. 

Kwiecień 2016.
Ruuuudy! 

Maj 2016.
Wracałam do brązu. I nie, wtedy takie krótkie nie były, po prostu mi się zawinęły. Później faktycznie je obcięłam. Sama. Z 5 centymetrów, bo stwierdziłam, że pora coś w życiu zmienić. Ale spokojnie, już urosły! W tle przyszły mąż, możecie sobie go pooglądać. 

2017.
Ta-dam! Tak jest teraz i prawdopodobnie tak już zostanie. Chyba, że znowu postanowię coś zmienić i przejdę cały maraton kolorów włosów. 

A wy ile razy zmienialiście kolor swoich włosów? Piszcie!

6 mar 2017

Co najgorszego może spotkać matkę?


„Zawsze myślałam, że najgorsze, co może spotkać matkę to śmierć dziecka. Myliłam się.”

   Codzienna poranna krzątanina; ojciec pospiesznie nalewający do kubka gorącą kawę, matka biegająca ciągle w szlafroku, szykująca kanapki dla swoich trzech córek. Kłótnie o pożyczoną bluzkę, siostrzane dogadywanie, prychający z wysokiej szafy stary kot. Codzienność, zwykłość. Obraz, który w tysiącach domach jest czymś normalnym a przez to niedostrzegalnym. I dopiero kiedy ten obraz się traci, zaczyna się doceniać te wspólne minuty spędzone przed maratonem codziennych zajęć. Gorzki posmak kawy w gardle, śmiech córek, wesołe spojrzenie żony, miękkość kociego futra.

   Ben i Julia byli rodzicami trzech wspaniałych córek; oczywiście zwykle postrzegali to inaczej, bo trud związany z wychowaniem dorastających istot jest zbyt wielki, żeby mieć czas na tak wspaniałomyślne i górnolotne przemyślenia. Ot, czasami popatrzyli z czułością na swoje dzieci i stwierdzili, że się im udało. Zazwyczaj jednak uważali, że te małe rozwydrzone istoty, które zesłał im los, kiedyś się wyprowadzą, założą swoje rodziny i będą ich tylko sporadycznie odwiedzać.

   Pewnego wieczora otrzymali telefon od policji; ich środkowa córka, Caitlyn zginęła w wypadku samochodowym. I mimo, że była to wielka tragedia, bo żaden rodzic nigdy nie powinien dożyć śmierci swojego dziecka, nie to w całej historii było najstraszniejsze. Sprawcą wypadku była Haley, najstarsza z rodzeństwa. Jak można nadal kochać dziecko, które sprawiło, że drugie z nich odeszło na zawsze? Jak można ze szczerością, z ulgą przytulić do siebie tą rozdygotaną istotę i powiedzieć – wybaczam ci? Jak można na nowo posklejać rodzinę, kiedy nawet nie ma się siły wstać w łóżka i odgonić głupiego żalu?

   Julia zatraciła się w swojej żałobie. Starała się pokazywać Haley, że nie ma do niej żalu, że rozumie, że był to głupi wypadek, śliska droga, zła widoczność, szczęście, że nie zginęły obie, że chociaż ją oszczędził los. Ale wszystkie jej słowa płynęły jakby przez szybę. Dziewczyna zaczęła walczyć z całym światem, z wszystkimi zasadami, z samą sobą. W końcu Julia postanowiła zabrać Haley w podróż, żeby na którejś z amerykańskich dróg nauczyły się sobie wybaczać. Żeby znalazły gdzieś tam siłę, żeby móc dalej żyć.

   „Julia i jej córki” to historia o trzech kobietach i jednym mężczyźnie, którzy muszą nauczyć się podnosić po upadku. Każdy z bohaterów jest inny i mimo, że autorka daje głos tylko kobietom, to gdzieś tam z tyłu majaczy się postać ojca, głowy rodziny, który chyba najmniej sobie z tym wszystkim radzi i dlatego ucieka. W pracę, w kolegów, w picie, byle dalej od domu, byle smutek został za nim. Julia z kolei to postać bardzo krucha, delikatna, ale przez to że jest matką, ma w sobie niewytłumaczalną siłę do walki. Bo wiecie, matka zawsze zrobi wszystko, żeby ratować swoje dzieci, nawet kiedy sama jest zraniona i Julia to robi. Pomimo bolącej duszy wsiada ze swoimi córkami do samochodu i wyruszają w wielokilometrową podróż, aby gdzieś tam na końcu znaleźć mityczny koniec tęczy i ukojenie.

   Haley, sprawczyni wypadku, to najbardziej tragiczna postać z jakąś miałam okazję się spotkać w ostatnim czasie. Nie jest łatwo być nastolatką i nie jest łatwo być człowiekiem, który obwinia się o śmierć siostry. Dlatego dziewczyna się tnie, robi wszystko na opak, na przekór, żeby…. No właśnie, po co? Sama tego nie wie, jest świadoma tylko jednego – zasługuje na karę, jakakolwiek by ona nie była. Jest jeszcze Izzy, pomijana trochę w tej książce, chociaż i ona ma w niej swój głos; to najmłodsza z córek, ma zaledwie dziesięć lat i przeżywa całą tragedię na swój dziecięcy jeszcze sposób.

   Ponoć nikt inny nie ma takiej magicznej siły, by jednym całusem zniwelować ból ubitego kolana czy użądlenia wrednego komara. Tylko mama potrafi z kilku kartek papieru i z nożyczek wyczarować zwierzątka, które ożywają i którymi można się bawić bez liku. Tylko ona wie, że przykładając usta do czoła można sprawdzić, czy dziecko ma gorączkę. Tylko ona potrafi wszystko znaleźć, choćby było to schowane w najciemniejszym kącie szafy. Opowiada najpiękniejsze bajki na dobranoc i wie, jak wypędzić potwory z pokoju, który zakradają się zawsze wtedy, kiedy gasi się światło. Kocha najbardziej, pomimo wszystkich błędów, kłamstw i pomimo śmierci. I o tym jest ta książka – o matczynej miłości, która wcale nie jest łatwa, ale – jak się w gruncie rzeczy okazuje – niestrudzona. 


2 mar 2017

Ciemniejsza strona Grey'a i przesłanie tego filmu


   Zrobiłam to dla Was. Przepchnęłam swój mózg przez wyżymarkę, spędziłam półtorej godziny z Christianem, Aną i lekko zapomnianym gryzionym ołówkiem i czuję się tak, jakbym przebiegła spory maraton. Jeżeli takie poświęcenia nie zapewnią mi kariery blogowej, to nie wiem już co musiałabym zrobić.

   Aż nie wiem od czego zacząć. Cóż, film zaczyna się od tego, że Ana jest obrażona na Christiana i nie zamierza mieć z nim nic wspólnego. Po czym spotyka go na wernisażu i zgadza się iść z nim na obiad. Fakt, nie chciała go znać, ale że on zaprosił ją na kolację a ona była głodna to… wiecie, jak jest, z powodu głodu można złamać swoje zasady.

   Później, kiedy siedzą już w restauracji Grey bez wahania zamawia dla nich dwa steki a wtedy Ana – ta nierezolutna, wstydliwa i cicha Ana – mówi do kelnera „ja jednak wezmę sałatkę” i patrzy na Grey’a wyzywającym wzrokiem. Ah, ten pokaz sił! Scena prawie jak z Gladiatora! Kto dopuści? Czy Christian zamówi jednak tego steka i wepchnie go jej w gardło, czy pozwoli jej zjeść sałatę! Emocje sięgały zenitu, nerwy napięły się do granic ostateczności, widownia zadrżała w niepokoju! Stek czy sałata? Grey czy Ana?

   Zapewne któregoś wieczora twórcy filmu stwierdzili, że sam romans między dwójką bohaterów to zbyt mało i trzeba go okrasić czymś bardziej spektakularnym. A że pewnie byli fanami Toma Cruise’a i Mission: Impossible zdecydowali się wpleść w fabułę odrobinę sensacji. Ana zaczyna być śledzona i molestowana a Christian cudem uchodzi z życiem z wypadku helikoptera, którym oczywiście potrafi latać, bo jest taki wspaniały. W ogóle zastanawiam się skąd autorka wzięła pomysł na tą postać – facet jest przed trzydziestką, ma sporą fortunę, wszystkiego o seksie nauczył się od swojej opiekunki z nastoletnich lat i kurde – potrafi pilotować helikopter. Nie wiem w jakiej krainie żyje E.L. James, ale tutaj, na ziemi, raczej takich mężczyzn brak. I całe szczęście, bo musiałabym spakować walizki i się stąd wyprowadzić.

   Kolejna sprawa. Dialogi. Jak wiadomo wszystkim, dialogi są najważniejszą częścią każdego filmu; są i takie produkcje, które opierają się tylko na rozmowie, bardzo uduchowione, mądre, z przekazem. Cóż, w Ciemniejszej stronie Grey’a nie ma dialogów. Jest mruczenie i dyszenie. Już nawet filmy pornograficzne mają więcej przekazu. Pierwsza lepsza z brzegu scena pomiędzy głównymi bohaterami wygląda miej więcej tak:

[Grey] - Ano….
[Ana] - dyszenie, otwarte usta
[Grey] - otwarte usta, wzrok wpatrujący się w nieznany nikomu punkt
[Ana] - Tak?

   Brak może w tej części przegryzanego ołówka i wewnętrznej bogini, ale za to mamy możliwość obserwowania jamy ustnej Grey’a w całej okazałości i rozchylonych ust głównej bohaterki co drugą scenę. A i jej przygłupiej grzywki, już fryzjer z zapadłej deskami wsi w Wietnamie lepiej by ją ostrzygł niż ten ktoś, kto to zrobił. A jej stylizacja na balu… czy tylko ja uważam, że Ana wyglądała tam jak osoba mocno upośledzona? A Grey niczym Batman ze szkolnego teatrzyku.  

   Muszę także zacytować mojego drogiego kolegę Darka, który ten film oglądał wcześniej niż ja – czego się nie robi dla żony! i powiedział, że jedyną interesującą częścią było to, jak Grey przerzucał Aną jak kebabem – wtedy, kiedy założył jej na nogi dziwne i nieznane mi urządzenie, które je rozszerzało i unieruchamiało. W ogóle sceny erotyczne były tak drętwe, że już bajkowy Pinokio lepiej by sobie w nich poradził. Aktor grający Christiana ma więcej wspólnego ze zdechłym karasiem niż z namiętnym i pełnym pasji mężczyzną, zaś Dakota… cóż, gdybym była mężczyzną to nie chciałabym się z nią kochać, ta grzywka działałaby na mnie odpychająco.

   Ciemniejsza strona Grey’a to film, który można by ochrzcić mianem „bezmajtkowym”. O ile w pierwszej części głównym atrybutem Any był wszędobylski oblizany ołówek, który u Grey’a powodował erekcję, tak w tej części jej atrybutem był … brak majtek. Coś mi się zdaje, że hitem lata 2017 roku będzie nienoszenie tej części garderoby. Porzućcie więc niewiasty swą bieliznę, bądźcie jak Anastasia!

   Kiedyś na pewnym blogu przeczytałam, że ten film niesie ze sobą przesłanie, którego inni nie dostrzegają. Być może jestem głupia. Być może moja wiedza o kinematografii jest zbyt mała, żebym mogła się w ogóle w tej tematyce wypowiadać. Ale za cholerę nie wiem jakie przesłanie ma Ciemniejsza strona Grey’a. Bo jakie? Może wy wiecie? Uświadomcie mnie! Błagam! 

R.I.P oblizany ołówek 

1 mar 2017

"To nie tak" i jestem w książce!


   Z głównymi bohaterkami to jest tak, że albo się je kocha, albo chce się je wysłać do Egiptu, żeby mogły przyzwyczajać się do piachu (suchar po początek dnia, ba-dum!). Blanka, postać grająca główne skrzypce w najnowszej książki Weroniki Wierzchowskiej to zdecydowanie osoba, której kupiłabym jak najprędzej bilet na piaszczyste tereny.

   Przez lata związana była z Kamilem, swoim szefem, przedsiębiorczym i władczym człowiekiem, którego poznała jeszcze podczas studiów. Zaraz po ich zakończeniu kobieta została zatrudniona w firmie swojego ukochanego i nie widziała w tym nic dziwnego, że jest zwolniona z większości obowiązków i nawet na zebraniach nie musiała się stawiać, jeżeli nie miała na to ochoty. Pracy też nie miała zbyt dużo, żeby później mieć czas i ochotę na miłe i słodkie wieczory z ukochanym. Sielanka Blanki skończyła się w momencie, gdy młody i jędrny biust sekretarki Joanny przyćmił Kamilowi cały świat; rozstali się i każde poszłoby w swoją stronę, jednak gdy pracuje się razem, nie jest to takie łatwe.

   Wiadomo, że nowe kochanki zazwyczaj chcą poniżyć i pogrążyć swoje następczynie, więc Joanna – która wydawała się miła, delikatna i cichego serca, przekonała szefa, że Blankę należy zdegradować, żeby nie musiała patrzeć na ich rozkwitającą miłość. Takim to sposobem młoda kobieta, która z wykształcenia była chemiczką i do tej pory zarabiała pieniądze za nic-nie-robienie, musiała przenieść się do piwnicy i tam współpracować z mężczyzną badającym robaki. I to nie byle jakie robaki, bo takie, które żerują na zwłokach. Ludzkich.

   Jakiś czas później okazuje się, że Kamil i Joanna zostali brutalnie zamordowani; ciała znajduje nie kto inny jak nasza główna bohaterka, która z trwogą zauważyła, że krew na koszulce zmarłej rywalki kusząco podkreśliła jej piersi…

„Materiał oblepił jej piersi, duże i młodzieńczo jędrne, co Blanka zauważyła trochę wbrew sobie. Bardziej zapamiętała, że jej martwa już konkurentka nie nosiła stanika niż wyraz jej twarzy.”

   W tym momencie książka obyczajowa zaczyna zmieniać się w pełnokrwisty kryminał i fakt, czytało się go bardzo przyjemnie, tylko ciągle marzyłam o tym, żeby to chemiczka stała się ofiarą i żebym nie musiała już zagłębiać się w jej podświadomość. Nie mogę wypunktować tego, co mi się w niej nie podobało, bo po prostu nie podobała mi się cała jej postać; zarozumiała, ale jednocześnie wielce pokrzywdzona przez los. Szczera, ale jednocześnie okłamująca samą siebie. Oceniająca a jednak nie samokrytyczna.

   Sama fabuła przypomina mi nieco serial „Kości”, w sumie tam główna bohaterka też jest irytująca i zaczęłam ją podziwiać dopiero w okolicach piątego sezonu. Może więc gdyby książka miała z pięćset stron więcej, to bym doceniła zgubny charakter Blanki i dostrzegłabym w nim jakiekolwiek pozytywy… Ale, ale! Oprócz niej był i Patryk – ten gość zajmujący się robalami. I on z kolei skradł moje serce, bo przypominał mi Hodginsa ze wspomnianego serialu. Jeżeli go znacie, to musicie nadrobić przynajmniej pierwszy odcinek.

   Podsumowując, ta książka to pozycja dla osób, które lubią serial „Kości”, albo dla osób, które lubią wkurzające główne bohaterki. Fabuła sama w sobie jest ciekawa i z zainteresowaniem śledziłam rozwiązanie zagadki, kto zabił Joannę z pięknym biustem i Kamila, niewiernego partnera. Jedynym minusem była ta cholerna Blanka.



   Na koniec chciałabym się także pochwalić. Otóż dzisiaj w księgarniach w całej Polsce pojawia się najnowsza książka Adriana Bednarka – „Spowiedź diabła”. Wraz z nią pojawia się moja pierwsza rekomendacja na okładce. Pierwszy krok zrobiony, w książkach zaistniałam. Teraz szturmem podbiję cały świat literatury. Nie krępujcie się, możecie gratulować. Kwiaty też przyjmuję!